Napisałam do faceta, który mnie zgwałcił...

10:22
Zakładając tego bloga, nigdy bym nie podejrzewała, że to, na czym zyska największy rozgłos i z czym ja sama będę najsilniej kojarzona, to bycia ofiarą gwałtu...
A jednak, los ma swoje sposoby, by przewrotnie pokazywać nam, gdzie nasze miejsce. 
Ponieważ wiele osób doszło na e-klerki w ciągu ostatnich kilku miesięcy, chciałabym dziś opowiedzieć pełną wersję mojej historii, doczekała się bowiem pewnej klamry kompozycyjnej.
A ja lubię, gdy zakończenia są jasne, klarowne i obwiązane spójną narracyjne wstążką. 

Tekst jest naprawdę długi, podzieliłam go więc na kilka działów. 
1. 2015-2019
2. Pierwsze posty o gwałcie
3. Burza i napór 
4. Konfrontacje
5. Książka
6. Wiadomość do niego
7. Odpowiedź
8. Pozytywne wnioski

"O ile łatwiej jest powiedzieć sobie „nic nie jestem warta”, niż skonfrontować się ze swoim oprawcą."
18 gru 2018, 18:18

1. Okres 2015-2019

W 2015 roku, gdy miałam 21 lat, zostałam zgwałcona.

Przez kogoś, kogo kochałam, komu ufałam, kogo nigdy bym nie podejrzewała, że byłby w stanie mnie fizycznie skrzywdzić. Kogo znałam prawie dekadę. Z kim chciałam być od momentu, gdy spojrzałam na niego po raz pierwszy, mając lat 12.
Dziura, jaką to we mnie wyrwało, był tak ogromna, że nie byłam w stanie o tym mówić, pisać, myśleć - przez kolejne 4 lata. Nie z mamą, nie z przyjaciółmi, nie z mężem, nie z terapeutą. Chociaż "Bóg wie", że próbowałam, nieskończoną ilość razy. 
Racjonalizowałam swoje PTSD, aktywnie walczyłam z flashbackami i triggerami, udawałam, że nie pamiętam koszmarów. Przestałam wychodzić z domu, przestałam jeździć do rodziców - miasta, gdzie oboje się wychowaliśmy. Obwiniałam siebie za moje martwe libido, nerwice, sabotowanie własnego ciała.
Zakazałam wszystkim używać jego imienia i uparcie twierdziłam, że to zamknięty etap mojego życia,  do którego nie ma nic do dodania, nie ma więc sensu go poruszać. 

Założyłam bloga, wzięłam ślub, zmieniłam znajomych, dużo podróżowałam, eksperymentowałam i to wyparcie, na które się uparłam, zdawało się działać. 
Chociaż zgodnie z całą moją wiedzą nie powinno... działało. 
Zaczęłam uczyć się seksu na nowo, być cierpliwa dla flashabacków. Moje koszmary powoli zaczęły zamieniać się w sny, w których się godzimy, znów jesteśmy przyjaciółmi. Przestałam czuć ten paniczny strach, że go spotykam, gdy tylko wyjdę z domu.
Mój umysł zaczął pleść w sobie jakąś kojącą, możliwą do przyjęcia narrację, która miała pomóc mu uporać się z traumą. 

Aż do pewnej styczniowej nocy w 2019, gdy miałam lat 25, byłam w podróży poślubnej i leżąc w king sized łóżku z widokiem na prywatny basen przed naszą willą, dostałam powiadomienie od Instagrama: "Twój znajomy założył konto".
A znajomym był facet, który mnie zgwałcił, moja pierwsza miłość, moje najgłębsze wyparcie.
I to był moment, w którym nasza podróż poślubna się dla mnie mentalnie skończyła.
Moment, w którym całe moje wyparcie rozbiło się, jak kryształowy żyrandol spadający z 10 metrów na marmurową posadzkę. 
Powiadomienie na insta musiało oznaczać, że odblokował mnie na fejsie, gdzie oczywiście masochistycznie od razu weszłam, by ujrzeć nasze wspólne, niewidziane od lat zdjęcia, z podpisami o tym, jak mnie kocha.
I nawet gdyby nie miał wtedy nowej dziewczyny, z której poczuciem upokorzenia na ten widok, od razu się utożsamiałam. Było to głęboko szokujące i błyskawicznie burzące cały mój zbudowany na piasku spokój. 
Okazało się, że wyparcie działa na mnie tylko wtedy, gdy nie dostaję świeżych bodźców. 
W związku z czym zaczęłam z nim grę w Kto-Się-Szybciej-Zablokuje-Na-Wszystkich-Social-Mediach i postanowiłam, że koniec wypierania.
Czas się mierzyć.

2. Pierwsze posty o gwałcie

I tak 2019 stał się rokiem, w którym po raz pierwszy powiedziałam publicznie, że jestem ofiarą gwałtu.
(Chociaż chciałam to zrobić już w 2017)

Pierwszy raz wskazałam "Grześka" (imię inspirowane miłością z młodości mojej mamy) nie jako źródło mojego okazjonalnego cierpienia (jak upokorzenia ze strony nauczycielijego (zakręcona z nienawiści do 14-letniej mnie) matka, jak zerwał ze mną na swojej studniówce, jak zastanawiałam się, czy jestem winna jego nowej dziewczynie, by ją przed nim ostrzec, jak moi uwielbiający go rodzice) czy trudny związek, który mnie skrzywdził i sprawił, że robiłam wiele rzeczy, których żałowałam, ale też dużo mnie nauczył (Historia, którą opowiadam o miłościHeartbreaker Hotel)...
A jako źródło większości moich obecnych problemów, mojej traumy, ciągłych zgrzytów między mną a moim ciałem, mojego wycofania seksualnego, moich lęków w związku, zaniżonej samooceny.
Wskazałam "Grześka", jako obiektywnie najgorszą rzecz, jaka spotkała mnie w życiu i zostawiała na mnie niezliczone blizny, uszczerbki i wciąż ropiejące rany.

"Gdyby pan się znał na kobietach, to pan by wiedział, że zawsze się troszeczkę gwałci" jest jednak czymś o wiele większym, niż tylko tym wyznaniem.
Powiedziałabym, że jest kulminacją i kompilacją całej dojrzałości, empatii i wyrozumiałości, nad jakimi pracowałam przez całe swoje życie. Łącznie z tymi momentami, gdy nie przejawiałam za wiele którejkolwiek z tych cech.
To tekst o tym, czym jest kultura gwałtu, jak powszechna jest przemoc seksualna, jak przykłada się do niej patriarchat i toksyczna męskość. Jak trudnym i bolesnym zjawiskiem jest zarówno dla kobiet, jak i mężczyzn.
Właściwie to, że sama zostałam zgwałcona, jest najmniej istotną częścią całości, a jednak, kosztowało mnie bardzo, bardzo wiele, by znaleźć w sobie odwagę na potwierdzenie tego wprost. 

Minęły dosłownie dwa tygodnie, odkąd wrzuciłam ten tekst na bloga, gdy zobaczyłam go, pierwszy raz od 2016 roku, jadącego na rowerze obok restauracji, do której właśnie szłam.
Spędziłam godzinę, siedząc wewnątrz ów restauracji i płacząc. Na głos. 
Nie było już jednak powrotu z tej nowej drogi, którą obrałam.
Wyparcie przestało wchodzić w grę, ewidentnie nie da się żyć z kimś w tym samym mieście i udawać, że nie żyje. Nawet jeżeli jest to największe miasto w kraju. 

3. Burza i napór 

Jednocześnie, gdy wiosną wypuściłam "Gdyby pan się znał..." ogłosiłam również, że planuję wrócić na studia, zrobić badania na temat kultury gwałtu i napisać książkę, która połączy wątek autobiograficzny ze stricte naukowym przedstawieniem zebranych faktów i danych. 
Myślałam, że mnie to wyzwoli, ale nic bardziej mylnego, ponieważ w każdej mojej dojrzałej i zdrowej decyzji, musi być ziarnko autodestrukcji. Z tego też powodu narzuciłam na siebie jakieś katorżnicze założenie, że nie mogę pisać i pracować nad niczym, co nie jest książką. Nie mogę angażować się w inne projekty, bo to odciąganie uwagi. Nie mogę pisać bloga, bo to unikanie. 
Próbowałam więc pisać.
Co kilka dni siadałam nad jeziorem niedaleko mojego domu, wpatrywałam się w odwiecznie pustą stronę i płakałam z bezsilności. Nie byłam w stanie napisać złożonego zdania. Słowa.  
Gdy osiągnęłam poziom frustracji, który zaczynał mnie dławić, próbowałam wrócić do pisania czegokolwiek i okazało się, że przestałam... być w stanie. Przynajmniej w takiej formie, do jakiej został stworzony ten blog.

Czuję, że to największa strata, jakiej doznałam w ciągu ostatniego 1,5 roku. Pisanie jest dla mnie równie ważnym elementem higieny psychicznej, a nawet terapii, co praca z psychoterapeutką. Potrzebuję pisania. To mój sposób analizowania siebie, formułowania zdrowej narracji i kierunku dla mojego życia.
I gdy myślałam, że już nic gorszego mnie nie spotyka...

Przez ostatnie 12 miesięcy, a właściwie odkąd opublikowałam "Gdyby pan się znał..." 14.05.2019, napisałam tylko 4 teksty:

Kiedy stajesz się zakładnikiem swojej własnej głowy... - o tym, jak spotkałam faceta, który mnie zgwałcił i zrozumiałam, że muszę wrócić na terapię - 25.09.2019
Mentalna gimnastyka w toksycznym związku - o tym, jak wygląda proces warunkowania do bycia w przemocowej, toksycznej relacji i dlaczego tak trudno z niej wyjść - 28.10.2019
Życie z zespołem stresu pourazowego (PTSD) - o tym, jak wyglądają moje zmagania z PTSD - 7.01.2020
Gdy Twoja druga połówka kocha Cię... mniej - o tym, jak katastrofalne w skutkach może być trwanie w związku o dużej dysproporcji uczuć, zaangażowania i szacunku - 12.02.2020

Można więc powiedzieć, że zaliczyłam dwa porywy weny i celu, między którymi i po których, gościła długa, długa cisza i niemoc. 
Pisanie jest jednak dla mnie równie naturalne, co oddychanie, więc moje próby układania rzeczy w sobie, chociaż potargane, rozerwane i niespójne, czasem przedzierały się przez blokady.
Na e-klerki można było obserwować cały mój proces złoszczenia się, wypierania, godzenia, targowania, proszenia, odnajdywania i ponownego opuszczenia... samej siebie.
Na samą siebie, przez samą siebie, z samą sobą.

Przyznałam się do porażki w walce z blokadą twórczą, którą przeżywałam i uzależnieniem.
Pisałam o uldze, jaką poczułam po pierwszej wizycie u nowej terapeutki, chociaż początki wcale nie były łatwe.
Obecna terapia jest dla mnie czymś zupełnie nowym, ponieważ pierwszy raz rozmawiam z terapeutką nie o rodzicach, depresji, gwałcie, tylko związku. Relacji, którą mieliśmy i która pod wieloma względami była o wiele bardziej traumatyzująca, niż jej kulminacyjny moment. O nim, nie jego anonimowym oprawcy, symbolicznym źródle cierpienia, gloryfikowanym obiekcie uczuć, ale prawdziwej i zarazem zwykłej osobie, chłopaku, którego kiedyś kochałam, uważałam za swojego najlepszego przyjaciela, za moją osobę na świecie. 
Co otworzyło we mnie na nowo stare rany, które podejrzewałam o chociaż częściowe zagojenie, a teraz krwawiły na nowo, jakbym nie spędziła dosłownie lat pracy nad nimi. I im bardziej krwawiły, tym bardziej zdeterminowana byłam, żeby je zamknąć.
Myślę, że moją jesień i zimę 2019/2020 można zamknąć w: "Wszyscy oczekują ode mnie, żebym była normalna, zachowywała się normalnie, miała normalne reakcje, KIEDY NIC, CO WYDARZYŁO SIĘ W MOIM ŻYCIU, NIE BYŁO NORMALNE!" co, zupełnie nieświadomie, napisałam dokładnie w 13 rocznicę dnia, kiedy poprosił mnie o numer telefonu i jak to się mawia "wszystko się zaczęło".

4. Konfrontacje

I tak przyszedł łaskawie nam panujący rok 2020.

Dzielenie się moimi przeżyciami z Wami, ale też terapia sama w sobie, dały ujście tylu spychanym, skrywanym i wypieranym emocjom, że nagle stworzyła się we mnie przestrzeń, by utrzymać trzeźwość, docenić to, co mam, przełamać część wewnętrznych blokad.
Zaczęłam się czuć obiektywnie lepiej, właściwie pod każdym względem.
W kontroli zarówno siebie, jak i swojego życia. 

A potem przyszedł typowy dla mojego życia splot wydarzeń, gdy w jednym tygodniu skończyłam oglądać ostatni sezon BoJack Horseman, który mną dogłębnie wstrząsnął (na pewno pojawi się w końcu tekst na temat całego serialu, który uważam za dzieło dekady), wrzuciłam swój pierwszy viralowy post, a hejt, który na mnie po nim spłyną, doprowadził mnie do tego, że po 5-letniej przerwie musiałam wziąć leki psychotropowe.
Niczym wisienka na torcie, zaczęła się moja pierwsza sesja na studiach. I tak, po krótkiej pauzie, gdy czułam się o wiele lepiej, znowu czułam się o wiele gorzej

Wtedy przyszedł coronavirus i lockdown.

Chociaż byłam w naprawdę świetnej formie, będąc trzeźwą, wróciłam do używek. Skrajnie przeciążona, znowu czułam potrzebę ucieczki przed samą sobą.
Uderzył we mnie kolejny viralowy post. Już nie tak bolesny i wstrząsający, ale wciąż wywołujący dość zamieszania i hejtu, bym wyraźnie go odczuła.
Chociaż bycie w ciągu zazwyczaj łączy się dla mnie z ugrzęźnięciem na kanapie, zaczęłam chociaż próbować uczyć się akceptować swoją bezradność, w tym tą, którą odczuwam w relacji z moim ciałem. I nieśmiało rozważać, czy nie zasługuję na to, by trochę sobie odpuścić i... pomóc.
Zaczęłam bardziej świadomie doceniać to, co robią ludzie wokół mnie, by mnie wspierać.
Próbować motywować się do tego, żeby wyciągnąć konstruktywne wnioski z naszego związku i obrócić moje cierpienie w coś pozytywnego.

I faktycznie, ten cały rok intensywnej pracy nad sobą dał mi odwagę, by zacząć się konfrontować
Oczywiście klasycznie wybrałam najgorszy możliwy czas, tuż przed letnią sesją, ale wreszcie zrobiłam coś, o czym myślałam od bardzo, bardzo dawna i zapytałam wprost, czy są jeszcze ludzie, którzy cierpią przez to, jaka byłam w okresie nastoletnim. Dało mi to kilka cudownych i budujących rozmów.

Dało mi też konfrontację z moją Socjopatyczną Byłą Przyjaciółką, która przez te 8 lat, kiedy nie miałyśmy kontaktu, nie zmieniła się nawet o milimetr, ale to nie miało znaczenia. Nie chodziło o nią, tylko o mnie. Moje danie sobie prawa do tego, by chociaż raz w życiu powiedzieć jej wprost, jak chore było to, jak mnie traktowała, co mi robiła, jak mieszkając przez pół dzieciństwa w moim domu, chodząc w moich ubraniach, żyjąc pod opieką moich rodziców, za moimi plecami próbowała obracać wszystkich naszych wspólnych znajomych przeciwko mnie. Jak kłamała na mój temat, zdradzała moje sekrety, szantażowała mnie. Mi w twarz mówiąc "nie wyobrażam sobie mojego życia bez Ciebie", "jesteś dla mnie, jak siostra". Co sprawiało, że nie wierzyłam lub bagatelizowałam relacje ludzi, którzy mówili mi, jak ona się wobec mnie zachowuje, gdy mnie akurat nie ma. Ale to historia na inny moment

Niezależnie do postu, ale na fali tej samej odwagi, skonfrontowałam się z przyjacielem "Grześka", którego bardzo długo uważałam za swojego najlepszego przyjaciela.
Jednak jego pogłębiające się problemy psychiczne sprawiły, że gdy mieszkaliśmy jeszcze w 4 z jedną koleżanką, każde z nas zaczęło się go bać. Koleżanka przestała sypiać w domu, żeby nie musieć z nim przebywać, "Grzesiek" miał całą narrację o tym, jakie socjotechniki i manipulacje ten przyjaciel na nas stosuje, żeby nas rozdzielić. Doszło do tego, że gdy jednoznacznie stwierdziliśmy, że musimy poprosić go, żeby się wyprowadził, byliśmy rozbici między tym, że boimy się przebywać z nim w mieszkaniu, a tym, że boimy się, że coś temu mieszkaniu lub naszym rzeczom zrobi.
W końcu się wyprowadził, a kontakt się urwał.
Kilka lat później dowiedziałam się, że pogodził się z "Grześkiem". Bezwiednie się rozpłakałam.
Nie mogłam uwierzyć, że jak już miał godzić się z kimś po tym, co się wtedy działo, wybrał jego.
Nie mnie, która organizowała mu akcje poszukiwawcze, dała mieszkać u siebie za pół-darmo, jeździła najpierw codziennie, a później co kilka dni, zimnymi pociągami do Tworek, przez bite 3 miesiące, kiedy siedział w psychiatryku. Osobę, która wyrzuciła naszą wcześniejszą współlokatorkę, bo miałam poczucie, że żeruje na jego dobroci połączonej z depresją. Osobę, która ze 100 razy powiedziała mu, że go kocha, jak brata i zrobi co może, żeby mu pomóc. 
Wybrał "Grześka", który miał go głównie w równym poważaniu, co resztę swoich "przyjaciół", okłamywał go, a gdy dochodziło do konfliktowych sytuacji w naszej trójce, nie miał żadnych obiekcji, by postawić go w najgorszym możliwym świetle, byle tylko uniknąć konsekwencji swoich słów i działań przede mną. 
I chociaż poczułam się, jakby ktoś kopnął mnie w żołądek, finalnie pomyślałam: "wybrał jego, widać na takie relacje jest gotowy".
Zrobiło mi się go nawet żal, bo musi stać za tym jakaś doza cierpienia, gdy wybierasz ludzi, którzy nie traktują Cię dobrze. Sama robiłam tak przez pół życia, przyjaźniąc się z ludźmi pokroju powyższej SBP, odrzucając przyjaźnie dobrych, lojalnych, szczerych osób - na jakimś poziomie czując, że na nie zasługuję i się w nich nie odnajdę. 
Gdy więc nowa, lepsza, empatyczna ja, w trakcie covidowego sprzątania piwnicy, znalazła jego piecyk, stwierdziłam, że nie będę chować urazy i napiszę do niego, żeby go za kilka miesięcy, gdy skończy się lockdown, odebrał. 
Tak też się stało, pewnego czerwcowego dnia po niego przyszedł, uderzyło we mnie, że wygląda dokładnie tak samo, jak dekadę temu, jakby czas się zatrzymał. Nie sądziłam, że sam jego widok tak bardzo mnie zaboli. Przez ułamek sekundy miałam ochotę go przytulić, bo jego krótko ostrzyżone włosy i tunele w uszach włączyły we mnie jakiś głęboko zakopany schemat troski i czułości dla niego. Sekunda jednak minęła i znowu byliśmy w 2020 roku, jako w zasadzie obcy sobie ludzie. 
Zeszliśmy do piwnicy, głównie w ciszy, dałam mu piecyk i zgodnie z radami moich przyjaciół (dotyczącymi moich rozterek z przeprowadzką), zapytałam go, czy "Grzesiek" wciąż mieszka w mojej okolicy. Potwierdził. I w tym potwierdzeniu zobaczyłam jakieś zmieszanie, smutek, odwrócenie wzroku, które spadło na mnie, jak „Fat Man” na Nagasaki.
On wie. Wie, co "Grzesiek" mi zrobił. Wie i to nic dla niego nie zmieniło.
- Jak beznadziejne jest to, że po tym wszystkim, co się między nami wydarzyło, wybrałeś pogodzić się z "Grześkiem"?
- No cóż. Ty wyrzuciłaś mnie z domu.
- Słucham? Naprawdę uważasz, że to była wyłącznie kwestia mojej decyzja? Nie "Grześka", koleżanki, którzy razem ze mną dosłownie się Ciebie bali, Twojego zachowania, problemów, jakie wtedy miałeś, tylko moja? Wyłącznie moja decyzja?
- Tak.

Równie dobrze mógł mi napluć w twarz. Przysięgam. 
- Jesteście siebie warci - powiedziałam odwracając się na pięcie i wchodząc na schody do domu. 
Potem napisałam mu wiadomość (moja terapeutka stwierdziła, że bardzo dojrzałą!), w której wyraziłam, co na ten temat myślę i go zablokowałam. Z góry pisząc, że to zrobię, bo ani nie interesuje mnie jego odpowiedź, ani nie chcę widzieć kolejnych postów na jego profilu, że znowu gdzieś zniknął i czuć się w obowiązku, by pomagać go szukać. 

To, co tu opisałam, to promil promila naszej relacji, tego, jak złożona i skomplikowana była. Szczególnie uwzględniając w tym "Grześka".
Nigdy o niej nie pisałam i nie zamierzam w przyszłości. Myślę, że to jeden z tych związków, z których nie da się wyciągnąć nic konstruktywnego, pouczającego lub budującego. Jest to wyłącznie przykre.
Napisałam mu, w tej ostatniej wiadomości, że to ostatni raz, kiedy łamie mi serce i mam zamiar zrealizować tę obietnicę. Przez pozwolenie tym wszystkim trudnym emocjom i mieszającym się z nimi dobrym wspomnieniom... odejść. 
Jeżeli to czytasz, wybaczam Ci. 

Te dwie konfrontacje, w zasadzie zupełnie nieplanowane i zaskakująco uwalniające, coś dla mnie otworzyły.
Nie tylko na rzeczy związane z "Grześkiem", ale moją własną rodziną, tematami, przed którymi uciekałam latami.
I chociaż wzrost nie równa się od razu uldze, uczę się cierpliwości dla siebie i mojego własnego tempa. 

5. Książka

Nie miałam jednak żadnej cierpliwości dla swojej niemocy twórczej i uparcie doprowadzałam się do stanów głębokiej nietrzeźwości, włączałam projektor gwieździstego nieba, owijałam się kocem, kładłam na kanapie, czytałam po stronie i płakałam.
Ze smutku, złości, upokorzenia, współczucia, zagubienia, tęsknoty. 
Próbowałam konstruować chronologie, pisać listy zagadnień, kserować fragmenty, ale wciąż nie napisałam słowa. Po roku odkąd powiedziałam, że zaczynam. 
Cały ten research przyniósł mi głównie ból, skonfundowane sumienie i ekwiwalent wciskania brudnych palców w prawie zagojone rany.

Tak wyglądało moje ostatnie półtora roku.

Niekończący się emocjonalny rollercoster odkrywania, gojenia, czyszczenia, rozgrzebywania, zszywania ran.
Prób pisania i nienawidzenia się za to, że nie jestem w stanie. 
Czucia się lepiej, gorzej, jakbym była blisko jakiegoś finalnego rozwiązania i znowu, jakbym była lata świetlne od jakiegokolwiek pojęcia czy kierunku. 
 
Dziś oglądałam teledysk Whitney Houston i myślałam o tym, że nie ma takiej ilości sukcesu, który jest w stanie zastąpić Ci wewnętrzny spokój. 
Sława, podziw, uwielbienie, żadna z tych rzeczy nie chroni ludzi przed uzależnieniami, samobójstwami, depresją. 
Żyjemy w społeczeństwie, które wyznaje zupełnie inną filozofię, ale wierzę, że sukcesy, które osiągamy w świecie wewnętrznym, są ważniejsze niż te, które osiąga się na zewnątrz. 
Nie da się przecenić dojrzałego, empatycznego, opierającego się o wdzięczność podejścia do życia. Jest właściwie gwarantem zdrowych relacji z otaczającym nas światem, własnym ciałem, bliskimi nam ludźmi. 
Przekonałam się, że nie ma ilości pieniędzy, które są w stanie to zastąpić i nie wierzę, by kariera lub dziecko dały inne efekty. 
A nie ma niczego, czego pragnęłabym bardziej - spokoju ducha, odpoczynku...

Dlatego chcę ogłosić, że postanowiłam przestać pracować nad fabularną częścią książki, aż do czasu zakończenia badań. 

Planowałam pracować nad nimi równolegle, ale okazało się, że mimo moich usilnych, momentami wręcz rozpaczliwych prób, nie jestem w stanie o tym... nim pisać.
Nie jestem w stanie zrobić dość dokładnego reaserchu, gdy jedyny stan, w którym jestem w stanie patrzeć na te listy, pamiętniki, rozmowy,  to bardzo, bardzo daleko posunięta nietrzeźwość. Gdy kosztuje mnie to tyle energii, że zasypiam na klawiaturze.  Gdy wprawia to w drżenie całe moje ciało, wykrzywia mi palce i dosłownie paraliżuje ręce. 
Nie jestem też w stanie wymyślić żadnej narracji, która byłaby dla mnie satysfakcjonująca, a jednocześnie opierałaby się wyłącznie na tym, co sama pamiętam, bez żadnych materiałów źródłowych. 
Trauma, nie tylko związana z naszym związkiem i gwałtem, ale całym moim dorastaniem, ewidentnie jest wciąż bardzo żywa w moim ciele i psychosomatyczne reakcje na triggery, momentami naprawdę napędzają mi strachu. 
Nie zasłużyłam na to, by się tak męczyć. 
Myślę, że mam prawo dać sobie czas i przestrzeń, by najpierw skupić się na odbudowywaniu relacji z tym moim biednym, poszkodowanym ciałem i własnym rozwoju, zanim będę oczekiwać od siebie, by być na tyle silna i zdystansowana, by móc pisać o najgorszych momentach mojego życia. 
Daję sobie to prawo z czystym sumieniem, bo wiem, że autentycznie zrobiłam wszystko, ale to wszystko, by przyśpieszyć ten proces, napisać książkę, zamknąć w sobie ten temat. 
I gdy piszę "wszystko" mam na myśli całe spektrum od terapii, przez nieskończoną ilość podejść do pisania, reaserchowania, mimo bardzo dotkliwych reakcji w moim ciele, po... napisanie do niego
Osiągnęłam poziom frustracji i zmęczenia, na którym czułam, że coś musi się zmienić, bo oszaleję.
Gdy więc jego klasa zrobiła na imprezie 2-godzinny panel dyskusyjny "czy "Grzesiek" zgwałcił Klarę?", a Chorwacja i Majorka nie dały mi spodziewanej ulgi, zrozumiałam, że nadszedł czas na finalną konfrontację.

6. Wiadomość do niego

Zapewne część z Was próbuje teraz zrozumieć, dlaczego i po co to zrobiłam, skoro z wszystkiego, co kiedykolwiek napisałam na jego temat, da się łatwo wyczytać, że jego tak naprawdę nigdy nie interesowało moje dobro, nawet gdy byliśmy razem i twierdził, że mnie kocha.
Dlaczego miałoby go interesować 5 lat po rozstaniu opartym o to, że mnie zgwałcił?

Otóż, jak ostatnio odkryłam, jestem o wiele bardziej podatna na wpływy otoczenia, niż kiedykolwiek sądziłam; postrzegając się raczej, jako osobę niezależną, która indywidualizm stawia w centrum swojego "ja". 
Gdy więc powiedziałam mojej przyjaciółce, jego długoletniej koleżance, że mnie zgwałcił, a ona powiedziała, że go to "nie definiuje" i wysłała mi ten TedTalk:

 

Gdzie możemy oglądać dwójkę dojrzałych, empatycznych osób, które razem radzą sobie z traumą, jaką ściągnęła na nich kultura, w której oboje się wychowali, gdzie seks jest czymś, co się chłopcom należy, a o co dziewczyny się wbrew swojej woli "proszą"

Ja, po początkowym uczuciu, jakby uderzyła mnie w twarz, pomyślałam: "Boże, faktycznie, może on cierpi tak samo, jak ja", co zasadniczo zgadzało się z narracją, którą przyjęłam tuż po gwałcie, że "wypiera to, bo kocha mnie tak bardzo, że nie umie się pogodzić z tym, co zrobił" na podstawie której oczekiwałam tylko przeprosin. Których oczywiście nie dostałam. 
I chociaż moja terapeutka przez cały rok próbowała wybić mi z głowy ten koncept jego ukrytego żalu i chaosu w serduszku, słusznie zauważając, że gdyby chciał, ma najłatwiejszy dostęp do mnie, jaki można sobie w takiej sytuacji wyobrazić: mogąc czytać mojego bloga, z którego na pierwszy rzut oka widać, że ani sobie z tym nie poradziłam, ani nie umiem nawet być wprost na niego zła i właściwie to najbardziej, co bym chciała, to mu wybaczyć.
Gdyby więc chciał się pojednać, przeprosić, przepracować naszą relację, napisałby. 
Ja jednak wciąż myślałam o słowach mojej przyjaciółki i mimowolnie zaczęła się we mnie budować nadzieja, że ci ludzie na filmie, to będziemy my.
Na fali tych rozważań napisałam "Gdyby pan się znał", co uważam za obiektywnie świetny, wyważony, empatyczny i uwzględniający tragizm męskiej sytuacji w patriarchacie, tekst. Chociaż cała sytuacja była dla mnie bolesna, czuję, że rozwinęła mnie, jako osobę i faktycznie uczyniła odrobinę lepszą.
Jednak rozbudzonej na nowo nadziei, nie da się łatwo ostudzić. 

Tak naprawdę chciałam spotkać się z nim już stosunkowo dawno temu, w 2017, może 2018, ale moja mama podsunęła mi tezę, że jeżeli nagle zacznie mnie przepraszać i mówić, że żałuje i mnie kocha, to rozwali mi to życie. 
A ja, oczywiście, pomyślałam "Boże, może faktycznie rozwali" i autentycznie popsuło mi to zdrowie psychiczne o mocne 20%, bo nagle rozlały się po mnie te same myśli, z którymi biłam się między 17 a 22 rokiem życia: "a co jeżeli wciąż go kocham, a co jeżeli nigdy się od tego nie uwolnię, a co jeżeli on już zawsze będzie dla mnie zapalnikiem do wysadzenia sobie życia, a co jeżeli wolę być nieszczęśliwa i zgnojona z nim, niż szczęśliwa z kimkolwiek innym?"
I tak naprawdę głównie takie myśli przerabiałam przez pierwsze miesiące terapii. 
Dlatego tym razem nawet nie powiedziałam mamie ani, że planuję to zrobić, ani, że to zrobiłam, bo chociaż kocham ją całym sercem i wiem, że chce dla mnie dobrze, jej wersja rzeczywistości na ten temat, psuła mi obraz faktycznej rzeczywistość przez dość długi czas, bym teraz miała prawo nie chcieć i nie potrzebować jej wkładu.
I to ok.

A gdy po całej aferze z jego klasą i panelem  dyskusyjny "Czy Grzesiek zgwałcił Klarę?", jego przyjaciel napisał mi, że "powinniśmy to ze sobą skonfrontować", oczywiście pomyślałam: "Boże, może powinniśmy"
Chociaż, jak zresztą mu od razu napisałam, kontrontowaliśmy to ze sobą wiele razy, na przestrzeni lipca-grudnia 2015, płomień mojej nadziei zapłonął jeszcze mocniej i pomyślałam, że po 5 latach, to może być co innego. 

Ponieważ wierzę, że ludzie się zmieniają.
Wierzę, że ja się zmieniłam.
Widzę, że się zmieniłam. 
Widzą to moi rodzice, przyjaciele, mąż.
Widzą to ludzie, którzy pamiętają mnie z wieku 16-lat i jakichś okrutnych żartów, którymi wtedy szastałam, a teraz piszą do mnie, że inspiruję ich do walki o siebie. 

Może więc on też się zmienił?
Może nie pisze do mnie z szacunku do mnie i chęci dania mi przestrzeni?
Może bardzo żałuje i chce przeprosić, ale czuje, że nie ma prawa?
Może wszystko, czego potrzebujemy, żeby dać temu bólowi odejść, to szczera rozmowa?

I tak, po x latach fantazjowania o tej konfrontacji, wreszcie wiedziałam czego od niej chcę: czegokolwiek.
Nie oczekiwałam niczego konkretnego; żadnej reakcji, dialogu, efektów.
Czułam jednak jasno i wyraźnie, że jest to coś, co muszę zrobić.
Chociażby po to, by w swoich własnych oczach być dobrą osobą i mieć czyste sumienie, że zakładałam w kimś najlepsze, dałam szansę, by to najlepsze okazać, nawet jeżeli było to dla mnie trudne, a jakiekolwiek pozytywne rozwiązanie, mało prawdopodobne. 
Porozmawiałam o tym z przyjaciółką, przerobiłam z terapeutką, omówiłam z Piotrkiem, dostałam wsparcie i zielone światło od każdego z nich... i wysłałam. 

"Cześć, "Grzesiek"

Chcę spróbować się z Tobą spotkać.

Próbowałam terapii, leków, rozmów, podróży, pogodzenia się z rodzicami, czasu, narkotyków, wsparcia, wyparcia, nowych przyjaciół. Musiałam się oduczyć i znowu nauczyć o tym: myśleć, mówić, pisać. Wyznaczałam sobie dziesiątki milestones'ów, po których wszystko miało się zmienić.
Próbowałam wszystkiego, by zamknąć w sobie to, czym był dla mnie nasz związek... czego ode mnie wymagał i jak się dla mnie skończył.
Wszystkiego, oprócz rozmowy z Tobą.

To nie jest prośba.
Jeżeli jesteś gotowy to zrobić - ok.
Proponuję spotkać się przy "x" na "x" i przejść się kawałek.
Jeżeli nie - ok. Czekam na odpowiedź do końca tygodnia.
Jestem dłużna sobie, by dać takiej rozmowie szansę i móc przestać się zastanawiać, czy nie masz odpowiedzi, które pomogłyby mi, pozwolić temu bólowi odejść.

Mam na uwadze Twoją deklarację, że nie łączyło nas nic wyjątkowego i jakkolwiek respektuję, że tak wyglądała Twoja perspektywa, ja przeżywałam coś zgoła innego. Istnieje więc duże prawdopodobieństwo, że rzeczy dla Ciebie bez znaczenia, dla mnie mogą zmienić wiele.

K."

Być może zabrzmi to niewiarygodnie, bardziej, jak racjonalizacja, niż moje faktyczne odczucia, ale naprawdę nie czułam, bym prosiła. 
I nie chciałam, żeby miał poczucie, że proszę. 
Nie planowałam tego nawet wysłać. Zaczęłam go, jak dziesiątki innych maili, które do niego pisałam i nigdy nie wysyłałam, jako terapeutyczne radzenie sobie z przeciążającą mnie złością, smutkiem, bezradnością. Nie pisałam jednak od dawna i zapomniałam już jak to jest.

Pisanie tej wiadomości było jednym z najdziwniejszych momentów w moim życiu. Podejrzewam, że tak się czują ludzie, którzy mają parkinsona.
Zaczęło się od delikatnego drżenia w całym ciele, uścisku w żołądku, drętwienia w palcach. Potem drżałam, jakby moje ciało broniło się przed hipotermią, moja prawa ręka nagle po prostu zgięła się w łokciu i bez mojej zgody przycisnęła do ciała. Próbowałam użyć lewej ręki, by sprowadzić prawą na klawiaturę, ale palce nie chciały się zginać.
Ta niemoc w użytkowaniu własnego ciała tylko pogłębiała lęk, drżenie i poważnie już narastającą panikę.
Aż w pewnym momencie pomyślałam: "pozwolisz to sobie robić?". I wszystko odpuściło.
Dosłownie w ciągu sekundy przeszłam z łez w oczach i walki z własnymi rękami, do spokojnego oddechu i jakiejś... pustki. 
I z pełnym ciężarem poczułam, że nie mogę tak żyć.
Z tymi wszystkimi emocjami, które rozsadzają moje ciało, które odbierają mi kontrolę, które sprawiają, że nie ufam sobie i odcinam się od tego ciała, jako czegoś obcego i wrogiego.
Mojego ciała. Jedynego ciała, jakie kiedykolwiek będę miała.

7. Odpowiedź

Powiedziałam Piotrkowi, terapeutce i mojej najlepszej przyjaciółce: "daję 89% szans, że mi nawet nie odpisze, zostawiam te 11%, bo minęło 5 lat i kto, na ile wciąż przypomina osobę, którą znałam".
I miałam rację.

Dlatego jestem z siebie szczególnie dumna.
Nie sądziłam, że mam to w sobie. Nie sądziłam, że dam radę to zrobić. 
Nie umiem wyrazić słowami, jak trudnym zadaniem jest, by ściągać kogoś z piedestału, obierać z tych warstw nieuzasadnionej gloryfikacji, uczyć się postrzegać, jako zwykłą, przeciętną osobę... Gdy ta osoba jest źródeł, powodem, elementem, dosłownie wszystkich najgorszych momentów w Twoim życiu. Wszystkich. 
Jak bolesne jest podważanie w sobie uczuć, które uważało się za fundamentalne, na których budowało się swoje własne poczucie człowieczeństwa w okresie, gdy czuło się, jak najgorszy człowiek na świecie, który zasługuje na to, by cierpieć, nienawidzić się i chcieć umrzeć. 

Ostatnio ukułam nawet powiedzenie, że bałam się, że zawsze będę in-love-with-him, ale tak naprawdę jestem i od bardzo, bardzo dawna byłam in-trauma-with-him.
Moja miłość do niego była głównie cierpieniem, tęsknotą, upokorzeniem i poczuciem bycia żałosną... W takim układzie, trauma jest nie do odróżnienia. 
Napisanie do niego, po dosłownie setkach godzin spędzonych na myśleniu o tym, baniu się tego, wymyślaniu nieskończonej liczby naiwnych, głupich, krzywdzących, nierealistycznych scenariuszy, pomogło mi przypomnieć sobie, że oprócz wszystkich rzeczy, którymi ja go dla siebie uczyniłam, on jest po prostu sobą, wszystko wskazuje, że w niewiele zmienionej formie.
Nie ma mi więc nic do zaoferowania. 

Tylko dlatego, że rozpaczliwie nie chcę pogodzić się z wersją rzeczywistości, w której on obiektywnie nie jest dobrą osobą. W najlepszym przypadku - jeszcze, w najgorszym - w ogóle...
Podejrzewam, że dużo mojej pisarskiej blokady wynika z tego, że nie umiem odpuścić tej myśli i nie jestem w stanie zacząć żadnej innej narracji, niż ta, która ma szczęśliwe zakończenie dla nas obojga, jako niezależnych od siebie, dojrzałych osób, którym te trudne doświadczenia przyniosły wzrost potraumatyczny. I żyliśmy długo i szczęśliwe. Osobno. 

Tego jednak nie ma dla mnie w kartach. 

I na jakimś poziomie wiedziałam, że tak będzie, od pierwszego momentu, kiedy konfrontacja przyszła mi do głowy.
W przeciągu tych 5 lat mówiłam to zarówno moim przyjaciołom, mamie, jak i terapeutce: on się nigdy ze mną nie spotka, gdyby decyzja należała do mnie, chciałabym to zrobić nawet dziś i mieć to za sobą, ale szczerze wierzę, że on szybciej umrze, niż dobrowolnie stanie ze mną twarzą w twarz.
Dlatego nie poproszę go o spotkanie, bo mój przydział bycia odrzucaną przez niego, został wyczerpany.
I nigdy więcej sobie tego nie zrobię. Nigdy. 

Aż przestałam myśleć o zignorowaniu mnie, jako odrzuceniu, a konkretnej informacji.
"Nie mam odwagi spojrzeć Ci w oczy"
"Nie mam odwagi się spotkać"
"Nie mam odwagi Ci nawet odpisać, żeby odmówić"

Jego reakcje lub brak reakcji nie mówią nic o mnie, a o nim.
A ja zasłużyłam na to, żeby mieć to za sobą. 
Chociażby po to, by zwolnić w swojej głowie całą tą przestrzeń, jaką zajmowało myślenie o tym by, czy, kiedy, jak to zrobić.
Po to, by nie być tą dziewczyną, która nie umie przestać myśleć o spotkaniu ze swoim ex, tą ofiarą, która nie umie przestać bronić swojego oprawcy.
By udowodnić sobie, że mogę zrobić, cokolwiek zechcę zrobić i moim życiem nie kieruje lęk przed tym, co on o mnie pomyśli, czy uzna mnie za słabą lub głupią. 

Nie będę jednak udawać, że brak jakiekolwiek odpowiedzi mnie nie rozczarował.

Miałam w głowie taką otwartość na cokolwiek, co miałoby się wydarzyć. Byłam gotowa, by wyciągnąć absolutne maksimum z minimum informacji.
Mam tak silne przekonanie, że muszę wyjść z tego limbo, gdzie nie jestem w stanie się z moją przeszłością zmierzyć, pogodzić ani jej zapomnieć, że byłam gotowa zbudować całą złożoną narrację, nawet na podstawie czegoś tak prozaicznego, jak "przykro mi, nie mam nic do powiedzenia, co mogłoby Ci pomóc".
Nie dostałam jednak nawet tego. 

8. Pozytywne wnioski

Dostałam jednak coś innego, z zupełnie niespodziewanego miejsca.
Jak można się spodziewać, gdy deadline miną, a po nim kolejne kilka dni, czułam głównie frustrację. 
Przecież wiedziałam, że tak będzie. Po co mi to było? Jestem dosłownie w tym samym miejscu, co wcześniej, tylko dałam mu satysfakcję, że sobie nie radzę. 
I jak to bywa z frustracją, rozlała się po ludziach, którzy zasugerowali mi, że to może być dobry pomysł.

Napisałam więc do jego przyjaciela, który wcześniej proponował mi taką konfrontację.
Zaczął od tego, jak dobrze, że to zrobiłam, że nasza sytuacja tego wymagała, że moja wiadomość (pokazałam mu ją) jest bardzo dojrzała i jest ze mnie dumny, że tak to ujęłam.
Po czym w zasadzie przeszedł do rozważań na temat tego, dlaczego "Grzesiek" zasługuje na reprymendę od niego, ale jej nie dostanie, bo jest smutny, małomówny i siedzi sam w laboratorium, kończąc doktorat "ostatkami sił". A w ogóle to mam mu nie wierzyć, gdy napisał, że "nie łączyło nas nic wyjątkowego", bo p o w o d y.
Czytałam to, czytałam i czułam, jak rośnie we mnie ta sama wściekłość, którą czułam przez cały nasz związek. Wściekłość na to, jak niemożliwie łatwo jest "Grześkowi" robić okropne rzeczy i nie ponosić żadnej odpowiedzialności.
Zakładam, że to perspektywa, o której jego przyjaciel nie myślał, ale my rozmawialiśmy o facecie, który mnie zwodził przez dekadę, zgwałcił, pół roku później napisał, że "nie łączyło nas wyjątkowego", a gdy 5 lat później piszę do niego, że wciąż mam traumę po tym wszystkim, on mnie po prostu ignoruje. 
W jakim świecie kończenie doktoratu jest w tej sytuacji okolicznością łagodzącą?

I zapłonął we mnie żywy ogień nienawiści do jego doktoratu, o którym słyszałam dosłownie odkąd mieliśmy po naście lat i zawsze był jakimś argumentem na jego wyjątkowość, tłumaczącym złe traktowanie mnie. Był argumentem, gdy zdradzał mnie w liceum, był argumentem, gdy mnie zgwałcił w okresie aplikowania na studia doktoranckie. Jest argumentem 5 lat później, gdy wciąż ich nie skończył.
Znam sporo osób z doktoratami i żadnej, której całe otoczenie darowałoby 100% win w oparciu o niego.
To nawet nie jest diamentowy grant, on nie kończy tego rok po magisterce. 5-letni doktorat mieści się perfekcyjnie w granicach normy.
Nie ma w tym nic wyjątkowego, nic fenomenalnego, nic ratującego ludzkość przed zagładą, co mogłoby jakoś tłumaczyć, dlaczego zasady dotyczące zwykłych śmiertelników go nie obowiązują.

I spadło na mnie, jak chwila nieoczekiwanego olśnienia, że to tłumaczenie go, zawsze i ze wszystkiego, wyolbrzymianie uczuć do mnie, niechęć do spojrzenia na niego, jako to, czym jest... to nie personalnie mój problem.
To ogólny problem jego otoczenia. 

Mógł mnie zgwałcić, zostawić, napisać najgorsze możliwe słowa, zignorować moją traumę, a jego przyjaciele i tak powiedzą "nie wierz mu, gdy Ci mówi, że nie łączyło Was nic wyjątkowego".
Chyba nic lepiej nie podsumowuje naszego związku i tego, jak się w nim czułam, niż powyższe zdanie.
Jesteś z kimś, kto traktuje Cię obiektywnie źle, mówi Ci wprost, że Cię nie kocha i nie chce z Tobą być lub z drugiej strony barykady, że jesteś jego własnością, a ludzie mówią: "chyba nie jesteś tak głupia, żeby w to wierzyć?", "przecież nikt Cię nie pokocha, jak on", "on sam nie wie, co mówi, nie możesz go słuchać", "on tylko tak mówi, ale Ty przecież wiesz lepiej ile Was łączy". 
A ja, jak już zwróciłam wcześniej uwagę, jestem podatna na sugestie. Szczególnie na te, które mówią mi de facto to, co chcę usłyszeć. 
W nic nie wierzyłam z taką gorliwością, pokorą i nadzieją, jak w jego miłość do mnie. I za nic tak bardzo się nienawidziłam, jak za to, ile w imię tej wiary zrobiłam i straciłam.
A teraz okazuje się, że nie byłam w tej wierze samotna. Nie wyhodowałam jej w sobie endogennie.
To coś, co on, świadomie lub nie, zakodował w umysłach nas wszystkich: swoich przyjaciół, nauczycieli, moich przyjaciół, moich rodziców, moich babć i ciotek, mnie samej.
Jako fakt, którego nie jest w stanie podważyć nic z tego, co robi lub mówi. 

I ta sama zasada ma zastosowanie przy tłumaczeniu jego złego zachowania, nie tylko wobec mnie, ale ludzi ogólnie, czy to sypianie z dziewczyną przyjaciela, czy kłamanie innemu prosto w oczy, czy ignorowanie ich miesiącami (co w ich oczach było oczywiście moją winą), czy dawanie się całować dziewczynom (będąc moim chłopakiem), w których jego przyjaciele byli zakochani i siedzieli t u ż  o b o k - żadna z tych rzeczy nigdy nie sprawiła, by ktoś powiedział "wow, "Grzesiek" jest naprawdę słabą osobą, złym przyjacielem, zachował się okropnie". By ktokolwiek zaczął traktować go inaczej. Adekwatniej.

Zapytałam moją przyjaciółkę dlaczego tak jest. Odpowiedziała, że: "ludzie nie mają złych intencji, po prostu patrzą na sprawę z boku".
Co, oczywiście, tylko odkręciło we mnie palniki.
Dlaczego nikt nie patrzył "z boku" na jego zachowanie, gdy mnie zdradzał, oszukiwał, zostawiał, na oczach dosłownie połowy naszych znajomych?
Dlaczego ja żyłam w świecie, gdzie ludzie bez problemu oceniali mnie po absurdalnych, zmyślonych historiach na mój temat, a on żyje w świecie, gdzie ludzie nie chcą oceniać go nawet na podstawie dosłownych rzeczy, które mówi i robi na ich oczach?

Jak pisałam powyżej, ściąganie go z piedestału było dla mnie bardzo bolesne i jak to w moim przypadku bywa, odbijałam się od skrajności do skrajności: jest najbardziej wyjątkową osobą na świecie, najbardziej przeciętną osobą na świecie.
Tymczasem prawda jest gdzieś pośrodku.
"Grzesiek" ma w sobie coś, co sprawia, że ludzie niezależnie od tego, co on faktycznie robi i mówi, lubią go, chcą chronić, widzieć w nim to, co najlepsze. 

Te przechodzące przeze mnie pożary wściekłości, doprowadziły mnie do zaskakująco pozytywnej puenty, że problem nie leży we mnie.
I to najbardziej uwalniająca rzecz, jaką wyniosłam z tych 1,5-rocznych prób radzenia sobie z naszą relacją. 

Nie jestem tak słaba, żałosna i chora, jak myślałam.
Jeżeli on ma taki wpływ na ludzi, z którymi nie był nawet w 1/10 tak blisko, jak ze mną, ludzi, którzy go nie kochali, ludzi, którzy nie planowali z nim reszty życia, ludzi, którym nie wmówiono, że nic lepszego od jego miłości, już ich nie spotka...
To jak mogę winić siebie za wpływ, jaki miał na mnie?
Nie umiałam przyznać przed sobą, że mnie nie kocha, ale nie umiał tego również przyznać nikt z naszego otoczenia. 
Nie jestem tak znienawidzona, odrzucona i zepsuta.
Gdy byłam najbliższą mu osobą, winy, które naturalnie zślizgwały się z niego, spadały na mnie. Co ja zawsze interpretowałam, jako cios wymierzony personalnie we mnie, nie dostanie rykoszetem.
Czułam, że nie wynika to aż tak z sympatii do niego, a głównie antypatii do mnie.
Tymczasem mnie już nie ma, a on wciąż żyje w ten sposób. 
Nie chodziło więc o powszechną zgodę na to, że jestem najgorszą osobą na świecie, która zasługuje na to, żeby być źle traktowana, którą można obwiniać o wszystkie jego złe uczynki, bo na pewno jestem ich winna. 
Wtedy to ja byłam kozłem ofiarnym odpowiadającym za wszystkie jego przewinienia, ale jak widać, na moje miejsce można wstawić ciągnący się pół dekady doktorat, smutną minkę i małomówność, a efekt uniwersalnego uniewinnienia jest dokładnie ten sam. 

To 1,5 roku dało mi naprawdę wiele, posunęło mnie istotnie do przodu w walce z traumą, w rozwoju osobistym, rozumieniu kultury, budowaniu empatii, jaką mam dla innych osób. 
Jestem jednak bardzo, bardzo zmęczona.
Mam więc nadzieję, że ten tekst wyczerpująco przedstawia moją sytuację i tworzy solidny fundament do dania mi przyzwolenia na to, bym nie musiała pisać teraz o tym... o nim... więcej.
To dla mnie zbyt trudne, obciążające, przytłaczające, frustrujące, bolesne. 
Nie mam dość dystansu. Nie byłam dość długo w terapii. Nie przerobiłam tego w sobie dostatecznie dobrze, by być w stanie unieść się ponad oczywiste uczucia, jak złość czy łamiące kości poczucie niesprawiedliwości. 
Nie mam ochoty na dalsze myślenie, analizowanie, dyskutowanie o jego charakterze, motywacjach jego działań, jego wyborach, których fundamentalnie nie rozumiem. Spędziłam dekadę próbując go zrozumieć, absolutnie nic mi to nie dało i nie mam ochoty na więcej. 
Nie czuję, by te próby przełamania się faktycznie mi pomagały i przyczyniały się do jakiekolwiek postępu. To uczucie bardziej przypominające mema, gdzie dziecko poddusza się własnym kaloszem. A wystarczyłoby przestać. 
Dlatego ja przestaję.

Daję sobie prawo, by przestać. 
Daję sobie prawo, by nie być gotowa. 
Daję sobie prawo, by zrobić krok do tyłu i dać sobie czas. 
Daję sobie prawo, by nie czuć, że troska o siebie, jest ekwiwalentem porażki i poddania się.
Daję sobie prawo, by moje własne zdrowie psychiczne miało prym nad innymi zobowiązaniami.

Jeżeli w czymkolwiek przypominacie mnie; nie macie żadnej zgody na własne słabości, szybciej doprowadzicie się do szaleństwa, niż pogodzicie się z tym, że nie jesteście w stanie zrobić czegoś, co sobie postanowiliście i nie ma w Was żadnej zgody na zmiany czy ustępstwa - daję Wam rozgrzeszenie. 
Zrzućcie to na mnie.
Wy nie chcieliście przestawać, byliście zmotywowani, gotowi, pracowici, a ja tu weszłam Wam z tym tekstem i zabraniam. 
Rozkazuję przestać. 
Jeżeli coś miało być dobre, ale od bardzo, bardzo dawna sprawia, że czujesz się tylko gorzej - zabraniam kontynuować. 

Gdy wiążemy z czymś duże nadzieje i całą swoją energię zużywamy na to, by walczyć o daną sprawę, bardzo łatwo jest przeoczyć, że kosztuje nas to aż tak wiele, bo jesteśmy, jak muchy, które odbijają się od szyby.
Cel jest jasny i widoczny do tego stopnia, że nie możemy pogodzić się z jego czasową nieosiągalnością. Wypieramy istnienie szyby, chociaż całe nasze ciało jest posiniaczone, a podłoga poplamiona krwią kapiącą z naszych czół, kolan i knykci, którymi w nią nieubłaganie uderzamy. 
To ok przestać. 

Znajdę w sobie budujące, wzbogacające, dające ulgę zakończenie tego związku. 
Bez jego pomocy. 
Zrobię to jednak na swoich warunkach, w swoim czasie, dając sobie prawo, by nie robić z tego absolutnego priorytetu w moim życiu.
Mam do zaoferowania światu o wiele, wiele, wiele, wiele więcej, niż dokładna relacja z mojej największej traumy. 
I jestem czymś o wiele, wiele, wiele większym, niż ona.

Mam na imię Klara, to moja strona, a dziś był ostatni dzień, w którym dawałam temu, przez co cierpię, odbierać mi to, co kocham.

fot. e-klerki
ja, 2020, Majorka

Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.