Gdy Twoja druga połówka kocha Cię... mniej

10:23
Dlaczego tak jest, że najtrudniej jest zaakceptować najprostsze odpowiedzi?

W języku angielskim istnieje pojęcie "sunk cost fallacy", które odnosi się do sytuacji, gdy poświęciliśmy czemuś tak wiele czasu, pieniędzy, emocji, energii, że nie umiemy tego odpuścić nawet wtedy, gdy nie przynosi nam to już żadnych korzyści.
Koszty przewyższają zyski, ale myśl o tym, ile już się zainwestowało, nie pozwala odejść, nie pozwala się poddać, nie pozwala pogodzić się z logicznie nasuwającymi się wnioskami.

Pamiętam okresy, gdy myśl "na pewno teraz się nie rozstaniemy, nie wycierpiałam tylu lat, żeby jakaś inna dziewczyna mogła z nim żyć i cieszyć się wszystkim, co ja w nim zbudowałam, co ja okupiłam bólem i brakiem szacunku do siebie" była głównym fundamentem mojego związku z Grześkiem.
A później mnie zgwałcił.
I zrozumiałam, że nie ma takiej ilości cech, które mogłabym w nim zmienić, sposobów, w jakie mogłabym go naprawić, kroków, jakie mogłabym podjąć, by mu pomóc, żeby stał się fundamentalnie inną osobę.
A to musiałoby się wydarzyć, żeby nasz związek przestał mnie psychicznie, a od tamtego momentu i fizycznie, zabijać.

Ostatnio na terapii uświadomiłam sobie, że nie jestem w stanie przypomnieć sobie żadnych cech, które w nim kochałam.
Cech, które nie odnoszą się do wyglądu lub inteligencji a tego, jaką był osobą.
I zaczęłam się czuć jak wariatka.
Żadnej dobrej cechy, naprawdę? Tyle lat i nie umiem przypomnieć sobie zupełnie nic?
I przyszła fala obwiniania się.
Jak mogłam to sobie zrobić? Jak mogłam zrobić te wszystkie okrutne rzeczy dla kogoś, o kim nie umiem powiedzieć jednego dobrego zdania?
I jak zawsze zmroziła mnie myśl, że pewnie wszystko wyparłam i znowu jestem bezradna wobec własnej beznadziei.

Mój umysł nie umie udźwignąć negatywnego myślenia o nim, w jakimkolwiek kontekście.
Nawet w tym, że nie umiem sobie przypomnieć żadnych jego dobrych cech, automatycznie widzę swoją winę, bo jestem słaba, głupia, podatna na mechanizmy obronne i właściwie nie mam kontroli nad niczym, a już na pewno nie nad sobą.
Do takich myśli potrafi doprowadzić mnie fakt, że nie umiem przypomnieć sobie dobrych rzeczy, o facecie, który mnie zgwałcił (SIC!!!).

Chciałabym, żeby każda osoba, która to teraz czyta, naprawdę zrozumiała, co tu napisałam, bo to częstsze zjawisko, niż można się spodziewać.

Nie umiem myśleć o nim źle, dlatego mój mózg zawsze kieruje mnie w stronę autoagresji psychicznej, pretensji do siebie, upartego szukania winy, wad, usprawiedliwień dla jego zachowania, wyłącznie w sobie.

Tak było, gdy miałam 16 lat, a związek z nim sprawiał, że czułam się, jakbym złapała Boga za nogi.
Tak jest teraz, gdy mam lat 26, a związek z nim omawiam wyłącznie w kontekście traum, lęków i rodzajów terapii, jakim mogę się poddać, by poradzić sobie z tym, co mi zrobił.
Branie winy na siebie, niezależnie od kontekstu, jest we mnie tak głęboko zakodowane, że nie umiem, dosłownie nie umiem myśleć inaczej.
Zapoczątkowali to we mnie rodzice (Dobrzy rodzice złych dzieci), a Grzesiek doszlifował do perfekcji (Mentalna gimnastyka w toksycznym związku).

Nie mam już jednak ochoty żyć w ciągłym poczuciu, że muszę toczyć nieustanną walkę z moją własną psychiką i wyrywać ochłapy kontroli nad sobą, jakbym była uwięziona w jakimś mentalnym obozie koncentracyjnym, gdzie każdy element jest zbudowany w taki sposób, by mnie dręczyć i odseparowywać od wszystkiego, co kocham.

Tym razem postanowiłam zrobić coś, czego nie zrobiłam nigdy wcześniej i zamiast pogłębiać się w poczuciu beznadziei i bezradności wobec tego, jakie połączenia w mózgu odpalają mi się na myśl o nim, postanowiłam zasięgnąć opinii kogoś, kto zna(ł) go nawet dłużej niż ja.
"Co było w nim dobre?" - zapytałam.
Opis, który dostałam, rezonował ze mną w pełnej harmonii.
Jego cechy, zachowania, sposób bycia, wszystko znane mi tak dobrze, tak bliskie mojemu sercu. Mogłabym przeczytać ten opis w gazecie, bez podpisu i wiedziałabym, że to o nim.
Był to opis osoby, w której bardzo dawno temu, zakochałam się bardzo mocno, na bardzo długi czas.
Teraz jednak, do każdego zdania mogłabym dopisać ciąg dalszy, zaczynający się od: "rzeczywiście taki był na powierzchni, ale w głębi...".

Ja też pamiętam go, jako kogoś, kto umie słuchać, nie ocenia, pomaga w nauce, jest inteligentny, cierpliwy, zabawny, szarmancki, kulturalny i opanowany.
Do tego, przynajmniej na samym początku, zdawał się nawet nie zdawać sobie sprawy z tego, jak przystojny i czarujący jest.
(W tym momencie miałam myśl "o mój Boże, a co jeżeli to ja go zepsułam, kochając go za bardzo? I to ja popchnęłam go swoją miłością i ślepym zapatrzeniem w to, kim się stał, bo wiedział, że i tak go nie zostawię?" - dosłownie moją odruchową myślą jest obwinianie siebie, a argumentem jest to, że moja bezwarunkowa miłość zepsuła mu charakter. Jednocześnie ignorując część, w której on cynicznie korzysta z mojego oddania, a skupiając się wyłącznie na tej, w której to ja jestem winna, bo moja miłość jest za mocna.
Przysięgam, że czasem czuję się, jakby to była schizofrenia paranoidalna, tylko zamiast głosów, które mówią, żebym podpaliła dom albo drzewo, samoistnie podpalają moją samoocenę i poczucie własnej wartości)
Całował w rękę, odsuwał krzesło, podawał śniadanie do łóżka, trzymał płaszcz, wywoływał nastoletnie rumieńce na policzkach moich ciotek i babć.
Rzeczywiście taki był na powierzchni, ale w głębi..
Tylko ja widziałam, jak z wściekłości robi pięścią dziurę w ścianie, jak drobinki jego śliny rozbijają się o moje policzki w trakcie koszmarnych wybuchów zazdrości, tylko ja czułam, a potem ukrywałam przed rodzicami siniaki, jakie robił mi na ramionach w miejscach, gdzie trzymał swoje palce, tłumacząc mi; szarmanckimi, kulturalnymi i opanowanymi słowami, dlaczego jestem jego własnością. Nie mam więc prawa robić i mówić pewnych rzeczy.
A jego spokojny, ciepły uśmiech sprawiał, że moje koleżanki nie miały problemów ze wbijaniem mi sztyletów w plecy i pełne heroizmu godnego lepszej sprawy, ustawiały się w kolejce, by być tą kolejną dziewczyną, z którą mnie zdradzi.

I uświadamiając sobie te kolejne "ale w głębi..." zrozumiałam najprostszą prawdę, którą tak naprawdę znałam od zawsze, ale nie mogłam jej przed sobą przyznać.

Pamiętam nawet moment, kiedy zrozumiałam ją po raz pierwszy.
Stałam nad Sanem, z zupełnie innym chłopakiem, z którym byłam w związku o zupełnie innej dynamice, a on ze łzami w oczach pytał mnie: "czy Ciebie w ogóle obchodzi, co tu się dzieje?". Mając na myśli sytuację, jaka aktualnie się między nami rozgrywała.
A ja byłam myślami przy Grześku. I z trudem ukrywałam, jak daleko jestem.
Odpowiedź była więc oczywista: "nie". Nie obchodzi mnie to.
Jest mi przykro, że stoi przede mną i cierpi. Jest mi głupio, że postawiłam nas w tej sytuacji. Jest mi żal, że nie mogę dać mu tego, czego potrzebuje.
Jednak na fundamentalnym poziomie nie, nie obchodzi mnie to, co się tu dzieje, bo mam rzeczy, które zajmują mnie bardziej.
I spadło to na mnie, jak najboleśniejsza chwila olśnienia, że w tym związku, to ja jestem Grześkiem, a on jest Klarą.
Widziałam jego spojrzenie, pełne bólu i frustracji, którym wpatrywał się we mnie, desperacko próbując wyczytać z mojej twarzy emocje, myśli, jakikolwiek punkt zaczepienia, który pomógłby mu zrozumieć, dlaczego zachowuję się w ten sposób, dlaczego znaleźliśmy się w tej sytuacji.
Myślałam o tym momencie nieskończoną ilość razy, lecz była dla mnie tak olbrzymim dysonansem poznawczym, że finalnie nigdy nie umiałam wyciągnąć z niej żadnej osiadającej we mnie i zmieniającej cokolwiek puenty.

Teraz jest to tak oczywiste.

Spędziłam tyle czasu na próbach zrozumienia Grześka.
Dlaczego jest, jaki jest?
Dlaczego robi, to co robi?
Dlaczego traktuje mnie tak, jak traktuje?
Myślałam, że tam znajdę odpowiedzi, które pozwolą mi jakoś mu pomóc, naprawić go, a co za tym idzie, pomóc samej sobie.

Drugim momentem, kiedy ta oczywista odpowiedź przebiła się do mojej świadomości, był okres związku jednej z moich koleżanek z chłopakiem, dla którego była pierwszym wszystkim i który był w niej śmiertelnie zakochana.
Zakochany tą pierwszą, szczerą, pełną oddania miłością, która jeszcze nie zaznała kłamstw, zdrad, odrzuceń, złamanego serca i oddaje się uczuciu całą sobą.
Moja koleżanka zafundował mu każde z tych doznań. Wielokrotnie.
Zdradzała go, okłamywała, obiecywała poprawę, po czym z nim zrywała, potem chciała go z powrotem, tylko po to, żeby znowu zdradzić, znowu kłamać.
Wciąż obiecując poprawę i nigdy się nie poprawiając.
Wciąż obiecując szczerość i notorycznie kłamiąc.
Wykorzystując jego cierpliwość i oddanie do tego, by impulsywnie spełniać swoje kaprysy, z pełną świadomością, że on i tak z nią nie zerwie, ba, sam będzie prosić, żeby wróciła.
Będzie trzymać ją za rękę, gdy będzie płakała, że jest złą osobą. Będzie się nią opiekować, gdy nie będzie wiedziała, co ze sobą zrobić.
Wiem, że ten obrazek wygląda dość koszmarnie, ale jest w nim mnóstwo niuansów.
Niuans numer jeden polegał na tym, że ona była szczerze i autentycznie przekonana, że go kocha. Kocha miłością, która sprawiała, że mówiła o ślubie i dzieciach. O nim, jako tym jedynym.
Niuans numer dwa polegał na tym, że wszystkie złe rzeczy, które mu robiła, nie wynikały ze złej woli lub premedytacji, tylko zerowej kontroli nad samą sobą.
Tak długo, jak byli razem, ich związek był naprawdę udany...
Jednak potem wchodziły wyjazdy służbowe, napoje wysokoprocentowe, ona stawała się królową życia. A jaka królowa myśli o tak przyziemnych rzeczach, jak to, że w domu czeka na nią chłopak, z którym tydzień temu rozmawiała o dzieciach? Ta myśl była gdzieś bardzo daleko, w ciemnym kącie jej umysłu, gdzie blask tej chwilowej chwały rzucał jedynie długie cienie.
Potem wracała, jakiś czas ukrywała, czym tym razem złamała mu serce, ale "w imię uczciwości", zwanej też ciążącym sumieniem, zawsze w końcu się przyznawała.
On mówił, że to ostatni raz, więcej jej nie wybaczy, ona gorąco przytakiwała, przepraszała i obiecywała poprawę... aż do następnej firmowej imprezy, aż do następnego służbowego wyjazdu.
Nie byłam żadną częścią tego związku, a byłam nim autentycznie zmęczona. Nie wyobrażałam sobie nawet, jak oni muszą się czuć.
I spadło to na mnie, jak najboleśniejsza chwila olśnienia, że w tym związku, to ona jest Grześkiem, a on jest Klarą.

Lata temu, gdy to się działo, nie byłam w dobrej pozycji, by ją jakkolwiek oceniać, ale sprawy przeciągały i pogłębiały się do tego stopnia, że w końcu powiedziałam jej, że nie będę z nią o nim rozmawiać, bo nie chcę być jakąkolwiek częścią tej toksycznej sytuacji.
Ile razy można komuś powiedzieć "zostaw go albo przestań go zdradzać"?
Ile razy można się kłócić na ten sam temat?
Ile razy można powtarzać te same frazesy o puszczeniu kogoś wolno?
Ile razy można prosić, żeby poszła na terapię i dała mu spokój?
Ile razy można obiecywać to samo; "jeżeli jeszcze raz go zdradzisz, to już z nim zerwiesz, obiecujesz"?
Widziałam też, jak biją się w niej te sprzeczności.
Z jednej strony przekonanie o tym, że go kocha, a to, co ich łączy jest prawdziwe i wyjątkowe. Widziałam, jak płacze i nie wie, co ze sobą zrobić, bo nie chce go krzywdzić, nie jest w stanie go zostawić, ale też nie umie się w żaden sposób zmienić i realnie się za to obwinia.
Z drugiej łatwość, z jaką przychodziło jej zdradzanie go, a potem kompletnie odcinanie się od tego emocjonalnie i oczekiwanie od niego, by jej zachowanie nie zostawiało na nim żadnych długofalowych efektów; irytacja na jego zazdrość, niepewność, prośby, by chociaż ograniczyła używki.

Te trzy związki łączy jeden wspólny mianownik.

Stary jak świat.
Banalny jak telenowele.
Popularny jak kosz na śmieci pod zlewem.

Dysproporcja uczuć i zaangażowania.

Grzesiek, ja, moja koleżanka, wszyscy doświadczyliśmy związków z kimś, kto kochał nas zdecydowanie bardziej, niż my ich.
Wszyscy mieliśmy swoje problemy, dziejące się głównie wewnątrz naszych głów, które sprawiały, że stosunkowo łatwo było nam odciąć się emocjonalnie od miażdżącej większości szkód, jakie generujemy w duszy, umyśle i ciele naszego partnera.
I to nie była kwestia tego, że któreś (mogę mówić za siebie i moją koleżankę przynajmniej) z nas było inherentnie złe i czerpało chorą satysfakcję z zadawanie bólu komuś, kto nas kocha.

Po prostu siebie kochaliśmy bardziej.

I gdy dochodziło do sytuacji wyboru "mój kaprys" vs "dobro i szczęście mojego partnera", wygrywał kaprys.
Wygrywaliśmy my; nasze potrzeby, nasze wizje rzeczywistości, nasze pragnienia.
Nie było też potrzeby kompromisu, bo po co oddawać cokolwiek, jeżeli wiesz, że druga strona finalnie i tak się ugnie, bo zrobi wszystko, żeby Cię nie stracić?
Może i myśleliśmy o sobie, że jesteśmy w jakimś stopniu zakochani, ale mieliśmy równocześnie świadomość, że to nic, w porównaniu do tego, co czuje druga strona. Mogliśmy to przed sobą przyznawać otwarcie lub nie, ale świadomość była i tworzyła ten bufor bezpieczeństwa, ciepłą kołderkę, w którą z przyjemnością się owijaliśmy, tuż przed ruszeniem w świat i robieniem okropnych, niesprawiedliwych i niegodnych rzeczy, które druzgotały naszych partnerów.

Myśląc o sobie, mojej koleżance, nawet Grześku, tak łatwo mi teraz dostrzec, że każde z nas było poważnie zaburzone, z sobie tylko znanych przyczyn, których nikt z zewnątrz nigdy do końca nie zrozumie, bo nie da się wniknąć w czyjąś głowę i doświadczyć tego, czego doświadczył dany człowiek.
Wszyscy byliśmy więc skupieni głównie na sobie, a tragizm sytuacji opierał się na tym, że druga strona również była skupiona głównie na nas, co tylko potwierdzało w naszych głowach, że należy nam się jakieś specjalne traktowanie, mniejsze oczekiwania wobec nas, brak konieczności wywiązywania się z obietnic.

A już katastrofalny tragizm mojej własnej sytuacji, opierał się na tym, że ja miałam obiektywnie gorsze, trudniejsze, bardziej wymagające i wyniszczające życie, niż Grzesiek, który pochłaniał 80% mojego czasu, uwagi i energii. Niezależnie od tego, czy byliśmy aktualnie razem, czy nie.
Jak we wspomnianej sytuacji nad Sanem, gdy mój chłopak, który traktował mnie, jak ósmy cud świata, mimo całego mojego bezmyślnego okrucieństwa wobec niego, prosił mnie o minimum mojej atencji, a ja jej po prostu dla niego nie miałam, bo kochałam, może nie siebie, ale kogoś innego - bardziej.

Poruszyłam już ten temat w Historia, którą opowiadam o miłości na blogu:

"1. Miłość to za mało
Za mało, by kogoś zmienić. Za mało, by być w związku. Za mało, by być szczęśliwą.
Tylko dlatego, że kogoś kochasz, wcale nie oznacza, że powinnaś z nim być.
Wcale nie oznacza, że jest wart Twojej miłości i wcale nie oznacza, że czeka Was jakieś szczęśliwe zakończenie.
Nie panujemy nad tym, kogo kochamy. Panujemy jednak nad tym, z kim jesteśmy.
Jeżeli obiekt Twoich uczuć: nie traktuje Cię z szacunkiem, nie dba o Twoje potrzeby, ignoruje Twoje uwagi i prośby, sprawia, że czujesz się niekomfortowo we własnej skórze, oczekuje od Ciebie rzeczy, na które nie chcesz się zgodzić lub nie jesteś na nie gotowa - nie powinnaś się z tym wszystkim godzić, tylko dlatego, że go kochasz.
Tylko dlatego, że wierzysz, że on też kocha Ciebie.
Może kocha, może nie kocha - nie jesteś w stanie tego ocenić, po niczym więcej oprócz jego czynów. Nie słów - czynów.
Jeżeli czyny mówią, że nie kocha, najprawdopodobniej Cię nie kocha. Lub co gorsze, kocha, ale jest na tyle rozbitą osobą, że nie jest w stanie kochać Cię i Cię nie krzywdzić.
I nie, to nie jest Twoje zadanie, by go naprawiać, szczególnie że na 99% Ci się to nie uda, niezależnie od tego, jak gorąco będziesz się starać i próbować.
Chociażby dlatego, że nie jesteś obiektywnym świadkiem, tylko zainteresowaną stroną."


I przy okazji tej piosenki na e-klerki:



"Ostatnio słyszę tę piosenkę przy każdej podróży autem.
I za każdym razem wywołuje we mnie smutek i nostalgię.

Z jednej strony rozumiem, że muzyka to forma wyrażania siebie i swoich uczuć, a jak wiadomo, wszystkie uczucia są na miejscu i adekwatne, jednak...
Tak bardzo boli mnie gloryfikowanie w naszej kulturze miłości bez wzajemności, idei czekania na to, aż ktoś Cię pokocha, prób zasłużenia na tę miłość.

Nie ma nic romantycznego w cierpieniu z miłości do kogokolwiek.
Szczególnie osób, które nie odwzajemniają naszych uczuć.

I nie ma większej straty czasu, niż zawieszenie swojego życia w oczekiwaniu na to, aż ktoś odwzajemni nasze uczucia.

Nie da się kochać za dwoje."

I tak chciałabym spuentować ten tekst.

Jeżeli jesteś w związku o ewidentnej dysproporcji siły, w którym musisz błagać o czas, zainteresowanie, uczucia, szacunek. 
Jeżeli jesteś w związku, w którym czujesz, że nie ma takiej krzywdy, którą można Ci zadać, która skłoniłaby Cię do odejścia.
Jeżeli jesteś w związku, którego powodzenie odbywa się kosztem Twojego dobrostanu.
Jeżeli jesteś w związku, w którym opierasz swoje myślenie o "kocha się nie za coś, a pomimo", bo ciężko jest znaleźć chociaż jedną pozytywną rzecz, za którą nie czai się olbrzymie "ale w głębi...".

Zasługujesz na więcej. 

To nie jest łatwe przyznać przed samą sobą, że ktoś, kogo kochasz najbardziej na świecie, za kogo dałabyś się pokroić w plasterki, kto jest całym Twoim światem i jedyną wersją przyszłości, w jaką wierzysz... nie podziela tych uczuć względem Ciebie.
Niechęć do przyznania tego przed sobą, jest zupełnie naturalna, bo patrząc na to z perspektywy czegoś tak podstawowego, jak piramida Maslowa, widzimy, że uderza we wszystkie najważniejsze punkty: potrzebę bezpieczeństwa, miłości, szacunku. A na samym szczycie w ego, bo co jest ze mną nie tak, jeżeli nie jestem w stanie sprawić, żeby najważniejsza osoba w moim życiu, traktowała mnie równie poważnie?
"Problem musi być we mnie, nie jestem dość dobra, co mogę jeszcze w sobie zmienić?"

Tym trudniej jest, gdy Twoje otoczenie nie daje Ci nawet przestrzeni na to, by dopuścić do siebie myśl, że to dysproporcja być źródłem problemów, nieustannie zachwalając Twojego partnera lub partnerkę i snując historie o tym, jak bardzo Cię kocha i powinnaś nauczyć się to doceniać.

Dlatego wiem i rozumiem, że gdy jest się w procesie, skrajnie zdeterminowanym, by się nie poddać, by wytrzymać dość długo, żeby związek przeistoczył się z czegoś toksycznego, w dobro i oddanie, o którym się marzy od tak dawna... To praktycznie niemożliwe, żeby po prostu odejść, po prostu powiedzieć sobie "ok, poddaję się", bo gdyby takie rozwiązanie było w kartach, zostałby użyte już dawno temu...

Chcę jednak zaszczepić w tych z Was, których to dotyczy, tych w trudnych, obciążających, kaleczących; fizycznie, psychicznie, ekonomicznie, emocjonalnie związkach, następujące myśli:
Nie musicie w nie od razu wierzyć, to normalne, żeby poczuć wręcz jakąś formę oburzenia i automatycznego wyparcia. Nie musicie działać w oparciu o nie dziś, ani jutro, ani nawet za miesiąc. Chcę jednak, żebyście je pamiętali, po prostu mieli w głowie, że takie opcje istnieją i są równie realne, jak te, które macie już utrwalone.

1. Cierpienie nie jest objawem miłości
2. Nie ma nic złego w tym, żeby przestać kochać kogoś, kto nas krzywdzi
3. Udany związek opiera się przede wszystkim na wzajemnym szacunku 
4. Nie da się nadrobić braków w uczuciach drugiej strony, swoim wzmożonym wysiłkiem
I mój bonusowy punkt, który wyrządził mi olbrzymią ilość krzywdy, bo intensywnie napędzał moje myślenie życzeniowe
5. Cytaty/piosenki/książki o trudnej miłości, które pasują w 10% do Waszej sytuacji, nie powinny stanowić 90% argumentacji i motywacji do tego, żeby być razem

Na koniec zostawię tu tekst Mój Pio, który jest moim własnym świadectwem, że nawet po tej miłości, dla której czujesz, że oddałaś wszystko i musisz się jej trzymać, bo nic z Ciebie nie zostanie, jeżeli pozwolisz jej odejść... Jest dalsze życie.

Dalsze szczęście.
Dalsza miłość.

Dalsze zaufanie.
Dalsze czucie się dobrze ze sobą.


I jeżeli spotka się odpowiednią osobę, cały nasz bagaż, ból, trudy, wady, zahamowania, nierozwiązane traumy, nie będą podstawą, by nas nie pokochać.
Nie będą argumentem, by traktować nas źle.
Odpowiednia osoba nie tylko dostrzeże nasze rany i blizny, jako objaw siły, nie słabości, ale z pełnym szacunkiem i podziwem dla nas i tego, co osiągnęliśmy w pojedynkę, pomoże nam się nimi zaopiekować.
I wreszcie będzie można przestać walczyć.
A wszystko, o czym marzyliśmy, o co zabiegaliśmy, w imię czego dokonywaliśmy niekończących się poświęceń, przyjdzie wzajemnie i zupełnie naturalnie.

for. e-klerki
ja i Pio, 2019, Zagórz

Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.