"Każdy stosunek seksualny w trakcie trwania patriarchatu jest gwałtem"

Takie hasło usłyszałam pewnego letniego popołudnia, jedząc kanapki, przeglądając Instagrama i jednym okiem oglądając setny odcinek telenoweli "Jane the Virgin" na Netflixie. 
Padły z ust postaci trzecioplanowej, genialnej i nieukrywalnie dziwnej, radykalnej feministki, z którą główna bohaterka była na studiach.
Autentycznie mnie to wówczas zszokowało, a moją pierwszą myślą było: "Chryste, dlatego ludzie nienawidzą i żartują z feministek".

Ten cytat wrócił do mnie jednak w trakcie oglądania innej produkcji Netflixa i nagle w pełni zrozumiałam jego sens i... prawdziwość.

Bridgertonów obejrzałam dwa razy w ciągu tygodnia, to łącznie 16 godzin.
Raz dla przyjemności, raz na potrzeby tego tekstu.

Do samego tekstu zainspirowała mnie, oczywiście, niesłynna już scena seksu, gdzie bohaterka gwałci swojego męża. 
Sam serial nie wydał mi się niczym specjalnym, moje pierwsze odczucie było takie, że jest dość prostą, powierzchownie opowiedzianą historią, z typowymi dla romansów zwrotami akcji i pięknymi, ale płytkimi bohaterami. 
Gdy jednak zasiadłam do niego po raz drugi, oglądając go bardziej analitycznie, z myślą o napisaniu tekstu, z niemałym zdziwieniem odkryłam, że jest całkiem wartościową pozycją, która w przyjemny i łatwy w odbiorze sposób, może z łatwością pełnić rolę studium nad tragizmem patriarchatu. 

Patriarchatu, który unieszczęśliwia wszystkich bohaterów po równo, niezależnie od płci. 

(Uwaga, dość dużo spoilerów)

Historia rozgrywa się alternatywnej rzeczywistości, gdzie król Jerzy III Hanowerski poślubia czarnoskórą kobietę, przy okazji nadając ziemie i tytuły wielu "kolorowym" rodzinom, w wyniku czego połowa arystokracji nie jest biała, a obsada serialu bardzo zróżnicowana etnicznie.
Mam różne przemyślenia na ten temat, ale zostawię je na inny moment. Nie był to film stricte historyczny ani dokumentalny, nie czułam więc żadnego zgrzytu i z przyjemnością oglądałam estetykę i obyczajowość ówczesnych czasów w tej fantastycznej rzeczywistości, gdzie rasizm nie istnieje.

Londyn w roku 1813 otwiera przed nami nowy sezon towarzyski, obarczony niemałymi poświęceniami, jak mordercze gorsety, olbrzymie fryzury i niewyobrażalna presja, by przed końcem sezonu, znaleźć sobie męża. Ponieważ każdy sezon obniża jakość i atrakcyjność debiutantek.
"'Do tego zostały wychowywane i trenowane od urodzenia, zabezpieczenie sobie męża" - tłumaczy nam narratorka.
Atmosfera sprawia, że przyjaciółki stają się rywalkami, serca bardziej niezależnych dam wyrywają się do czasów, w których niestety żyć nie mogą, a matki ruszają na bezwzględne łowy, by upolować dla swoich córek najlepszych kawalerów.

Kontekst romantyczno-obyczajowy czasów jest oddany bardzo realistycznie, a dramaty, które się tam rozgrywają, z łatwością można porównać do tych z powieści Jane Austen, która wówczas żyła.
Dworskie zwyczaje, mezalianse, niekończące się potyczki między sercem a rozumem. Pozycja w towarzystwie, tytuły, rody. Homofobia. Wyryte w kamieniu obyczaje. Honor, jako najwyższa wartość mężczyzny i "czystość", jako najwyższa wartość kobiety. Pojedynki o pocałunki i "rujnowanie się" przez samo przebywanie z mężczyzną bez przyzwoitki. Kobiece siodła, które nie pozwalają na dosiadania konia okrakiem, by nie daj Boże, nie rozłożyć nóg. 
A opinia jest wszystkim.

W 1813 roku życie kobiety było zupełnie uzależnione od woli jej ojca, brata, męża. Nie miały prawa do edukacji, zajmowania funkcji publicznych, a nawet dziedziczenia czy sprawowania władzy nad własnym majątkiem. 
Ślub był jedyną opcją. 
A ślub najstarszej córki był najważniejszym, jako że nadawał tonu mariażom jej młodszych sióstr. Zła partia mogła oznaczać drastyczne obniżenie szans na godne życie dla reszty rodzeństwa, a często całej rodziny.

W takich właśnie nastrojach poznajemy rodzinę Bridgertonów, którzy właśnie wprowadzają na salony swoją najstarszą i najpiękniejszą córkę, Daphne.

Gdy oglądałam serial po raz pierwszy, Daphne jawiła mi się, jako zupełnie pozbawiony charakteru, celu i wyrazu płomień na wietrze wydarzeń. Szczególnie na tle swojej młodszej, szukającej wyzwań i pragnącej emancypacji siostry, Eloise. 
Piękno Daphne jest tak oczywiste, że wręcz banalne, jej naiwność i niewinność, wynikająca z całego życia spędzonego w krępujących ciekawość okowach sztywnej etykiety, nie dodają jej uroku, zamiast tego sprawiają, że wydaje się być głupia i nudna. 
Dopiero drugie podejście, skupienie się Daphne, jako swojej własne postaci, nie obiekcie uczuć (oszałamiająco przystojnego) głównego bohatera, pozwoliło mi ujrzeć ją w pełnym świetle.
Jako inteligentną, zabawną, sarkastyczną, wybitnie świadomą swoich okoliczności młodą kobietę, która stara się odegrać swoją rolę, jak najlepiej, by zapewnić godne życie sobie i swojej rodzinie. Przy tym zachowując jakąś namiastkę wolnej woli, godności i niezależności. 
Przez cały serial, nikt nie komplementował Daphne pod żadnym innym względem, niż jej uroda. 
Oprócz przemowy Simona do Królowej, w której nie opisywał jej piękna i blasku, a charakter, którym surowo go oceniła, nikt zdaje się nie traktować jej... jak pełnowartościowego człowieka.
Ani matka, która nie tłumaczy jej złożoności małżeństwa, ani brat nie słuchając jej sprzeciwu wobec wyboru narzeczonego, ani siostra krytykując jej marzenia o życiu rodzinnym.
Wszyscy zdają się widzieć w niej piękną wydmuszkę. 
Tymczasem Daphne wielokrotnie pokazuje, że ma charakter, a jej marzenia, chociaż zgodne z ówczesnymi oczekiwaniami, są jej własne, nie narzucone.

Z drugiej strony obiekt jej uczuć, fascynacji i seksualnych fantazji: książę Simon z Hastings.

Skrzywdzony, tajemniczy, magnetyczny, przystojny, niesamowicie bogaty. Do tego obyty w świecie, wykształcony, czarnoskóry i doświadczony seksualnie. Komunikujący się ze światem seksownym pół-szeptem. 
Nie ma rodzeństwa ani rodziny, do swojego majątku i tytułu podchodzi ze zniecierpliwieniem, odrzucając je na tyle, o ile przypominają mu o znienawidzonym ojcu, jednak nie na tyle, by zrezygnować z przywilejów, jakie daje.
Stworzony, jako perfekcyjne przeciwieństwo Daphne: rodzinnej, transparentnej, nieświadomej.
Twórcom serialu bardzo zależy, żebyśmy zrozumieli głębię jego postaci, do czego dążą przez pokazywanie nam scen z jego dzieciństwa.
Widzimy tam małego Simona głęboko straumtyzowanego przez śmierć matki i okrutnego, zimnego ojca, który się go wyparł, gdy okazało się, że ma problemy z mową.
"Typ wychowany przez wilki", jakby to powiedziała Okuniewska.
Zgodnie ze swoim charakterem, Simon włącza się jednak w sezon towarzyski, z góry zaznaczając, że małżeństwo go absolutnie nie interesuje. 

I tak zaczyna się nasza historia.

Daphne i Simon poznają się na balu, wpadając na siebie przypadkiem, co on ocenia, jako celowy zabieg aspirującej debiutantki, wywołując tym w Daphne złość. Nie mają jednak czasu się pokłócić, gdyż do akcji wkracza jej najstarszy brat, jednocześnie kolega Simona z Oxfordu, przedstawiając ich sobie i jednocześnie ustanawiając ich status, jako równych sobie pod względem wpływów, majątku i miejsca w towarzystwie. 
Błyskotliwość Daphne robi na Simonie natychmiastowe wrażenie, które oczywiście stara się ukryć pod pozornie nieznaczącym lecz przedłużającym się spojrzeniem - od którego zrobiło mi się gorąco...

Ponieważ brat Daphne okazuje się bezwzględny dla wszystkich jej adoratorów, odrzucając każdego z nich za najmniejsze braki lub niedostatki, jej ciężko wypracowana pozycja na salonach zaczyna spadać.
W sezonie towarzyskim nie ma bowiem nic gorszego, niż dom, który nie roi się od mężczyzn pretendujących do miana narzeczonego.
I na tym etapie serialu, co zupełnie umknęło mi za pierwszym razem, możemy dostrzec faktyczny charakter Daphne.
Świadoma swojej roli w społeczeństwie i ryzyka, jakie niesie za sobą sezon niekończący się małżeństwem, mówi wprost do swojego brata: "Do tego mnie wychowywano. Nie mam innej wartości. Jeżeli nie znajdę męża, jestem bezwartościowa".
Takie i tym podobne gorzkie uwagi wygłasza na przestrzeni całego sezonu.
Chociaż jest piękna, bogata i mądra, wie, że żadna z tych cech nie ma znaczenia, tylko i wyłącznie przez to, że jest kobietą.
Gdy patrzyłam na nią nieuważnie, sprawiała na mnie wrażenie osoby, która cieszy się z tego, jak została wychowana i jak wygląda jej pozycja, bez głębszej refleksji nad nią, bez podważania jej zasadności. 
Tymczasem nic bardziej mylnego.
Nie jest zadowolona ani dumna z tego, że nie ma w życiu wyboru.
Jest za to odpowiedzialna, lojalna i nawet czując na sobie brzemię bycia perfekcyjną, stara się wypełnić swoją rolę najlepiej, jak potrafi... Nie tylko dla swojego dobra, ale całej swojej rodziny.
I jest to tym bardziej godne podziwu, gdy weźmiemy pod uwagę, że przyszło jej żyć w świecie, w którym jej samodzielność i zdolność podejmowania własnych decyzji jest podważana na każdym kroku. 



Jak bardzo wiążą ją ówczesne konwenanse i jak wewnętrznie przeciwna im jest, pokazuje scena, w której staje się ofiarą napaści seksualnej.
Zamiast liczyć na ratunek, omdlewać lub poddać się z przerażenia, co byłoby właściwą reakcją dla damy w tamtych czasach, nokautuje swojego napastnika ciosem prosto w twarz.
Jednak gdy zostaje na tym przyłapana, właśnie przez Simona, jej wychowanie i świadomość czasów, w jakich żyje, zmusza ją do przeprosin za to, że odważyła się kogoś uderzyć.
Chociaż była to oczywista samoobrona. 

Jej niebanalny charakter, nie uroda, jest tym, co przyciąga Simona do niej na stałe i oboje zgadzają się na układ, w którym udają zainteresowanych sobą, by na nowo podnieść jej pozycję na salonach, a jego uwolnić od nękających go matek, które próbują wydać swoje córki za księcia. 
A ponieważ jest to sekret, który dzielą między sobą, łamiąc przy tym wszystkie możliwe zasady etykiety, ich znajomość przybiera dość "współczesnego" tonu. A przynajmniej takiego, jaki nigdy by się nie rozegrał między dobrze wychowanymi arystokratami w 1813 roku.
Co, jak można się oczywiście spodziewać, nieuchronnie kończy głębokimi uczuciami do siebie wzajemnie.

I to moment, w którym serial trochę stracił dla mnie momentum, bo poszedł w najbardziej oklepany, ale może i najczęstszy w prawdziwym życiu scenariusz: brak komunikacji prowadzący do domina nieporozumień i dramatycznych sytuacji.

Otóż Simon, po tym, jak zdobył wykształcenie, pokonał jąkanie i osiągnął jakieś niewspomniane, ale godne i szczytne rzeczy, przysiągł swojemu ojcu, na dosłownym łożu śmierci, że nigdy się nie ożeni i nie będzie miał dzieci.
Miała to być zemsta na ojcu za to, że bardziej niż jego i jego zmarłą matkę, kochał tytuł i ideę rodu (trochę jak w GoT, tylko zamiast kazirodztwa, mścisz się samotnością).
Czym, oczywiście i jednocześnie z niewiadomych przyczyn, postanowił się z Daphne nie dzielić. 
Był tak zmotywowany, żeby jej o tym nie powiedzieć, że wolał stanąć do pojedynku z jej bratem, niż przyznać się do tej decyzji. 
Pojedynku motywowanego tym, że tygodnie "udawania" zakochanej pary, w końcu przebiły się przez jego pozornie niewzruszoną skorupę i pewnego pięknego, gorącego wieczoru w ogrodzie, rzucił się na Daphne z pocałunkami.
Samo przebywanie z nim sam na sam już "rujnowało" Daphne. Dziewictwo i "czystość" były dosłownie najważniejszymi atrybutami damy, a sama możliwość ich podważenia, spowijała całą rodzinę w kłębach hańby i wstydu.
Gdy więc jej brat nakrył ich na tych niewinnych pieszczotach, oczywiście postanowił go honorowo zabić.
Logiczne.
Całą sytuację uratowała, jak zwykle, sama Daphne, jednocześnie zabezpieczając sobie małżeństwo z Simonem.
Wciąż była jednak między nimi tajemnica, w postaci złożonej ojcu obietnicy.
Której nie wyjawił jej na pojedynku, nie wyjawił jej przed ślubem, po ślubie ani przed ich pierwszym stosunkiem.
Poinformował ją natomiast, że "nie może mieć dzieci".


I tak dochodzimy do najbardziej ekscytującej części, na którą wszyscy czekali - seksu.

Twórcy serialu bardzo mocno zaakcentowali różnice w doświadczeniu Simona i Daphne, które były naturalne dla ówczesnych czasów.
Jego pokazując w dosłownych seksualnych sytuacjach, ją szukającą jakiejkolwiek wiedzy w swoim środowisku, które oczywiście nie miało jej nic do zaoferowania.
Zarówno jej siostra Eloise, jak i przyjaciółki, nie miały zielonego pojęcia nie tylko o naturze, ale samym fakcie istnienia seksu.
Wieść o ciąży jednej z bohaterek napełnia je przerażeniem, bo nie spodziewały się, że zajście w ciążę bez ślubu jest fizycznie możliwie i oblał je blady strach, że takie nieszczęście może spotkać którąś z nich. Matka jednej z przyjaciółek zabrania córkom spędzać czasu z ciężarną, grożąc im, że ciąża jest zaraźliwa. 
I tak też wygląda stan wiedzy Daphne, która jeszcze na etapie "udawania zainteresowania" próbuje dowiedzieć się czegoś o seksie wprost od Simona, korzystając z ich szczególnego układu, którego nie wiąże etykieta, zamiast tego dostaje jednak instrukcje masturbacji. 
Korzysta z nich chętnie, jednak w żaden sposób nie przybliża jej to do zrozumienia seksu, jako aktu rozgrywającego się między dwójką ludzi.

Dochodzi wreszcie do ślubu, a co za nim idzie, nocy poślubnej.
Daphne próbuje uzyskać jakieś pożyteczne informacje od matki, zostaje jednak zostawiona z ogólnikami, jak "nie jedz dużo w trakcie wesela", niezrozumiałymi metaforami o "deszczu, po którym rozkwitnie" czy porównaniami do psów "którym nikt nic nie tłumaczy, a i tak pojawiają się szczenięta".
Uzbrojona w taką wiedzę i lęk, że zasugerowana jej bezpłodność Simona uniemożliwi im stosunek, wchodzi do ich małżeńskiego łoża.
I trzeba przyznać, że całość zdaje się bardzo konsensualna, Simon często pyta jej, czego chce, co jej się podoba, prosi ją, by pokazała mu, jak się masturbowała. Realizm trochę się gubi, gdy na wieść, że "myślała tylko o nim" w trakcie masturbacji, on zdecydowanie zwiększa tempo, które dla dziewicy z absolutnie nienaruszoną kiedykolwiek pochwą, w której mięśnie i tkanka w żaden sposób nie są przygotowane na tarcie, byłoby raczej bardzo bolesne... 

Poza tym elementem, to co głównie rzuca nam się w oczy, to Simon odskakujący od niej tuż przed orgazmem, bo jak już wiemy, jego świadomość seksualna jest na zupełnie innym poziomie, niż jej, doskonale więc zdaje sobie sprawę, co zrobić, by potomek się nie pojawił.

Po tej nocy następuje cała seria ujęć obrazujących ich bujne i intensywne życie erotyczne, na łąkach, schodach, łóżkach, biblioteczkach.
Ze wciąż uciekającym przed zapłodnieniem Simonem i zdającą się w zupełności na niego Daphne. 
W jednej ze scen nawet pyta go wprost "czy to boli?", mając na myśli wytrysk i rozumując, że skoro odskakuje, to musi sprawiać mu to dyskomfort. 

Daphne bardzo współczuje Simonowi niemożności posiadania dzieci, jej empatia szybko obraca się jednak w potężny gniew, gdy wreszcie prosi o dokładne informacje na temat seksu jedną z kobiet z jej służby i orientuje się, że Simon ją oszukuje.
Zdradzona, smutna, zagubiona, próbuje ułożyć w sobie te nowe informacje, a każda z tych emocji pcha ją do decyzji, tak szeroko omawianej w mediach, w której dwa dni później go gwałci.
A przebiegł on w następujący sposób: wściekła i zdeterminowana aranżuje seks, w którego trakcie widać na jej twarzy całą paletę emocji i żadna z nich nie wyraża radości czy podniecenia. Gdy czuje, że Simon jest blisko, szybko zmienia pozycję na jeźdźca i z równie morderczą miną, co wcześniej, patrząc wprost na niego, doprowadza go orgazmu, w niej.
Mimo jego dość oczywistego sprzeciwu, kiedy kręci głową i woła jej imię.

Czy można uznać to za gwałt?
Absolutnie, zdecydowanie, 100% tak.


Uważam wręcz, że to jeden z najgorszych rodzajów gwałtu, jakie można sobie wyobrazić, bo jego celem nie jest tylko ta konkretna chwila przyjemności, władzy, nawet zadania cierpienia, ale stworzenie z niego całego nowego życia. 
Zmuszenie kogoś do bycia rodzicem. Związanie się z tą osobą więzami krwi do końca życia. 
Wbrew woli i sprzeciwowi tej osoby. 
Takim samym gwałtem jest zdjęcie prezerwatywy bez wiedzy i zgody drugiej strony.
Zapewne łatwiej byłoby z tym empatyzować, gdyby Simon był kobietą, bo dochodzi do tego aspekt ciąży, który na pewno dodaje tej traumie dodatkowych kolorów beznadziei, ale co do zasady, to ta sama sytuacja.

"Każdy stosunek seksualny w trakcie trwania patriarchatu jest gwałtem"

Zachowanie Daphne było obiektywnie złe.
Nie umiem się jednak oprzeć wrażeniu, że jeżeli tę sytuację uznamy za gwałt, dosłownie każdy ich stosunek do tamtej pory, również był gwałtem.
Jego na niej.

Przede wszystkim dlatego, że on mając pełną świadomość jej kompletnego braku wiedzy, wykorzystywał go przeciwko niej.
W każdym ich stosunku.
Wiedząc, że macierzyństwo i rodzina jest wszystkim, o czym ona marzy, wiedząc, że skłamał, mówiąc, że "nie może mieć dzieci".

A co najważniejsze, wiedząc, że ona by się na te stosunki nie zgodziła, gdyby wiedziała, jak wygląda ich sytuacja. I właśnie dlatego ją przed nią zataił.
Dla spokoju, dla seksu, dla siebie i swojego absurdalnego poczucia honoru, które nie pozwala złamać obietnicy danej znienawidzonemu ojcu, ale pozwala wykorzystywać ukochaną żonę i żerować na jej naiwności i zaufaniu. 


Ona, chociaż zrobiła coś złego, nie do końca zdawała sobie sprawę z tego, co robi, działała w afekcie i tak naprawdę porównywała historie jej służącej z rzeczywistością, wprost mówiąc mu "miałam nadzieję, że to nieprawda"
On natomiast, wiedział dokładnie, co robi, robił to przez długi czas i z premedytacją. 

Po fakcie Daphne od razu się ubiera i wychodzi z łóżka. Zaczynają się kłócić.
Ona zarzuca mu, że odebrał jej największe marzenie. Krzyczy do niego, że "jej nie kocha, bo nie zna znaczenia tego słowa, nie upokarza się, nie wykorzystuje osób, które się kocha; to nie jest miłość".
Co, w mojej ocenie, po raz kolejny pokazuje, że Daphne bardzo świadomie przeżywa swoje życie i nie ma w niej zgody na to, by być traktowaną w ten sposób.
On z kolei mówi, że przecież uprzedził ją, że nie chce dzieci i był gotowy dla niej umrzeć w trakcie pojedynku, tymczasem ona nalegała na małżeństwo. Zasłania się tezą, że myślał, że ona wie, "jak się robi dzieci".
Chociaż jest to oczywiste kłamstwo, bo rozmawiali o tym już wcześniej i wtedy również nie udzielił jej tej informacji, kierując ją w stronę masturbacji. 

To, jak tendencyjna jest narracja, pokazują nam kolejne ujęcia, gdy pod sceny, gdzie Daphne leży z pociągniętymi nogami, próbując utrzymać w sobie jak najdłużej spermę, by zajść w ciąże, podłożona jest narracja dotycząca innej bohaterki, brzmiąca: "Rozpaczliwe okoliczności mogą wymagać rozpaczliwych kroków, mniemam jednak, że wielu uzna jej postępowanie za wysoce gorszące. Może sądziła, że nie ma innego wyjścia, a może brak jej wstydu. Ale czy jakikolwiek cel może uświęcić tak niegodne środki?".
Autentycznie mnie to oburzyło.
Sceny jego oszukiwania jej, nigdy nie miały podobnej narracji.
Zawsze były pokazane, jako piękne, ekscytujące, pełne miłości i czułości.

Po powyższej kłótni wracają do Londynu, gdzie Simon staje się wprost okrutny.
Gdy rzucają się na siebie i uprawiają seks oralny na schodach, a ona proponuje sypialnię, dając sygnał, że jest gotowa puścić całe to "nieporozumienie" w niepamięć...
On odmawia i informuje ją, że jeżeli jest w ciąży, zostanie z nią i wychowa to dziecka, a jeżeli nie, to ją zostawi.
Ona buntowniczo odpowiada, że nie ufają sobie i to rozumie, odwraca się na pięcie i odchodzi..
Gdy później w słusznym kontekście zarzuca mu dwulicowość, on mówi, że nauczył się jej od niej.
Co nie tylko było okrutne, ale i nieprawdziwe, bo Daphne naprawdę była szczerą i transparentną osobą.

Ich dramat kończy się jednak, gdy Daphne, zdeterminowana, by przebić się przez jego... charakter, szuka po domu inspiracji i trafia w końcu na listy, które wysyłał swojemu ojcu, jako dziecko. Nigdy nie otworzone.
Ich treść i nienaruszone pieczęci, łamią jej serce, jednocześnie otwierając je na nowo na Simona.
W epickiej scenie pośród deszczu, opowiada mu jego dzieciństwo i psychikę, on patrzy na nią smutnym spojrzeniem i słucha jej miłosnych wyznań.
"Możesz wybrać, by kochać mnie tak mocno, jak ja Ciebie" - mówi, śmiejąc się w deszczu do mężczyzny, który ją oszukiwał i wykorzystywał seksualnie. 
Okej.

Finalnie się godzą, a szczęśliwym zakończeniem jest scena, gdy on w niej, z własnej woli, dochodzi.

Mam olbrzymi problem z tym, jak ta historia została opowiedziana.
Tym większy, że byłam na to zupełnie ślepa, gdy oglądałam go po raz pierwszy.


Twórcy zrobili, co mogli, by Simon jawił się nam, jako intrygująca, głęboka, złożona postać, która łaskawie obdarza uczuciem śliczną, naiwną trzpiotkę i "robi z niej kobietę".
Jest wobec niej bardzo przywódczy, zaczynając od instrukcji w tańcu, przez inicjację samego pomysłu o "udawaniu", po zalecenia masturbacji, gdy ona pytała o coś zupełnie innego. Sceny, gdzie po potencjalnym zapłodnieniu, a przed pogodzeniem się, przychodzi co ranek do jej sypialni, sprawdzić czy na pościeli nie ma krwi, były dla mnie co najmniej niepokojące.   
I chociaż Daphne z czasem buduje swoją pewność siebie w relacji z nim, wyznaczając i egzekwując granice, narracja w serialu nie zaznacza tego, jako istotnego elementu fabuły.
O dzieciństwie Simona wiemy sporo, o Daphne właściwie niczego, chociaż ona też straciła ukochanego rodzica, musiała opiekować się rodzeństwem, zapewne też matką, której śmierć ukochanego męża złamała serce.
Możemy jednak tylko o tym gdybać, bo twórcy uznali, że kobiety nie zasługują na zgłębienie traum z ich dzieciństwa.

W mojej ocenie, Daphne jest o wiele ciekawszą i wbrew narracji, bardziej złożoną postacią, niż Simon.
Jej pewność siebie nie jest zbudowana na niezależności, własnym majątku i tytule. 
Jej oddanie jest szczere i głębokie.
Jej zdolności obserwowania i analizowania otoczenia godna podziwu.
Jej samoświadomość, nie tylko swojej roli, ale gier i póz, jakie musi przyjmować, jest imponująca.

Jeżeli ktoś zrobił z kogoś dorosłego, to ona z niego.

Simon jest banalnym cichym, tajemniczym, macho. 
Jest tak pochłonięty swoją nienawiścią do ojca, z którą nie umie się zmierzyć ani sobie poradzić, że krzywdzi wszystkich wokół.
Jest podatny na swoje impulsy do tego stopnia, że całuje Daphne, wiedząc, że się z nią nie ożeni, rujnując tym samym jej opinię i łamiąc serce. Bije się z jej bratem, gdy ten zarzuca mu, że rujnuje swoje małżeństwo z nią.
Jest osobą, która woli umrzeć, niż przyznać się do złożonych absurdalnych obietnic.
Jest w tak głębokim wyparciu swoich nieprzerobionych uczuć, że woli rozstać się z kobietą, którą kocha, niż skonfrontować się ze swoimi traumami z dzieciństwa.
Jest tym najgorszym rodzajem mężczyzny (kobiety oczywiście też mogą takie być, ale ta cecha idzie zazwyczaj w parze z wychowaniem do odcięcia od uczuć, co częściej dotyka mężczyzn), który wie lepiej, co jest dla Ciebie dobre i rozwiązanie problemów widzi nie w pracy nad sobą, a rozstaniem, "żeby Cię nie krzywdzić".
Podsumowując, mentalnie jest na poziomie małego, skrzywdzonego chłopca, który bardzo pragnie miłości, jednocześnie będąc długo odrzucanym, czuje, że na nią nie zasługuje. 
Smutne, jednak ani godne pochwały, ani ekscytujące, ani dojrzałe. 

Cały ich związek, a nawet jego egzystencja, nie miałyby miejsca, gdyby nie Daphne, jej oddanie, zaangażowanie, cierpliwość, wyrozumiałość, empatia. 

Nie wyczułam jednak, za pierwszym podejściem, by takie było przesłanie tej historii. 

Byłam oczarowana Simonem, ponieważ jestem z tych kobiet, a szerzej ludzi, których przyciągają emocjonalne wraki... Im głębsze zniszczenia, tym szybciej się przywiązuję.
Zanim więc serial się skończył, ja już byłam zakochana. 

Jednak ważniejszym argumentem, jest chyba to, że jesteśmy tak kulturowo przyzwyczajeni do tego, że kobiety biorą na siebie całą pracę emocjonalną, jaką trzeba wykonać, by związek zadziałał, że nawet nie zwracamy uwagi na to, gdy to się dzieje.
Na kobiety prowadzące mężczyzn za rączkę, przez wszystkie ich braki, traumy i okropne zachowania, by "zrobić z nich prawdziwych mężczyzn". Czyli dodać do ich tajemniczości, manier i bogactwa - empatię, czułość i oddanie rodzinie.
Chociaż zazwyczaj jest to ciężka, żmudna, często bolesna praca, uznaje się ją za tak oczywistą, że wręcz pomijalną. 


To, jak diametralnie różne były moje wrażenia z pierwszego i drugiego seansu, sprawiło, że realnie zaczęłam się zastanawiać, czy nie powinnam oglądać wszystkiego po dwa razy, bo ewidentnie nie jestem w stanie przebić się za pierwszym razem przez wdrukowane mi schematy myślenia i uprzedzenia. 

Bardzo spodobała mi się scena, gdzie Daphne konfrontuje się ze swoją matką, mówiąc, że jej celowe zatajenie przed nią informacji o małżeństwie i seksie jest "wmanipulowaniem nieświadomych w posłuszeństwo".
To ważne słowa, chociaż jej matka sama całe życie grała i udawała, bo sama została do tego wychowana, więc ciężko postrzegać ją, jako złą osobę...

I dlatego właśnie uważam, że jest bardzo wiele prawdy w tym, że:
"Każdy stosunek seksualny w trakcie trwania patriarchatu jest gwałtem"
Oczywiście kiedyś o wiele więcej, niż dziś...
Widząc jednak pytania, jakie kobiety zadają w internecie na temat seksu, łatwo można dostrzec, że naprawdę niewiele dzieli je od Daphne. 

Jak pokazał nam serial, gwałt doskonale działa w obie strony, a fizyczna przewaga wcale nie sprawia, że jest się w stanie przed nim obronić.
Szczególnie, gdy robi Ci to osoba, którą kochasz. 
Do gwałtu nie potrzeba przemocy, nienawiści, niepohamowanych żądz czy nawet złej woli.
Wystarczy niewiedza lub ignorancja. 


Podsumowując, szczerze zachęcam Was do obejrzenia tej pozycji.
Ominęłam tu praktycznie każdy wątek oprócz dwójki głównych bohaterów, a to, co dzieje się w tle, jest równie ciekawe.
Może gdy pierwsza fala ekscytacji serialem przeminie, napiszę jeszcze jeden tekst, na temat życia w stricte patriarchalnym społeczeństwie.
Jak trudne, obciążające i często tragiczne jest, nie tylko dla kobiet, ale i samych mężczyzn, którzy chociaż mają więcej możliwości i wolności, płacą za nie wysoką cenę i wciąż są w równym stopniu zobowiązani do przestrzegania reguł, które często łamią im serce... 

PS Mój ulubiony cytat drugoplanowej postaci do swojej córki, wypowiedziany z autentycznym zaniepokojeniem i troską: "odłóż te książki, pomieszają Ci myśli".
Przypomniało mi to moją przyszywaną ciocię z dzieciństwa, która powiedziała, że "nie czyta książek, bo nie miałaby czasu myśleć"...


fot. scena z serialu, Netflix

Add your comment

© e-klerki · THEME BY WATDESIGNEXPRESS