To, co dziś napiszę, jest dla mnie trudne, wynika z olbrzymich nakładów pracy nad sobą i lat terapii, pragnę więc, by było wiążące w interakcjach ze mną.
Jednocześnie absolutnie nie sugeruję, że jest to jedyna słuszna droga, adekwatna dla każdej osoby w podobnej sytuacji. Z pewnością nie jest.

Odkąd zaczęłam pisać o gwałcie, jak sobie z nim radzę, jak głęboko złamało mnie to, kto mi to zrobił, w jakich okolicznościach, z jakimi konsekwencjami się to dla mnie wiązało, większość moich czytelników weszła w tryb słusznego i kojącego moją duszę oburzenia. Zarówno na samą sytuację, jak i mojego oprawcę. 
Ja natomiast wielokrotnie powtarzałam, że moim celem, jest mu wybaczyć.
Nie po to, żeby mieć z nim relację, a właśnie po to, żeby przestać ją mieć. Ból, złość, cierpienie, nienawiść, każde z tych uczuć i emocji wiąże nas z ludźmi równie mocno, jak ich pozytywne odpowiedniki.
Przeciwieństwem miłości nie jest nienawiść, tylko obojętność. 
Tę właśnie obojętność chciałabym osiągnąć. I wierzę, że droga do niej wiedzie przez wybaczenie.

Jest to natomiast teza, z którą wiele z Was, łącznie z moją matką, się nie zgadza.

Jednym z ważniejszych dla mnie odkryć ubiegłego roku, było uświadomienie sobie, jak podatna na sugestie jestem. Wbrew własnym przekonaniom na temat swojej intelektualnej niezależności. 
Gdy więc tyle osób, w tym jego znajomych, tak naprawdę po raz pierwszy w moim życiu, stanęło po mojej stronie, jednoznacznie wskazując winną stronę w Grześku (co oczywiście jest bezsprzecznie prawdziwe w przypadku przemocy seksualnej), trochę się pod tą falą nagłego, nigdy wcześniej niedoświadczanego wsparcia... podtopiłam.
Słuchałam Seleny: "I needed to lose you to find me, this dancing was killing me softly. I needed to hate you to love me" i próbowałam w sobie tę nienawiść wyhodować, zgodnie z tym, czego wszyscy zdawali się ode mnie oczekiwać.
Tak doszłam do etapu, kiedy nie byłam w stanie przypomnieć sobie żadnej pozytywnej cechy u kogoś, kogo kochałam przez ponad 1/3 życia. I poczułam się bardziej zagubiona niż kiedykolwiek wcześniej. Zupełnie przestałam ufać swoim wspomnieniom i ocenom, ponieważ nawet jeżeli nie pamiętałam momentów, kiedy był dla mnie dobry, czułam je. I wszystko zaczęło we mnie zgrzytać od tej schizmy między uczuciami a wspomnieniami. 
Z pełną stanowczością zamykam więc te próby.
Nie ma we mnie zgody na to, żeby Grzesiek był obiektywnie złą osobą, niezależnie od tego, co mi zrobił. 
Nie ma w moim życiu ani jednej osoby, którą uważałabym za prawdziwie złą, niezasługującą na moją empatię i on na pewno nie będzie pierwszą. 
Postanowiłam przestać traktować to, jako objaw mojej słabości lub wyparcia.

Pozwolę sobie tę myśl rozwinąć...

Kontekst wszystkiego to oczywiście: 14 lat - wiek, w którym pokłóciłam się ze swoją pochwą 
Jak zaznaczyłam w praktycznie pierwszym zdaniu, nie chciałam, żeby ten tekst był o osobie, wokół której kręciły się opisywane wydarzenia. Jednak ku mojemu zdziwieniu, zadziwiająco wiele osób skupiło się głównie na nim.
Złości na niego, pogardzie do niego, nienawiści do niego. 

Zanim więc przejdę do kolejnej części, chciałabym niejako podsumować poprzednią i wyciągnąć z niej to, co najważniejsze, a przez empatię i przywiązanie do mnie, mogło niektórym umknąć...

Grzesiek miał nade mną tyle władzy, ile sama mu dałam.

Od końcówki 2010 do 2015 można tę winę kłaść również na ramionach moich rodziców, którzy zaczęli na mnie poważnie naciskać i budować we mnie poczucie, że z niczym (miłością, maturą, przyszłością) sobie bez niego nie poradzę...
A moja mama przeszła z "nie bądź głupia i na niego nie czekaj" do "nikt Cię nie pokocha tak, jak on", "tylko wydaje Ci się, że masz wątpliwości, bo długo się nie widzieliście" i zawsze znajdowała jakąś racjonalizację na jego szokująco (przynajmniej mnie) toksyczne zachowania.
To jednak wciąż moi rodzice, nie on.

Między 2006, kiedy się poznaliśmy a 2010, kiedy wyjechał na studia, to była wyłącznie moja decyzja, mój wybór, moja nieprzymuszona przez nikogo wola, by nadać mu tę rolę i znaczenie w moim życiu.
Były momenty, kiedy traktował mnie strasznie, co fatalnie wpływało na moją samoocenę, psychikę, poczucie własnej wartości... Jednak to wciąż była moja decyzja, by mu to wybaczać, wracać do niego, dawać robić sobie to samo, na tysiąc nowych sposobów.
To moja przemożna, kompulsywna, wręcz obsesyjna miłość do niego, nadawała jego zachowaniom tak monumentalnego znaczenia i wpływu na mnie.
Robiąc research do książki, wpadłam na nasze rozmowy z 2009, od których aż zemdliło mnie ze wstydu i upokorzenia, bo dysproporcja zaangażowania między nami, nawet jeżeli w najpiękniejszych słowach opowiadał mi o uczuciach do mnie, była jasna i oczywista od samego początku. 

On na niej korzystał, ale jej nie generował.
Generowałam ją sama, generowali ją moi nauczyciele i rówieśnicy, w końcu moi rodzice, ale nie on. Przynajmniej nie złymi zachowaniami. 
Nie chcę, żeby z tych tekstów wychodził jego wizerunek, jako osoby, która była geniuszem manipulacji, socjotechniki i prania mózgu. Nie był nim. Miał manipulacyjne zachowania, ale w granicach normy dla wieku, w którym byliśmy.
Nie musiał zresztą być, bo bycie charyzmatycznym i przystojnym mężczyzną wystarczy w większości życiowych sytuacji, by dostać to, czego się chce.
Najczęściej po prostu milczał i ze smutną minką pozwalał ludziom zakładać różne usprawiedliwiające go wersje wydarzeń, w których to ja byłam winną stroną.

Mózg wyprałam sobie głównie sama.
Pranie zaczęło się, gdy miałam 12 lat i spojrzałam na niego po raz pierwszy, nie zamieniając z nim słowa, arbitralnie osądziłam, że to ten jedyny, rozpędziło się, gdy ze mną rok później zerwał, a ja zawsze chciałam tego, czego mieć nie mogłam i jechało już z prędkością Maglev'a, gdy do siebie wróciliśmy przed moimi 16 urodzinami.
To nie on wmówił mi, że jest miłością mojego życia, od pierwszego wejrzenia.
To nie on wmówił mi, że muszę się dla niego oszczędzać.
To nie on wmówił mi, że ból w mojej pochwie wywołuje tęsknota za nim.
To nie on wmówił mi, że jest coś romantycznego w byciu zakochaną bez wzajemności... latami.
Wmówiłam to sobie sama.

Miałam to okienko w swoim życiu, bardzo długie tak naprawdę, kiedy hipotetycznie mogłam po prostu przestać go kochać, po prostu się z nim rozstać.
I nikt by mnie nie zatrzymywał, nikt by mi nie wyrzucał, że popełniam "błąd życia", jak to się działo wiele razy później.
Ale nie chciałam, bo byłam w nim zakochana.
Byłam też straumtyzowanym, żyjącym głównie w fikcyjnym świecie książek dzieckiem, które równie mocno było zakochane w idei bycia z nim. Rodzajem zakochania, który nie miał nic wspólnego z rzeczywistością, był za to kompilacją wszystkich wierszy, piosenek, opowiadań, cytatów, które pochłaniałam w masowych ilościach i wszędzie doszukiwałam się nas. Wyrobiłam w sobie tak silny nawyk wyszukiwania jakichś potwierdzeń sensu mojej miłości do niego, w dosłownie całej istniejącej pop i klasycznej kulturze, że do dziś, gdy słyszę piosenki lub czytam książki o depresyjnej miłości i robieniu z siebie wycieraczki przed drzwiami cudzego życia, myślę o nim.
Naprawdę nie musiał robić wiele, by zrobić na mnie wielkie wrażenie, gdy byłam wyposażona w ten cały arsenał narzędzi do wyolbrzymiania każdego najmniejszego gestu sugerującego uczucia do mnie.
Arsenał, który sumiennie budowałam przez 3 lata, z których razem byliśmy 3 miesiące (SIC!). 

Żyłam w tym wymyślonym świecie, który on urzeczywistnił swoją spontaniczną decyzją, by po dwóch latach praktycznie bez kontaktu ze sobą, jednak do siebie wrócić i, jak to się mawia, "odjechał mi peron".
Było to dość wielkie, nawet bez moich wyolbrzymień, by wystarczyło na bardzo, bardzo długi czas.
Jak często zdarza się, że ktoś, w kim jest się zakochanym bez wzajemności, nagle zrywa ze swoją piękną, inteligentną dziewczyną, którą postrzegasz, jako lepszą od siebie pod każdym względem, by wrócić konkretnie do Ciebie?
Byłam więc również zakochana w tym uczuciu byciu wybraną.
Kiedyś tak dobrze mi znanym, a potem bardzo brutalnie odebranym przez większość dorosłych, jakim ufałam i na których polegałam.

Nie chcę też, żeby z tych tekstów wychodził jego wizerunek, jako obiektywnie i fundamentalnie złej osoby, bo nią również nie był.
Nawet jeżeli momentami tak czuję, bo mnie przenikliwie skrzywdził.
Nie umiem sobie natomiast przypomnieć wielu jego zachowań, które budowałyby we mnie to intensywne uzależnienie od niego, a nie wynikały z dobrych cech jego charakteru. 
Przez boleśnie długi czas był osobą, która przejmowała się mną najbardziej. Interesowało go, czy coś zjadłam, czy się wyspałam, ciepło ubrałam, jak się czuję...
Jak napisałam w Trudne dzieci skomplikowanych rodziców:
"Smutna prawda jest chyba taka, że kochałam go, bo się w nim zakochałam, potrzebowałam go, bo był jedyną w miarę stabilną częścią mojego życia i widziałam w nim to, co widzieli wszyscy wokół: jest mądry, zabawny, przystojny i dba mnie, nawet jeżeli sprowadzało się to głównie do fizycznej opieki, jak o młodszą siostrę. 
I mogę, jak w Gdy Twoja druga połówka kocha Cie... mniej, wymieniać "ale w głębi" do woli i obalać jego pozytywne cechy...
Smutna prawa jest jednak taka, że na ówczesne standardy traktował mnie powyżej średniej. Lepiej niż rówieśnicy, znajomi, nauczyciele, przyjaciele, rodzina i rodzice. I to uwzględniając wszystkie okrutne rzeczy, jakie mi robił.
Wbrew dominującej narracji naszego otoczenia, nigdy nie próbował mi wmawiać, że jest ode mnie lepszy, mądrzejszy i zasługuje na faworyzowanie, którego doświadcza. Wręcz przeciwnie, był właściwie jedyną osobą w moim ówczesnym życiu, która niezachwianie twierdziła, że jestem mądra, zdolna, osiągnę wszystko, czego pragnę i różnice w tym, jak jesteśmy traktowani, są niesprawiedliwe.
Nawet jeżeli finalnie i tak z nich korzystał i wspierał mnie w niewystarczającym stopniu."


Myślę, że podkreślenie tej osobistej odpowiedzialności za to, komu pozwalamy być częścią naszego życia, jest bardzo ważne.
Oczywiście to, że ją dostrzegam, nie oznacza, że się za nią obwiniam.
Jak również napisałam w Gdy Twoja druga połówka:
"Dlatego wiem i rozumiem, że gdy jest się w procesie, skrajnie zdeterminowanym, by się nie poddać, by wytrzymać dość długo, żeby związek przeistoczył się z czegoś toksycznego, w dobro i oddanie, o którym się marzy od tak dawna... To praktycznie niemożliwe, żeby po prostu odejść, po prostu powiedzieć sobie "ok, poddaję się", bo gdyby takie rozwiązanie było w kartach, zostałby użyte już dawno temu..."
Jest jednak różnica między sytuacją, gdy ktoś grozi Ci śmiercią, przemocą, odebraniem środków do życia, dziecka, pracy, domu, jeżeli zdecydujesz się odejść. Tworząc klatę zbudowaną z lęku i zależności.
A sytuacją, gdy tworzymy tę klatkę sami.
Klatka to klatka i gdy jesteś już w środku, nie ma aż tak wielkiego znaczenia, jak się tam znalazłaś, czy ktoś Cię w nią wrzucił, gdy weszłaś tam pozornie z własnej woli. Poczucie uwięzienia jest takie samo.
Ma jednak fundamentalne znaczenie, gdy zaczynamy organizować sobie plan ucieczki. Ma znaczenie, gdy wchodzimy w kolejne relacje i musimy uważać nie tylko na złe zachowania drugiej strony, ale swoje własne schematy myśli i zachowań. 
Wszyscy dążymy do posiadania szeroko pojętej władzy. Również w relacjach.
I nie ma wielu osób, które czując, że mają nad nami przewagę, chociażby wynikającą z dysproporcji uczuć czy poparcia otoczenia, z własnej woli z niej zrezygnują w imię partnerstwa i sprawiedliwości. 
To nasza własna odpowiedzialność, za samych siebie, by nie dopuszczać do sytuacji i relacji, w których czujemy się kompletnie bezradni i zdani na cudzą (nie)łaskę.

Tymczasem, chociaż ciężko znaleźć mi wytłumaczenie, dlaczego mnie zdradzał, zostawiał, okłamywał i upokarzał, zaczynam powoli, ale pewnie, dochodzić do tego, że nie chodziło w tym o mnie.
To logiczna wynikowa mojego ówczesnego położenia, że wtedy tak to interpretowałam: jako coś wymierzonego konkretnie we mnie i świadczącego o mnie, jako osobie. Mój ból, złość, poczucie bycia oszukaną, wykorzystaną, skrzywdzoną i idąca za nimi złość, żal, lęk również były naturalne. W żadnej mierze się za to nie obwiniam.
Jednak to też była moja narracja, której dziś bym już nie przyjęła
Na każde z jego złych zachowań mogłam zareagować "nie jest mnie wart", ale reagowałam "co mogę zrobić, żeby być bardziej wartą jego szacunku?".
Smutne i tragiczne, ale również nie jest jego winą. On sam nigdy mi takiego myślenia nie narzucił.
Najczęściej wracaliśmy do siebie w atmosferze jego skruchy i żalu, więc niezależnie od usprawiedliwiających go ludzi wokół nas, sam nigdy nie powiedział mi, że jego zachowanie jest moją winą, że mi czegoś brakuje, że nie zasługuję na szacunek. 

Bywał paraliżująco okrutny, głównie za pomocą swojej obojętności na to, jak bardzo mnie krzywdzi, przykrywaniem swoich najgorszych uczynków, najpiękniejszymi miłosnymi wyznaniami, które sprawiały, że czułam się, jakby całował mnie po głowie i wbijał nóż w plecy jednocześnie...
Nie można jednak zapomnieć, że nie traktował mnie w tych latach wiele gorzej, niż ja traktowałam moich ówczesnych chłopaków. Zachowania, które uczę się sobie wybaczać, bo byłam zaburzonym dzieckiem i nie miałam pojęcia, co robię. Nie chciałam nikogo celowo krzywdzić, chciałam tylko odrobiny kontroli, bo dawała mi poczucie bezpieczeństwa.
Nie wiem, czego on chciał, ale jestem prawie pewna, że nie krzywdził mnie wtedy z premedytacją, tylko sam nie miał pojęcia, co robi... bo również był dzieckiem.
Czuję, że zasługuje na ten sam kredyt wyrozumiałości, jakiego udzielam samej sobie. 
Przynajmniej w tym okresie, gdy oboje byliśmy jeszcze w szkole.
Mierząc nas tą samą miarą: ja również zdradzałam, zostawiałam, okłamywałam i upokarzałam ludzi, z którymi byłam. To, że robiłam to wyłącznie z nim, dla niego, przez miłość do niego, w żadnej mierze nie zdejmuje ze mnie odpowiedzialności ani nie umniejsza cierpienia, jakie zadałam chłopcom, którzy mnie przecież kochali.
Uczę się akceptować myśl, że on również miał jakiś ekwiwalent tego uczucia, jakim dla mnie była miłość do niego, potęgowana przez problemy w domu. Miłość, która Cię dominuje, sprawia, że nie wiesz, co ze sobą zrobić i popełniasz uczynki, od których później nie możesz zasnąć w nocy z wyrzutów sumienia. A jeżeli kochał mnie chociaż w 1/10 tak, jak twierdził, że kocha, to jego własne zachowanie musiało sprawiać mu ból... 

Wiem, ile bólu sprawiło mi moje zachowanie.
Bezmyślne okrucieństwo, brak zdolności empatyzowania z ludźmi, bo byłam niezdolna do empatii dla samej siebie, zawodzenie tych, którzy byli gotowi do olbrzymich poświęceń w imię miłości do mnie. A nawet ich nie kochałam.
Wiem, jak to jest być tą złą stroną i wina nigdy nie leżała w drugiej osobie. Chodziło o mnie.
Moją nieumiejętność poradzenia sobie ze swoimi uczuciami, impulsami, problemami, które w zupełnie niekontrolowany sposób przelewały się przeze mnie, jak przez sito.
Wiem to, bo gdy wyprowadziłam się z domu, poszłam na terapię, zaczęłam pracować nad sobą, zmieniłam znajomych, uniezależniłam się emocjonalnie od rodziców, przerobiłam problemy, z którymi mierzyłam się w czasie dorastania, opanowałam w sobie tę całą złość na świat, poczucie odrzucenia i autoagresję. Zrzuciłam z siebie większość tego balastu, który ciągnął mnie w dół, jako nastolatkę: zniszczone poczucie własnej wartości, nieustanne poczucie zagrożenia, rozpaczliwą potrzebę akceptacji ze strony rodziców...
Po prostu przestałam. Przestałam zdradzać, zostawiać, okłamywać i upokarzać. 

I ukazałam się znowu prawdziwa ja. Ja, którą zawsze miałam być.
Ja, która jest dobra.
Ja, która jest wierna.
Ja, która jest szczera.
Ja, która szanuje i troszczy się o uczucia innych. 

Trochę naiwnie, ale liczyłam, że on przeszedł podobną drogę.
Na tej podstawie Napisałam do faceta, który mnie zgwałcił, mając nadzieję, że wzajemnie damy sobie jakieś... budujące zakończenie. Tak bardzo chciałabym wiedzieć, co było jego powodem do bycia tym, kim wtedy był, jak mnie traktował...
Chciałabym usłyszeć, że ma jakąś chorobę psychiczną, zaburzenie rozwojowe, że rodzice się nad nim znęcali, ksiądz go molestował, że jest nieheteronormatywny, a nie mógł tego na Podkarpaciu przyznać, że cierpi(ał) na zaburzenia narcystyczne, że tak naprawdę nigdy mnie nie kochał, ale sam czuł się niekochany i leciał do tej mojej miłości, jak ćma do światła (jak ja z każdym innym facetem, z którym wówczas byłam).
Nie życzę mu żadnej z tych rzeczy, ale chciałabym usłyszeć jakiekolwiek trudne, a najlepiej traumatyczne doświadczenie, psychiczne lub biologiczne wytłumaczenie, które stworzyłoby we mnie przestrzeń na zrozumienie i wybaczenie...
Tak się jednak nie stało i chociaż mam świadomość, że może to budzić wiele negatywnych emocji, wspinam się na te Himalaje empatii i myślę o tym, że ja nawet w najgorszych momentach, byłam lata świetle przed nim, jeżeli chodzi o samoświadomość, zdolność do autorefleksji, nazywania emocji. I pracowałam tak ciężko przez te wszystkie lata...
Może najnaiwniejszym aspektem tej wiadomości, było założenie, że jest już na nią gotowy, tylko dlatego, że ja jestem.

W tekście o niej (i braku odpowiedzi na nią), napisałam, że: "(...) znajdę w sobie budujące, wzbogacające, dające ulgę zakończenie tego związku. Bez jego pomocy. Zrobię to jednak na swoich warunkach" co, jak się okazuje, oznacza pisanie o tym w kółko, aż w końcu ułoży się we mnie jakaś możliwa do zaakceptowania wersja wydarzeń.
Czym jestem już tak zmęczona...

Niczym, co napisałam powyżej, nie usprawiedliwiam tego, jak mnie traktował. Ani w tym 2006-2010 okresie, o którym teraz pisałam, ani później, gdy nasz związek ze skomplikowanego, przeszedł w toksyczny, a na końcu otwarcie przemocowy.
Wszystko, co zrobił złego, jest wyłącznie na jego sumieniu.
Wiedział, jak wiele dla mnie znaczy, jak silnie jestem do niego przywiązana, jak bardzo go kocham, jak łamie mi serce tym, co robi... I wciąż wolał traktować mnie źle, obiecywać rzeczy i nigdy się z nich nie wywiązywać, kłamać, zdradzać, niż po prostu ze mną zerwać. Dobrze wiedząc, że ja nigdy tak naprawdę nie odejdę.
Puentą absolutnie nie jest to, że jest bez winy.
A to, że najpierw sama, żyjąc w swoim własnym świecie i nie przejmując się za bardzo realiami, potem z pomocą nauczycieli i rówieśników, którzy traktowali go, jak moje największe życiowe osiągnięcie, a na końcu rodziny, która nieustannie naciskała, żebym za niego wyszła...
Stworzyłam mu idealne warunki do zadawania mi tych wszystkich krzywd.

Powiedziałam kiedyś mojej mamie, że Grzesiek zabił we mnie coś, co chciałabym dać Piotrkowi, ale już po prostu tego w sobie nie mam.
Teraz jednak widzę, że to, co we mnie zabił, to stworzona przez moich rodziców i doszlifowana przez niego do perfekcji, patologiczna skłonność do poświęcenia się dla ludzi, których kocham.
Zabił ją i dlatego, po raz pierwszy w życiu, nie wróciłam do niego. Nie dałam sobie narzucić jego narracji. Nie dałam zrzucić na siebie winy. Nie poświęciłam się dla miłości, pierwszy raz, odkąd przestałam być dzieckiem. 
Napisałam kiedyś, że "nigdy nie pokocham Piotrka tak, jak kochałam Grześka" i to dokładnie to, co miałam na myśli.
Nigdy nie pozwolę już sobie oddać tyle władzy nade mną, moim życiem, przyszłością, samooceną, wiarą w siebie w cudze ręce...
Nigdy więcej nie złożę siebie na żadnym ołtarzu.
Nigdy już nie będzie definiowała mnie inna osoba.
Nigdy, przenigdy nie zatracę się w uczuciach do kogoś na tyle, by zupełnie zapomnieć o sobie, swoich potrzebach, swoich pragnieniach, swojej wartości. 

Trochę nie wierzę, że to piszę, jednocześnie będąc dumną, że zaraz wyjdzie to spod moich palców, ale gdy piszcie mi, że przytulacie tą nastoletnią, zagubioną mnie i pomstujecie na Grześka...
Znajdźcie w sobie też takie chociaż poklepanie po plecach... dla niego.
Przynajmniej tego, który chodził do szkoły, był nastolatkiem, słabym chłopakiem, ale dobrym przyjacielem.
I dokładnie tak, jak ja, ofiarą swojego wychowania i kultury, w której dorastaliśmy.
Kultury, która psuła i raniła nas oboje. Chociaż w zupełnie inny sposób.

Nie mam w sobie żadnego zrozumienia ani wybaczenia na to, jak wyglądało nasze życie po mojej studniówce, ale jestem bardzo blisko pogodzenia się i darowaniu mu tego, jak wyglądał nasz związek przed jego pójściem na studia.
A to olbrzymi krok do przodu dla mnie, biorąc pod uwagę, że jeszcze w 2019 siedziałam u terapeutki i przedstawiałam jej tezy, w które realnie wierzyłam, że Grzesiek jest karą od wszechświata dla mnie za bycie złą osobą i z nieobecnym spojrzeniem utkwionym gdzieś za oknem, powtarzałam w kółko: "co jest ze mną nie tak, czego mi brakowało, dlaczego mnie tak nienawidził, czym na to zasłużyłam, co mogłam zrobić lepiej, by kochał i szanował mnie bardziej?".
Teraz wiem, że odpowiedź brzmi: "nic".

Na pewno nie będę obwiniać się za to, jak bardzo go kochałam i że mogłam mniej. Mojego męża kocham równie mocno, równie kompulsywnie, tylko już nie autodestruktywnie i jak sam twierdzi, to najlepsze doświadczenie jego życia. Czerpie z niego siłę, inspirację, odwagę, daję mu poczucie stabilizacji, bezpieczeństwa, bycia kochanym, zaopiekowanym.
Widzę po nim, że uważa się za szczęściarza mając mnie za żonę. Widzę to po jego miłości, wdzięczności, cierpliwości, docenianiu mnie, każdego dnia. 
Widziałam to w oczach wszystkich facetów, z jakimi kiedykolwiek byłam, patrzenie na mnie, jakbym była nagrodą od losu, za którą są wdzięczni. Dla każdego z nich byłam wystarczająca, zasługiwałam na szacunek, miłość, lojalność. Chociaż traktowałam ich... gorzej.
Grzesiek faktycznie był więc tym jednym dla mnie, pod wieloma względami, oprócz tego jednego, który mu przypisałam, gdy na niego pierwszy raz spojrzałam.
Wyjąwszy zmianę mojej własnej narracji na jego temat, nie mogłam zrobić nic, by nie był dla mnie tym, kim był, bo to była jego decyzja, jego charakter, jego nierozwiązane wewnętrzne problemy, które, tego jestem pewna, musiały przysparzać mu bólu również w innych sferach życia.

Wybaczam sobie, że nie byłam w stanie tej narracji zmienić.
I wybaczam mu. Na raty, po ile jestem aktualnie gotowa i umiem sobie ułożyć w głowie w sposób, który jest dla mnie empatyczny, racjonalny i sprawiedliwy. 
A moje wybaczenie nie jest prezentem dla niego, nie jest usprawiedliwieniem jego zachowania, zgodą na nie. Nie jest nawet wynikową przekonania, że na nie zasługuje. 
Nie robię tego dla niego.
Robię to dla siebie.
By być osobą, którą chcę być, z której jestem dumna, której siłę podziwiam.

"Fear is the path to the dark side...
Fear leads to anger.
Anger leads to hate.
Hate leads to suffering."

"Strach wiedzie na ciemną stronę Mocy...
Strach prowadzi do gniewu.
Gniew prowadzi do nienawiści.
Nienawiść prowadzi do cierpienia."

- Master Yoda

Nie nienawidzę go, ani żadnej innej osoby, która kiedykolwiek mnie skrzywdziła i nie chcę, żeby ktokolwiek z Was żywił podobne uczucia.  
Nie uważam go za obiektywnie złą osobę, ani żadnej innej osoby, którą znam osobiście, w zgodzie z tym, co staram się głosić na co dzień: wszyscy mamy złożoną przeszłość, osobowość i życie, których nie widać na pierwszy rzut oka.

Głęboko wierzę, że ludzie są fundamentalnie dobrzy, a złe zachowania wynikają ze złych doświadczeń.

Prawdziwa lekcja empatii to ta, kiedy budujemy ją wobec ludzi, którzy zdają się na nią nie zasługiwać.
A ja bardzo, bardzo chcę ją czuć. Do każdej myślącej istoty. Uważam, że empatia bardziej, niż cokolwiek innego konstytuuje w nas to, co dobre, humanitarne, ludzkie. 
Potrzebuję jej dla siebie i pragnę jej dla Was.

fot. e-klerki, 2021
Mijam ten mural za każdym razem, jak wracam do domu z Muranowa.
To cytat Marka Edelmana, jest piękny i tak trafny w swojej prostocie. 
Nienawiść jest łatwa.
Miłość, wybaczenie, empatia, bycie dobrą osobą, wymagają wysiłku. 

Add your comment

© e-klerki · THEME BY WATDESIGNEXPRESS