Ten tekst nie ma być odczytywany jako merytoryczna analiza ADHD lub jakichkolwiek zaburzeń.
Nie ma być też traktowany jak przewodnik po autodiagnozie.
Pod żadnym względem nie jestem ekspertką w dziedzinie.


Piszę go, bo tego potrzebuję i jest on swego rodzaju zbiorczą odpowiedzią na ogrom wiadomości, jakie w ostatnim czasie dostałam.
Jednak bez zbędnych wstępów...
 
ADHD (ang. attention-deficit hyperactivity disorder) – zespół nadpobudliwości psychoruchowej z deficytem uwagi. Jest to zespół neurorozwojowych zaburzeń psychicznych objawiający się znacznymi problemami z funkcjami wykonawczymi (np. kontrolą uwagi i kontrolą hamującą), powodujący niewspółmierne do wieku dotkniętej nim osoby deficyty uwagi, hiperaktywność, nadpobudliwość ruchową lub impulsywność.

Na początku wakacji 2021 u mojej najlepszej przyjaciółki zdiagnozowano ADHD.
Osobiście podejrzewałam u niej co innego, ale po to chodzimy do lekarzy, a nie do przyjaciół, żeby dostawać diagnozy zgodne z medycyną i testami, a nie podejrzeniami bliskich.
Dostała tę diagnozę, opowiedziała mi o procesie i nie pobudziło mnie to w żadnej mierze do autorefleksji. Może to kwestia tego, że studiując psychologię, uczysz się aktywnie zwalczać podejrzewanie u siebie każdego opisywanego zaburzenia, które chociaż odrobinę do Ciebie pasuje.
Ludzie czasem zakładają, że mam bipolara, gdy mówię o swoich wahaniach nastrojów...

Zaburzenia afektywne dwubiegunowe, określane też jako choroba afektywna dwubiegunowa (ChAD) lub cyklofrenia – grupa nawracających zaburzeń psychicznych, w przebiegu których występują zespoły depresyjne i maniakalne lub hipomaniakalne, rozdzielone (lub nie) okresami bez objawów. Stany te mogą zmieniać się z dnia na dzień.

Ale zawsze odpowiadałam, że to tylko mój charakter i żaden psychiatra (oprócz obecnego), u którego kiedykolwiek byłam, nie stawiał podejrzeń takiej diagnozy.
Jedyny okres, gdy miałam charakterystyczne dla ChAD wahania nastrojów był tuż po gwałcie, kiedy zażywałam dużo leków, piłam dużo alkoholu i brałam dużo narkotyków, żeby wytłumić rozdzierającą mnie od wewnątrz traumę... I każdy psychiatra uznawał, że to się nie liczy. Prawdą jednak jest, że ADHD i ChAD mają wspólny zbiór objawów, więc aktualnie jestem w procesie diagnostycznym, by dowiedzieć się, czy moje ADHD jest samotne, czy ma towarzystwo.
Moim swego rodzaju mottem, które nieustannie powtarzam ku pokrzepieniu serc, jest: "życie to sinusoida". I chociaż powiedzenie zyskuje powszechną aprobatę, jako prawdziwe i pomocne, zaczęłam zastanawiać się, jak intensywne i częste są te odchylenia u innych ludzi w porównaniu do moich.

Moja przyjaciółka była zdiagnozowana w lipcu, a ja w sierpniu pojechałam z przyjaciółmi w Bieszczady i pewnego leniwego poranka kolega zapytał mnie, czy chciałabym spróbować jego leków na ADHD. Oczywiście chciałam, bo spróbuję prawie wszystkiego, raz i w małej dawce (dzielnie czekałam do 25. roku życia, gdy mózg generalnie kończy proces formowania się, żeby zacząć próbować czegokolwiek). Tą tabletką byłam wyjątkowo zainteresowana, ponieważ czytałam i oglądałam mnóstwo dokumentów o tym, jak studenci i uczniowie najlepszych szkół w USA masowo zażywają leki na ADHD, bo działają pobudzająco i zwiększają moce przerobowe. Długofalowe konsekwencje dla ich organizmów są oczywiście fatalnie, ponieważ jak wszystkie stymulanty przeciążają układ nerwowy, pogarszają jakość snu, zmniejszają apetyt i tak dalej. Ciekawy temat, zachęcam do zgooglowania. Tak czy inaczej...
Łyknęłam 10mg i czekałam na to pobudzenie oraz koncentrację.
Zamiast tego przyszły spokój i cisza. Jakby ktoś wyłączył radio w mojej głowie, które grało, odkąd pamiętam. Ucichł wewnętrzny monolog i kompulsywne śpiewanie 2-3 wersów piosenek w pętli, opuściło mnie jakieś wewnętrzne napięcie. Zachciało mi się nawet trochę spać.
A potem przyszło uczucie... samotności. Jakbym pierwszy raz w życiu naprawdę była sama, bez tych wszystkich wersji mnie, które nieustannie analizują otaczający mnie świat i dyskutują ze sobą o każdej możliwej perspektywie.
Piszę o problemach psychicznych, więc zaznaczę, że nie słyszę dosłownie różnych głosów, tylko mój proces myślowy jest zwerbalizowany (mówię do siebie w myślach) i te werbalne komunikaty potrafią być ze sobą sprzeczne, więc je "na głos" analizuję ze wszystkich stron.
Usiadłam wtedy na progu domu w warunkach, w których normalnie nie byłabym w stanie się skupić i napisałam więcej stron książki niż kiedykolwiek wcześniej za jednym podejściem.
Nie było żadnych szarpiących mną myśli i uczuć, żadnej potrzeby sprawdzania co 10 sekund komórki, bezsensownego przebiegania po zakładkach, sprawdzania etymologii synonimów, których szukałam.

I przypomniałam sobie te wszystkie sytuacje, kiedy próbowałam na imprezach różnych substancji i wszyscy zdawali się bawić lepiej ode mnie, mieć więcej energii, słowem, przeżywali jakąś fazkę, a ja stałam obok i zastanawiałam się, ile więcej mogę wziąć, żeby nie zrobić sobie krzywdy, ale żeby jednak coś mi siadło...
Otóż siadało mi cały czas, ale na mój neuronietypowy mózg stymulanty działały uspokajająco.

Następnego dnia po zażyciu tej tabletki, zapisałam się do psychiatry. A trzy tygodnie później, po czterech godzinach spędzonych na rozmowach i wypełnianiu testów otrzymałam diagnozę: ADHD.
Jeżeli wybierzecie się kiedyś do psychiatry i będziecie rozwiązywać te testy, uprzedzam, że możecie doświadczyć surrealistycznego uczucia, gdy opis Waszego dzieciństwa i większości problemów, jakie wtedy mieliście, ukaże się Wam w pytaniach diagnostycznych.
To cały emocjonalny rollercoaster: od uczucia ulgi "to nie była moja wina", przez rozbawienie, jak wiele kwestii się zgadza, po frustrację, że było się chodzącą definicją jednego z najpopularniejszych zaburzeń i... Złość, że mimo to nikt wcześniej nie wpadł na tę oczywistą diagnozę.
Nie mogę przytoczyć Wam konkretnych pytań z testu, ale chciałabym przejść przez kryteria z DSM-V i omówić na ich przykładzie, z czym sama się boryka(m)łam.

Kryteria diagnostyczne ADHD wg DSM-V

A. U osoby badanej występuje trwały wzór zaburzeń uwagi i/lub nadruchliwości-impulsywności, który zakłóca funkcjonowanie i rozwój, a charakteryzuje się (1) i/lub (2):

(1) Nieuwaga:

Sześć (lub więcej) z następujących objawów musi się utrzymywać przez co najmniej 6 miesięcy w stopniu, który jest niezgodny z poziomem rozwoju oraz bezpośrednio negatywnie wpływa na życie społeczne i szkolne/zawodowe.
Uwaga: Objawy nie są spowodowane zachowaniami opozycyjno-buntowniczymi, wrogością lub niezrozumieniem zadania/instrukcji.
W przypadku starszych nastolatków i dorosłych (w wieku 17 lat i starszych), wymagane jest co najmniej pięć objawów:

1. Osoba badana nie jest w stanie skoncentrować się na szczegółach podczas zajęć szkolnych, pracy lub w czasie wykonywania innych czynności (np. omija lub gubi dane, praca jest niedokładna).

Jestem już osobą dorosłą, jakimś cudem udało mi się skończyć szkołę, dostać na studia i wszystko wskazuje na to, że nawet je w tym roku skończę. Musiałam więc wyrobić sobie jakieś metody kompensacyjne dla ADHD.
Rozmawiałam o tym wczoraj z mamą i zwróciłam uwagę, że pierwszym poważnym sygnałem, że mam ADHD, były moje natychmiastowe problemy z przedmiotami ścisłymi.
W ciągu roku z 6 z przyrody, wypracowanej dzięki szczerej fascynacji i chętnej nauce, przeszłam do 2 z chemii, 3 z fizyki i 4 z biologii. Z biologią zaczęłam mieć problemy tam, gdzie pojawiła się chemia, chemii nie ogarniam do dzisiaj, a fizyka zabijała mnie przy każdym przekształceniu.
Miałam i wciąż mam (chociaż teraz 90% pracy robi za mnie komputer, więc łatwo mi wyłapywać swoje błędy) olbrzymi problem z cyframi, liczbami, znakami. Mam nawet taki zgrzyt w mózgu, który dzielę z moim mężem (ale on skończył elitarny kierunek na Politechnice Warszawskiej, więc ewidentnie o niczym to nie przesądza), że nie potrafię wypowiadać liczb poprawnie. Zawsze, gdy jestem do tego zmuszona, idę po jednej cyfrze, bo wiem, że się pomylę. Czasem potrafimy powtarzać sobie wzajemnie coś po 3 razy:
- Siedemset osiemdziesiąt dwa?
- Tak, osiemset siedemdziesiąt dwa.
- Co? Dwieście siedemdziesiąt osiem?
- Co?
- Co?
- Dobra, wyślę Ci na fejsie.

Mnóstwo moich słabych ocen z matematyki miało źródło w zgubionych minusach, niepoprawnie przepisanych plusach, źle postawionych znakach. Dostawałam więc to 2, bo zadania robiłam dobrze pod względem sposobu rozwiązania, ale wyniki prawie nigdy się nie zgadzały. I tu przyznam, że zdarzało się, że nauczyciele nawet okazywali mi jakieś współczucie, gdy stałam przed nimi zmiażdżona, pewna piątki, a z dwójką na czerwono i sfrustrowana tłumaczyłam, że przecież wszystko zrobiłam dobrze, a oni wskazywali mi jeden znak, który zniszczył mi całe zadanie...
Na tę gwałtowną zmianę w ocenach nałożyły się też poważne problemy w domu, więc trudności miałabym tak czy inaczej, ale 1/3 dzieci z ADHD ma problemy z matematyką.

2. Ma trudności z utrzymaniem uwagi na zadaniach i grach (np. ma trudności z koncentracja na wykładzie, rozmowie lub długim czytaniu).

W testach przykładów zachowań jest o wiele więcej. Ja odpływam na wykładach, niestety nawet tych, które mnie interesują. Nie lubię też ćwiczeń w formie wykładowej, a później zadań do wykonania, bo zazwyczaj nie wyłapuję, co mamy zrobić.
TED Talki oglądam w przyspieszeniu x1,25-1,5.
Problemy z czytaniem są bardzo popularnym objawem ADHD, ale ja akurat umiem rozmawiać i czytać godzinami.

3. Często wydaje się, że nie słucha tego co się do niego mówi (np. nawet w przypadku braku jakichkolwiek widocznych rozpraszających bodźców).

I tutaj czas na ulubioną odpowiedź psychologów: to zależy. Od tego, czy rozmowa mnie interesuje. Jeżeli tak, bardzo rzadko się rozpraszam i zdarza się to głównie dlatego, że wyciągam co jakiś czas telefon z milionem powiadomień i niektóre sprawiają, że nie mam sumienia nie odpisać od razu. Jeżeli rozmowa mnie nie interesuje lub domyślam się, co dana osoba powie, zdarza się to dość często.
Ostatnio nawet mąż zwrócił mi uwagę, że czasem traktuję go jak on swoich rodziców, gdy mówią o czymś banalnym dla niego, przez co wzbiera w nim niecierpliwość.
Kiedyś w takich sytuacjach wchodziłam komuś w słowo i robiłam skrót tego, co dalej chce powiedzieć – nie polecam, im lepiej odgadujesz treść, tym bardziej jest to irytujące dla rozmówcy.
Obecnie się wyłączam, żeby zredukować napięcie wywołane zniecierpliwieniem i przytakuję – rozwiązanie lepsze, ale wciąż niewystarczające, by nie wzbudzać nieprzyjemnych uczuć w rozmówcy.

4. Nie jest w stanie wykonać następujących po sobie instrukcji, lub skończyć wykonywanej pracy lub innych obowiązków (np. zaczyna zadanie, ale szybko traci koncentrację i zmienia aktywność).

To jest całe moje życie, nie wiem nawet, cóż więcej mogłabym dodać.
Otwieram komputer, żeby zacząć pisać, ale najpierw dla rozluźnienia spoglądam na fejsa, reklama herbaty, dobra, zrobię sobie herbatę, otwieram lodówkę po cytrynę, wyjmuję i idę umyć borówki, dostaję powiadomienie, zaczynam odpisywać, chce mi się siku, idę do łazienki, a skoro już tu jestem, wezmę prysznic, zimno mi, ogrzeję się w łóżku, zaczynam jakiś post na IG, zostawiam go w połowie, bo Piotrek mnie woła. Wracam do komputera 2 godziny później. Bez napisanego słowa, bez herbaty, bez borówek, bez postu na IG.

5. Często ma trudności z zorganizowaniem sobie pracy lub innych zajęć (np. trudności w zarządzaniu kilkoma zadaniami; trudności w utrzymaniu rzeczy w porządku; bałagan, chaotyczna praca; słabe zarządzanie czasem, niedotrzymywanie terminów).

Nauczyłam się lepiej zarządzać czasem, ale wymusiło to na mnie bardzo wiele przykrych sytuacji, kiedy ludzie myśleli, że mi na nich nie zależy lub ich nie szanuję, bo się spóźniam, zapominam, przeoczam. Wciąż niestety zdarza mi się spóźniać lub odwoływać spotkania w ostatnim momencie, jeżeli nie wpisałam ich do kalendarza. 
Jako dziecko miałam model sprzątania, który sprowadzał się do wpychania rzeczy pod łóżko. Kiedyś wyhodowałam tam prawdziwe larwy w jakiejś kanapce. Przyniosłam to mamie, akurat gdy pielęgniarka robiła jej antybiotyk w zastrzyku i z nostalgią myślę o tym, jaki olbrzymi wstyd musiał ją wtedy ogarnąć.
Słynęłam z syfu w pokoju nawet wtedy, gdy byłam starsza. Nawet przy sprzątaczce. Podłoga przez 5 dni w tygodniu była nie do przejścia: książki, ubrania, jakieś notatki, torebki, zeszyty, akcesoria do moich rozlicznych i szybko porzucanych hobby. A na tym wszystkim warstwa kociej sierści. Moi rodzice próbowali temu zaradzić przez zwolnienie pani Irenki ze sprzątania mojego pokoju, ale była w nim główna szafa i miejsce do prasowania, a mnie za nic na świecie nie dało się zmusić do efektywnego układania własnych rzeczy, więc finalnie i tak sprzątała większość za mnie.
Najczęściej porządki zaczynałam intensywnie, przez wyrzucenie wszystkiego na środek pokoju, a po jakiejś godzinie przepadałam w starych komiksach, pamiętnikach, zabawkach, książkach i robiło się gorzej niż na początku. Później, gdy wyprowadziłam się z domu i mieszkałam przez 3 lata sama, to znaczy bez Piotrka, ciężko opisać słowami, w jak strasznych warunkach żyliśmy. Może to kwestia nałożonej na moje ADHD nieleczonej depresji, na którą cierpiało 3/4 ludzi, z którymi kiedykolwiek mieszkałam, ale było naprawdę źle.

6. Często unika, nie lubi lub nie chce angażować się w zadania, które wymagają dłuższego wysiłku umysłowego (np. nauka szkolna lub odrabianie prac domowych; u nastolatków i osób starszych sporządzanie raportów, wypełnianie formularzy, przeglądanie długich dokumentów).

Nigdy nie odrabiałam zadań domowych. To, z czego byłam dobra, robiłam jeszcze na lekcji lub przed nią. To, z czego byłam słaba, spisywałam od kogoś lub po prostu ignorowałam.
Diagnoza uświadomiła mi dlaczego mam tak olbrzymie problemy z prowadzeniem tych badań o kulturze gwałtu. Dlaczego tak szybko kończy mi się cierpliwość, wchodzi frustracja i tak długo zajmuje mi zmotywowanie się do tego, by zacząć. Zawsze myślałam, że to trauma związana z matematyką w szkole i na pewno w jakimś stopniu tak jest, ale teraz wiem też, że dochodzą do tego trudności wynikające z ADHD i psychicznej niemożności skupienia się na bardzo konkretnych danych, strukturach i ich analizie.
Na studiach radzę sobie z tym najczęściej tak, że gdy rozdzielamy zadania w grupie, ja biorę te części, które pokazują większy obraz, wprowadzają lub podsumowują, tłumaczą zjawiska, ale nigdy nie wybieram pracy na danych. Nie wiem, jakim cudem udało mi się mieć 5 ze statystyki na podstawowym i zaawansowanym poziomie. Może dlatego, że większość działa się w programie.
Muszę głębiej przemyśleć, jak ten problem rozwiązać, bo jest przynajmniej kilka zagadnień, których chciałabym się podjąć w ramach szeroko pojętej kariery naukowej, ale jeżeli analiza danych jest dla mnie aż tak trudna... Nie będzie to łatwe.

7. Często gubi rzeczy niezbędne do pracy lub innych zajęć (np.: przybory szkolne, ołówki, książki, narzędzia, portfel, klucze, dokumenty, okulary, telefony komórkowe).

Ile razy spotkałam się z nauczycielem dodatkowego angielskiego pod drzwiami mojego domu i żadne z nas nie mogło wejść, bo zapomniałam kluczy... O klucze awantury były nieustanne i to coś, z czym wciąż sobie nie poradziłam. Z bólem serca przyjęłam zmianę firmy ochroniarskiej w naszym budynku. Przez ostatni rok pracował tu pan Jeremiasz, który, gdy tylko mnie widział, od razu wiedział, że na pewno nie mam kluczy i otwierał mi drzwi z uśmiechem i kręceniem głowy. Czasem zwycięsko wyszczerzałam do niego zęby i pokazywałam z daleka, że akurat mam przy sobie klucze, a on robił minę, jakby zobaczył ducha. Dobre czasy. Teraz praktycznie każdego dnia jest ktoś inny, więc muszę stać i czekać, aż Piotrek usłyszy domofon lub zobaczy moją wiadomość, żeby mi otworzył.
Nie gubiłam rzeczy poza domem wyłącznie dlatego, że zazwyczaj nie miałam ich przy sobie. Komórka jest jedynym sprzętem, o którym pamiętam i dziękuję losowi każdego dnia za to, że można mieć w niej karty i dokumenty, dzięki czemu brak portfela nie jest dużym problemem. Wydaje mi się, że pamiętam o niej tak dobrze, bo przez kilka lat miałam dwie i żyłam w ciągłym lęku, że którąś zgubię, mam więc jakąś pamięć mięśniową, by zawsze przez wyjściem trzymać ją w ręce lub kłaść w miejscu, które zobaczę w drodze do drzwi.

8. Często łatwo rozprasza się pod wpływem zewnętrznych bodźców (u starszych nastolatków i dorosłych mogą występować niepowiązane myśli).

Klasyczne patrzenie za okno zamiast na tablicę.
Psychiatra powiedział, że z wiekiem nadpobudliwość ruchowa przeradza się w niepokój i to było jedno z największych „aha” w trakcie mojej diagnozy.
Mam olbrzymie problemy z kontrolowaniem swoich myśli. Ruminacje, pętle myślowe, strumień świadomości, który przelewa się przez moją głowę i zawsze niesie mnie ze sobą...
Najlepszym przykładem czegoś, co rujnowało mi satysfakcję z życia, a udało mi się temu zaradzić samodzielną pracą nad sobą, było wymyślanie scenariuszy. Gdy tylko w moim życiu działo się coś godnego uwagi, miałam w związku z tym 10 000 scenariuszy, na pełnym spektrum od zupełnie irracjonalnych i przerażających po absurdalne i śmieszne. Powiedzmy, że byłam umówiona na spacer z chłopakiem, który mi się podobał. Zanim wyszłam z domu, już wymyśliłam wszystko, co może się tam wydarzyć. Wszystko. Potem działo się to, co przewidziałam, a ja byłam rozczarowana, bo w swojej głowie miałam 500 wersji, jak mogłoby być lepiej albo gorzej, ale przynajmniej bardziej ekscytująco. Rzeczywistość była dla mnie nieustannym rozczarowaniem, bo nic nie równało się mojej wyobraźni. I nawet kiedy te wymyślone wcześniej przeze mnie kwestie padały i były piękne, romantyczne, łapiące za serce... Ja miałam w głowie lepsze. Nie myślałam, że to coś, co da się zmienić, dopóki córka przyjaciółki mojej mamy nie powiedziała mi, że sama miała z tym problem w moim wieku. I od tamtego momentu zaczęłam świadomie zmieniać temat w swojej głowie, gdy scenariusze zaczynały się snuć.
Teraz muszę to w jakiś zdrowy i niezależny od mojego życia osobistego sposób odbudować, bo to przydatna – żeby nie powiedzieć: niezbędna – umiejętność dla pisarki.

9. Często zapomina o różnych codziennych sprawach (np. robieniu porządków, robieniu zakupów; u starszych nastolatków i dorosłych zapominanie o oddzwonieniu, zapłaceniu rachunków, spotkaniu).

Kilka razy w dorosłym życiu wyłączyli mi prąd, bo zapominałam go opłacić. Mimo wszystkich przypomnień, jakimi w takich momentach człowieka męczą. Jeżeli muszę zrobić coś wieloetapowego, potrzebuję miliona list. Mam 3 kalendarze, jeżeli czegoś tam nie wpiszę, to na pewno o tym zapomnę, niezależnie czy to jedna rzecz w tygodniu, czy jedna z piętnastu. Wszystko robię na deadline lub (jeżeli wiem, że nie będzie konsekwencji) tuż po nim.

(2) Nadruchliwość i impulsywność

Sześć (lub więcej) z następujących objawów musi się utrzymywać przez co najmniej 6 miesięcy w stopniu, który jest niezgodny z poziomem rozwoju oraz bezpośrednio negatywnie wpływa na życie społeczne i szkolne/zawodowe:

Nadruchliwość

1. Ma często nerwowe ruchy rąk lub stóp bądź nie jest w stanie usiedzieć w miejscu.

Ja rozładowuję się przez stopy. Dlatego jest mi szczególnie trudno w sytuacjach formalnych, gdy nie można ani zdjąć butów, ani wyjść i się przejść. Szuram stopami, kiedy jestem zmęczona, ale nie mogę zasnąć i próbuję się wyciszyć albo podniecona, chociaż wtedy dzieje się to zupełnie bezwiednie. Gdy czuję się poddenerwowana albo zniecierpliwiona, przebieram nimi niczym szopy pracze łapkami.

2. Wstaje z miejsca w sytuacjach wymagających spokojnego siedzenia (np.: opuszcza swoje miejsce w klasie, biurze lub innym miejscu pracy bądź w innych sytuacjach wymagających pozostawania na miejscu).

Nie stawiam się już raczej w sytuacjach, które nie pozwalają na swobodne ruszanie się. W szkole jednak była to udręka, pamiętam momenty, gdy nie miałam pojęcia, co się dzieje na lekcji, bo walczyłam z płaczem, który generowała we mnie frustracja, że nie mogę wstać. Na wykładach miałam podobnie, ale tam nie trzeba było pytać o zgodę na wyjście i mogłam sobie swobodnie machać nogami. W okresie edukacji obowiązkowej dostawałam dziesiątki uwag dotyczących przeszkadzania, skakania, odwracania się, biegania. Rocznie.
Co ciekawe, miałam kolegów, którzy zachowywali się o wiele gorzej i nie byli tak często karani za swoje problemy z usiedzeniem w miejscu.

3. Chodzi po pomieszczeniu lub wspina się na meble w sytuacjach, gdy jest to zachowanie niewłaściwe (Uwaga: u młodzieży i dorosłych może występować odczuwanie niepokoju).

Nie wiem, jakie sytuacje są właściwe, ale wspinałam się nawet po ulicznych latarniach. Moi rodzice natomiast nigdy nie próbowali ograniczać mojej energii, wręcz przeciwnie, często sami wymyślali mi gry, które miały pomóc w jej rozładowaniu. Byłam ogólnie bardzo aktywnym dzieckiem i zawsze wymyślałam dziesiątki zabaw, moje ADHD było więc stosunkowo łatwe do zniesienia aż do ok. 13 roku życia, kiedy wszystko stało się ciężkie do zniesienia.

4. Często ma trudności ze spokojnym bawieniem się lub odpoczywaniem.

Nie umiem odpoczywać i to jeden z największych problemów w moim życiu. W lipcu byłam przez tydzień u rodziców i doszłam do momentu, w którym powiedziałam sama do siebie: „dobra, powiedz mi o sobie coś nowego albo naucz się odpuszczać”. Leżałam w hamaku i co chwilę zajmowałam się jakąś myślą o sobie, która de facto nic nie wnosiła do mojego życia, ale wywoływała we mnie intensywne emocje i tak się w nich... taplałam. I ani nie odpoczywałam, ani nie robiłam nic pożytecznego. Jestem w nieustannej potrzebie większej stymulacji.

5. Często jest w ruchu; „biega jak nakręcony” (np.: nie jest w stanie lub czuje się nieswojo będąc dłużej w restauracji, na spotkaniu, itd.; przez innych może być postrzegany jako niespokojnego i trudno za nim nadążyć).

Tak było. Przeszło mi, gdy fizyczny ruch przeobraził się w psychiczne napięcie.

6. Często jest nadmiernie gadatliwy.

Wiadomo.

Impulsywność

7. Wyrywa się z odpowiedzią zanim pytanie zostanie do końca sformułowane (np.: kończy zdanie za innych, nie potrafi zaczekać na swoją kolej w rozmowie).

To zabawne, bo ja bym odpowiedziała „już nie”, a mój psychiatra zaznaczył za mnie „tak”, zwracając uwagę, że zrobiłam to kilkukrotnie w trakcie naszej rozmowy.

8. Często ma kłopoty z zaczekaniem na swoją kolej (np.: podczas oczekiwania w kolejce).

Kiedyś bardzo mi to przeszkadzało, teraz mam komórkę.

9. Często przerywa lub przeszkadza innym (np.: wtrąca się do rozmowy lub zabawy; rozpoczyna korzystanie z cudzych rzeczy bez pytania lub pozwolenia; młodzież i dorośli mogą ingerować lub przejąć to co robią inni).

Już nie. Kiedyś notorycznie. Nauka granic nie była lekka.

I tu dodatkowe wymagania:

B. Kilka objawów nieuważności lub nadruchliwości, impulsywności były obecne przed 12 rokiem życia.
C. Kilka objawów nieuważności lub nadruchliwości, impulsywności występują w dwóch lub więcej sytuacjach (np.: w domu, w szkole lub pracy, z przyjaciółmi lub krewnymi, w innych obszarach działania).
D. Istnieją wyraźne dowody, że objawy zakłócają lub obniżają jakość funkcjonowania społecznego, szkolnego lub zawodowego.
E. Objawy nie występują w przebiegu schizofrenii lub innych psychoz i nie można ich trafniej uznać za objawy innego zaburzenia psychicznego (np. zaburzeń nastroju, lękowych, dysocjacyjnych lub nieprawidłowej osobowości).

To jest ekstremalnie skrócona wersja, testy diagnostyczne rozbijają to na dziesiątki pytań, które dotyczą bardzo szczegółowych zachowań i określają typ ADHD.

Nie ma tu na przykład pytań dotyczących ryzykownych zachowań, relacji z rodzicami, ale przede wszystkim związków, które na mnie zrobiły największe wrażenie.

Czy wchodzisz w intensywne, ale krótkie relacje?
Czy masz problem z zaangażowaniem się?
Czy mówisz rzeczy 
bez filtra?
Czy często przez swoją bezpośredniość wpadasz w konflikty?

Oczywiście wszystko u mnie na zielono. Szczególnie, gdy byłam nastolatką i nie miałam żadnych narzędzi, by sobie z tą impulsywnością radzić.
I z tym mam chyba największy problem, jeżeli chodzi o moją diagnozę...

Oczywiście czuję żal, że nikt z ludzi, którzy uczyli mnie na przestrzeni całego mojego życia i powinni mieć wiedzę, pozwalającą im dostrzec objawy ADHD, nie zrobił absolutnie nic.
Oprócz karania, upokarzania i ośmieszania mnie na forum klasy.
Mam żal do rodziców, o ile łatwiej byłoby mi z samą sobą, gdybym wiedziała, że za intensywnością przynajmniej części moich problemów, stoi stosunkowo łatwe do zdiagnozowania zaburzenie.
Jednak spycham to na jakąś kupkę uogólnionego rozczarowania i poczucia niesprawiedliwości, które wiążą się z okresem mojego dorastania i tego, jak traktowali mnie dorośli ludzie, gdy wciąż byłam dzieckiem.
Poza tym dorosłam, osiągnęłam jakiś sukces, nie mogę nikomu wyrzucić „przez Was nic mi się nie udało!”, bo się udało...

Bardziej niż uczucia do innych, męczą mnie uczucia do samej siebie.
Te wszystkie razy, kiedy robiłam autodestrukcyjne, impulsywne rzeczy, których nawet nie chciałam, których żałowałam w sekundzie, kiedy się wydarzały, ale po prostu nie mogłam się powstrzymać...
Rzeczy, przez które myślałam później o sobie jak o złej i zepsutej osobie, która nie ma sumienia, empatii i zasługuje na kary, które wymierzałam sobie na wiele sposobów...
Ile z tego faktycznie było mną i moim trudnym charakterem, który miałabym nawet bez ADHD, a ile zaburzeniem?
I wiem, że nie da się tego odciąć grubą kreską, ale... Czy gdybym brała leki, które wyciszają te wszystkie impulsy, myśli i uczucie bycia rozrywaną od środka, czy zachowywałabym się w ten sam sposób?
Gdyby wszystko było dokładnie tak samo, wszystkie moje rodzinne traumy, mój toksyczny ex, żenujący nauczyciele, brak terapii, utknięcie w tym wyjętym z piekła podkarpackim miasteczku, brak psychologów w szkołach... ale brałabym leki. Jedna różnica: leki.
Czy popełniałabym te błędy, których później żałowałam najbardziej? A które w 9 przypadkach na 10 były wynikową jakiegoś nurtu wydarzeń, któremu dawałam się nieść i okazjonalnie odpychałam się od brzegu, żeby nie było mi za łatwo... Nie efektem głębokich przemyśleń i decyzji.
Moja terapeutka powiedziała, że ani nie jestem w stanie tego ocenić, ani niczego to nie zmieni, bo to przeszłość, ale dla mnie to fundamentalne pytania.
I chociaż wiem, że odpowiedź jest nieosiągalna, strasznie, ale to strasznie jej potrzebuję.

Gdy rozwiązywałam te testy, w dziale poświęconym zaburzeniom uwagi i koncentracji miałam 90% odpowiedzi twierdzących, niezależnie od wieku.
W przypadku nadruchliwości był to spadek z 95% do jakichś 60% na przestrzeni dorastania i dorosłości.
Natomiast impulsywność spadła mi z mocnych 100% w dzieciństwie/dorastaniu na jakieś 30% obecnie. Moi rodzice zawsze mówili, że nie mam w sobie ani lęku, ani wstydu. Co było słodkie i zabawne, gdy byłam małym dzieckiem, któremu wszystko uchodzi na sucho, bo nikt nie traktuje Cię poważnie. Stało się jednak naprawdę problematyczne, gdy zaczęłam funkcjonować w starszej grupie rówieśniczej. Momentami ludzie naprawdę bardzo, bardzo nie lubili mnie za ten brak filtra i granic, ale o tym zaczęłam dawno temu pisać inny tekst i może tam to rozwinę.
Zanim w ogóle zaczęliśmy ten dział, powiedziałam psychiatrze, że pracowałam i wciąż bardzo ciężko pracuję na terapii, by tę impulsywność w sobie zwalczać, bo miałam świadomość, że pustoszy mi życie, odkąd skończyłam 13-14 lat. Nie umiałam jednak przestać tylko dlatego, że posiadałam tę wiedzę.
Teraz impulsywność wychodzi ze mnie głównie wtedy, gdy jestem bardzo zestresowana lub pobudzona. Hamowanie jej jest trudne, gdy przekierowuję całą energię na wytrzymanie sytuacji, która mnie przytłacza.

Myślałam, że walczę ze sobą i swoim szeroko pojętym złym, autodestrukcyjnym charakterem, a wychodzi na to, że przede wszystkim walczyłam z zespołem neurorozwojowych zaburzeń psychicznych. I to nałożonym na głębokie dysfunkcje, które pojawiły się w moim domu wraz z początkiem dorastania i wszystkich zmian hormonalnych, które były wisienką na torcie tego emocjonalnego ugoru.
I te wszystkie lata, kiedy myślałam, że moje impulsywne zachowania pochodzą z jakiejś zinternalizowanej nienawiści do samej siebie... Lata życia w przekonaniu, że gdzieś w głębi uważam, że nie zasługuję na to, żeby czuć się dobrze, być szczęśliwa, dobra dla siebie... I dlatego się karzę.
Najpierw karzę się tymi idiotycznymi zachowaniami, które nazywałam „bezmyślnym okrucieństwem”, a których nie umiałam powstrzymać. A później karzę się za to, że te zachowania się pojawiły. Jedno miało służyć potwierdzeniu tezy o moim zepsuciu, drugie było ponoszeniem odpowiedzialności za nie.
Ile dałaby mi sama świadomość, nawet bez terapii, leków czy jakiegokolwiek wsparcia, po prostu świadomość, że to nie ja jestem swoim wrogiem, a przynajmniej nie wyłącznym, że to głównie mój mózg, który przetwarza rzeczywistość w nietypowy sposób...

Czuję się bardzo rozbita.

Wszyscy mi mówią, że powinnam czuć się dumna z siebie, że osiągnęłam tak wiele i jestem w tak dobrym miejscu, chociaż życie rzuciło mi tyle kłód pod nogi, że ciągle dowiaduję się o nowych. I przecież wciąż jestem tą samą osobą, którą byłam miesiąc temu, nawet nie myśląc o tym, że mogłabym mieć ADHD.
Ale czy naprawdę jestem?
Wiem, że to dość tragiczna analogia, ale dowiedzenie się, że było się molestowanym w dzieciństwie nic w Twojej osobowości nie zmienia, ale jednak rzuca nowe światło na rzeczy, z którymi się później zmagałaś i tłumaczyłaś sobie czymś zupełnie innym. Przestajesz więc być osobą, która była taka z powodu X, a stajesz się osobą, która była taka z powodu Y lub X+Y.
I jest to o tyle cięższe do zniesienia, gdy powody, które zawsze przypisywałaś sobie, nagle okazują się zewnętrzne, poza Twoją kontrolą.

Czuję, że zataczam jakieś dziwne koło, bo przerabiałam te same myśli, gdy poszłam na terapię w wieku 19 lat i większość zachowań, za które się obwiniałam, wpisywało się w schemat reakcji większości dzieci, które dorastały w podobnych warunkach do moich. Miałam dokładnie te same rozterki: ile z tego było mną, ile było traumą, jaką zgotowali mi rodzice? Jaka bym była, gdyby się to nie wydarzyło? Czy popełniłabym te same błędy? Czy byłabym lepsza, mądrzejsza, bardziej utytułowana? O ile łatwiej by mi było?
Wtedy jednak stanęłam na tym, że to nigdy nie była moja decyzja, mój wybór... Problemy miały źródła w 100% w moich rodzicach i nie mogłam zrobić nic, by się przed tym uchronić. Wydarzyło się akurat to, ale mogło coś innego, co dałoby bardzo zbliżone lub gorsze efekty. Gdy jesteś dzieckiem, życie Ci się po prostu przydarza i robisz, co możesz, żeby jakoś się w nim odnaleźć. 
Ale teraz... Nie wiem, może nie umiem zaakceptować tego, jak trudno mi było.
Co jest ironiczne, bo przerabiam to tu, na terapii, rozmawiam z rodzicami, mężem, przyjaciółmi, z Wami, chyba nie ma osoby, która śledziłaby moją działalność i miała wątpliwości co do tego, jak trudno mi było w życiu...
Ale dołożenie do tego ADHD to dla mnie... za dużo.
Nie mogę się chyba pogodzić z tym, jak bardzo cierpiałam i jak zupełnie sama z tym byłam, bo nikogo to w zasadzie nie obchodziło. Aż tego cierpienia było tak wiele, ze wszystkich stron, że zaczęłam uważać, że na nie zasługuję. Zaczęłam uważać je za normę. Zaczęłam je sama prowokować. A teraz w wieku 28 lat muszę walczyć ze swoim mózgiem, który przez to wszystko upiera się, że odczuwanie szczęścia jest zagrażające i bezpieczniej jest czuć się źle.

Terapeutka zapytała mnie, jak się czuję, a ja odpowiedziałam tylko, że czuję się zmęczona.
Kilka naszych ostatnich sesji było dosłownie opowiadaniem o tym, jak dobrze się czuję, jak dumna z siebie jestem, bo zrobiłam tak olbrzymie postępy od 2019, gdy zaczęłam tę terapię i wszystko idzie wyjątkowo gładko, nie z przypadku, ale dlatego, że takim to uczyniłam.
A teraz znowu diagnoza, analizowanie całego swojego życia, rozgrzebywanie starych ran, nieufne przyglądanie się bliznom i zastanawianie się, co oznaczają. Milion książek do przeczytania, żeby lepiej zrozumieć własne funkcjonowanie. Do tego leki i cały proces ich stabilizacji, na który nie mam najmniejszej ochoty. Ugh.

I tak, wiem, najpewniej za miesiąc będę się cieszyła z tej diagnozy, bo leki poprawią mi jakość funkcjonowania, poczytam mądre rzeczy, nauczę się czegoś o sobie, pewnie nawet poczuję się lepiej, więcej sobie wybaczę, zacznę okazywać więcej cierpliwości dla swoich zachowań, które mnie irytują, zbuduję nowe narzędzia do radzenia sobie z nimi.
Teraz jestem jednak tu, czuję się zła, skonfundowana, poirytowana i ekstremalnie zmęczona byciem mną.

Niech to przy okazji będzie lekcja dla Was, moje jednorożki. Te wszystkie razy, kiedy pytaliście mnie: "jakim cudem jesteś taka zorganizowana", "jak udaje Ci się to wszystko ogarniać?", "skąd masz tyle motywacji?", "skąd umiesz tak dobrze sobie radzić?", a ja odpowiadałam "nie radzę sobie, nie jestem, nie mam, to walka z samą sobą, każdego dnia dosłowne wydzieram z siebie strzępy momentów, kiedy udaje mi się coś zrobić" i nie wierzyliście. Niech ta historia będzie dowodem na to, że nigdy nie jestem fałszywie skromna i mam na myśli dokładnie to, co mówię.

Jeżeli czujecie teraz strach, niepokój, napięcie, mocno utożsamiacie się z moim doświadczeniem i obawiacie się, że też możecie mieć ADHD, zapiszcie się do grupy ADHD / ADD u dorosłych na FB, znajdziecie tam dużo ciekawych postów, informacji i listę polecanych psychiatrów.
Umówcie się na wizytę i porozmawiajcie o tym ze specjalistą.
Nie piszcie do mnie „czy to ADHD?”, bo nie wiem.
Psychiatrzy, oprócz wiedzy zdobytej na studiach i specjalizacji, mają dostęp do testów diagnostycznych, które przekrojowo badają objawy i ich wpływ na jakość życia.
Nawet jeżeli nasze doświadczenia będą się pokrywać, nie oznacza to koniecznie, że mamy to samo zaburzenie.

Mam nadzieję, że ten tekst będzie dla Was przepustką do zgody na to, że możecie czuć, co tylko chcecie czuć i wszystkie Wasze emocje są ważne, adekwatne i na miejscu. Nie ma żadnego właściwego sposobu reagowania na takie informacje.
To ok czuć się zagubionym.
To ok czuć złość, żal i niesprawiedliwość.
To ok czuć ulgę i głębsze zrozumienie dla siebie.
To ok czuć to wszystko naraz lub naprzemiennie.

Życie to sinusoida. I jest trudne.
Nie musimy non stop wiedzieć dokładnie, jak się czujemy i co dalej z nami.
Czasem możemy po prostu załamać nad sobą ręce, a potem się nimi objąć i poczekać, aż sztorm wewnątrz nas się uspokoi.


PS Wiem, że wciąż czekacie na drugą część tekstu o pochwie, ale w moim życiu zmieniło się... niewyobrażalnie wiele od momentu, kiedy opublikowałam część pierwszą. Najlepszy dowód na to, jak głęboko terapeutyczne jest dla mnie pisanie.
Nie martwcie się, wszystkie zmiany są na lepsze i chociaż nie mogę się doczekać, by się nimi podzielić, jest to wciąż kruche i bardzo intymne, czekam więc, aż osiądzie we mnie jako norma, w której będę się czuć bezpieczna i pewna. Mimo że lubię o sobie myśleć, jak o kobiecie zupełnie niezależnej od cudzych opinii, moje teksty nauczyły już nas, że tak nie jest. Nie będę więc ryzykować wystawiania się na opinie, oceny i potencjalną krytykę, dopóki dobrze wszystkiego w sobie nie poukładam.

Add your comment

© e-klerki · THEME BY WATDESIGNEXPRESS