Trudne dzieci skomplikowanych rodziców

w , od Klara, 07:58
czytania

Doświadczyłam ostatnio aż trzech przełomów!
1. Dotyczący mojego postrzegania traumy - który rozbija się na dwie podkategorie
2. Dotyczący moich rodziców/edukacji
3. Dotyczący mojej pochwy

Dziś zajmę się dwoma pierwszymi, ale na trzeci również przyjdzie czas, bo w zasadzie był najbardziej przełomowym przełomem z tria. 

Zaczynam trochę czuć, jak te przełomy łamią mnie na pół.
Ubiegły rok był dla mnie przełomowy, właściwie pod każdym względem, jednak jak pisałam, 2020 zostawił mnie pustą.
Wydarzenia z niego przypomniały mi, że nie żyję w próżni i moje działania, nawet jeżeli z różnych perspektyw uzasadnione, wciąż mogą negatywnie wpływać na bliskich mi ludzi, których przenigdy nie chciałabym skrzywdzić.
Uświadomił mi, że moje subiektywne poczucie sprawiedliwości nie jest ważniejsze, niż dobro tych, których kocham.


Ból jest tak trudnym doznaniem... 
Unikasz go, boisz się, zmagasz się z nim, gdy się pojawia, ale wystarczy, że nie odejdzie dostatecznie szybko i godzisz się na jego obecność, uczysz się odnajdywać w nim jakiś komfort, oplatasz wokół niego swoją osobowość.
Aż finalnie ciężko się z nim pożegnać.
Obserwowanie, jak moja nieumiejętność pozwolenia bólowi odejść, krzywdzi bliskich mi ludzi, była dla mnie ekstremalnie ciężka przez ostatnie miesiące...

Gdy więc wróciłam w marcu na terapię (po korona-przerwie od listopada), powiedziałam, że moim aktualnym celem nie jest już zrozumieć, znaleźć sens, racjonalne wytłumaczenie, spójną narrację...
Tylko odpuścić.
Przestać szukać szczęśliwego zakończenia lub klamry kompozycyjnej.
Przestać pielęgnować w sobie cierpienie, jako wartościowy element mnie samej.
Przestać pozwalać sobie na to, by traumy sprzed 6, 7, 8, 9, 10, 11, 12 lat, wpływały na mnie, jakby wydarzyły się wczoraj. Jednocześnie ignorując wszystkie dobre, budujące rzeczy, które faktycznie wydarzyły się wczoraj, jakby miały miejsce dekadę temu.
Moja przeszłość nie mówi o mnie więcej niż teraźniejszość.

Każda osoba, która chodzi do dobrego terapeuty, na pewno zna ten moment, kiedy wiele pozornie niezwiązanych ze sobą rzeczy układa się w całość i tworzy zupełnie nowy, niespodziewany obraz.

Pędzlem, który sama sobie skonstruowałam, by ten obraz mógł mi się ukazać, było ćwiczenie "jakie to było uczucie".
Jedną z głównych tez stanowiących odpowiedź na pytanie "dlaczego tak kurczowo trzymam się emocjonalnie osoby, która mnie zgwałciła?", była ta mówiąca o lęku przed zapomnieniem.
Muszę przecież napisać o tym książkę, obrócić te wszystkie lata w coś pożytecznego, nadać im jakiś sens... inny niż cierpienie samo w sobie. Muszę więc pamiętać.
A nic tak nie podtrzymuje wspomnień, jak rozgrzebywanie w sobie uczuć, które te wspomnienia wywołują.
Miałam w sobie to silnie przekonanie, że im więcej będę pamiętać, im bardziej będzie mnie to wciąż boleć, tym bardziej realistyczna i prawdziwa będzie książka.
Moja terapeutka się z tym fundamentalnie nie zgadzała i w miarę możliwości starała się kierować mnie w stronę weryfikacji tych założeń, z czym ja mocno walczyłam. 
W końcu jednak zgodziłam się, że kompromisem może być spisanie posiadanych wspomnień tak, by nie musieć trzymać ich w głowie, ale nie musieć się też bać, że znikną. 
Okazało się to niemożliwe do zrealizowania, moja blokada pisarska była tak silna, jak zawsze i nie zdradzała nawet przebłysków woli odpuszczenia. 
Wymyśliłam więc sposób, by ją oszukać.

Zaczęłam wypisywać rzeczy w konstrukcji: "jakie to było uczucie...".
"Jakie to było uczucie... dosłownie szaleć z tęsknoty za Tobą, podporządkowywać całe swoje życie pod szukanie okazji, by Cię spotykać, chodzić odpowiednimi drogami, karmić kaczki o określonych porach, chodzić do Kościoła i w miejsca, gdzie jest największe prawdopodobieństwo Cię spotkać. Czuć ulgę mieszaną z rozczarowaniem, gdy Cię nie widzę, ekscytację z bólem, gdy na siebie wpadniemy"
"Jakie to było uczucie... gdy moja przyjaciółka powiedziała mi “może on jest miłością Twojego życia, ale Ty nie jesteś jego”, gdy rok po naszym pierwszym rozstaniu, wciąż nie mogłam przestać o Tobie myśleć, mówić, pragnąć Cię"
" Jakie to było uczucie... gdy moja własna matka powiedziała mi, że gdybym ja traktowała Ciebie tak, jak Ty traktujesz mnie, to reagowaliby na to przemowami, krzykami, pretensjami, czyli wszystkim, czego nie robili Tobie"

Gdy zdjęłam z siebie obowiązek nazywania uczuć, opisywania dialogów, budowania scen i przedstawiania kontekstu, tylko posłużyłam się mentalnym hasztagiem #tenmoment nagle coś puściło i zapisałam tak 17 stron.

Obraz mnie samej, jaki wyłonił się z tych 17 stron, był dla mnie dość... wstrząsający, to chyba najlepsze słowo. Zupełnie inny, niż sobie wyobrażałam.
Gdy myślę o sobie w tamtej relacji, widzę takie małe, skrzywdzone i szaleńczo zakochane dziecko. Spodziewałam się, że ogólny wydźwięk tych wspomnień będzie taki, że byłam młoda, głupia, naiwna i umykały mi jakieś oczywiste czerwone flagi. A ja, zamiast na nie zareagować, to brnęłam w klasyczne "łobuz kocha najbardziej" i liczyłam, że ten siódmy powrót do siebie na pewno sprawi, że będzie inaczej.
Słowem, myślałam, że na pierwszym planie będzie moja miłość do niego; intensywna, zaborcza, przepełniona lękiem.
I do pewnego stopnia tak jest, każdą z tych rzeczy tam widać, ale na pierwszym planie nie ma miłości. Ani jego. Ani tak naprawdę mnie. Są tam inni ludzie.
"Jakie to było uczucie... gdy powiedziałeś swojej ex, że nie wiesz, czy mnie kochasz, gdy siedziałam pół metra od Ciebie"
"Jakie to było uczucie... gdy zawsze pozwalałeś wszystkim myśleć, że jesteś wzorem cnót, a wszystko, co złe, zarówno w Tobie samym, jak i naszym związku, to moja wina."
"Jakie to było uczucie... tak rozpaczliwie chcieć się z Tobą rozstać i nie móc, bo rodzice wmówili mi, że nie zdam bez Ciebie matury i zmarnuję sobie całą przyszłość, a jak dostanę się na UW, to wszystko się nam ułoży"


Gdy przyszłam do mojej terapeutki w październiku 2019, dosłownie 2 tygodnie po tym, jak go spotkałam, powiedziałam: "zaglądam w głąb siebie i wszystko, co widzę, to kłębek o wyglądzie czegoś, co zostało zjedzone, zwymiotowane i przejechane przez walec".
A stan, w którym wówczas byłam, idealnie opisałam w powyższym tekście: "(...) a część mnie, która odpowiada za uczucia do niego, to część, w której zawiera się wszystko, co we mnie najlepsze i najgorsze. Wszystkie najgorsze uczynki, jakie zrobiłam w swoim życiu, wychodzą z tego miejsca. I wszystko, co we mnie najczystsze, altruistyczne, pełne miłości, oddania i poświęcenia, również wychodzi stamtąd. Płakałam nad tym, że czasem czuję się, jakby nic we mnie nie było, jakbym była pusta w środku, bo w moim rdzeniu jest czarna dziura o imieniu tego faceta i kiedyś nie zostanie ze mnie nic, tylko echo powtarzające to imię. Nie ma części mnie, które byłyby od niego zupełnie wolne, a jego słowa i uczynki wplatają się we wszystko, co uważam w sobie za "mnie"."
Autentycznie tak się czułam. Jeszcze dwa lata temu...
Tak bardzo współczuję sobie, która pisała te słowa.
Pamiętam, jak trudne to dla mnie było, jak winna się czułam za te myśli i uczucia.
Pamiętam, jak pewna ich byłam.

Natomiast w 2020 pisałam już: "obecna terapia jest dla mnie czymś zupełnie nowym, ponieważ pierwszy raz rozmawiam z terapeutką nie o rodzicach, depresji, gwałcie, tylko związku. Relacji, którą mieliśmy i która pod wieloma względami była o wiele bardziej traumatyzująca, niż jej kulminacyjny moment. O nim, nie jego anonimowym oprawcy, symbolicznym źródle cierpienia, gloryfikowanym obiekcie uczuć, ale prawdziwej i zarazem zwykłej osobie, chłopaku, którego kiedyś kochałam, uważałam za swojego najlepszego przyjaciela, za moją osobę na świecie.
(...)
Nie umiem wyrazić słowami, jak trudnym zadaniem jest, by ściągać kogoś z piedestału, obierać z tych warstw nieuzasadnionej gloryfikacji, uczyć się postrzegać, jako zwykłą, przeciętną osobę... Gdy ta osoba jest źród
łem, powodem, elementem, dosłownie wszystkich najgorszych momentów w Twoim życiu. Wszystkich."

A w 2021 napiszę coś, czego nie spodziewałam się nigdy wypowiedzieć: "w moim życiu nie chodziło głównie o niego". Nawet jeżeli wówczas tak czułam.
To prawda, że był na pierwszym planie wszystkich moich traum i strasznych doświadczeń, ale zazwyczaj tak  n a p r a w d ę  chodziło o kogoś innego. O coś innego.
Z większości tych "jakie to było uczucie" wychodzi obraz mnie, małego i skrzywdzonego dziecka, tak jak się spodziewałam. Jednak głównym wątkiem nie jest miłość do niego, a potrzeba akceptacji i szacunku. Nie tylko od niego, ale od świata. Od moich rodziców, nauczycieli, rówieśników.
Potrzeba akceptacji, poczucie niezasłużonego skrzywdzenia i wyrzuty sumienia.
Rzeczy, które wypisałam, które zapamiętałam najlepiej, to nie nasze sprawy 1:1, dobre czy złe momenty, które rozgrywały się wyłącznie między nami. Tam, gdzie opisuję trudne sytuacje, skupiam się głównie na tym miażdżącym poczuciu odrzucenia. Jego odrzucenia mnie dla innych osób, kiedy ma zdradzał, zostawiał, upokarzał przy znajomych, jasne.
Jednak przede wszystkim odrzucenia przez dorosłych w moim życiu: moich rodziców, nauczycieli, rodzinę.
Ludzi, którzy widzieli, że cierpię i wciąż udawali, że tego nie dostrzegają, bo był uprzejmy, przystojny i dobrze się uczył.
Ludzi, którzy traktowali mnie tak źle i niesprawiedliwie, że byłam dość zagubiona, a moja samoocena dość niska, by zaakceptować to, jak traktuje mnie on.

By zbudować w sobie cały mechanizm obronny, który oddzielił Grześka-mojego przyjaciela od Grześka-mojego chłopaka. Jak w 1984 Orwella funkcjonowałam w dwójmyśleniu, gdzie w tym samym czasie byłam wściekła i zraniona przez Grześka-chłopaka, który np. kilka godzin po trzymaniu mnie za rękę i całowaniu po głowie, gdy myślałam, że moja mama nie żyje, uprawiał seks z kimś innym. I wciąż wdzięczna Grześkowi-przyjacielowi, że był tam ze mną i nie musiałam być w tym zupełnie sama.
Po tym, jak dosłownie cała rodzina zostawiła tą traumatyczną sytuację na moich barkach; sami nie umiejąc się z nią zmierzyć, bo ich pod każdym względem przerosła lub zbywając mnie hasłem, że "jestem dorosła", gdy byłam miesiąc po 18 urodzinach. 

W sytuacji, gdy mierzysz się z potencjalną śmiercią rodzica, Twoja rodzina i dorośli w Twoim życiu zostawiają Cię z tym samą, musisz organizować x służb na odległość. A Ty jesteś już na tym etapie parentyfikacji, że Twoim pierwszym odruchem jest myślenie o tym, że nie pójdziesz na studia, bo ktoś będzie się musiał zająć tatą i dziadkami... O tym, że będziesz musiała jechać na identyfikację zwłok, bo tata nie uniesie tego psychicznie, a ktoś musi przecież zarabiać, żeby wszystkich utrzymać...
W tej sytuacji to, że chłopak, z którym nawet wtedy nie byłaś, robi to samo, co zawsze, nie jest na podium wydarzeń.
Jednak życie wymagało ode mnie, że gdy w mojej rodzinie dzieją się podobne sytuacje, to nie mogę smucić się, płakać, być bezradna. Musiałam być gotowa, zwarta i działać.
Natomiast, gdy dowiedziałam się 3 miesiące później (gdy znów byliśmy razem), że tak wyglądała reszta jego dnia, zupełnie się rozpadłam. Wzięłam butelkę whisky, poszłam do wanny i chciałam się utopić.
Nie było w moim życiu przestrzeni na cierpienie z powodu życia rodzinnego, gdy jednak tamten dzień wrócił do mnie w nie-rodzinnym kontekście, całe to przeciążenie, strach, poczucie opuszczenia znalazło ujście. 

Czy w bezmiarze bólu, jaki wtedy czułam, chodziło głównie o niego? Nie.
Czy wciąż był na pierwszym planie i w jakiś sposób integralnym elementem? Tak.

Tak, jak nie umiałam przed sobą przyznać, że w moim niejeżdżeniu na Boże Narodzenie do miasta, gdzie się wychowaliśmy, chodzi o niego.
Tak nie umiałam przed sobą przyznać, że w moim zafiksowaniu na średniej, ocenach, poczuciu, że muszę osiągnąć więcej, muszę mieć doktorat za granicą itd., nie chodzi o niego. 
"I zapłonął we mnie żywy ogień nienawiści do jego doktoratu, o którym słyszałam dosłownie odkąd mieliśmy po naście lat i zawsze był jakimś argumentem na jego wyjątkowość, tłumaczącym złe traktowanie mnie. Był argumentem, gdy zdradzał mnie w liceum, był argumentem, gdy mnie zgwałcił w okresie aplikowania na studia doktoranckie..." -  Napisałam do faceta, który mnie zgwałcił
Napisałam kiedyś cały tekst o tym, że mam to absurdalne poczucie, że jak będziemy mieli ten sam tytuł naukowy, to będzie dowód, że nie zasłużyłam na to, że by mnie zgwałcił. Bo jesteśmy i zawsze byliśmy równie mądrzy, równie zdolni, równie inteligentni.
Z pełną świadomością, jak toksyczne jest to założenie, bo nikt nigdy nie "zasługuje" na bycie zgwałconym, ani nie ma tytułów, które nadają Ci prawa do cudzego ciała.
Nie rozumiałam do końca, skąd mi się to wzięło, bo nigdy nie mieliśmy żadnej intelektualnej konkurencji między sobą, specjalizujemy się w zupełnie różnych dziedzinach, nigdy nie wchodziliśmy sobie w kompetencje. A on sam, wprawdzie nigdy przy innych ludziach, ale zawsze powtarzał mi, że uważa mnie za mądrzejszą od siebie, nie z jego dziedzin, oczywiście, ale wiedzy ogólnej.
To był jeden z moich ulubionych aspektów naszego związku; zawsze zadawaliśmy sobie pytania, jakbyśmy mieli po pięć lat i tłumaczyliśmy sobie rzeczy, których druga strona nie znała lub nie rozumiała. Nigdy nie czułam się od niego głupsza czy mniej inteligentna. 
Skąd to nagłe poczucie, że mu nie dorównuję, że mając zupełnie inną drogę kariery, muszę osiągnąć dokładnie to samo, co on?

I tak przerabiając sobie na terapii EMDR hasło "jestem niewystarczająca" zapaliły mi się synapsy na najbardziej oczywistą prawdę.
Grzesiek nigdy nie sprawiał, że czułam się głupia, nigdy nie komentował moich ocen, bo rozumiał z czego wynikały, zawsze wierzył, że dobrze zdam maturę, dostanę się na UW. W oparciu o tę wiarę poszedł przecież na studia do Warszawy, zamiast z resztą swoich przyjaciół i znajomych do Krakowa, gdzie zazwyczaj idą ludzie z Podkarpacia. Właściwie był jedną z niewielu osób, które sprawiały, że zachowałam jakieś resztki wiary w to, że faktycznie jestem mądra i zdolna.
To nie on jest winny moich zawyżonych oczekiwań wobec samej siebie, moich autodestruktywnych wymagań, by pisać na raz dwie książki, robić badania, prowadzić bloga, udzielać wywiadów i angażować się w różne inicjatywy, wspierać ofiary przemocy, wspierać całą moją społeczność, robić studia i utrzymać średnią 4.8.

To moi rodzice.
Moi nauczyciele.
Moje babcie i ciotki.


Moi dorośli, moje autorytety, moi ludzie, którzy mieli pełnić funkcje opiekuńczo-wychowawcze, a zamiast tego, w oparciu o jego oceny, jego wygrane konkursy, jego stypendia na studiach, jego ogólnie rzecz ujętą edukację, zachowywali się, jakby traktowanie mnie źle, było ok.
Jakby bycie finalistą olimpiady było kartą "wyjdź z więzienia", gdy molestujesz swoją dwa lata młodszą dziewczynę.
Słyszałam to w setkach wersji: "świetlana przyszłość przed Wami", "Ty masz charakter, on mózg", "taki zdolny, musisz się go trzymać", "chyba oszalałaś, że z nim zerwałaś, gdzie znajdziesz takiego wybitnego chłopaka". No i mój ulubiony tekst od nauczycielki, która dała mi wtedy na koniec dwóję z przedmiotu, z którego dwa lata wcześniej miałam szóstkę: "nie wiem, co taki mądry chłopak w Tobie widział".
Grzesiek był szarmancki, przystojny, zabawny, było mnóstwo argumentów, jakie można było wcierać mi w twarz, a jednak praktycznie zawsze sprowadzało się go do wiedzy.

8 miesięcy temu siedziałam w Bieszczadach i zalewałam się łzami, gdy wyrzucałam z siebie dekadę niewysłowionych dotąd żali wobec mojego taty. I sporo czasu poświęciłam temu, że komplementowanie Grześka przychodziło mu o wiele łatwiej, niż komplementowanie mnie.
Wczoraj mówiłam mojej terapeutce, że żeby dostać od taty telefon z gratulacjami muszę być na głównej stronie Onetu przez dwa dni, tymczasem moja przyjaciółka lub mąż mogą napisać post na fejsie, który zbierze 60 lajków, a on dzwoni mnie zapytać, czy go widziałam i opowiada mi przez 5 minut, jak jest pod wrażeniem.
A ja, dorosła, spełniona kobieta, której codziennie dziesiątki osób prawią setki komplementów, która spędziła pełne 2 lata była w terapii skierowanej wyłącznie na rodziców... Zamiast cieszyć się, że śledzi życie moich bliskich i cieszy się tym, co robią, czułam irytację, pod którą kryła się dziecięca zazdrość.
Zazdrość, że mój tatuś daje atencję, uznanie, aprobatę innemu dziecku.

I uderzył mnie ten cały olbrzymi wymiar mojej relacji z Grześkiem, w którym nie byliśmy ani parą, ani przyjaciółmi... tylko rodzeństwem. 
Gdzie ja byłam tym młodszym, zbuntowanym, rozgoryczonym, konfrontacyjnym dzieckiem, które wciąż kłóci się z rodzicami i ma pretensje o wszystkie ich błędy... 
A on był tym starszym, cichym, ułożonym, dobrze się uczącym i posłusznym dzieckiem, które tak naprawdę jest cudzym dzieckiem, więc nie musieli brać na siebie jego słabych stron, wciąż zachowując poczucie, że mają swoje zasługi w tych dobrych. Bo kupują mu ubrania, dają mieszkanie, wsparcie, zgodę na bycie wersją siebie, której nigdy nie daliby mu jego właśni rodzice. 
Nienawidziłam tej rodzinnej dynamiki między nami, miałam olbrzymie pretensje do moich rodziców o nią, wywracałam oczami, gdy nazywali go "zięciem" i gdy wyeskalowało to do poziomu, kiedy mieliśmy realną rozmowę z moją matką i Grześkiem, gdzie ona musiała wypowiedzieć słowa: "nie kocham Grześka bardziej, niż Ciebie, jesteś moim dzieckiem i zawsze będziesz dla mnie na pierwszym miejscu", na które ja odpowiedziałam "a jednak zawsze stajesz po jego stronie", potrzebowałam całych miesięcy terapii, żeby się po tym otrząsnąć. 
Chciałabym, żeby w każdym z czytelników osiadła teraz myśl o tym, jak głęboko toksyczne były relacje w mojej rodzinie, kiedy moja matka musiała powiedzieć o kimś, kto mnie zdradzał, zostawiał i na tamtym etapie życia, przynajmniej raz molestował seksualnie, że "nie kocha go bardziej, niż mnie"

I to, co mój mózg przepuszczał do mnie jako: "musisz mieć doktorat, bo on udowodni, że nie zasłużyłaś na gwałt".
Co sprawiało, że czułam się żałośnie słaba, bo wciąż czuję potrzebę udowadniania czego typowi, który złamał mi życie.
Tak naprawdę brzmi: "musisz mieć doktorat, bo on udowodni, że zasługujesz na miłość i szacunek swoich rodziców", bo skoro jemu wybaczali doprowadzanie ich własnego dziecka do granic wytrzymałości, na podstawie dobrych ocen i sukcesów w nauce, to może mnie też zaczną tak traktować, gdy osiągnę ten sam poziom.
Co sprawia, że czuję się żałośnie słaba, bo wciąż czuję potrzebę udowadniania czegoś ludziom, którzy mnie zawiedli, gdy ich najbardziej potrzebowałam. Potrzebę zasłużenia na ich miłość.

I chociaż w obu przypadkach Grzesiek jest na pierwszym planie, to nie chodziło o niego, jako osobę, a rolę, którą wypełniał w mojej dysfunkcyjnej rodzinie.
Jego nie ma już w moim życiu, nie muszę go kochać, szanować, ufać mu, łatwiej więc było to związać z już i tak istniejącą traumą, która jest wyłącznie jego winą, kogoś nieobecnego, niż konfrontować się z tym, że błędy moich rodziców, niezależnie od tego, jak bardzo ich żałują i jak wiele robią, by mi teraz zadośćuczynić, niezależnie od tego, jak długo byłam w terapii, by się od nich uwolnić...
Wciąż na mnie silnie oddziaływają. 

To bardzo trudna dla mnie myśl. 
Tak ciężko pracuję nad sobą w kontekście relacji z moimi rodzicami, właściwie non stop odkąd wyprowadziłam się z domu, mając niecałe 19 lat. Moja letnia rozmowa z tatą jawiła mi się, jako jakiś moment kulminacyjny, finalny dowód na to, że przecięłam mentalną pępowinę i nauczyłam się traktować ich, jak zwykłych ludzi, nie niedoścignione ideały, które sięgnęły bruku, co było bardzo konfundujące, niezależnie od wieku.
Tymczasem widzę, że pod wieloma względami, wciąż jestem dzieckiem, które rozpaczliwie pragnie ich akceptacji i nie rozumie, dlaczego jej nie dostaje. A nawet, gdy ją dostaję, czuję, że na nią nie zasługuję albo jest niewystarczająca.
Ponoć style przywiązania kształtują się w pierwszym roku życia, ale z dokładnością do pół roku byłabym w stanie wskazać, jak mój bezpiecznym styl zrównał się z lękowo-ambiwalentnym i zrujnował mi samoocenę, gdy miałam 13 lat.

W gwałcie straszny jest absolutnie każdy jego element.
Straszne było to, że wydarzyło się to w domu, który zawsze kochałam, straszne, że byłam tak młoda i tak niedoświadczona, straszne, że aż do ostatniej sekundy miałam fałszywe poczucie bezpieczeństwa.
Ale najstraszniejsze dla mnie było to, kto to zrobił, jakie miejsce miał w moim życiu, kim był dla mnie, mojej całej rodziny... wcześniej.
I wracając do mojej analogii "zaglądam w głąb siebie i wszystko, co widzę, to kłębek o wyglądzie czegoś, co zostało zjedzone, zwymiotowane i przejechane przez walec", gwałt był walcem, który te wszystkie poplątane, przetrawione, bolesne tematy spłaszczył w jeden.
A ja nie jestem w stanie zająć się nimi jak należy, dopóki ich nie rozplączę i nie poukładam w odpowiednich szufladkach.
Kategoria: traumy rodzinne
Szufladka: traumy od Grześka
Szufladka: traumy od rodziców i rodziny
Szufladka: traumy od rodziców i rodziny przez Grześka
Szufladka: traumy od Grześka przez rodziców i rodzinę

Ostatnio rozszczepiałam z przyjaciółką monsterę i z 45 minut rozplątywałyśmy jej korzenie. To, co wyglądało na jedną roślinę, tak naprawdę było czterema osobnymi. 
Gdy skończyłyśmy, każda leżała obok siebie, mogłyśmy zdecydować, które zostawić, które oddać, jak je połączyć, do jakich doniczek przesadzić.
I tak samo, przynajmniej w moim przypadku, jest z traumą: potrzebuję porozplątywać jej wszystkie korzonki.

Moja przeszłość wciąż generuje we mnie ogrom emocji, bezpośrednio przekłada się na moje aktualne życie, samoocenę, satysfakcję z własnych osiągnięć. 
A gdy te wszystkie emocje, wynikające z tylu różnych traum, przeżyć, doświadczeń, spłaszczyły się w jeden moment i cały ciężar mojego okresu dorastania i wszystkiego, co jakkolwiek związane z Grześkiem, spoczywa na tym jednym wydarzeniu... To niemożliwe do przerobienia.
I tworzy nieprawdziwy rzut na skalę moich aktualnych uczuć wobec niego, co nieuchronnie prowadzi do przypisywania mu jakiejś szczególnej roli w moim życiu, za co automatycznie się obwiniam, mam pretensje do siebie i czuję, jakbym stała w miejscu.

"A część mnie, która odpowiada za uczucia do niego, to część, w której zawiera się wszystko, co we mnie najlepsze i najgorsze. Wszystkie najgorsze uczynki, jakie zrobiłam w swoim życiu, wychodzą z tego miejsca. I wszystko, co we mnie najczystsze, altruistyczne, pełne miłości, oddania i poświęcenia, również wychodzi stamtąd. Płakałam nad tym, że czasem czuję się, jakby nic we mnie nie było, jakbym była pusta w środku, bo w moim rdzeniu jest czarna dziura o imieniu tego faceta i kiedyś nie zostanie ze mnie nic, tylko echo powtarzające to imię. Nie ma części mnie, które byłby od niego zupełnie wolne, a jego słowa i uczynki wplatają się we wszystko, co uważam w sobie za "mnie"."
Tak bardzo chciałabym móc cofnąć się w czasie, przytulić 15-letnią siebie i powiedzieć jej, że nie może myśleć w ten sposób...
Nie może dać sobie narzucić tej narracji, że całe jej życie, jest tylko podstawką pod cudzy potencjał.
Tak bardzo chciałabym, żeby to nie były myśli, które towarzyszyły mi przez większość życia. 
Nie można oddawać tyle władzy nad sobą w cudze ręce, nawet jeżeli to władza, z której dana osoba nie może realnie skorzystać.
 
I to prawda, że moje uczucia do niego wychodzą z części, która jest we mnie najgorsza.
Części, która w siebie nie wierzy. Części, która uważa się za złą osobę. Części, która boi się, że już-za-moment wszystko straci. Części, która wciąż i na nowo próbuje się przekonać, że nie zasługuję na dobre rzeczy. Części, która uważa, że cierpienie jest ciekawsze od szczęścia. Części, która nigdy nie jest z siebie zadowolona. Części, która nieustannie przypomina mi, że jestem niewystarczająca. 
Tej dogłębnie autodestruktywnej części mnie, która najbardziej pragnie tego, czego mieć nie może i na odrzucenie reaguje przywiązaniem. 

Natomiast "wszystko, co we mnie najczystsze, altruistyczne, pełne miłości, oddania i poświęcenia" pochodzi z zupełnie innych części mnie, które jak najbardziej są od niego wolne.
Dlatego udało mi się stworzyć szczęśliwe małżeństwo, długoletnie przyjaźnie, zaangażowaną i empatyczną społeczność. Dlatego, między innymi, cała moja osobowość zmieniła się w ciągu kilkunastu miesięcy po naszym rozstaniu. 
Nie czuję, by on w jakikolwiek sposób był częścią obecnej "mnie". Mnie, z której jestem dumna, którą czuję się w moje dobre dni, którą tyle osób lubi, podziwia czy wręcz stawia w roli autorytetu.

Rok temu pisałam w Gdy Twoja druga połówka kocha Cie... mniej, że musiałam poprosić moją przyjaciółkę, która zna go dłużej niż ja, żeby wymieniła mi jakieś jego dobre cechy, bo ja nie umiem przytoczyć żadnej i doprowadza mnie to do szaleństwa.
Co, jak podejrzewam, przyczynia się również do tego, że nie jestem w stanie nic o nas pisać. Nas, jako związku, nie wyłącznie mojej, subiektywnej perspektywie ofiary. 
Ten tekst przypomniał mi w zasadzie jego najważniejszą, dla ówczesnej mnie, dobrą cechę.
Był.
W czasie, gdy naprawdę nie było przy mnie nikogo, on po prostu był... I nawet jeżeli tuż przed lub po łamał mi serce, okłamywał, zdradzał, milczał, gdy moi rodzice zrzucali na mnie jego przewinienia, żył swoim życiem bez brania mnie pod jakąkolwiek uwagę, chociaż byliśmy razem. I tak dalej.
To wciąż był. 
Tyle traumatycznych momentów w moim życiu wiąże się z nim, bo był przy mnie, gdy się działy. 
Był, nawet wtedy, gdy ja byłam w związku z kimś innym, był, chociaż było to skrajnie obciążające emocjonalnie, był i trzymał mnie za rękę.
Wydaje mi się, że nie umiałam oddać mu żadnej sprawiedliwości w tym względzie, bo miałam poczucie, że każdy jego dobry gest w moim kierunku, umniejsza złe rzeczy, które mi robił, umniejsza moje cierpienie i jakoś podważa to, że mnie zgwałcił.
Chociaż sama przecież non stop powtarzam, że gwałcą przeciętni ludzie i nie trzeba być potworem, żeby to zrobić. 

Z perspektywy obecnej mnie, tak ciężko mi zrozumieć, dlaczego w ogóle go kochałam, co w nim widziałam, dlaczego tak bardzo go potrzebowałam... Tak łatwo przerzucać mi to na uzależnienie, presję ze strony otoczenia, różne psychologiczne teorie.
Tymczasem smutna prawda jest chyba taka, że kochałam go, bo się w nim zakochałam, potrzebowałam go, bo był jedyną w miarę stabilną częścią mojego życia i widziałam w nim to, co widzieli wszyscy wokół: jest mądry, zabawny, przystojny i dba mnie, nawet jeżeli sprowadzało się to głównie do fizycznej opieki, jak o młodszą siostrę. 
I mogę, jak w Gdy Twoja druga połówka kocha Cie... mniej, wymieniać "ale w głębi" do woli i obalać jego pozytywne cechy...
Smutna prawa jest jednak taka, że na ówczesne standardy traktował mnie powyżej średniej. Lepiej niż rówieśnicy, znajomi, nauczyciele, przyjaciele, rodzina i rodzice. I to uwzględniając wszystkie okrutne rzeczy, jakie mi robił.
Jak sama napisałam, wbrew dominującej narracji naszego otoczenia, nigdy nie próbował mi wmawiać, że jest ode mnie lepszy, mądrzejszy i zasługuje na faworyzowanie, którego doświadcza. Wręcz przeciwnie, był właściwie jedyną osobą w moim ówczesnym życiu, która niezachwianie twierdziła, że jestem mądra, zdolna, osiągnę wszystko, czego pragnę i różnice w tym, jak jesteśmy traktowani, są niesprawiedliwe. Nawet jeżeli i tak z nich korzystał i wspierał mnie w minimalnym stopniu.

Ale na tym też polega ta różnica, między ówczesną a obecną mną, że obecna wie, jak to jest być wspieraną, być docenianą, być traktowaną fair. Wiem, jakie to uczucie, gdy komuś zależy na Twoim rozwoju.
Jak to jest, gdy Twój mąż (wtedy chłopak), jest gotowy siedzieć z Tobą przez kilkaset godzin nad podstawami programowania, bo ekscytuje go, że Ciebie również to interesuje i zależy mu, żebyś była częścią jego świata.
Jak to jest, gdy Twój mąż opowiada wszystkim o tym, jak dumny z Ciebie jest, niezależnie od etapu, na którym jesteś i na ile rozmówców to interesuje lub się z tym zgadzają.
Jak to jest, gdy Twój mąż mówi: "nie uważam, żebym pracował ciężej od Klary, wręcz przeciwnie", gdy mój tata zasypuje go komplementami moim kosztem.

Grzesiek co najwyżej pomagał mi ściągać przez SMS na kartkówkach i uczył mnie matmy miesiąc przed maturą, ale nie robiło na nim szczególnego wrażenia, jak co pół roku wygrzebywałam się z zagrożeń i tonęłam na przedmiotach, z których on miał 6. Doskonale zdając sobie sprawę, że to nie wynika z braku moich umiejętności. Ba, zdając sobie sprawę, że na pewnym etapie wynikało to z jego... strasznej... matki, która uznała za wskazane, by wmówić mojej nauczycielce, że chcę go złapać na dziecko. 
(I wiem, że to nie kwestia wieku ani wychowania, tylko indywidualnego stosunku konkretnie do mnie, bo obaj są w tym samym wieku, wychowali się w konserwatywnych, katolickich rodzinach i rodzice obu byli do mnie bardzo negatywnie nastawieni, z dokładnie tych samych powodów - ewidentnie mam typ)
Wciąż, wówczas tamto minimum decydowało o tym, że zdawałam na tróję tę kartkówkę, przechodziłam do następnej klasy i czułam, że ratuje mi życie. 
I sam fakt tego, że był tą osobą, która była dla mnie, gdy potrzebowałam tego najbardziej, było olbrzymim argumentem, by go kochać i czuć to przywiązanie.
Gdy wszyscy mnie nieustannie porzucali, odrzucali, zostawiali.

Co jest wyłącznie winą moich rodziców, którzy na tamtym etapie mojego życia, zawiedli mnie na każdym możliwym polu i po całości. Burząc całe moje poczucie bezpieczeństwa, a za nim instynkty samozachowawcze. 
Moja mama, gdy rozmawiałyśmy o tym w ubiegłym roku, powiedziała, że miała takie momenty, kiedy wiedziała, że jest nieobecna i nie daje mi tego, co powinna, ale miała taką myśl, że "przynajmniej Klara ma Grześka, który o nią dba", która ją pocieszała. Co dało mi głębszy wgląd w to, skąd wzięła się ta ich potrzeba, by go ze wszystkiego uniewinniać i stosować wobec nas zupełnie różne standardy.
Roześmiałam się z absurdalności tego stwierdzenia, a później rozpłakałam nad tragizmem mojego dorastania. 

Czasem czuję się, jakbym na terapii kręciła się w kółko i za każdym razem, gdy wychodzę z tematu rodziców, dumna, że coś zamknęłam, zrozumiałam, odpuściłam, okazuje się, że jest cała nowa/stara sfera moich problemów, której źródeł szukałam gdzieś w świecie i obcych ludziach, a jak zwykle sprowadza się do nich...
Czuję, jak uciekam od tych oczywistych puent, bo, jak już wspomniałam, ich muszę/chcę "kochać, szanować, ufać", a takie refleksje wprowadzają te postawy w drżenie...

Napisałam cały cykl tekstów o rodzinach dysfunkcyjnych:
1. Dobre dzieci złych rodziców - wstęp oraz rozwinięcie definicji "rodziny dysfunkcyjnej".
2. Dobrzy rodzice złych dzieci - opis realnego przykładu jak działa dysfunkcja w rodzinie
3. Ranki na duszy - wprowadzenie do tematu terapii, jako pierwszego kroku do naprawiania relacji w swojej rodzinie i... wszystkiego innego.
4. Jak wychować swoich rodziców? - odpowiedź na pytanie zadane w tytule. Powinnam zrobić do niego update, bo udało mi się osiągnąć rzeczy, które wtedy wydawały mi się niemożliwe. 

W pozycji 2 napisałam: "wychowali mnie do bycia najbardziej stereotypową, zahukaną, kurą domową, w najgorszym tego słowa znaczeniu. Bo chociaż ich słowa mówiły "zdolna", "wyjątkowa", "marnujesz swój talent", to ich czyny mówiły "wyjdź za mąż i zostań opiekunką", "to fajnie, że masz swoje marzenia, ale on robi doktorat".
Tak że to, o czym piszę teraz, wiedziałam już 3 lata temu. Widziałam, co mi to zrobiło. Wciąż jednak byłam na etapie "nie mam planów, celów, marzeń, nigdy nic nie osiągnę", a moja samoocena leżała w gruzach, nie umiałam dostrzec więc pełnego obrazu zniszczeń, jakich to we mnie dokonało.
Jednocześnie będąc przekonaną, że wszystkie sprawy między mną, a moimi rodzicami, są już zamknięte. Kiedy zdecydowanie nie były. 
Musiałam pójść na terapię, rozgrzebać w sobie nowe rzeczy, pójść na studia, zacząć osiągać jakieś sukcesy, pragnąć czuć się dobrze ze sobą, żeby odkryć i doświadczyć śladów po wojnie, jaka rozgrywała się na polu mojej psychiki, gdy byłam nastolatką, a stronami konfliktu moi rodzice i reszta świata. 
Prawie odechciewa się terapii od takich efektów...
Rozumiem jednak doskonale, że muszę przejść tę drogę, by uwolnić się od wszystkich rzeczy, jakie na mnie ciążą. Od tych pojedynczych sytuacji, na których pękała moja wiara w siebie, szacunek, godność, nadzieja, wiara, poczucie bezpieczeństwa. Godzin, które miały większy wpływ na mnie, niż całe tygodnie lub wręcz miesiące. 

Jako osoba, która przed długi czas bardzo dużo kłamała, dla zabawy, ochrony, sabotowania samej siebie...
Teraz mam wręcz obsesję na punkcie prawdy.
Gdy chodziliśmy z Piotrkiem na terapię, naszej terapeutce ewidentnie kończyła się cierpliwość na moje powtarzane w kółko "prawda ma znaczenie!", jako główny argument przeciwko niemu, którego nie chciałam odpuścić.
W tym tygodniu miałam poważną rozmowę z przyjaciółką na temat tego, że wolę każdą prawdę, niż kłamstwo lub przemilczenie, nawet w ochronie moich uczuć. Umiem znosić prawdę.
Natomiast jestem kompletnie bezbronna wobec kłamstw. Wykluczyłam je ze swojego życia wraz odejściem Grześka i zamknięciem tamtego etapu mojego życia.  
Ta potrzeba jest tak silna, że momentami czuję się uwięziona między lękiem, by kogoś niesprawiedliwie nie ocenić, a świadomością, że mam skłonności do brania na siebie win innych ludzi.
Niezdolna do stwierdzenia, co jest prawdą...

Niesie to za sobą taką niefortunną konsekwencję, że chociaż łatwo mi dostrzegać wielowymiarowość i całą paletę kolorów w charakterach obcych mi ludzi, idzie mi to stosunkowo ciężko wobec moich najbliższych... Mam potrzebę szufladek, czarno-białych okularów i dualizmu.
Prawdy, jako podziału na "zło" i "dobro", zupełnie wbrew powtarzanym przeze mnie do upadłego hasłom o tym, że jesteśmy produktami naszego wychowania i mamy potencjał do zmian.
Świadoma tego, że prawda prawie zawsze leży gdzieś... indziej, niż to, co czujesz na emocjach, jakie potrafią wywołać tylko najbliżsi ludzie. 

Myślę, że podsumowanie dla tej części może być takie:
Nie ma pozytywnych cech charakteru, zachowań, uczuć, jakie Grzesiek w stosunku do mnie żywił, które zneutralizowałyby jego gwałt na mnie. Nie jest sprawiedliwym wobec niego, by odbierać mu to, co w nim dobre i co pomogło mi przetrwać. Ani nie jest sprawiedliwym wobec mnie, by na podstawie tego, co w nim wartościowe, umniejszać lub dawać zgodę na to, jak mnie krzywdził.
Nie ma wspomnień, błędów, krzywd, jakie zadali mi rodzice, które zneutralizowałyby nasze obecne relacje lub miłość, którą dzielimy. Nie jest sprawiedliwym wobec innych ludzi, by przerzucać na nich błędy moich rodziców, błędy za które ponoszą główną lub wyłączną odpowiedzialność. Ani nie jest sprawiedliwym wobec mnie, by odbierać samej sobie prawo do dostrzegania i nazywania tych rzeczy, z lęku, że zakłóci to naszą relację.
A wszystkie te rzeczy, jakkolwiek ściśle ze sobą powiązane, trzeba przesadzać osobno, do ich własnych doniczek. 

PS Napisałam tyle o relacji z Grześkiem, szczególnie aspekcie tego, jak mocno przywiązana do niego byłam i jak ważną rolę w moim życiu pełnił, bo wydaje mi się to istotne dla drugiej części tego tekstu, która będzie poświęcona mojej relacji z ciałem, od bardzo wczesnego okresu nastoletniego, która była kompletnie zdominowana przez niego. Na wiele, wiele lat przed tym, jak mnie zgwałcił czy molestował.
Co zrobiłam sobie sama, chociaż przy akompaniamencie ginekologów i z czego ocknęłam się dosłownie (!) miesiąc temu przy okazji wizyty u fizjoterapeuty urologicznego. 
A od rzeczy, jakie tam usłyszałam, skonfrontowanych z tym, co myślałam o samej sobie i swoim ciele, przez tyle lat... wybuchła mi głowa.

warsztaty 2020, Ruchenka
fot. Beata Skinderowicz

Add your comment

© e-klerki · THEME BY WATDESIGNEXPRESS