Nie będzie hiperbolą, że to, o czym będę pisać na przestrzeni dwóch najbliższych tekstów, jest odkryciem mojego życia.
I przy okazji najintymniejszymi tekstami, jakie kiedykolwiek opublikowałam.

Nie jest mi z tym łatwo, jednak tyle z Was obdarza mnie zaufaniem każdego dnia, dodając mi odwagi, by mówić otwarcie o tym, co delikatne, wrażliwe, najgłębiej schowane. 
Wierzę, że wszyscy żyjemy w takiej... puli doświadczeń.
Jest wspólna dla nas wszystkich, ale nie ma dwóch osób, które zebrałyby dokładnie taki sam ich zestaw. Nie wszystkie elementy naszych historii muszą się zgadzać, żebyśmy mogli się w sobie wzajemnie przeglądać, odnajdywać i empatyzować ze sobą. Myśleć w szerszym kontekście niż nasz własny. 
A gdy znajdujemy w sobie odwagę, by mówić szczerze o tym, co nas dotyka, otwieramy sobie drogę do odkrycia, że nie jesteśmy w tym sami.


Bardzo dużo miejsca na blogu poświęciłam byciu oprawcą, osobą, która krzywdziła innych, zachowywała się karygodnie, jak to ładnie napisałam "wyłączyła sumienie i serce". Pisałam o różnych sposobach, w jakie sprawiałam ból ludziom, szczególnie tym, którym na mnie zależało.
Wiele miejsca poświęciłam też byciu ofiarą, osobą, która była krzywdzona przez innych, której samoocena, zdrowie psychiczne, wiara w siebie, były miażdżone na każdym kroku. O rzeczach, które "łamały mi duszę, serce i kości". Pisałam o toksycznym związku, który skończył się gwałtem, dysfunkcjach w rodzinie, byciu zdradzaną przez przyjaciół, upokarzaną przez nauczycieli, opuszczaną przez rodzinę. 

Dziś chciałabym zacząć stosunkowo nowy wątek biograficzny, czyli krzywdy, jakie wyrządziłam sama sobie. I bynajmniej nie wynikały z mojego wychowania, zaniedbań, błędów bliskich mi ludzi.
A mnie i wyłącznie mnie samej.
Idącej często drogą przeciwną do tej, którą wskazywali mi dbający o mnie dorośli lub przyjaciele.

Podzielę ten tekst na 5 okresów i 2 części.

Część pierwsza:
1. Dzieciństwo
2. Wczesne dorastanie
3. Późne dorastanie
4. Wczesna dorosłość

Część druga:
5. Dorosłość
6. Teraźniejszość

Chociaż ta opowieść będzie mocno bazować na konkretnym związku w moim życiu, nie dajcie się zwieść. Nie jest ani o Grześku, ani o naszej relacji, chociaż oboje wyznaczają naturalne ramy tej historii. 
Jest o mnie.
Moim sposobie myślenia, interpretowania rzeczywistości, nadawaniu rzeczom znaczenia.
Przebiegłaby, przynajmniej do etapu późnego dorastania, bardzo podobnie, niezależnie do tego, komu 13-letnia ja nadałaby tytuł "miłości mojego życia".

1. Dzieciństwo 

Długie teksty opisujące katastrofalny wpływ moich rodziców na mnie, jako dorastającą osobę, sprawiają, że łatwo jest zapomnieć o tym, że moje życie nie zawsze tak wyglądało.
Wspominałam o tym wielokrotnie, chociaż może wciąż za rzadko, by oddać im tę sprawiedliwość, że miałam perfekcyjne, wręcz idylliczne dzieciństwo.
Być może dlatego aż tak ciężko zniosłam jego koniec, połączony z początkiem problemów w moim domu, gdy miałam 13 lat.

Jako jedynaczka byłam oczkiem w głowie moich rodziców, otaczała mnie miłość i oddanie na poziomie, który dawał mi bardzo silne przekonanie, że Ziemia nie kręci się wokół Słońca, ani Słońce wokół Ziemi, tylko cały wszechświat kręci się wokół mnie.
Moi rodzice zapewnili mi ekscytujące, wielowymiarowe, złożone, ale jednocześnie bezpieczne dzieciństwo, które (chociaż wciąż ciężko mi to przyznać przed sobą), ukształtowało mnie w o wiele większym stopniu, niż cokolwiek, co wydarzyło się po nim.
Dlatego pomimo wszystkich traum, jakie omawiam na niekończących się terapiach, wciąż jestem w stanie mieć satysfakcjonujące życie, bliskie i stabilne związki, robić ważne i potrzebne rzeczy, wspierać ludzi, którzy nie mają mojego zaplecza. Zaplecza, które zbudowali przede wszystkim moi rodzice w tych pierwszych kluczowych latach, a wartości, które wówczas mi przekazali, przeważnie za pomocą własnego przykładu, są we mnie dość silnie osadzone, by żadne negatywne doświadczenia nie były w stanie ich zabić; na przykład mojej wiary w to, że ludzie są fundamentalnie dobrzy, zasługują na pomoc i empatię. 

Rosnąc, byłam otoczona przez dorosłych, którzy nieustannie zachwycali się tym, jak mądra, dojrzała i elokwentna jestem, co już na dość wczesnym etapie życia zbudowało we mnie poczucie, że nauka jest podstawową wartością. Nie w sensie kariery naukowej, ocen czy jakichś formalnych wyznaczników, a po prostu wiedzy. 
Moja aktualna chęć i zdolność do wypowiadania się na wiele różnych tematów, wynika głównie z mojego wychowania. Od najmłodszych lat, jako jedynaczka spędzająca czas głównie z dorosłymi, najpierw wysłuchiwałam, a później, coraz mniej nieporadnie, włączałam się w dyskusje otaczających mnie ludzi, z każdej możliwej dziedziny. Rosłam w ciągu niekończących się rozmów o wszystkim, wśród dorosłych, którzy chcieli mnie słuchać i wynagradzali pochwałami za zabieranie głosu. 
Gdy w wieku 10 lat powiedziałam mojej mamie, że chcę zmienić religię i przestać chodzić do Kościoła, powiedziała, że nie ma problemu, ale najpierw muszę jej przedstawić religię, jaką chciałabym wyznawać, jej wartości, obrządek i tak dalej. W efekcie czego stałam się ateistką.
Książki, które czytałam, nigdy nie miały ograniczeń wiekowych. Z perspektywy czasu mam pewne obiekcje, czy była to najlepsza droga, ale wtedy czułam się dzięki nim ważna i równa, co w najgorszym wypadku równoważyło minusy wynikające z konsumowania wiedzy, na którą nie byłam emocjonalnie gotowa. 
W oczach mojej mamy nigdy nie byłam "za młoda", żeby zrozumieć rzeczy. Nigdy nie była też zbyt zajęta, by znaleźć dla mnie czas na przedyskutowanie tego, co akurat było dla mnie ważne. Od moich dziecięcych miłości, przez religię, po politykę czy problemy społeczne.
Ciężko mi sobie wyobrazić, jak na polskie standardy i czasy, bardziej holistyczne i wspierające rozwój dzieciństwo niż to, które zapewnili mi rodzice w naszym domu.


Jako edukatorka seksualna, moja mama upewniła się, że wiem absolutnie wszystko o swoim ciele, zanim zaczęło mnie realnie interesować. Wiedziałam, jak wygląda macica na całe lata przed zbliżeniem się do pierwszej miesiączki. 
Nagość była w moim domu normą. Wiedziałam, jak wygląda nagi mężczyzna. Wiedziałam, jak wygląda naga kobieta. Gdy w przedszkolu zreflektowałam się, że mój tata wygląda inaczej, niż my, moja mama na przykładzie jego penisa tłumaczyła mi budowę męskich genitaliów. Tłumaczyła, po co tam skóra, skąd wychodzi mocz, opisywała mi podobieństwa między penisem a cipką.
Nie byłam tym zawstydzona ani zmieszana, nie było w tym nic seksualnego, po prostu dwójka dorosłych ludzi, którzy uczą swojego małego człowieka o tym, jak działa ciało. Jak natura nas buduje, jakie funkcje nam oferuje, jak bardzo podobni do siebie jesteśmy. 
Przy okazji udzielając kilku lekcji na temat nietykalności cielesnej, respektowania granic innych ludzi i absolutnym braku zgody na to, żeby jakakolwiek osoba dorosła oczekiwała ode mnie interakcji ze swoimi genitaliami, a jeżeli ktokolwiek wyszedłby z taką propozycją, to mam od razu biec do rodziców, najlepiej krzycząc, że się pali.
Wiem, że są ludzie, którym taki model wychowawczy nie mieści się w głowie, ale na mnie działał bardzo dobrze. Nigdy nie dawałam się obmacywać, zaglądać sobie w majtki, umiałam stawiać sztywne granice zarówno rówieśnikom, jak i dorosłym. Pełniłam też funkcję edukacyjną wśród wszystkich moich koleżanek, które chociaż starsze ode mnie, nie miały nawet 1/10 mojej wiedzy. 
Ciało nigdy nie było dla mnie inherentnie seksualne. Widziałam tylu ludzi nago, którzy w żadnej mierze nie zachowywali się w sposób seksualny, ani względem siebie wzajemnie, ani mnie, ani nikogo, że aż do ok. 11 roku życia, kompletnie nie rozumiałam np. zabaw w lekarza, podglądania się w szatniach, grania w rozbierane gry, bo nagość nie była dla mnie ekscytująca. Była normą. Każdy ma ciało, chłopcy mają trochę inne, dziewczynki trochę inne, ale w zasadzie wszyscy wyglądamy w miarę tak samo, więc czym tu się ekscytować?
Moja dziecięca ciekawość była w pełni zaspokojona, nie peszyło mnie słowo "penis", nie chichotałam i nie rumieniłam się na widok produktów sanitarnych, które rozprowadzałam między koleżankami, niczym w menstruacyjnym podziemiu, bo wstydziły się w ogóle porozmawiać o tym ze swoimi matkami. 

Jednocześnie chodziłam do klasy sportowej, miałam mięśnie ze stali, sześciopak, kochałam swoje ciało i dawało mi olbrzymie poczucie sprawczości.
Rodzice sprawiali, że czułam się ładna, koledzy sprawiali, że czułam się fajna, ja sama czułam się nieprzeciętnie sprawna, a rówieśnicy podziwiali moją odwagę, gdy byłam tą, co mówi, a nie puka, wszędzie się wspina i jest prowodyrką wszelkich psot.
Na tamten moment przypadły też moje sukcesy w nauce, konkursach recytatorskich i literackich, byłam pewna siebie, swojej wiedzy, umiejętności. Czułam, że rodzice są ze mnie dumni i sama również taka się czułam.
Dorośli w moim życiu, ci najbliżsi i dalsi, zrobili, co mogli, by dać mi najlepszy możliwy start, jaki można sobie wyobrazić, będąc zamkniętą w 30-tysięcznym miasteczku na Podkarpaciu. Oprócz wywiezienia mnie tam, gdy miałam 5 lat, naprawdę nie mogę zarzucić moim rodzicom niczego złego w kwestii mojego dzieciństwa.

Przygotowali i wychowali mnie do bycia wykształconą, otwartą, decyzyjną, asertywną, stawiającą jasne granice kobietą, która jest pewna siebie i swojego ciała. 

2. Wczesne dorastanie

Dzieciństwo się jednak nieuchronnie skończyło i wszyscy zaczęliśmy dorastać.
Pojawiły się gazety dla nastolatek, wchodzenie na jakieś fora, pierwsze media społecznościowe.
Zrozumiałam, że istnieją jakieś konkretne oczekiwania wobec tego, jak powinno wyglądać kobiece ciało.
Moje ciało.
Koleżanki z podwórka rozpoczęły działania ofensywne przeciwko mojemu czuciu się dobrze ze sobą i gdy po tylu latach zdobyły wreszcie oręż, który robił na mnie wrażenie, zaczęły właściwie non stop bombardować mnie informacjami o tym, że mam za małe usta, za szerokie biodra, zbyt płaskie pośladki, moje piersi są nierówne i w ogóle położone niżej, niż powinny, broda jest wycofana i "na pewno kiedyś zrobię sobie na to wszystkie operacje, bo nikt mnie nie będzie chciał", jak to podsumowała moja Socjopatyczna Była Przyjaciółka, gdy miałam 12 lat.
Jednocześnie nie zaczęłam jeszcze nawet menstruacji, gdy dorośli mężczyźni zaczęli odwracać się za mną na ulicy, trąbić, gwizdać, informować mnie, co i gdzie by mi wsadzili, atakować mnie gestami sugerującymi seks oralny, słowem: zaczęło się to całe obrzydliwe codzienne molestowanie, w którym dorastamy i uczymy się traktować, jak normę...

Wystarczyły 3 lata bycia nastolatką, by jeszcze przed moim pierwszym prawdziwym chłopakiem, większość mojej pewności siebie, własnego ciała, komfortu w nim, poczucie bezpieczeństwa i niezachwianych granic, rozpłynęły się w toksycznym, patriarchalnym powietrzu...

Nie pomogło, że moi rodzice byli pod tym względem super przez całe moje życie i zawsze upewniali mnie w tym, że jestem wyjątkowa i atrakcyjna. Nie pomogła mantra mojego taty, że każdy chłopak, jaki się we mnie nie zakocha, gdy mnie pozna, musi być gejem (zgodnie z tym niezawodnym radarem traktował moich kolegów). Nie pomogło, że cierpliwie wysłuchiwali moich tyrad, gdy stałam przed nimi w samych majtkach i tłumaczyłam, że nigdy nikt mnie nie zechce, bo mam "nie mam biustu", a oni z całych sił starali się ze mnie nie śmiać, tylko uspokajać moje drżące nastoletnie ego, jak mogli.
Nie ma niczego, co mogłabym im w tej kwestii zarzucić, ani żadnej innej dorosłej osobie w moim życiu. Wszyscy, od życia płodowego, które od niedawna również obowiązuje, uczyli mnie, że jestem piękna taka, jaka jestem, niczego mi nie brakuje, mam w sobie to "coś" i na pewno będę w stanie zdobyć każdego mężczyznę, jakiego tylko sobie wybiorę. 
I chociaż było to w zasadzie prawdą, też nie pomogło.

Dopiero teraz, gdy powoli zaczynam dochodzić do tej mitycznej 30-stki, dostrzegam, jak olbrzymim przywilejem było dorastać w domu, gdzie panuje taki stosunek do ciała, ze strony obojga rodziców. Bez wymagań, oczekiwań...
Tylko akceptacja i wsparcie.

W czym więc źródła tej potężnej zmiany w moim postrzeganiu samej siebie i ciała?
Kulturze, społecznie nałożonych oczekiwaniach, gazetach dla nastolatek, WDŻ, reklamach, MTV, koleżankach, najlepszej przyjaciółce... Naturalnym etapie dorastania, który wywyższa zdanie grupy rówieśniczej nad zdanie rodziców.
Presja była dość duża, żeby przebić się przez całe moje wychowanie, które uchroniło mnie od tylu innych błędów... I czuję ją na sobie nieustannie przez ponad pół życia; tę przygniatającą myśl o byciu nieustannie ocenianą głównie przez pryzmat tego, jak wyglądam.
Nie jako człowiek, ale kobieta. 

Przechodząc jednak do bohaterki tego tekstu, czyli mojej pochwy...

Minęły moje pierwsze podstawówkowe miłości, które sprowadzały się do pocałunków w policzki (ale z sercem w gardle) i trzymania się za ręce. Minął mój pierwszy francuski pocałunek i nieudolne powstrzymywanie się od ocieranie się o siebie. 
I tak, w wieku 14 lat, spotkałam moją pierwszą (i w zasadzie aż do poznania mojego męża jedyną) miłość.
A razem z nią przyszły myśli o tym, że chciałabym czegoś więcej. 
Chciałam być dotykana, całowana, nie tylko w usta, chciałam, żeby włożył mi rękę pod bluzkę, chciałam wiedzieć, jak to jest, gdy dotyka Cię mężczyzna.
Słowem, moja seksualność nieśmiało i powoli budziła się do życia.
Natomiast on, chociaż dwa lata starszy, był lektorem w Kościele, wychowanym w... poważnie katolickiej rodzinie. I nie wiem, czy z szacunku do mnie, czy myśli, że to grzech, nie wyrażał chęci na nic poza całowaniem. Wprawdzie namiętnie, może nawet siedząc lub leżąc na sofie, ale bez większego kontaktu fizycznego. Dotykał mnie tylko przez ubrania i to z zachowaniem bezpiecznego dystansu 50 cm od każdej popularnej strefy erogennej. 
A ja drżałam i spalałam się, jak supernowa, gdy chociaż musnął fragment odsłoniętego kawałka mojej skóry. 

Nie był pierwszym chłopakiem w moim życiu, który mi się podobał, którym byłam zauroczona, ale pierwszym i jednym, który aż tak działał na mnie fizycznie.
Pamiętam, jak moja ciocia powiedziała do mnie rok wcześniej "i są chłopcy, przy których aż robi się mokro w majtkach, nie?", przyznałam jej rację, nie mając pojęcia o czym mówi. Zupełnie nie skojarzyłam tego z lubrykacją pochwy, o której istnieniu wiedziałam, ale jej nie doświadczałam i zastanawiałam się, czy ma na myśli jakąś metaforę, może sikanie z wrażenia?
Wtedy wreszcie zrozumiałam, co miała na myśli.
Chociaż byłam uczona innych schematów zachowania, szczera rozmowa "bardzo bym chciała, żebyś dotknął mojego brzucha albo pocałował w szyję" nie wchodziła w grę. Wszystko miało się dziać "organicznie", czyli bez komunikacji.
Bardziej niż na własnej przyjemności czy spełnieniu jakichś pragnień, zależało mi na realizowaniu tej fantazji o tym, że facet porywa Cię z nóg, a Ty jesteś, jak ta nimfa czy inne mityczne, delikatne i ulotne stworzenie; bierne, poddające się silniejszym żywiołom.
On jednak zdecydowanie nie był silniejszym żywiołem, niż ja i mój 14-letnie umysł był tak zdesperowany, żeby jakoś go zwabić do większych interakcji, że raz włożyłam sobie jego komórkę pod bluzkę i położyłam się na plecach, żeby musiał ją stamtąd wyciągnąć. W efekcie czego zrobił minę, jakby miał się rozpłakać, a ja poczułam się tak okropnie winna, od razu mu ją oddałam i pełna frustracji oraz pragnienia czegoś więcej, pogodziłam się, że mogę liczyć tylko na te pocałunki.
Całowaliśmy się więc non stop. Rozmawialiśmy przez SMSy lub komunikatory, ale gdyby ich nie było, to naprawdę nie wiedzielibyśmy o sobie zupełnie nic, bo widząc się na żywo, nie robiliśmy nic innego, oprócz tego całowania, a gdy się żegnaliśmy, przeszczęśliwa wycierałam sobie całą twarz ze śliny. 

To była 1 gimnazjum, wciąż miałam w sobie jeszcze dużo pozostałości mojej niezachwianej pewności siebie, nie interpretowałam więc tego, jako jakiejkolwiek formy odrzucenia. Moja mama nauczyła mnie szanować granice innych osób, nie miałam więc też żalu. 
Odkryłam, że masturbacja jest super, aczkolwiek po wielu nieudanych próbach, okazało się, że jedyny sposób, w jaki jestem w stanie osiągnąć orgazm, to masturbacja strumieniem wody.
Nieśmiało obejrzałam kilka fabularnych filmów pornograficznych, które leciały na jakimś niszowym kanale o 2 nad ranem i bardzo zabolała mnie myśl, że wszystkie kobiety ewidentnie potrafią się masturbować palcami i mieć od tego niesamowite orgazmy. Oprócz mnie.
Z jakiegoś nieznanego mi powodu i znów wbrew odebranej edukacji, uznałam (i to na długie lata), że mój rodzaj masturbacji się "nie liczy", "jestem zepsuta", "nie potrafię" i zafiksowałam się na takich myślach dość głęboko, by pytać mojej mamy, czy nie jestem może aseksualna.
Wydaje mi się, że wynikało to z jakiegoś dziwnego założenia, że męska masturbacja to ta prawdziwa masturbacja, a chłopcy robią to ręką, więc jeżeli ja nie potrafię, to coś musi być ze mną nie tak.

I tak, po 14 latach życia w pełnej harmonii z moją cipką, pierwszy raz w życiu poczułam, że nie mogę się z nią dogadać.
A moje ukochane ciało, któremu zawdzięczałam tyle szczęśliwych chwil, teraz mnie nie słuchało i zamiast dawać mi tę samą radość, przyjemność i sprawczość, co zawsze... to mi ją odebrało.


Grześka mama kazała mu ze mną zerwać, bo mój ateizm był nie do zniesienia. Wróciliśmy do siebie, znowu się rozstaliśmy, na podstawie sytuacji krótko opisanej w Trudne dzieci skomplikowanych rodziców, jak mój "faworyt" i brak zgody moich opiekuńczych kolegów na to, żeby ktoś mnie źle traktował, więc wzięli sprawy w swoje ręce.
Tak czy inaczej, nasz 3-miesięczny związek, licząc 2-tygodniową przerwę, się skończył. A ja, chociaż miałam poczucie, że jakiejś sprawiedliwości stało się zadość i zasługuję na chłopaka, który nie będzie całował się z moimi koleżankami, zaczęłam za nim dotkliwie tęsknić.

Tu warto zwrócić też uwagę, że był to kluczowy moment w moim życiu, kiedy moje problemy w domu awansowały z poważnych na przerażające, a całe emocjonalne i merytoryczne wsparcie, jakie miałam od moich rodziców, stało się dla mnie w dużej mierze nieosiągalne. 

Zaczęłam wchodzić w związki z innymi chłopcami, wciąż jednak tęskniąc za tą moją pierwszą miłością, licząc po ciuchu, że jeszcze kiedyś do siebie wrócimy. 
Doczekałam się tych rąk pod bluzką, których tak przy nim pragnęłam, braku lęku przed moim stanikiem, pocałunków innych, niż w usta. I chociaż było to wszystko konsensualne, fajne, ekscytujące i niezaprzeczalnie przyjemne; dzielone z chłopakami, który szaleli na moim punkcie, byli czuli, opiekuńczy i słodcy, był jeden aspekt, który psuł mi radość z tego... praktycznie za każdym razem.

Ból w pochwie, dotkliwy, kłujący, który pojawiał się prawie za każdym razem, gdy się podniecałam. 
Było to uczucie, jakby wokół mojej pochwy zaciskał się najeżony kolcami pierścień. Ból był tak intensywny, że czasem wręcz jęczałam.
I nie mam tu na myśli bólu przy penetracji, tylko samoistnie pojawiające się kłucie, gdy z pochwą ani jej okolicami nie ma absolutnie żadnych interakcji. 
Najczęściej wyglądało to tak, że np. siedziałam i rozmawiałam z jakimś moim chłopakiem, zaczynaliśmy się przedrzeźniać, łaskotać, każdy powód, by zacząć się dotykać jest dobry, gdy masz 15-lat.
W końcu zaczynaliśmy się całować, ja siadłam na nim, on kładł mi rękę na plecach, by mnie do siebie przycisnąć. I bum!
Ból w pochwie aż mam ochotę płakać.

Nagle ta nieumiejętność masturbacji palcami, za którą już byłam zła na moją cipkę i która jakoś w moich własnych oczach mnie umniejszała, urosła do nieumiejętności bycia podnieconą, co już poważne zaczęło się odbijać na mojej psychice i stosunku do własnego ciała.

Rodzice oczywiście zabierali mnie do lekarzy i zanim skończyłam 16 lat, rozmawiałam o tym z przynajmniej trójką ginekologów. Każdy zbywał mnie tym samym: "jesteś młoda""przejdzie Ci po pierwszym seksie""tam wszystko jest tak unerwione, że musi boleć" (SIC!).
A ja przy każdej takiej diagnozie myślałam tylko o tym, że przy Grześku nie bolało. Nigdy. 
Uznałam, że nie może to być moja cecha fizyczna, bo skoro ginekolodzy potwierdzają, że moja pochwa jest zdrowa i zarówno po USG, jak i badaniu wziernikiem, nie widzą żadnych nieprawidłowości...
Na podstawie mojej ówczesnej wiedzy psychologicznej doszłam do wniosku, że musi być to psychosomatyczne.

Myślę, że to bardzo ważne, by podkreślić, że w wieku 15-lat absolutnie nie miałam wiedzy, która pozwalała na wyciągniecie takich wniosków, szczególnie że na tamten moment nie przeżyłam żadnych traum, nikt mnie nie skrzywdził, nie byłam świadkiem przemocy, nie doświadczyłam żadnego niechcianego dotyku, operacji, złych doświadczeń w obrębie genitaliów czy sfery seksualnej. Nie było powodu, by zakładać psychosomatykę.
Jednak ludzie, niezależnie od wieku, zawsze próbują znaleźć wytłumaczenie dla rzeczywistości, której doświadczają. Trochę, jak w mentalnej gimnastyce, jesteśmy w stanie zgodzić się na wiele, byle tylko nasz świat się sklejał i był dla nas zrozumiały.
Pisałam o tym w Historia, którą opowiadam o miłości: narracja, jaką budujemy na temat naszego życia, ma o wiele większe znaczenie, niż jakakolwiek obiektywna prawda. Dzięki narracjom możemy znaleźć nadzieję tam, gdzie sytuacja zdaje się beznadziejna, ale też pogrzebać swoje szanse nawet wtedy, gdy los nam sprzyja. 
Ja, z tylko ówczesnej mnie znanych powodów, wbrew całemu liberalnemu wychowaniu i wiedzy z seksuologii, jakie odebrałam, wbrew zdaniu moich rodziców i przyjaciół...
Stwierdziłam, że musi to wynikać z wyrzutów sumienia, jakie czuję, gdy angażuję się w relacje z innymi chłopcami, będąc zakochaną w tym jednym konkretnym.
Naprawdę nie mam pojęcia, dlaczego zdecydowałam się na akurat taką, konserwatywną, obdzierającą mnie z władzy nad własnym ciałem, przedziwną narrację.
Tak się jednak stało i ukształtowało prawie dekadę mojego życia. 

Zaczęłam żartować, że "moje sumienie leży w pochwie" i budować w sobie jakieś poczucie, że muszę ją chronić, tę pochwę, jak istotę, która ma swój własny umysł i wie czego, a raczej kogo, chce.
Takie myślenie doprowadziło mnie w wieku 15 lat do rozmowy z moją mamą:
- Mamoooo, czy byłabym łatwa, gdybym przespała się z Grześkiem, gdy on nie chce ze mną być? Albo gdybym czekała, aż mnie znowu zechce?
- Nie, kochanie, nie byłabyś łatwa, ale byłabyś głupia. Czemu w ogóle miałabyś czekać? Nie marnuj swojego życia i pierwszego razu na kogoś, kto Cię nie docenia.

Co było cudowną odpowiedzią, która w żadnej mierze mnie nie przekonała i pozostałam z myślą, że "oszczędzam się" dla niego.
I właśnie dla niego zrezygnowałam z każdej formy seksu i większości form pettingu, od naszego rozstania, gdy kończyłam 1 klasę aż do naszego zejścia się, gdy kończyłam klasę 3.
Nie chodziło w tym jednak wyłącznie o miłość, chęć bycia dla niego atrakcyjną i (zgodnie z tym, co sobie wyobrażałam, że on oczekuje, bo przecież nie byliśmy razem od dawna, więc nie miałam pojęcia, czego realnie mógłby chcieć) czystą.
Chodziło też o moje organy, integralne części mnie, które przecież dawały mi jasno znać, że kontakty nawet około-seksualne z jakimkolwiek innym mężczyzną, to dosłowny, fizyczny ból.
Ból wyrażający sprzeciw mojego sumienia. I karę za to, że śmiem próbować.

Nie przeszkadzało to oczywiście w tym, by na temat mojego życia seksualnego powstawały legendy.
Nie jest mi trudno sobie wyobrazić, skąd się wzięły, biorąc pod uwagę, że przynajmniej 4 kolegów okłamało mnie na temat tego, z kim przeżywali swoją inicjację seksualną, tak naprawdę będąc prawiczkami, a wymieniając imiona konkretnych dziewczyn.
Biorąc pod uwagę, że matka Grześka rozpuszczała wśród moich nauczycielek historie o tym, że mając 14 lat, chcę go złapać na dziecko. Ugrzęznąć w tym zapomnianym przez cywilizację mieście na zawsze, jako nastoletnia matka.
Zaczęłam więc myśleć o tej mojej błonie i "czystości", jak o jakimś orderze honoru, który posiadam. 
Najdziwniejsze było jednak to, że jednocześnie te legendy mi się podobały (?) i nigdy specjalnie z nimi nie walczyłam.
Miałam nawet taką rozmowę z terapeutką kilka lat później:
- (...) I strasznie mnie to bolało.
- Bolało, że tak o Tobie mówili?
- Nie, bolało mnie, że to nieprawda do tego stopnia, że nawet gdybym chciała być dziewczyną z tych opowieści, było to dla mnie fizycznie nieosiągalne.

3. Późne dorastanie

W końcu jednak nastał ten wymarzony, upragniony, wyśniony i wyfantazjowany przez tysiące godzin moment, kiedy Grzesiek stwierdził, że jednak mnie kocha i chce ze mną być.
I nagle to, co przez dwa lata działo się wyłącznie w mojej głowie, zmaterializowało się w rzeczywistości. Po wszystkich spadających gwiazdach, rzuconych monetach, zdmuchniętych rzęsach i wydartych płatkach.
Po tych wszystkich komentarzach ludzi, którzy uważali to za prześmieszne, że jestem zakochana bez wzajemności w osobie, o której każdy wiedział, że mnie nie chce...
Po obiektywnie najgorszym roku mojego życia, kiedy się okaleczałam, moja średnia spadła w ciągu dwóch lat z 5.4 do 2.8, kiedy budziłam się i zasypiałam płacząc, czując, że tonę, jako najbardziej samotna osoba w galaktyce, pisząc depresyjne wiersze i robiąc listy sposobów, w jakie mogłabym się zabić.
Nagle zmaterializował się przede mną on.
Dokładnie tak, jak chciałam, bez mojej inicjatywy, z jego własnej woli, stojący pod moim domem z tą nieszczęsną rękawiczką.
Piękny, starszy, męski, patrzący na mnie w sposób, od którego miękły mi kolana.
Doskonały niczym zadośćuczynienie od losu za całe cierpienie, jakie na mnie zesłał, odkąd się rozstaliśmy. Chociaż zupełnie z nim niezwiązane.

Czułam się bardziej zakochana niż kiedykolwiek wcześniej.
Czułam się, jakbym złapała Boga za ręce, dostała gwiazdkę z nieba i wygrała miliard w Totolotka na raz.
Czułam się wtedy, jakbym wszystko przeżywała po raz pierwszy. Krystalicznie czysta kartka.
Zapomniałam, co to ból w pochwie, zapomniałam o skonfundowanym sumieniu, zapomniałam o jakimkolwiek dyskomforcie. 
Poczułam, że odzyskałam jakąś kontrolę nad swoim ciałem; znowu współpracowało z psychiką, było zrelaksowane, mokre, gotowe.
Poczułam, że naprawiło się we mnie coś, co było zepsute. Przestałam się masturbować, bo "mój mężczyzna mi wystarczy", jednocześnie zwalniając samą siebie z myślenia o tym, że to kolejne pole, na którym odnoszę porażki.
I orzekłam, że ta cała przemiana w moim ciele to jego zasługa. Jego miłości. Jego atencji. Jego pożądania. 

Byłam tak zakochana i tak zachwycona, że nawet gdyby na Polskę spadła bomba atomowa, nie zmąciłoby to mojego szczęścia, a co dopiero jakieś pomniejsze incydenty czy psychologiczna wojna z jego matką.
Dynamika naszej relacji też była zupełnie inna, on był już pełnoletni, ja miałam 16 lat, przestaliśmy być dziećmi pod wieloma względami. Moje ciało wyglądało właściwie identycznie jak to, w którym żyję obecnie. Oboje mieliśmy już jakieś niewinne doświadczenia z innymi ludźmi, które dodawały odwagi.
Gdy więc tuż po powrocie do siebie położył mnie pocałunkami na tym samym łóżku, nad którym dwa lata wcześniej prawie płakał, gdy chowałam przed nim komórkę, a potem podwinął mi zębami bluzkę i przeszedł pocałunkami przez mój goły brzuch i szyję do ust, myślałam, że oszaleję.
Zapytałam go:
- Gdzie się tego nauczyłeś?!
Jakbyśmy właśnie zrealizowali, jakąś skomplikowaną pozycję z Kamasutry, zamiast kilku pocałunków po brzuchu. 
W swoim słodkim, naiwnym i czystym umyśle oraz ciele, czułam się wtedy przy nim, jak Wenus wyłaniająca się z fal. Pod każdym jego dotykiem. 
Byliśmy sobą podekscytowani, zaaferowani i odliczaliśmy dni do tego pierwszego prawdziwego seksu.
Uznałam, że warto wyglądać na niedostępną, więc chociaż miałam ochotę rzucić się na niego pierwszego dnia, oznajmiłam, że rozsądnie będzie poczekać 4 miesiące, do lata. 
Zaczęłam brać tabletki antykoncepcyjne, moje ciało dość mocno się po nich zmienia, piersi rosną mi o 2 rozmiary, woda zatrzymuje się w pośladkach i brzuchu. Chociaż przytyłam tylko 3 kg, na moim chudziutkim ciele dało to bardzo widoczne efekty.

Przyszedł pierwszy dzień lata, byliśmy razem prawie pół roku, zadbaliśmy o to, by było pięknie, romantycznie, intymnie, prywatnie.
A ja... spanikowałam.
Poczułam, że nie jestem jednak gotowa, chociaż byłam tego tak pewna.
Nagle cała sytuacja mnie przerosła.
Czułam się, jak oszustka, zarówno w tej sytuacji, bieliźnie, jak i ciele.
Zrozumiałam, że to jeden z tych momentów, które sobie wymyśliłam, jako ładne wspomnienie w przyszłości, ale nie jest to teraźniejszość, na którą jestem gotowa. 
Nie jestem gotowa nosić takiej bielizny.
Nie jestem gotowa pogodzić się z tym, że moje do niedawna idealnie wysportowane ciało zaczęło zdradzać ślady cellulitu od tabletek. Ze wzrokiem dorosłych mężczyzn na moim biuście.
Uświadomiłam sobie, że jestem 2 miesiące przed 16 urodzinami i zdecydowanie nie jestem gotowa na dorosłość, a z tym nierozerwanie łączył mi się wówczas seks.
Spanikowałam i z braku pomysłów, jak to rozegrać i lęku przed rozczarowaniem go, udałam, że zasnęłam. 
Zerwał ze mną w ciągu miesiąca.

Nigdy nie łączyłam tych faktów, dopóki nie opowiadałam tego mojej terapeutce, na podstawie wspomnianego zeszytu, który wciąż posiadam i reaserchowałam go do książki.
Szczególne wspomnienie, które wciąż wywołuje we mnie ogromny dyskomfort, to gdy pokazywał mi, na moim własnym ciele, co robił z innymi dziewczynami i wyrażał rozczarowanie, że "nie reagowały", a ja byłam tym tak zmieszana i upokorzona (chociaż nie umiałam tego wtedy przed sobą przyznać), że wtórowałam mu w tym, jak dziwne i beznadziejne były te dziewczyny, że "nie reagowały", bezwiednie robiąc sobie mentalne notatki z tego, co próbuje mi w ten sposób przekazać i czego ode mnie oczekuje.
I z jednej strony nie ma we mnie zgody na to, żeby chłopak, który zapisywał całe strony, wymieniając różne rodzaje uśmiechów, jakie mam... Był w stanie ze mną zerwać tylko dlatego, że okazało się, że nie jestem gotowa na seks waginalny w wieku niecałych 16 lat i po 5 miesiącach związku.
Jednak myśl o tym, że 3 lata później mnie otwarcie molestował, a 5 lat później zgwałcił, sprawia, że nie jest to nieprawdopodobna wersja...

Było to nasze trzecie rozstanie, mogłoby się zdawać, że będę już przyzwyczajona. Zdecydowanie jednak nie byłam.

4. Wczesna dorosłość

Chciałabym tu położyć nacisk, że oprócz niego, nigdy, przenigdy nie miałam żadnego negatywnego doświadczenia seksualnego. Nigdy i z nikim. 
Nie mówię tu o przemocy, ale chociażby takiej właśnie panice, że nie wiesz, co zrobić dalej, czuciu się uprzedmiotowioną, gdy ktoś robi z Twojego ciała mapę, na której zaznacza punkty swoich dokonań.
Oczywiście ból pochwy był frustrujący, ale interpretowałam go, jako taki znak "stop", po którym cofałam się krok do tyłu, on ustępował i cieszyłam się dalej czymkolwiek, co aktualnie robiłam. Wstrzymywał mnie od różnych form seksu, ale nie od bliskości czy czerpania przyjemności z niewinnych pieszczot.
Byłam zła na moje ciało, ale nigdy nie byłam zła ani nie czułam się zagrożona przez któregokolwiek z partnerów. 

Ten nieudany pierwszy raz zdecydowanie coś we mnie zmienił.
Chociaż w trakcie również nie czułam żadnego lęku o swoje bezpieczeństwo czy dobro, tylko ten przed rozczarowaniem go, a on sam nie zrobił nic, co byłoby jakkolwiek zagrażające... Panika, jaką poczułam w sobie, przekonanie, że nie mogę po prostu odmówić, nagły lęk przed opuszczeniem, każde z tych uczuć i myśli rozrzuciło nasiona, z których później wyrosło wiele zatruwających mnie od wnętrza roślin.
I tak rozpoczął się okres zwany w mojej głowie, z braku lepszych słów, "chorym gównem".
A zakończył się dopiero 5 lat później.

Wróciliśmy do siebie po stosunkowo krótkiej przerwie, ale wszystko było już... inaczej. Okresy, kiedy byliśmy i nie byliśmy razem, zrobiły się bardzo umowne i rozmazane. 
W stosunkowo krótkim czasie związek, który był spełnieniem moich wszystkich marzeń, stał się powodem większości moich koszmarów.
Wszystko, co było w nim złe: jego zdrady, zazdrość, upokarzanie mnie przed znajomymi, godzenie się na to, by ludzie, szczególnie moi rodzice, obwiniali mnie za jego błędy, zaczęło się wtedy. 
Gdy pół roku później znowu ze mną zerwał, tym razem na swojej studniówce, a mnie pocałował kolega, z którym wdałam się w jedyny w życiu, lecz krótki semi-romans, powinien nastąpić definitywny koniec naszej relacji.
Tak się niestety, szczególnie biorąc pod uwagę następne lata, nie stało...

I ból w pochwie powrócił.
Przyjęłam to z mieszanką szoku, rezygnacji i lęku...
Nie byłam w stanie pojąć, jak do tego doszło.
Przecież jestem z tym jedynym, przy którym zawsze mnie nie bolało. Czekałam na to tak długo, wierzyłam w to tak gorąco, oszczędzałam się tak skrzętnie.
Jak moje sumienie może być złe na mnie teraz, gdy wszystko robię tak, jak należy?
To obwinianie się było tłem dla sytuacji, jak ta, gdy siedziałam mu na kolanach, chciałam go pocałować, ale rozpłakałam się mówiąc, że nie mogę, bo myślę tylko o nim i tej innej dziewczynie.

Z mężczyzny, dla którego się oszczędzam, z którym byłam gotowa się przespać nawet wtedy, gdy mnie nie chciał, pod którego dotykiem drżałam, stał się mężczyzną, który odebrał mi tak wiele, że zaparłam się, że nie odbierze mi chociaż "dziewictwa", które, jak już wspomniałam, nabrało dla mnie dużego znaczenia i z którego byłam dumna, jak szczególnie chwalebnego osiągnięcia.
Jego oddech, jego skóra, jego brzuch. Rzeczy, które jeszcze w 2009 doprowadzały mnie do obłędu, w 2011 mnie odrzucały.  Jego ciało zaczęło mnie odpychać, a wszystko w nim przeszkadzać.
Jednocześnie wciąż byłam nastolatką z wysokim libido, rozpaczliwie spragnioną wsparcia, czułości, bliskości, więc do zbliżeń dochodziło w krótkich okienkach cieplejszych tygodni lub, najczęściej, po wielkich kłótniach, które zostawiały mnie tak psychicznie wycieńczoną i boleśnie spiętą, że zrzucenie tego napięcia z ciała było ulgą samą w sobie.
Nie trzeba też było wtedy rozmawiać, mieć otwartych oczu, myśleć...

Nie mogłam uprawiać seksu z nim ani nie mogłam zrobić tego z kimkolwiek innym.

W, strasznym dla mnie, 2011 zaczęłam być w związku z facetem, który był atrakcyjny, opiekuńczy, wierny, seksowny, dbał o mój komfort, uczucia, z którymi naprawdę bardzo, bardzo chciałam ten pierwszy raz przeżyć i nie mogłam.
Chociaż czułam się gotowa, chociaż sama takie próby inicjowałam, chociaż psychicznie wiedziałam, że tego właśnie chcę i to dobry czas, ciało odmawiało mi posłuszeństwa.
Mimowolnie cała zaciskałam się w sobie, nie było mowy o żadnej penetracji i nie mówię nawet o penisie, ale jakimkolwiek gadżecie czy nawet palcach. 
Do tego byłam sucha, jak wiór, a nieugięcie obecny ból, przypominał mi, że jest tylko jeden mężczyzna w moim życiu.

Tylko jedna miłość.
Tylko jedna relacja, o którą warto walczyć.
I przecież był czas, że nie bolało. Może jeszcze da się do niego wrócić...
Nawet jeżeli wiąże się to z chłopakiem, do którego czułam już tak olbrzymi wstręt fizyczny, myśląc o wszystkim, co robił z innymi ludźmi, gdy twierdził, że mnie kocha i nie może beze mnie żyć, myśląc o tym, co zrobił mi...

Moi rodzice, bliscy mi dorośli, moi przyjaciele, wszyscy bez wyjątku ludzie w moim życiu mówili mi, że mój pierwszy raz nie musi być z nim, jeżeli tego nie chcę lub nie jestem w stanie.
Ja jednak nie wierzyłam.
Czułam obrzydzenie do niego i tego, co robił, ale wciąż myślałam, że kiedyś się to skończy, kiedyś weźmie się w garść, kiedyś to katolickie wychowanie wreszcie wróci mu do głowy i sumienia, on o mnie zawalczy i nastanie nasze szczęśliwe zakończenie.
Oprócz tego olbrzymiego żalu, który manifestował się też fizycznie, wciąż był dla mnie ideałem. Wciąż topniałam pod jego spojrzeniem, wciąż gryzłam wargę, gdy śpiewał coś dla mnie, grając na gitarze, wciąż uważałam go za mojego najlepszego przyjaciela, wciąż wracałam do niego za każdym razem, gdy wypiłam lub wypaliłam dość dużo, by zapomnieć o ostatniej rzeczy, jaką złamał mi serce i czułam tylko tę przemożną miłość do niego.

Myślałam o nas w wieku, w jakim jesteśmy obecnie: z dziećmi, domem, całym tym szczęśliwym życiem, jakie sobie ułożyłam w głowie, gdy spojrzałam na niego po raz pierwszy, będąc w 6 klasie szkoły podstawowej.
Nie umiałam tego odpuścić.
Nie byłam w stanie pogodzić się z myślą, że to się może nie wydarzyć.
Jednocześnie liberalne podejście moich rodziców do tematu samego seksu, nie przekładało się na resztę naszego związku i razem z resztą mojej rodziny twardo oczekiwali ode mnie, że... sama nie wiem, siłą woli zmaterializuję mu nowy charakter.
Albo obedrę się z godności do tego stopnia, by jego zachowanie mi nie przeszkadzało. 
Szczęśliwe zakończenie widząc w momencie, gdy razem zamieszkamy, wrócimy do siebie, z dala od domu, rodziców, byłych partnerów... I wszystko się ułoży.

Gdy więc miałam 19 lat, zamieszkaliśmy z Grześkiem razem.
5 lat po tym, gdy pierwszy raz byliśmy razem, 10 miesięcy po tym, jak z nim zerwałam, gdy przypadkowo obudził mnie, dochodząc mi na brzuch, gdy spałam pijana po swojej studniówce. Wydarzeniu, dzięki któremu dorobiłam się wstrętu do spermy w stopniu wywołującym odruch wymiotny, nawet jeżeli nie czuję jej smaku, ani zapachu, po prostu ją widzę. Nawet na ekranie. I żadna terapia na to nie pomogła.
Tak więc absolutnie nic się oczywiście nie ułożyło, a moja cała seksualność zapadła się w sobie, jak czarna dziura.
Cykl nieudanych prób inicjacji seksualnej, podczas których moje ciało nieugięcie odmawiało współpracy, albo wywołując ból, albo się zaciskając, albo decydując się na porzucenie konceptu lubrykacji, doprowadził mnie do granic tolerancji dla samej siebie.
Czułam się oszukana, opuszczona i zdradzona przez moje ciało.
Czułam się wręcz, jakbym miała jakąś niepełnosprawność, której nienawidziłam, nie miałam na nią zgody a poczucie dysocjacji od ciała rosło we mnie z każdym dniem...

Tonęłam w bezmiarze bezradności nad tą relacją, w której nie umiałam być i nie umiałam jej opuścić. 
Mieszkaliśmy razem, spaliśmy w jednym łóżku, a mieliśmy ze sobą minimum kontaktu fizycznego, który jakkolwiek nawiązywałby do strefy seksualnej.
A ja sama miałam tak dość mojego ciała, czułam do niego taką złość, że to minimum było wszystkim, czego doświadczałam.
Ze zmęczenia, bezradności, frustracji, poczucia kompletnego braku kontroli i niemożności jej odzyskania, wmówiłam sobie, że nie mam innych potrzeb.

I teraz... najsmutniejsze było w tym etapie to, że chociaż teraz mogę pisać o tym tak świadomie i wskazywać oczywiste związki przyczynowo-skutkowe, wtedy kompletnie nie rozumiałam co i dlaczego się ze mną dzieje.
Umierałam ze wstydu i rozgoryczenia, gdy w środku wyjątkowo namiętnego momentu, który byłam pewna, że skończy się seksem, okazywało się, że jestem zupełnie sucha i zaciśnięta albo nagły przypływ bólu w pochwie sprawiał, że próby czegokolwiek, przynosiły mi tylko łzy w oczach.
Chodziłam po ginekologach, w nieskończoność zmieniałam tabletki antykoncepcyjne "bo obniżają mi libido", czyli typowy schemat działania kobiet w podobnych sytuacjach, który widziałam później tysiąc razy... Przeszłam większość efektów ubocznych, mój organizm przeżywał jojo, robiły mi się od tego rozstępy, nie mogłam patrzeć na siebie w lustrze.
W efekcie praktycznie nie wychodziłam z łóżka, jeżeli nie musiałam. 
Chociaż uczęszczałam regularnie na terapię, omijałam temat seksu i Grześka szerokim łukiem, wiedząc, co usłyszę i nie chcąc tego słyszeć.
Nigdy nie opowiedziałam o tym, jak mnie molestował po mojej studniówce, jak okropnie się czuję i to od kilku już lat, prawie za każdym razem, gdy dzieje się miedzy nami cokolwiek seksualnego. O całej frustracji na tym polu, którą przeżywam. O komplementym zerwaniu relacji między mną a moim ciałem.
Tym nieuniknionym bólu w pochwie.
Dokładnie, jak wtedy, gdy miałam lat 15, tak i 5 lat później, ginekolodzy wciąż twierdzili, że "tak już jest", bez żadnych sugestii, jak ten problem rozwiązać lub z czego może wynikać. 

Ciąg dalszy nastąpi w:

27 lat - wiek, w którym pogodziłam się ze swoją pochwą

A tam odpowiedzi na pytania:
Czy zaczęłam w końcu uprawiać seks penetracyjny?
Czy przestałam oddawać kontrolę nad własną seksualnością w cudze ręce?
Czy dowiedziałam się, co generuje ból w pochwie?
Czy udało mi się go zwalczyć?
Czy nauczyłam się masturbować tak, by czuć, że jest to "prawdziwa masturbacja"?
Czy pogodziłam się ze swoją pochwą?
I wiele innych!

fot. Katarzyna Julia Stach
"Sesja z nieszczęsną rękawiczką", 2009

Add your comment

© e-klerki · THEME BY WATDESIGNEXPRESS