Mentalna gimnastyka w toksycznym związku

12:44
Kontekst: Kiedy stajesz się zakładnikiem własnej głowy i "Gdyby pan się znał na kobietach, to pan by wiedział, że zawsze się troszeczkę gwałci".

Jest 2011, mam 17 lat, a Selena śpiewa:

„There's no way to describe what you do to me
You just do to me, what you do
And it feels like I've been rescued
I've been set free
I am hypnotized by your destiny
You are magical, lyrical, beautiful
You are
And I want you to know, baby 
I, I love you like a love song, baby”



I leżę na łóżku w swoim pokoju, w domu moich rodziców, przebieram w powietrzu nogami i utożsamiam się z nią na 100%. Piosenka w moim sercu również ma tylko jedno imię.
A pod jego słodkim ciężarem uginają się kolana.
Na tym etapie życia jest już dla mnie w miarę oczywiste, jak będzie wyglądała cała moja przyszłość i chociaż nie ma w niej za wiele miejsca na mnie oraz moje marzenia, patrzę w nią zahipnotyzowania, bo jest tam on. To czas, w którym, gdyby ktoś zaproponował mi dodatkowe pięćdziesiąt punktów do IQ, milion dolarów i gwarancję dożycia do setki w świetnym zdrowiu, w zamian za zerwanie z nim kontaktu, odrzuciłabym te błogosławieństwa bez sekundy zastanowienia.
Ponieważ jest tylko jedno prawdziwe błogosławieństwo - czas, który możemy spędzać razem.
Jest tylko jedna prawdziwa homeostaza - stan, w którym jestem, gdy czuję na sobie jego oddech.
Tylko jedna prawdziwa wiedza - fakt, że nie ma nic ważniejszego od nas.
Jedno prawdziwe bogactwo - poczucie, że mnie kocha.
I to nic, że dzielą nas setki kilometrów. Te wszystkie łamiące serce rzeczy, które się między nami wydarzyły, to również nic, ponieważ tym razem będzie inaczej.

Jest 2014, mam 20 lat, a Selena śpiewa:

„The future that we hold is so unclear
But I'm not alive until you call
And I'll bet the odds against it all
Save your advice 'cause I won't hear
You might be right but I don't care
There's a million reasons why I should give you up
But the heart wants what it wants”



I stoję w kuchni swojego własnego mieszkania, opieram łokcie o parapet, patrzę na spadające liście i utożsamiam się na 100%. Moje serce też chce zupełnie innych rzeczy od tych, które podpowiada mi rozsądek.
Wchodzi intro "(...) but then you make me feel crazy, make me feel like it’s my fault. I was in pain.", a ja czuję tak dotkliwą tęsknotę... za bólem. Bólem, który znam, bólem, który wiem, że jest szczery.
Kładzie się to rysą na szkle mojego kolejnego już związku, w którym kolejny raz zaczynam się czuć nie na miejscu. Zaczynam widzieć go, jako to, czym jest - próbą oszukania samej siebie i odwleczenia nieuniknionego.
Ponieważ to tak oczywiste, że jest tylko jedna osoba, którą widzę w mojej przyszłości, tylko jedna, dla której jestem w stanie wszystko zaryzykować, tylko jedna, która sama w sobie jest powodem na „tak”, przeciążającym nieskończoną liczbę powodów na „nie”.
Tylko jedna piosenka, przez te wszystkie lata.
I oczywiście, to pewnie zły pomysł, pewnie skończy się, jak zawsze, pewnie powinnam zostać przy tym, co mam, zamiast kolejny raz walczyć z wiatrakami... ale przecież jest szansa, że tym razem wreszcie będzie inaczej.

Jest 2015, mam 22 lata, a Selena śpiewa:

„I don't believe, I don't believe it
You left in peace, left me in pieces
Too hard to breathe I'm on my knees right now
I'm so sick of that same old love, that shit, it tears me up
I’m so sick of that same old love, my body's had enough”



I leżę na kuchennej podłodze, pod tym samym parapetem, o który rok wcześniej opierałam łokcie, kontemplując rosnącą potrzebę emocjonalnej autoagresji i utożsamiam się na 100%. Ja też mam dość tej samej, starej miłości, która tylko łamie mi serce.
Leżę zwinięta w kłębek, szlochając, ponieważ (cytując klasykę memów) chociaż ryzyko, które podjęłam, było wykalkulowane, po raz kolejny okazało się, że jestem beznadziejna z matmy.
Mokre od łez i kataru włosy przyklejają mi się do twarzy i zimnej posadzki; nie ma żadnej przyszłości, żadnej melodii, żadnej nadziei. Tylko strach, samotność i rozpacz, która na zupełnie nowy sposób rozdziera moje ciało od środka.
Ból, za którym tak tęskniłam, teraz sprawia, że mam ochotę zwymiotować wszystkie swoje wnętrzności i umrzeć wśród własnych podrobów. Nie ma w nim nic znajomego, nic krzepiącego, nic sentymentalnego. Nie można mu jednak odmówić szczerości, z wszystkich bolesnych momentów w moim życiu, ten był najszczerszy.
I próbuję zabić w swojej głowie myśl, o której wiem, że już nigdy mnie nie opuści, która sprawia, że mam ochotę wyjąć wszystkie noże z półek i podciąć sobie nimi wszystkie żyły... Myśl, a właściwie pewność, że nigdy nie będzie inaczej.

Jest 2019, mam 26 lat, a Selena śpiewa:

„You promised the world and I fell for it
I put you first and you adored it
Set fires to my forest
And you let it burn
Sang off-key in my chorus
'Cause it wasn't yours
I saw the signs and I ignored it
Rose-colored glasses all distorted
Set fire to my purpose
And I let it burn
(...)
We'd always go into it blindly
I needed to lose you to find me
This dancing was killing me softly
I needed to hate you to love me, yeah”



I siedzę na kanapie w salonie, z nogami na stole i kraterem o średnicy drogi mlecznej w sercu, w tym samym mieszkaniu, w którym tęskniłam za bólem, w którym ten ból powrócił, w którym obmyślałam wszystkie sposoby, na które mogę się zabić, bez podnoszenia się z podłogi i utożsamiam się na 100%. Ja też musiałam kogoś stracić, by odnaleźć siebie.
Za oknem jest gęsta mgła, zastanawiam się, czy to nie smog, czy nie powinniśmy wreszcie kupić oczyszczacza powietrza i patrząc na złote liście oblane mlecznym powietrzem, łapię się na myśli, że jeszcze 5 lat temu smog mnie kompletnie nie interesował. Ani zmiany klimatyczne, ani energetyka jądrowa, ani badania sprawdzające korelacje między autyzmem a zanieczyszczeniem powietrza. Z pewnością moje zdrowie nie interesowało mnie na tyle, żeby rozważać zakup jakiegokolwiek sprzętu, który może poprawić jego jakość.
Tym razem naprawdę jest inaczej.
Wciąż mam swoje traumy, lęki, wspomnienia, skłonności, żale, autodestrukcyjne nawyki, ale gdy odejmie się z tego układu jego i jego przyjaciół, okazuje się, że nie tylko umiem nad tym wszystkim zapanować, bez większych problemów, ale jestem też w stanie wyciągnąć na pierwszy plan zupełnie inne cechy, które posiadam. Dobre cechy. Cechy, które sprawiają, że ludzie mnie lubią, szanują i podziwiają, za to, kim autentycznie jestem.
Nie muszę nic udawać, nie muszę się starać, nie muszę próbować, mogę być po prostu sobą i to wystarczy.

Między 2011 a 2015 zdążyłam: osiągnąć pełnoletność, zdać maturę, stracić dziewictwo, dostać się na wymarzone studia, przeprowadzić się do innego miasta, rzucić studia, być w 2 poważnych, powiedzmy, związkach, pójść na terapię, wrócić na studia, lecieć pierwszy raz samolotem, w ogóle podróżować po raz pierwszy z chłopakiem, nie rodzicami czy znajomymi, zrobić tysiąc rzeczy, które przewracały moje życie do góry nogami i były kompletnie inne niż cokolwiek, co znałam wcześniej.
I na fundamentalnym poziomie wciąż byłam dokładnie tą samą osobą.
Między 2015 a 2019 nie wydarzyła się nawet 1/100 tak przełomowych rzeczy.
Jednak jestem lata świetlne od osoby, którą byłam wcześniej.
A istotna różnica między tymi dwoma etapami, jest tylko jedna: jego obecność.

Racjonalizacja
1. «stosowanie środków zmierzających do usprawnienia czegoś»
2. «ujmowanie czegoś w kategoriach rozumowych, a nie emocjonalnych»
3. «wynajdywanie (pozornie) racjonalnych argumentów dla umotywowania własnych czynów i postaw mających źródło w uczuciach i motywach, do których człowiek nie chce się przyznać przed sobą»
- sjp, PWN

Piszę ten tekst i myślę o tych wszystkich latach ciężkiej pracy, jaką ludzie muszą wykonywać, by poradzić sobie z traumami, które kiedyś uznawali (i/lub wciąż uznają) za miłość.
Ostatnio uświadomiłam sobie dość oczywistą i łatwo obserwowaną w społeczeństwie prawdę: im gorszy i bardziej toksyczny związek, tym dłużej trwa i tym ciężej z niego wyjść.
Moja teza, oparta głównie na własnym doświadczeniu, bo nie miałam jeszcze okazji wejść tak głęboko w czyjeś życie uczuciowe, by się szczerze wymieniać pobudkami do tego, by być z kimś, kto podpala nasze lasy i cele, brzmi następująco:
Gdy jesteśmy w związku, gdy kochamy kogoś, kto traktuje nas źle: bez szacunku, bez empatii, kłamie, zdradza, oszukuje, manipuluje... Racjonalizacja takich zachowań wymaga niewyobrażalnych ilości mentalnej gimnastyki. A im bardziej się wyginamy, rozciągamy, przeciągamy, tym ciężej jest wrócić do neutralnej pozycji.

Chciałabym rozważyć to zagadnienie z dwóch perspektyw.

1. Sposób, w jaki ludzie radzą sobie z kryzysowymi sytuacjami
Najczęściej na dowolne formy ataku, zarówno tego, który jest wycelowany w nasze dobro, ego, samopoczucie, jak i fizyczne bezpieczeństwo, reagujemy słowną/fizyczną agresją lub ucieczką.
Fight or flight - walcz lub uciekaj.
Inną reakcją obronną, niejako połączoną ze słynnym trolley problem, jest freeze, paraliż decyzyjny, zastygnięcie, udawanie martwego, można to bardzo często zaobserwować w świecie zwierząt, ale to również nierzadka reakcja wśród ludzi, którzy znaleźli się w kryzysie (piesze ofiary wypadków, które tuż przed zderzeniem z samochodem, zamiast próbować uskoczyć - stoją sparaliżowane wizją śmierci, ofiary gwałtu, które zamiast walczyć ze wszystkich sił z oprawcą - nie mogą się ruszyć, sparaliżowane strachem i szokiem, ofiary napaści, które zamiast podejmować próby obrony lub ucieczki - zwijają się w pozycję embrionalną, czekając aż atak się skończy).
Większość badań psychologicznych pokazuje, że ludzie najchętniej nie podejmują żadnych decyzji.
Nie lubimy zmian, nie lubimy być tą osobą, która pierwsza podejmuje działanie, a co za tym idzie, bierze na siebie jakąś odpowiedzialność. W praktycznie wszystkich wariacjach dylematu wagonika, w których jest możliwość niepodjęcia żadnego działania, ludzie wybierają nie robić nic.
Stracenie pieniędzy na podjęciu ryzyka jest uniwersalnie oceniane gorzej niż stracenie pieniędzy przez niepodejmowanie ryzyka - jedno jest postrzegane przez pryzmat "sam się prosił", a drugie to zwykły "pech", mimo że w obu przypadkach zostały podjęte świadome decyzje.

2. Sposób, w jaki związek zmienia się z sielanki w kryzys
Każda patologiczna sytuacja w związku ma swój pierwszy, drugi, trzeci raz, zanim stanie się normą i stałym elementem życia.
Zdrada, kłamstwo, manipulacja, agresja, przemoc słowna lub fizyczna, kradzież, wymuszenie, każde z tych zjawisk ma swój pierwszy raz, który zazwyczaj nie jest aż tak straszny.
„No ok, pocałował pijany jakąś dziewczynę/zabrał mi 50 zł z portfela/był w klubie, a mówił, że u babci/nazwał mnie obraźliwym słowem/popchnął mnie w kłótni, ale przecież tak bardzo się kochamy, a on(a) żałuje!”.
Jaka zakochana osoba zrezygnuje z całego związku, przez jedną nieprzyjemną sytuację?
Sytuacje się jednak mnożą, kolejne granice zostają przekroczone, racjonalizacje się nawarstwiają...
Nie weszłam przecież w okropny, toksyczny związek z kimś, kto od pierwszego dnia traktował mnie źle, po kim już na pierwszy rzut oka dało się ocenić, że prędzej czy później mnie zgwałci. Wokół głowy nie wybrzmiewały mi strażackie i policyjne syreny, które ignorowałam, chociaż były oczywiste.
Nie.
Weszłam w związek z chłopakiem, który był słodki, szarmancki, inteligentny, zabawny, który był tak szczęśliwy, gdy powiedziałam, że chcę z nim być, że obraz jego rozświetlającego twarz i oczy uśmiechu widzę w swojej głowie, jakby było to wczoraj, chociaż wydarzyło się to dosłownie pół mojego życia temu. Chłopakiem, który zastawił cały mój pokój świeżo zerwanymi kwiatami za jedno drobne przewinienie. Chłopakiem, który krzyczał w miejscach publicznych, ile tchu w piersiach, że mnie kocha. Chłopakiem, który patrzył na mnie w sposób, który wywoływał zazdrość u kobiet w przedziale wiekowym 13-45 lat.

Pamiętam pierwszy raz, kiedy mnie zdradził.
Pamiętam pierwszy raz, gdy mnie okłamał.
Pamiętam pierwszy raz, gdy złamał mi serce.
I każdy z tych momentów, chociaż bardzo wówczas bolesny, był dość łatwy do wytłumaczenia samej sobie i obronienia mojej miłości przed skażeniem złością, pretensjami i bólem.
A ta miłość była dosłownie epicentrum mojego wszechświata i broniłabym jej w każdy możliwy sposób, czym jest więcej odrobina mentalnej gimnastyki?
Ta gimnastyka zaowocowała jednak tym, że...
Nie pamiętam, która zdrada była trzecia, ani z kim była piąta.
Nie pamiętam, ile kłamstw usłyszałam i czego dotyczyło każde z nich.
Nie pamiętam, ile dokładnie razy pękło mi serce, tylko te momenty, gdy pękało najgłębiej.

Jeżeli jesteś sobie w stanie zracjonalizować jedną zdradę, kłamstwo, złamane serce, to z każdym kolejnym idzie coraz łatwiej.
Oczywiście cierpisz, bagaż emocjonalny się kumuluje i wszystko się w Tobie przeciw temu buntuje, ale „dla miłości warto”, „kiedyś dojrzeje”, „zmieni się”.
I gdy nie przestajesz kogoś kochać, gdy Cię zdradza.
Nie przestajesz kochać, gdy kłamie.
Nie przestajesz kochać, gdy manipuluje.
Nie przestajesz kochać, gdy notorycznie łamie Ci serce.
Nie przestajesz kochać, gdy nie respektuje Twoich granic.
Nie przestajesz kochać, gdy rujnuje Twoje poczucie własnej wartości.
Nie przestajesz kochać, gdy odchodzi i wraca, w zależności od kaprysu.
Nie przestajesz kochać, gdy wprost mówi, że uważa Cię za swoją własność.
Nie przestajesz kochać, gdy sukcesywnie Twoje plany i marzenia są wypierane przez te „ważniejsze”, czyli jego.
Nie przestajesz kochać, gdy pozwala wszystkim na około obwiniać Cię za jego błędy, jego przewinienia, jego złe postępowanie.
Wtedy ta miłość staje się niezniszczalna. Staje się silna, jak wiara w Boga.
Nie potrzebuje dowodów, nie potrzebuje przełożenia na rzeczywistość, nie potrzebuje właściwie nic, po prostu istnieje, niezależnie od wszystkiego, co dzieje się naokoło.

A gdy nie ma nic, co mógłby zrobić, czego byś nie wybaczyła, nie przeczekała, nie zracjonalizowała. Gdy wszystkie Twoje granice zostały przesunięte, złamane, zatarte.
Gdy nie ma już w Tobie dość szacunku do siebie i woli walki o swoje dobro...
Nie trzeba już walczyć, nie trzeba uciekać. Można się po prostu poddać.
Oczywiście, każdego dnia łamie Ci to serce, duszę i psychikę, ale po jakimś czasie ból zaczyna być naturalnym, oczywistym elementem życia.
Elementem, za którym nawet tęsknisz, gdy dawno go nie czułaś, "boli, znaczy, że żyjesz".

Jeżeli zniosłam to wszystko, dlaczego miałbym przestać go kochać, gdy mnie zgwałcił?

Gwałt wypada blado w porównaniu do całych lat emocjonalnej orki, która czyni z Ciebie najgorszą możliwą wersję siebie i sprawia, że zaczynasz się szczerze i otwarcie nienawidzić.
Powiedziałam ostatnio mojej terapeutce, że o wiele bardziej straumatyzowała mnie jego reakcja na te wydarzenia, niż sytuacja sama w sobie, bo patrząc na to z perspektywy czasu, byłam przyzwyczajona do tego, że raz na jakiś czas robi mi coś tak okrutnego, egoistycznego i obdzierającego mnie z godności, że sam gwałt bym pewnie jeszcze jakoś zniosła.
To, co naprawdę mnie zrujnowało, to jego absolutny brak woli, by przyznać się do jakiejkolwiek winy, okazać minimalną ilość żalu lub skruchy. Jego linia obrony zawsze szła po "jestem najgorszy, ale kocham Cię nad życie i się zmienię", co najlepiej na mnie działało, bo miałam złudzenie, że chociaż zdaje sobie sprawę ze skali cierpienia, jakie mi zadaje i jakkolwiek go ono obchodzi. Tym razem poszedł jednak w zaparte, używając najbardziej obrzydliwych, irracjonalnych, obraźliwych argumentów, które miały zbudować we mnie poczucie, że zmyśliłam sobie całą sytuację, a gwałtem nie jest żaden stosunek, który nie zawiera olbrzymich ilości przemocy i nie sprawia, że od momentu wydarzenia, aż do końca życia, ofiara siedzi w ciemnym pomieszczeniu i płacze.
A wiara w jego wolę poprawy, którą sam nieustannie obiecywał, była moim jedynym orężem w walce o namiastki równowagi psychicznej.

Ilość gimnastyki intelektualnej i emocjonalnej, jaką musiałam wykonać, by przebrnąć przez tę pożogę, nawet nie sam gwałt, ale cały nasz związek, jest niewyobrażalna.
A przy tym wcale nie unikalna. 

Ludzie nie są w stanie żyć w permanentnym dysonansie poznawczym.
Potrzebujemy poczucia, że rzeczywistość, w której żyjemy, ma jakiś sens, cel, kierunek. Nie mówię tu nawet o wyższym sensie istnienia, ale codziennym budzeniu się rano bez poczucia, że nie jesteś w stanie objąć rozumem tego, co się dzieje w Twoim życiu.
A życie z osobą, którą kochasz, która twierdzi, że kocha Ciebie, a mimo to traktuje Cię źle, wyzwala właśnie takie emocje: przytłoczenie, zagubienie, poczucie, że wszystko jest nie na miejscu.
Ponieważ od dziecka jesteśmy uczeni, że miłość jest czymś dobrym, przyjemnym, wyczekanym, dającym szczęście i spełnienie. Gdy nie doświadczamy żadnej z tych rzeczy, dysonans poznawczy jest niemożliwy do zniesienia. Miłość to przecież coś, czego wszyscy pragną, na co wszyscy czekają, o czym traktują wszystkie piosenki, filmy i reklamy w telewizji; jeżeli to jest ta najlepsza rzecz w życiu, a sprawia, że masz ochotę rozerwać swoją skórę i własnymi rękami wyrwać sobie serce, żeby zatrzymać nieustający ból, to... jak i po co żyć?
Zaczyna się więc rozpaczliwie szukać jakichkolwiek okruchów pozytywnych emocji, dopatrywać oznak miłości w gestach, które wcale jej nie sugerują, wyolbrzymiać każde najmniejsze miłe wydarzenie. I racjonalizować.
Gdy dochodzi się do tego etapu, już nie ma znaczenia, jak bardzo kochało się siebie przed takim związkiem, jak bardzo się w siebie wierzyło, kibicowało sobie, wspierało... Ta racjonalizacja w końcu zabije każdą z tych konstruktywnych postaw.
Ponieważ to niewykonalne, by wytłumaczyć sobie bycie z kimś, kto traktuje Cię w sposób, na który nie zasługujesz, bez nieumyślnego przekonania samej siebie, że jednak na to zasługujesz.
Najpierw zasługujesz na drobne rzeczy, potem zasługujesz na gorsze rzeczy, aż w końcu jesteś w miejscu, w którym prosisz swojego gwałciciela, żeby dał Ci chociaż jedno słowo "przepraszam", byś mogła sobie zracjonalizować, że z pewnością w większej skali zasłużyłaś na ten gwałt, a jemu jest przykro, więc nie ma właściwie tematu.

Jestem więc w tym przedziwnym miejscu, z tą całą paletą uczuć i myśli na jego temat, które są tak kompletnie oderwane od rzeczywistości, że praktycznie nie mają z nią punktów stycznych.
A "jego temat" to przecież nie tylko on, jako osoba, bo tak naprawdę nie mam pojęcia, kim on teraz jest, co robi, jak żyje. Jako osoba z krwi i kości nie jest żadną częścią mojego życia.
Jednak jako moje wspomnienia, wyobrażenia, lęki, traumy, blokady, konsekwencje tego, co mi robił, co robili mi inni ludzie, przez niego, wciąż jest przeolbrzymią częścią mnie.
"Jego temat" to całe moje życie seksualne, moje problemy z zaufaniem, samoakceptacją, wybaczeniem sobie, wiarą w siebie, mobilizacją do walki o siebie.
Napisałam ostatnio, że nie ma istotnych części mnie, w które on nie byłby wpleciony i może część mojego problemu polega też na tym, że boję się dać „mu” odejść i zastąpić te miejsca, które wypełnia on, sobą bo... to osoba, o której wiem naprawdę niewiele.

Kim jestem bez niego?
Bez miłości do niego.
Bez traumy przez niego.
Bez tej olbrzymiej części mnie, wokół której kręciło się tyle lat mojego życia?

W ostatnim mailu, jaki kiedykolwiek do niego wysłałam, rok po gwałcie, kiedy byłam bardzo, bardzo zdeterminowana, żeby cały ten związek wyprzeć i udawać, że się nie wydarzył, napisałam:
"(...)Zrozumiałam, że największą karą, jaka może być jest to, że jesteś sobą. Ja mogłam odchodzić i wracać, a na końcu odejść na dobre, natomiast Ty musisz żyć z tym, kim jesteś, co zrobiłeś i co dopiero zrobisz.(...)"
Jednak myśląc o tym teraz, widzę, jak bardzo się myliłam.
I w moim założeniu, że jestem w stanie to wyprzeć i zapomnieć, i tym, że kiedykolwiek mogłam odejść.

Nie mogłam, nie mogłam i dlatego nie odeszłam.
Nie mogłam i dlatego zawsze wracałam.
Nie mogłam i dlatego walczyłam, nieskończoną ilość razy, by podtrzymać ten związek przy życiu.

Jak u Pawłowa, wytrenowałam samą siebie, przy pomocy jego, moich własnych rodziców i ogromu naszego otoczenia, do myśli, że:
  1. Nic co on robi, nie jest aż tak złe.
  2. Moje potrzeby liczą się mniej niż jego.
  3. Nikt inny nie pokocha mnie tak, jak on.
  4. Z nikim nie będę tak szczęśliwa, jak z nim.
  5. W każdej kłótni wina leży po mojej stronie.
  6. Każdy ból, który odczuwam, jest wyolbrzymiony.
  7. Zasługuję na wszystko, co mnie z jego ręki spotyka.
  8. Mimo że jest starszy, to ja jestem dojrzalsza, więc powinnam być cierpliwa i wyrozumiała.
  9. Za każdym jego, łamiącym mi serce, uczynkiem, jest jakaś niepodważalna logika i sens, a buntowanie się przeciw temu świadczy tylko o mojej infantylności i histerii. 
Nikt nie powiedział tego na głos, nikt nie stanął przede mną z hasłem: "Klara, jesteś zerem, a on jest milionem, więc nie możesz odpuścić tego związku".
To były subtelne, swobodne uwagi:
"Klara, ten Twój chłopak to prawdziwy geniusz, wiele w życiu osiągnie, musisz się go trzymać"
"Klara, ona ma dopiero x (dowolna liczba między 16 a 24) lat, jeszcze ma czas, żeby dorosnąć, wiesz jacy są chłopcy"
"Klara, to był tylko głupi wybryk, chyba nie masz zamiaru przekreślić tego związku z byle powodu?"
"Klara, jak to z nim zerwałaś? Ty jesteś niepoważna dziewczyno, kto Cię tak pokocha, jak on?"
Nie jestem w stanie zliczyć, ile razy moja własna mama powiedziała mi po tym, jak mnie zdradzał: "nikt Cię tak nie pokocha, jak on".
I to nie ma znaczenia, że teraz dostrzega jak krótkowzroczna była, jak zgubne było wierzenie w jego wersje wydarzeń, nie moje, jak życzeniowe było jej postrzeganie naszego związku, jak wiele moich słów ignorowała, bo w ówczesnej sytuacji, było to po prostu łatwiejsze niż uwierzenie mi. Nie ma znaczenia, jak bardzo żałuje.

Ponieważ te wszystkie słowa, pretensje, ostrzeżenia, przepowiednie i nieadekwatne reakcje, cementowały moją gimnastykę wokół tego, że tak właśnie wygląda miłość; to ból, cierpienie, wyrzeczenia i niechęć do samej siebie.
Zasługuję na wszystko, co mnie spotyka. Nigdy nie mam racji. Wszystko w moim życiu jest na miejscu, problem jest tylko we mnie i tym, że nie umiem tego docenić. Zamiast tego się rzucam, narzekam i oczekuję rzeczy, które z pewnością już dostaję, po prostu nie umiem ich i mojego szczęścia dostrzec.
I chociaż dosłownie każda z tych rzeczy jest toksyczna, niesprawiedliwa, okrutna wobec mnie i kompletnie pozbawiona sensu, to wierzyłam w nie wszystkie i w jakimś stopniu wciąż w niektóre wierzę.

Nigdy nie byłam wolna. Nigdy nie mogłam odejść.

Praktykowana codziennie mentalna gimnastyka, poprzestawiała mi w głowie absolutnie wszystko, w czym mogłabym szukać oparcia lub motywacji do podjęcia tych zmian.

Nie wierzyłam, że poradzę sobie bez niego.
Nie wierzyłam, że ktokolwiek poprze i zrozumie moją decyzję.
Nie wierzyłam, że jestem dość dobra, by chcieć dla siebie czegoś więcej.
Nie wierzyłam, że poza tym związkiem może istnieć dla mnie coś lepszego.
Nie wierzyłam w to, że moje własne uczucia i spostrzeżenia są wartościowe i wiarygodne - nawet dla mnie samej.

Jednak przede wszystkim, co jest chyba najważniejsze, nie wierzyłam, że pokocham kogoś bardziej lub chociaż porównywalnie do tego, jak kochałam jego.
Ponieważ moja miłość była liczona w cierpieniu, poświęceniach, wysiłku, znoju i bólu, nie wyobrażałam sobie, bym mogła dać komuś jeszcze więcej; gdy już wtedy nieustannie byłam na progu psychicznego i emocjonalnego wyczerpania.

Zawsze pod artykułami o przemocy w rodzinie, czytam setki komentarzy, w których ludzie nie rozumieją, jak kobiety mogą latami być przy mężu, który bije, pije, zdradza.
"Mogła się spakować i odejść", "rzeczy nie są tyle warte, co stracone lata życia", "nikt jej siłą nie trzymał".
To, że nikt Cię fizycznie nie trzyma i nie przykłada Ci pistoletu do skroni, nie znaczy, że jesteś wolna.
Umysł jest naszym największym sprzymierzeńcem i katem.
Potrafi przeprowadzić nas przez najgorsze sytuacje, bez utracenia woli walki, chociaż znikąd nie widać nadziei. Potrafi też trzymać nas zamkniętych w klatkach, niezdolnych do wykonania jakiegokolwiek ruchu, chociaż klucz jest na wyciągnięcie dłoni.

Wiem, że ciężko jest to sobie wyobrazić komuś, kto nie był w takim związku, polecam więc poniższy filmik.

Tam, gdzie widać siniaki, można podłożyć: przemoc psychiczną, seksualną, ekonomiczną, manipulacje, kłamstwa, zdrady, nadużycia, kradzieże, wyłudzenia.
Tam, gdzie widać jej makijaż, można podłożyć: wyparcie, racjonalizacje, okłamywanie siebie i innych, by obronić oprawcę, myślenie życzeniowe, bezpodstawną nadzieję, dawanie setek "ostatnich szans", ślepią wiarę w to, że druga strona się zmieni, postara, zacznie okazywać miłość, empatię, szacunek.




Nie wiem, kim jestem, bez tego bólu.
Nie wiem, kim jestem, bez tej traumy.
Nie wiem, kim jestem, bez tego strachu.
Nie wiem, kim jestem, bez tego napięcia.
Nie wiem, kim jestem, bez niego.

Chcę się jednak dowiedzieć.

Wszystko, czego nauczyłam się o sobie, przez te lata bez niego, mówi mi, że nie mam się czego bać.

A jednak tak bardzo się boję.

Szczerze mówiąc, nie wiem na ile ten tekst pomoże zrozumieć to trudne zagadnienie osobom, którym nie jest ono jeszcze znane...
Jednak do tych, którzy dokładnie wiedzą, o czym mówię i jak się czuję...
Pozwólcie, że zacytuję samą siebie i najważniejsze słowa, jakie kiedykolwiek napisałam, do których wracam tak często, jak tylko mogę, licząc, że pewnego dnia naprawdę w nie uwierzę:

"Zasługujesz na miłość.
Zasługujesz na szczęście.
Zasługujesz na spokój.

Do końca jest jeszcze bardzo daleko.

Jeszcze jest czas.
Czas by się zrozumieć, czas by wydobrzeć, czas by coś zbudować i czas, by się tym cieszyć.
Czas by sobie wybaczyć.

Nie ma win, których nie da się odkupić.
Niezależnie od tego, jak nisko upadłaś, niezależnie od tego, jak cierpisz i jak bardzo nie widzisz możliwości ucieczki - musisz o siebie walczyć.
O lepszą siebie, o spokojniejszą i szczęśliwszą siebie.

Jesteś wszystkim, czego potrzebujesz.
Jesteś swoim księciem na białym koniu.
Jesteś wszystkim, o co warto walczyć."
Heartbreaker Hotel

fot. e-klerki
Ja, próbująca wbrew wszystkiemu cieszyć się życiem, edycja 2019.

Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.