Czuję się... pusta.

I nie wiem, jak zamknąć 2020 rok.

Ciężko mi znaleźć chociaż jedno zdanie, którym mogłabym zacząć; które byłoby dobrym wprowadzeniem do wszystkiego, co się w tym roku wydarzyło. 
Skupię się więc może na tym, dlaczego czuję się pusta.

2020 był największym sprawdzianem mojego życia, na każdym możliwym polu.
I czuję, że wypadłam na nim całkiem dobrze, takie 4+, a może nawet -5.
Tylko... jakim kosztem?


Negocjacje, autoryzacje, wywiady, virale, konfrontacje, terapie, olśnienia, załamania, leki, narkotyki, gratulacje, przeprosiny, zmiany perspektyw, samookaleczenia, podróże, powroty, przeprowadzki...
Budowane, negocjowane i przesuwane granice.

(Abstrahując od płonących lasów w Amazonii i połowy kontynentu Australii, dwóch viralowych postów i szokującej fali hejtu po nich, pandemii, Ministra Edukacji, który twierdzi, że LGBTQ+ "nie są równi normalnym ludziom", Prezydenta, który nazywa 10% populacji "ideologią", lockdownu, wyborów za 70 milionów, które się nie odbyły, a potem i tak wygrał je PiS, studiów on-line, wszystkiego, co opisałam w "Napisałam do faceta, który mnie zgwałcił", Premiera, który w środku pandemii ogłosił jej koniec i powiedział, że to ok nie nosić maseczek, Trybunału Przyłębskiej, ogolenia głowy, negocjowania i podpisania pierwszej umowy wydawniczej w życiu, kryzysu w małżeństwieprzemawiania na strajku kobiet, realnego zderzenia się z opresją państwa i przemocą policji, protestów BLM... i tak dalej.)

2020 dał mi wszystko, czego kiedykolwiek chciałam.

Kim kiedykolwiek chciałam być.
Moje życie wygląda teraz dokładnie tak, jak marzyłam, że będzie, gdy zaczynałam dorastać i wyobrażać sobie moją przyszłość.
Jestem na tej drodze od pewnego czasu, nie wzięłam się tu z dnia na dzień, od kilku lat powtarzam, że "moje życie jest wszystkim, czego kiedykolwiek chciałam", teraz jednak czuję, że dochodzę do jakiejś własnej granicy Widzialnego Wszechświata.
Pomagam ludziom, piszę książki, mam cudownego męża, podróżujemy, mieszkam w miejscu, z którego widok poprawia mi humor każdego ranka, pogodziłam się z rodzicami, skonfrontowałam z przeszłością, prowadzę jakąś pracę naukową. 
Wszystko jest więc tak, jak od zawsze miało być. 

Moje fantazje jednak w żadnej mierze nie uwzględniały psychicznych, fizycznych i emocjonalnych kosztów tych przedsięwzięć.

Wspominałam już o tym kilka razy i pewnie ciężko w to uwierzyć, gdy obserwuje się moje życie z boku, ale ja nigdy nie miałam ambicji na karierę.
Nigdy nie chciałam robić z pracy priorytetu w moim życiu, nie chciałam być tą osobą, która przedstawiając się, podaje swój zawód, jako główny fakt o sobie. 
Tymczasem nie mam na swój temat nic innego do powiedzenia, niż to, czym się aktualnie zajmuję. Ponieważ na nic innego nie mam czasu. Ani przestrzeni. 
Nie wiem nawet, czy umiem postawić jakąkolwiek granicę między moim życiem prywatnym, a zawodowym. 

Nie wiem, czy sposób, w jaki do tego wszystkiego podeszłam, jak moje życie, w tym zawodowe, ewoluowało, jest dla mnie... zdrowe. 

Pobiłam w tym roku wszystkie rekordy spożycia używek, nie mogąc pogodzić się z tym, że nie jestem w stanie pisać, próbując wymusić na sobie postęp, na który nie byłam gotowa. 
Frustracja wynikająca z poczucia porażki na polu, które uważałam za najważniejsze, popchnęła mnie do przeróżnych samoutrudniających lub wręcz autodestrukcyjnych przedsięwzięć, z których wychodziłam w najlepszym wypadku zszokowana, w najgorszym pokaleczona. 
I jakkolwiek można je wpisać na listę "osiągnięcia 2020", nie wiem, czy realnie zrobiły mi... dobrze.
Szczególnie że nie dałam sobie nawet 7 dni trzeźwości z rzędu, żeby móc to wszystko jakoś świadomie przemyśleć, a na początku listopada zawiesiłam terapię, ponieważ nie umiem realizować jej on-line (jak zresztą studiów, ale tam nie mam opcji "zawieszenia").

Czuję się, jakbym zrobiła sobie roczną dietę detoxową, która oczyściła mnie z absolutnie wszystkiego, od starych, szkodliwych złogów, po świeże, dobroczynne witaminki.
Czuję się pusta. 

A teraz tę pustkę zaczyna wypełniać strach.

Wymusiłam na sobie w tym roku tyle rozliczeń, konfrontacji, podsumowań, że zwolniła się we mnie olbrzymia przestrzeń...
Przestrzeń, którą wiem, jak zagospodarować, na co poświęcić, co w niej zbudować. Wiem, do czego jej potrzebuję i jak chcę, by wyglądała.
Nie mam jednak pojęcia, jak tam dojść.
Jak z tych dziesiątek pustych szuflad z napisem "traumy z okresu dorastania", zrobić dziesiątki uporządkowanych szuflad z napisem "marzenia, plany i realizacje". Za każdym razem, gdy próbuję się zmotywować i coś tam ułożyć, ogarnia mnie tylko większy strach. Nie tylko, że nie dam rady, ale że to w ogóle niemożliwe, bym kiedykolwiek przeszła tę przemianę.

Ponieważ ta szafa z porozrzucanymi wszędzie pustymi szufladami, to ja.
I to ja je wyrywałam, to ja je opróżniałam, ja je rozrzucałam. 

Dobrze wiedząc, że układanie nigdy nie było moją mocną stroną...
Jestem jedną z tych osób, których styl sprzątania opiera się na wyrzuceniu wszystkiego na środek, poukładaniu 10%, znalezieniu jakichś komiksów sprzed 10 lat, porzuceniu sprzątania i spędzeniu kolejnych 3 tygodni w skrajnym chaosie, który finalnie jakoś rozchodzi się po kościach w małych sesjach układania. Ostatecznie jest dokładnie tak źle, jak na początku; minus te początkowe 10%.

Nigdy nie byłam systematyczna, nigdy nie byłam zorganizowana, nigdy nie prowadziłam regularnego trybu życia.
I nie miało to większego znaczenia, gdy "na początku" uchodziłam za małego geniusza, systematyczne funkcjonowanie zapewniali mi rodzice i nikt nie oczekiwał ode mnie, bym robiła cokolwiek więcej niż to, co robię. 
Nie miało to znaczenia, gdy w "środku" uchodziłam za beznadziejny przypadek, nikt się mną specjalnie nie przejmował i nikt nie oczekiwał ode mnie, bym robiła cokolwiek więcej niż to, co robię.
Teraz jednak ma znaczenie, gdy jestem na "końcu" mojego obecnego życia, uchodzę za wzór do naśladowania i wszyscy oczekują ode mnie, bym robiła... wszystko więcej niż to, co robię.
Każda rzecz, jakiej dokonałam w tym roku, której ludzie mi gratulują, za co mnie podziwiają, do czego motywacji sami szukają, udało mi się wyszarpać, dosłownie siłą wydrzeć z samej siebie, w jakichś wąskich okienkach między jednym a drugim poczuciem przeciążenia, ciągiem, paniką, że nie daję sobie z niczym rady.

Młode kobiety oczekują ode mnie odpowiedzi na pytanie: "jak być mną", a ja mogę zaoferować im co najwyżej mój czarny humor, bo nie odpowiem przecież: "używki, niepokój, wyparcie i niekończąca się walka z samą sobą"
A tak de facto wygląda bycie mną.
I 2020, jak żaden inny, uświadomił mi, że to nie może być modus operandi mojego życia.
Mam za dużo do zaoferowania, przekazania i zrobienia, bym dalej mogła funkcjonować na tym skraju zapadania się w samej sobie.

W 2013-14, moja terapeutka powiedziała mi, że "wiesz, jak przetrwać, teraz musisz nauczyć się, jak żyć", minęło 7 lat, a ja wciąż się uczę...
Życie w traumie, przemocy psychicznej, toksycznych relacjach, miłości, która łamie Ci serce, każda z tych rzeczy jest trudna i przerażająca, ale w odpowiedzi na nie, część z nas wykształca w sobie taki "free pass". Zgodę na to, że może iść nam źle w kwestiach, które zależą od nas, bo idzie źle w tylu kwestiach, które od nas nie zależą, że właściwie kto nas może obwiniać?
Kogo obchodzą dobre stopnie, gdy realnie martwisz się o życie swojego rodzica?
Kogo obchodzą kłótnie z rodzicami, gdy Twój narzeczony Cię zdradza?
Kogo obchodzą toksyczne zachowania przyjaciół, gdy nie masz żadnej zdrowej relacji w życiu?
Jest jakiś poziom beznadziei, po którym przychodzi pewna doza zgody na to, że życie jest zbyt trudne, żeby realnie przejmować się każdym jego elementem.

I ja też miałam w sobie mnóstwo takich "wymówek"; chociaż słowo "wymówka" może dawać zły wydźwięk tej wypowiedzi, bo najczęściej są to po prostu fakty, z którymi trzeba się mierzyć.
Dekada schodzenia i rozchodzenia się z facetem, który finalnie mnie zgwałcił, była taką wymówką.
Skrajnie skomplikowane relacje z rodzicami, zniszczona samoocena, brak przestrzeni na szukanie celu, marzeń i sensu w życiu, dosłowna trauma w obszarze nauki po ostatnich 6 latach obowiązkowej edukacji, cała paleta lęków i zahamowań...
W moim życiu wydarzyło się bardzo wiele złych rzeczy, bolesnych rzeczy, głęboko zmieniających mnie rzeczy, nad którymi nie miałam żadnej kontroli. 
Ten etap mojego życia się jednak skończył. 
A pierwszy poważny kryzys z moim małżeństwie (który również przyniósł mi 2020, serdecznie dziękuję za tę wisienkę) i wszystkie konfrontacje uświadomiły mi, że dziewczyna, która przeżywała tamte sytuacje, również już nie istnieje. 

Zmusiłam się w tym roku do bycia najlepszą możliwą wersją siebie. Dla wszystkich zainteresowanych.
Nie w ten naturalny, organiczny sposób, w jaki wzrastałam do tej pory. Tym razem wymusiłam to na sobie przemocą. Efekt oczywiście został osiągnięty, nie bez przypomnień o wadach mojego charakteru, z którymi wciąż muszę się mierzyć...
Okazało się jednak, że nie ma już we mnie prawie nic z tej dziewczyny, która robiła z siebie podnóżek pod cudze życie. Nie ma już we mnie córki, która przełyka swój ból dla niezasłużonego komfortu rodziców. Nie ma we mnie ofiary, która żyje w lęku przed swoim oprawcą. Nie ma uczennicy, która łamie się pod łączniem życia z nauką. Nie ma kobiety, która jest tak skupiona na wszystkich wokół niej, że nie ma nawet czasu zastanowić się nad tym, kim chciałaby być. Nie ma partnerki, która jest gotowa oddać szacunek do siebie w zamian za miłość i akceptację.

Wszystkie straszne, łamiące duszę, serce i kości rzeczy, jakie wydarzyły się w moim życiu, są już za mną. Dosłownie za mną, jako wydarzenia z przeszłości, ale też przysłowiowo "za mną", bo żadne z nich nie wpływa już na mnie w fundamentalny sposób. 
Cała ta praca, energia, terapia, teksty... Przyniosły efekty. 

Dlaczego więc czuję lęk i pustkę, nie ekscytację?

Szczerze mówiąc, nie mam absolutnie zielonego pojęcia, jak zmienić nazwy tych nieszczęsnych szuflad, jak odświeżyć moje wnętrze, jak zagospodarować tę nowo zwolnioną we mnie przestrzeń. 
Nie wiem, jak być szczęśliwą, niestraumatyzowaną, spełnioną, wyzwoloną i nieuzależnioną wersją siebie, jaką czuję, że powinnam teraz być.
Na jaką zapracowałam. 

Przeraża mnie myśl, że nigdy nie będę w stanie w pełni uwolnić się od mojej przyszłości, gdy zawodowo związałam się z tematem moich najgłębszych traum. 
Przeraża mnie myśl, że to, co we mnie zepsute, jest najbardziej interesującymi częściami mnie i im szybciej pozwolę im odejść, tym mniej do zaoferowania będę miała.
Przeraża mnie myśl, że ludzie wolą mnie, gdy jestem zagubiona i w procesie jakichś zmagań, niż gdy jestem zadowolona i piszę o tym, że idzie mi dobrze. Nie wiem, czy umiem uczynić bycie szczęśliwym równie relateble, jak bycie nieszczęśliwym.
Przeraża mnie, że nie dam rady zrealizować wszystkiego, co postanowiłam; że nie jestem dość mądra, pracowita, zorganizowana, żeby temu podołać.
Przeraża mnie, że nawet jeżeli uda mi się zrobić wszystko, co teraz czuję, że mnie przerasta, i tak okaże się to niewystarczające; do zmian, sukcesu, poczucia satysfakcji.
Przeraża mnie, że wszyscy ludzie, których poczynania śledzę, podziwiam i szanuję, są w mniej więcej moim wieku, a mają o wiele większe osiągnięcia: wydane x książek, aplikacji, warsztatów, zasięgi na miliony osób. 
Przeraża mnie, że pewnie kiedyś ich dogonię lub (chętniej) w ogóle przestanę czuć potrzebę porównywania się i jak zwykle skończę współczując z przyszłości, tej teraźniejszej sobie, że marnowałam energię i życie na takie rozterki.
Przeraża mnie, że wszystko, co wydarzyło się w moim życiu, zostawiło mnie jałową. I mogłam uprzątnąć wszystkie szkody, załatać poważniejsze dziury, ale nigdy nie uczynię się z powrotem wolną od tej uporczywej nienawiści do samej siebie, lęku, poczucia bycia niewystarczającą; nie uczynię się żyzną, by kwitnąć, by odczuwać szczęście, nadzieję, spokój.

Przez 37% mojego życia, zmiany oznaczały zmiany na gorsze, obietnice oznaczały rozczarowanie ich łamaniem, przyszłość była jedynie sumą jeszcze niedoznanych krzywd.
A ból, którego wtedy doświadczałam, był dość mocny, by pozostałe 63% mojego życia, nie było w stanie go zneutralizować.
Uczę się więc z nim żyć, radzić sobie, akceptować go, zapominać...
W ciągu tego roku skonfrontowałam się z absolutnie każdym aspektem mojej przeszłości.
Facetem, który mnie zgwałcił, dziewczyną, która była kiedyś dla mnie siostrą, najlepszym przyjacielem, który złamał mi serce swoim wyborem.
Ludźmi, których kochałam całym sercem, za których dałabym się pociąć w plasterki, a teraz nie są dla mnie już niczym więcej, jak bolesnym wspomnieniem. 
Wystosowałam odezwę zachęcającą osoby z całej mojej szeroko rozumianej przeszłości, by do mnie napisały, jeżeli kiedykolwiek zrobiłam im coś, co wymaga przeprosin i czego zamknięcie, by im pomogło. 
Powiedziałam w twarz rodzicom wszystko, co zalegało mi na sercu; co było absolutnie przełomowe, jeżeli chodzi o punkt do odhaczenia w procesie dorastania i zupełnie rozczarowujące, jeżeli chodzi o efekty.
Wyraziłam wszystkie dotychczas niewysłowione zarzuty wobec mojego męża.
Jeżeli umiem odpuścić sobie wcieranie moim nauczycielom w twarz, jak złymi ludźmi dla mnie byli, to autentycznie moja przeszłość jest przeoranym przeze mnie polem, na którym żaden kamień nie został nieodwrócony.
Teraz to pole trzeba użyźnić, coś na nim zasiać, zadbać o to, by rosło i... zbierać polony.  

Tylko że ja nie jestem rolniczką.

Jestem koniem, darmową dziecięcą siłą roboczą, jakimś pługiem albo glebogryzarką może, ale na pewno nie mózgiem, który stoi za operacją, jaką jest powoływanie rzeczy do istnienia z nicości. 
Jestem szafą i pustymi pułkami, ale nie rękami, które stały za tym, by nadać im kształt i przeznaczenie. 

Dlatego pustka i strach.

Nigdy nie umiałam dbać o siebie.
Nikt mnie nie nauczył. 

Zaczynając od tego, co stereotypowo rozumie się przez "dbanie o siebie" u kobiety, jak makijaż czy układanie włosów, przez dbanie o siebie psychicznie, jak stawianie ludziom granic czy nienakładanie na siebie roli zbawcy świata, po fizycznie dbanie o siebie, jak regularne ćwiczenia czy jedzenie śniadań.
Moi rodzice albo sami tacy nie byli, albo liczyli, że te nawyki magicznie się we mnie urzeczywistnią, bez ich pracy nad tym - co oczywiście się nie stało. 
Odkąd mam 13 lat, nie kładę się spać przed drugą, nie jadam (właściwie można by tu dać kropkę ale) śniadań, nie ćwiczę, nie mam w życiu żadnej higieny, ani snu, ani pracy, ani diety, jedyne, co udaje mi się robić, to myć dwa razy dziennie. Co również wywalczyłam z sobą.
Czasem od braku ruchu, jedzenia i picia czuję się tak źle, że realnie googluję na co mogę umierać, po cichu licząc, że to faktycznie jakaś śmiertelna choroba i zdrowy tryb życia nie jest odpowiedzią.

Nie wiem i nie chcę wiedzieć, co mówi o mnie to, że mniejszy niepokój daje mi myślenie o umieraniu, niż o wzięciu odpowiedzialności za swój ogólny dobrostan. 

Wiem jednak, że zrobiłam całą umysłową pracę nad sobą, jaką tylko się dało, a cena, jaką za to płaciłam, nie zawsze była warta efektów. 
Nie sądziłam, że kiedykolwiek to powiem, ale myślę, że najlepsze, co mogę dla siebie aktualnie zrobić, to myśleć mniej, oczekiwać od siebie mniej, a zamiast tego... wstać o 9, zjeść śniadanie i pojeździć na rowerze. 

Pracowałam tak ciężko, żeby znaleźć się w miejscu, w którym jestem.
By to wydawcy chcieli podpisywać umowy ze mną.
By być na froncie wydarzeń.
By móc odmawiać występów w telewizji.
By być ekspertką w ważnych dla mnie kwestiach.
By budzić się i każdego dnia widzieć kilka -naście lub -dziesiąt wiadomości wyrażających wsparcie, uznanie, wdzięczność.

Teraz gdy to wszystko mam, muszę nauczyć się to przeżywać. 
Kontrolować natężenie, by nie czuć tej przemożnej potrzeby ucieczki od rzeczywistości, która mnie przerasta. 
Dać mojemu organizmowi zasoby, by był w stanie unieść i przetworzyć te wszystkie emocje, które sprowadza na niego moja praca i głowa. 

Po co mi to wszystko, jeżeli nie mam czasu ani przestrzeni, by czuć się szczęśliwa i spełniona?

Życie potrafi przeciągać nas przez mentalną wyżymarkę na nieskończoną ilość sposobów...
Twoja walka może być zupełnie inna od mojej, chciałabym jednak wysłać w świat tę informację, że niezależnie od tego, czy zmagamy się z kulturą, pracą, rodziną, partnerem, państwem czy samymi sobą, nie musimy robić tego za wszelką cenę.
Jesteśmy wręcz winni sobie, by tego nie robić.
Przebiegłam przez ten rok sprintem, nie oglądając się za siebie, nie dając sobie czasu na przetrawienie i ułożenie w głowie nawet 1/4 tego, co się wydarzyło.
A teraz czuję się, jak te spalone pod uprawę soi Lasy Amazońskie, jak te koperty na majowe wybory, jak gesty celebrytów, jak obietnice naszego rządu - pusta.

Dlatego moje najważniejsze postanowienie na ten rok, to ja sama. 
Moje zdrowie, moja trzeźwość, moja higiena, moje dbanie o siebie.

Nie blog, przyjaciele, kariera, badania, książka, rodzina, kultura, mąż, studia, projekty.

Ja. Moje ciało. Moje granice.

Moja lekcja #1 z roku 2020 to patologiczna nieumiejętność i niechęć do dbania o siebie, którą muszę przełamać, bo się niechcący zabiję przez zaniedbanie.

Nauczyłam się dbać o siebie psychicznie, chodzić na terapię, krytycznie analizować swoje myśli i zachowania, ale nie minęła chwila, a już udało mi się zrobić z tego psychiczny pracoholizm i perfekcjonizm, który niespecjalnie mi pomaga.

Muszę istnieć, być w miarę zdrowa i w dobrej formie, jeżeli chcę zrealizować chociaż minimum moich planów.
Nie mogę rzucać się bez pamięci we wszystko, co robię, bo nie jest to ani najefektywniejsze, ani zdrowe dla mnie.

Nie będę w stanie nikogo kochać.
Nie będę w stanie o nikogo dbać.
Nie będę w stanie nikomu pomóc.
Jeżeli nie będę w stanie kochać, dbać i pomagać samej sobie. 


Ale też...

Zasługuję na to, by dbać o siebie.
Dla siebie.
Nie po to, by być lepszą, zdrowszą, energiczniejszą pomocą dla innych.
Dla siebie.


Zasługuję na to, by budzić się rano i nie czuć lęku.
Nie przedłużać snu o kolejne 2-3-5 godzin, bo nie mam sił mierzyć się z wszystkim, co się wydarzy, gdy wstanę.
Zasługuję na to, by nie czuć bólu.
Nie płakać po każdych wykonanych ćwiczeniach, bo koszt zmobilizowania się do tego minimum dbania o siebie, wyczerpał mnie emocjonalnie. 
Zasługuję na to, by być trzeźwa.
Nie uciekać przed życiem, które sama dla siebie zbudowałam, dokładnie takie, jakie chciałam, nawet jeżeli moje zawczasu wykalkulowane ryzyko przypomniało mi tylko, jak fatalna jestem z matematyki.
Zasługuję na to, by mieć siłę i energię.
Nie walczyć ze sobą o wykonanie najprostszych czynności, bo całe zasoby, jakie miałam, zużyłam w trakcie pierwszych trzech godzin dnia, a przede mną kolejne trzynaście. 

I Ty również na to zasługujesz!

Tak, Ty.
Tak, naprawdę.
Tak, nawet mimo tych wszystkich rzeczy, jakie przychodzą Ci teraz do głowy na "nie".
Tak, obiecuję...

fot. e-klerki / Szymon Brygidyn
Na pocieszenie samej siebie: najlepsza decyzja tego roku! 

Add your comment

© e-klerki · THEME BY WATDESIGNEXPRESS