Kiedy stajesz się zakładnikiem swojej własnej głowy...

Ten rok jest dla mnie wyjątkowo ciężki.

Ciężki z zupełnie innych powodów, niż kiedykolwiek wcześniej, chciałabym więc napisać o nim kilka słów.

Ból, cierpienie, zdrady, rozczarowanie, zagubienie i opuszczenie przewijały się tutaj, jako bardzo popularne tematy, wypełniające większość lat mojej wczesnej młodości.
Ten okres jest już jednak za mną.
Brak celu, pomysłu na siebie i moją przyszłość, jest już za mną.
Bycie smutną, zranioną nastolatką, która odbija się od życia, jak od prętów klatki w ZOO, jest już za mną.
Niekończące się rodzinne dramaty i znoszenie bycia obrażaną, ignorowaną, okłamywaną i spychaną na dalszy plan, jest już za mną.

Jestem w miejscu, w którym nigdy nie sądziłam, że się znajdę. Z pewnością nie w wieku 26 lat.

Teraźniejszość jest spokojna, bezpieczna i uporządkowana.
Przyszłość zdaje się prostą, miękką wręcz drogą, której pobocza są usłane najpiękniejszymi widokami.
Przeszłość oddala się coraz bardziej, rany zmieniają się w blizny, a blizny zaczynają blaknąć i wtapiać w koloryt mojej duszy, jakby nigdy tak naprawdę ich tam nie było

Jestem młoda i zdrowa.
Moi rodzice oraz przyjaciele żyją i mają się dość dobrze, bym nie musiała się o nich martwić.
Udało mi się zwalczyć w sobie miażdżącą większość cech, nawyków i skłonności, którymi przez lata sabotowałam swoje życie, by uczynić się nieszczęśliwszą. Jestem dosłownie najlepszą wersją siebie, jaką kiedykolwiek byłam; mądrzejsza, bardziej empatyczna, wyrozumiała, etyczna.
Mam najcudowniejszego męża na świecie, który nie widzi poza mną świata i każdego dnia sprawia, że czuję się jak najseksowniejsza, najmądrzejsza i najzabawniejsza wersja mnie.
Moje talenty znajdują ujście w czymś, co kocham, co nie tylko rozwija mnie, jako osobę, ale też pomaga coraz to większym zastępom wspaniałych ludzi.
Wiem, czego chcę, wiem, jakie kroki muszę poczynić, by osiągnąć to, na czym mi zależy.
Nic nie muszę. Nikt nie wywiera na mnie żadnych presji. Wszystko, co dzieje się w moim życiu, dzieje się wyłącznie z mojej woli.
Mam tyle rzeczy, dla których warto żyć.
Nie ma w moim życiu absolutnie nic, co stałoby na przeszkodzie do pełnego, niezmąconego niczym szczęścia.

Oprócz mnie samej.

Ostatnio pisałam na e-klerki o tym, że od dość dawna zmagam się z uzależnieniem. I jak każda osoba uzależniona miałam w swojej głowie mnóstwo punktów, po których odhaczeniu przestanę korzystać z używek, bo nie będę ich potrzebowała.
Zaczynałam używać w czasach dużego stresu, napięcia, zranienia, niepewności, było więc bardzo łatwo powiedzieć sobie, że problem nie leży we mnie, tylko w rzeczach, które dzieją się mi, niezależnie od mojej woli.
Punkty jednak znikały, pokonywałam kolejne trudności, niebo nad moim życiem rozchmurzało się z każdym dniem coraz bardziej, a jednak nie byłam w stanie przestać.
Obwiniając się za to i mając do siebie coraz to większe pretensje, które próbowałam znieczulać używkami, wpadłam w zamknięte koło, z którego nie widziałam ucieczki.
Nie było już nic, co mogłabym naprawić w swoim życiu.

Co więcej mam zrobić, by móc przestać, by zacząć znosić rzeczywistość taką, jaką jest..?

I jak w przysłowiu o drzazdze i belce w oku, zupełnie nie dostrzegałam najoczywistszej prawdy.
Prawdy, którą wielokrotnie powtarzałam na głos, na wiele sposobów.
Pisząc tekst na bloga "Gdyby pan się znał na kobietach, to pan by wiedział, że zawsze się troszeczkę gwałci", pisząc teksty na e-klerki, jak: ten o obecnych dziewczynach exten o snach, ten o Blue Monday, ten z dni, kiedy próbowałam odstawić używki, ten o zrujnowanym imieniu, ten o milczeniu, ten o czuciu się pokonaną, ten o blokowaniu, ten o #metoo, ten o blokadzie twórczej, ten o byciu nieszczęśliwą, ten o klatkachten, w którym zaczęło do mnie docierać, co się dzieje.
Właściwie wszystko, co napisałam od początku roku i wyrażało jakąkolwiek formę smutku, miało źródła w tym samym miejscu.

A wszystko zaczęło się na początku tego roku w Tajlandii, w najdroższym i najbardziej ekskluzywnym hotelu, w jakim kiedykolwiek byliśmy, gdy ja, zamiast się nim cieszyć i chwytać moment, siedziałam na telefonie i zdawałam moim przyjaciółkom obszerną relację z tego, jakie emocje wywołał we mnie Instagram, gdy wysłał mi powiadomienie "Twój znajomy dołączył do Instagrama".
A tym znajomym był facet, który mnie zgwałcił.
Co również oznaczało, że odblokował mnie na Facebooku. Gdzie, jak masochistyczna idiotka, którą jestem, od razu weszłam, by przekonać się, że wciąż ma tam nasze wspólne zdjęcia.
Z opisami o tym, jak bardzo mnie kocha. SIC!
A przyjaciółka, która ma go w znajomych dodała, że to rzeczywiście dziwne, bo nie ma tam nawet jednego zdjęcia ze swoją obecną dziewczyną, z którą jest już od x czasu (vide ten o obecnych dziewczynach ex).
Wytrąciło mnie to z równowagi tak bardzo, że potrzebowałam trzech godzin rozmów z piątką różnych przyjaciół na raz, żeby się uspokoić.

Teraz sobie uświadomiłam, że był to taki krąg losu. 
Facet zablokował mnie na Facebooku dokładnie 3 lata wcześniej, gdy również byłam w Tajlandii. Po tym, jak napisał mi najbardziej żenującą, obraźliwą i krzywdzącą wiadomość, na jaką było go stać, której puentą było to, że mnie nie zgwałcił, bo "po fakcie nie zachowywałam się jak ofiara gwałtu".
Co w przełożeniu na rzeczywistość oznaczało, że wciąż go kochałam i zamiast od razu odejść, błagałam, żeby mnie przeprosił, powiedział, że żałuje i obiecał, że więcej tego nie zrobi.
Czego nie zrobił, twierdząc, że "to nie był gwałt, po prostu ja uprawiałem seks z Tobą, a Ty ze mną nie".
Byłam wściekła, gdy mnie zablokował, bo miałam poczucie, że to takie finalne splunięcie mi w twarz i ostateczne okazanie braku szacunku, ale prawa była taka, że bardzo mi to pomogło.

Żeby w pełni zrozumieć, jak duże wrażenie to na mnie zrobiło, trzeba zaznaczyć, że ja z lęku przed spotkaniem go i jakąkolwiek interakcją z nim, dosłownie przestałam wychodzić z domu; na rower, na spacer, do niedalekiego parku, bo mieszkamy niedaleko od siebie, więc ryzyko wpadnięcia na siebie było dla mnie zbyt duże. Przestałam jeździć komunikacją miejską w zimie, bo wiedziałam, że wtedy przesiada się na nią z roweru. Przestałam chodzić na koncerty zespołów, które oboje lubiliśmy, bo spotkanie go na Męskim Graniu rok po rozstaniu sprawiło, że miałam ochotę umrzeć.

I od tego feralnego Męskiego Grania w 2016, aż do stycznia tego roku, oprócz dwóch czy trzech zdjęć z jego udziałem, które wyprowadziły mnie z równowagi, naprawdę zaczęłam zapominać.
W moich snach już nie był oprawcą, tylko moim przyjacielem, mój mózg zaczął układać w sobie jakąś terapeutyczną narrację dążącą do ograniczenia nienawiści, złości i żalu, a finalnie wybaczenia.
Myślałam więc, że Tajlandia będzie moim finalnym odwykiem, symbolicznym zamknięciem etapu cierpienia i przejściem w stan gojenia.
Jednak tamto powiadomienie skruszyło we mnie całą mozolnie budowaną konstrukcję spokoju i dystansu.

Potem nastały całe tygodnie koszmarów i szarpania się ego z rozsądkiem. Wiedziałam, że muszę go zablokować, dla swojego własnego zdrowia psychicznego, bo im więcej o nim wiem, tym gorzej się czuję... Ale tak bardzo nie chciałam dać mu tej satysfakcji, że jego istnienie wciąż robi na mnie wrażenie.
Finalnie, po czasie dłuższym niż sugerowałaby moja nowo zdobyta dojrzałość, zrobiłam to.
Na co on w odpowiedzi zablokował mnie na Instagramie (o czym dowiedziałam się z próby zablokowania jego), co znowu wyprowadziło mnie z równowagi na tygodnie.
Najbardziej jednak złościło, martwiło i frustrowało mnie to poczucie, że znowu dałam się wciągnąć jakąś formę relacji z nim, pełną gierek, blokowania, zaglądania, analizowania rzeczy, które kompletnie nie powinny mnie interesować.

I na fali tych emocji udało mi się napisać "Gdyby pan się znał na kobietach, to pan by wiedział, że zawsze się troszeczkę gwałci" , który jest jednym z lepszych tekstów, jakie napisałam w życiu.

Dosłownie dwa tygodnie później zobaczyłam go jadącego na rowerze przez miasto (vide ten o #metoo), co zostawiło mnie płaczącą w środku restauracji i przygniecioną setką myśli na sekundę, a każda z nich brzmiała "nigdy się od niego nie uwolnisz".
I moje zmysły, które od zawsze były wytężone w miejscach publicznych, gdy nerwowo rozglądałam się we wszystkie strony, by się upewnić, że go tam nie ma, nic mi nie zagraża i mogę się zrelaksować, stały się jeszcze bardziej męczące.
Koszmary się nasiliły, a z nimi poczucie ciągłego zagrożenia.
W ciągu kilku miesięcy przeszłam z ciężko wypracowanego myślenia o nim raz na tydzień lub rzadziej, do myślenia o nim cały czas, w każdej wolnej chwili, codziennie.
Jakby ktoś zepchnął w głąb mojego umysłu wszystko, co wywalczyłam przez te lata i wyciągnął na powierzchnię 16-letnią mnie, której całe życie było sparaliżowane i podporządkowane tylko i wyłącznie jemu.

Jednocześnie większa część mnie wypierała ten ból i interpretowała go, jako potrzebę pisania książki. W niej widziałam jedyną szansę na wolność, na zamknięcie tego etapu, na ruszenie do przodu.

Przecież wszyscy to o mnie wiedzą, że dopóki czegoś nie opiszę, nie mogę tego zamknąć.

Nie da się jednak pisać o czymś, o czym nie jesteś w stanie myśleć.
A moje myśli na jego temat nie są konstruktywne, nie są procesem układania mentalnych puzzli. Są ściekiem najgorszych rzeczy, jakie tylko mogę sobie przypomnieć na swój temat, zbiorem najgorszych wspomnień, pretensji, błędów.
A im dłużej o nim myślę, tym bardziej uruchamiają się we mnie stare mechanizmy, które przez całe lata broniły go w mojej głowie i znajdowały wytłumaczenie dla nawet najgorszych czynów, zawsze doszukując się winy we mnie.

Nie mogłam więc pisać.

Siadałam przed pustą stroną i nie byłam w stanie wykrzesać z siebie nawet jednego zdania.
Jednocześnie nienawidząc się za to, bo byłam tak strawiona tymi wszystkimi trudnymi emocjami i myślami, że nie było w mojej głowie przestrzeni na to, by pisać o czymkolwiek innym.
I czułam, że znowu utknęłam w tym świecie, który 13-letnia ja stworzyła w swojej głowie, gdzie jestem tylko ja i on.
Siedziałam nad brzegiem jeziora, wpatrywałam się tępo w przestrzeń nad ekranem laptopa i płakałam z bezsilności wobec tego bólu, który odczuwam. Wobec jego nieuchronności, odwieczności, ponadczasowości.
I jakaś część mnie czuła się z nim dobrze, bo był mi tak znany (vide ten o byciu nieszczęśliwą), tak oswojony, jak ubranie starego swetra, który Cię drapie, uczula i jest za duży, ale masz go od zawsze i jest w tym coś pokrzepiającego.
Za to też się nienawidziłam.

Na moje urodziny pojechaliśmy w Bieszczady, pierwszy raz spróbowałam czegoś nowego (komu będzie się chciało scrollować do moich urodzin i wie kiedy są, ten będzie wiedział czego, ale nie chcę poruszać tego tematu bez rozwinięcia, a nie chcę go rozwijać tutaj) i coś się we mnie odblokowało.
Spędziłam 4 godziny rozmawiając z Piotrkiem w samochodzie i płacząc.

Płacząc nad tym, że mam w sobie te wszystkie emocje, z którymi nie wiem, co mam zrobić, które mnie kompletnie przerastają i przejmują nade mną kontrolę, odcinając mnie od wszystkich dobrych rzeczy w moim życiu, z których powinnam się cieszyć.
Płakałam nad tym, że między momentem, gdy rozstałam się z kimś, kogo przez całe moje dorastające życie uważałam za przyszłego męża, a mnie zgwałcił, a momentem, gdy poznałam jego, mojego faktycznego męża, minął dosłownie miesiąc.
Płakałam nad tym, że nie miałam w swoim życiu ani minuty na to, by przeżyć żałobę po miłości, którą uważałam za największą, po moim najlepszym przyjacielu, po kimś, kto owszem, był powodem ogromu mojego cierpienia, ale był też jedyną osobą, która była przy mnie zawsze, gdy go potrzebowałam, niezależnie od tego, czy byliśmy aktualnie razem, czy nie.
Płakałam nad tym, że nie miałam przestrzeni, by przeżyć fakt, że zmarnowałam całą swoją (i pod wieloma względami nie tylko swoją) młodość na kogoś, kto prawdopodobnie nigdy nie kochał mnie nawet w 1/10 tak jak ja jego. Kto finalnie złamał mi życie.

I gdyby nie ten cudowny, magiczny zbieg okoliczności, w którym poznałam Piotrka tuż po tych wydarzeniach...
Piotrka, który nie tylko był spełnieniem moich marzeń pod względem charakterologicznym, ale był też dość zdolny, a co za tym idzie bogaty, by zabrać mnie, praktycznie obcą dziewczynę, na 4 miesiące, na drugi koniec świata...
Prawdopodobnie albo popełniłabym samobójstwo. Albo wciąż była z tym facetem.
Co byłoby tylko inną wersją samobójstwa, bo musiałabym zabić w sobie resztki godności, honoru i szacunku, jaki miałam sama do siebie, by wrócić do kogoś, kto mnie zgwałcił i nawet tego nie żałował. 

Płakałam nad tym, że wciąż jest część mnie, która kocha faceta, który mnie skrzywdził i z równą mocną nienawidzi go w tym samym czasie. Ponieważ on nie był przypadkową osobą, nie był kimś, kto pojawił się w moim życiu na 5 minut. On był moim życiem. Całym życiem przez wiele, wiele lat. Był tym, od czego wszystko się zaczynało i do czego wszystko się sprowadzało. Największą motywacją moich działań. Moją jedyną słabością, nadzieją, miłością. A część mnie, która odpowiada za uczucia do niego, to część, w której zawiera się wszystko, co we mnie najlepsze i najgorsze. Wszystkie najgorsze uczynki, jakie zrobiłam w swoim życiu, wychodzą z tego miejsca. I wszystko, co we mnie najczystsze, altruistyczne, pełne miłości, oddania i poświęcenia, również wychodzi stamtąd.
Płakałam nad tym, że czasem czuję się, jakby nic we mnie nie było, jakbym była pusta w środku, bo w moim rdzeniu jest czarna dziura o imieniu tego faceta i kiedyś nie zostanie ze mnie nic, tylko echo powtarzające to imię (vide ten o zrujnowanym imieniu).
Nie ma części mnie, które byłby od niego zupełnie wolne, a jego słowa i uczynki wplatają się we wszystko, co uważam w sobie za "mnie".
Płakałam i płakałam, aż łzy się skończyły.

I myślałam, że będzie lepiej.

Znowu usiadłam nad jeziorem, otworzyłam laptopa, ale słowa nie chciały przyjść, myśli nie chciały zacząć się układać.
Zaglądałam w głąb siebie i wszystko, co widziałam, to kłębek o wyglądzie czegoś, co zostało zjedzone, zwymiotowane i przejechane przez walec.
Nie było już łez, ale nie było też żadnej ulgi (vide ten, w którym zaczęło do mnie docierać, co się dzieje).

Chodziłam tam jednak konsekwentnie, wierząc, że najmniejsze kroki są lepsze niż żadne, aż tydzień temu...

Spotkałam go.

Jechał od strony słońca, długo więc patrzyłam na niego bezmyślnie, nie mając pojęcia, że to on.
Aż w końcu był dość blisko, bym mogła zobaczyć jego oczy i nie było żadnych wątpliwości.
Był grubszy, starszy, jakby opuchnięty, pod wieloma względami niepodobny do jakiegokolwiek ze stanów, w których go znałam, ale to był on.

Fantazjowałam o tym momencie konfrontacji nieskończoną ilość razy.
Wyobrażałam sobie przeróżne scenariusze; od spazmatycznego płaczu do histerycznego śmiechu.
Marzyłam o tym, że zobaczę w jego oczach smutek, skruchę, żal, pokorę. Może, jak zawsze, nie będzie wiedział co powiedzieć, ale popatrzę na niego i będę wiedzieć.
Będę mieć pewność, że żałuje tego, co mi zrobił i że byłam ostatnią kobietą w jego życiu, którą tak skrzywdził.
Roiłam sobie, że w finalnym darze na zakończenie naszego "wspólnego" etapu życia, da mi możliwość wybaczenia mu. Uspokoi moje sumienie tym symbolicznym okazaniem, że gdzieś, w głębi siebie jest dobrą osobą. Osobą, którą zawsze w nim widziałam, którą tak bardzo kochałam, dla której zrobiłam tak wiele okrutnych rzeczy; sobie, jemu i innym.

Otworzyłam usta w niemym szoku, chcąc może powiedzieć coś, co zawsze w głębi siebie wiedziałam, że powiem, ale nie było to dostępne dla świadomej mnie. Żaden dźwięk nie opuścił jednak moich ust, bo mózg już zdążył zanotować, że jego prędkość się nie zmniejsza i nie ma zamiaru się zatrzymać.
Jechał, patrząc na mnie spokojnie, zupełnie bez zdziwienia, jakby to było oczywiste, że będę tu siedzieć, jakby to było zwyczajne, że mam krótkie tęczowe włosy, jakby ten obraz był dla niego znany i naturalny, jak każdy inny element krajobrazu.
I wymijając mnie, wciąż patrząc mi w oczy, uśmiechnął się.

Ten uśmiech wywołał we mnie taki dysonans poznawczy, że pomyślałam, że to nie mógł być on.
To niemożliwe. Nierealne. Nieludzkie. Nikt nie popatrzyłby się w ten sposób na kogoś, kogo skrzywdził. 


A jednak jeszcze pół sekundy temu siedziałam z otwartymi ustami, patrząc się na niego i wiedząc na 100%, że jest dokładnie tym, kim jest.

Nie znalazłam w tej konfrontacji żadnej z rzeczy, których szukałam.
Nie było smutku, współczucia, wstydu, żalu.
Tylko bijąca z niego pewność siebie, wyższość, jakaś niepokojąca satysfakcja.
Ten jego uśmiech i spojrzenie, jakim w całym moim życiu, patrzył na mnie tylko on; jakbym nie miała żadnej wartości. Jakbym była rzeczą, z którą może robić co tylko uzna za słuszne. Rzeczą, która zgodnie z jakimś odwiecznym prawem natury mu się należy. Rzeczą, która istnieje tylko dla jego rozrywki.

Wracałam do domu jak w transie. Czułam się, jak Twardowski, zawieszona gdzieś w jakimś dziwnym kosmosie, którego zupełnie nie interesują pojęcia, jak czas i przestrzeń.
Szłam krok za krokiem i czułam, że jestem gdzieś zupełnie indziej, z pewnością nie w teraźniejszości, ale też nie w przeszłości. W jakimś miejscu, w którym żyję tylko ja i duchy.

Przyszłam do domu, zużyliśmy z Piotrkiem resztę używek, jaką mieliśmy; żeby nie eksplodować od natłoku emocji. I powiedziałam, że to koniec. Rzucam.
Następnego dnia moja mama dała mi namiar na terapeutkę od traum, do której się zgłosiłam i pierwszą wizytę mam 3.10.

Ponieważ czas przyznać, że chociaż trzy poprzednie terapie i x poprzednich psychiatrów mi nie pomogło, tak nie ma dla mnie innej drogi niż terapia.
Niezależnie od tego, jak rozczarowana jestem dotychczasowymi terapeutami, jak bardzo nie chcę powtarzać znowu na głos wszystkich swoich najgłębszych traum przed obcymi ludźmi, nie mam wyboru.
Nie poradzę sobie sama.
Nie mam narzędzi, by sobie z tym poradzić sama.

Nie z gwałtem samym w sobie, bo to już przerobiłam, rozbiłam na drobne i poukładałam w sobie, przy olbrzymiej pomocy mojego męża.

Nie mogę poradzić sobie z tym, że zgwałcił mnie ktoś, kogo kochałam tak bardzo, komu ufałam tak bardzo, że byłam gotowa wybaczyć to, co mi zrobił. Za jedno banalne "przepraszam".
Nie mogę poradzić sobie z tym, że jest wciąż część mnie, która kocha kogoś, kto mnie zgwałcił, nawet jeżeli ta miłość istnieje jedynie, jako współwaga nienawiści i nie dotyczy realnej, żywej osoby, tylko moich wspomnień i wyobrażeń o niej.
Nie mogę sobie poradzić z tym, jak bardzo się nienawidzę za te uczucia.
Nie mogę poradzić sobie z tym, że jeżeli on faktycznie jest fundamentalnie złą osobą, która potrafi wyprzeć krzywdzenie innych ludzi tak skutecznie, by się do nich cynicznie uśmiechać, to wszystko, co kiedykolwiek zrobiłam, żeby z nim być, bo widziałam w nim dobro, było na marne.
Nie mogę poradzić sobie z tym, że jeżeli on jest złą osobą, ja też nią jestem, bo wyżej stawiałam swoje bezpodstawne złudzenia niż szczęście i godność innych ludzi.
Nie mogę poradzić sobie z tym, że włożyłam ogrom pracy w to całe wspaniałe życie, które mamy z Piotrkiem, a nie umiem się w nie w pełni zaangażować, bo jestem uwięziona w przeszłości, która dla moich emocji jest równie prawdziwa, aktualna i namacalna, jak teraźniejszość.

I odkąd rzuciłam, widzę, że to są właśnie powody, dla których uciekam od trzeźwości. 
Nie stres związany z blogiem, studiami, realizacją wszystkich planów, jakie snuję w swojej głowie.
To moja niemożność poradzenia sobie z myślami o samej sobie. 

Myślałam, że gdy odstawię używki, będę żyła na 100%, w przeciwieństwie do poprzednich 70%.
Jednak okazuje się, że trzeźwa żyję na 30%, bo jestem cały czas, nieustannie, nieugięcie, bez chwili wytchnienia, konsumowana przez myśli, które sprawiają, że mam ochotę rzucić się z balkonu i przestać już czuć. Cokolwiek.

Myślałam, że moje uzależnienie ma źródła w lęku przed życiem, a ma źródła w lęku przed tym, co dzieje się w mojej głowie.
Myślałam, że uciekam, ale tak naprawdę próbowałam się chronić przed samą sobą.

Rozmawiałam kilka dni temu z moją mamą i widząc, jak strasznie się ze sobą męczę, nie tylko z rzeczami, które opisałam powyżej, ale też z całą paletą efektów odstawiennych, wzięła metr z Ikei
- Planowałaś rzucić na 30 dni, tak? - powiedziała odrywając na nim 30 centymetrów
- Mhm...
- To umówmy się tak: chcę żebyś na tę terapię poszła trzeźwa, poszła na takich emocjach, na jakich jesteś właśnie teraz, drżąca i zapłakana, żeby nie było w Tobie ani grama substancji, które jakkolwiek Cię uspokoją, ok?

- Ok...
- Jeżeli jednak wrócisz z niej i wciąż będziesz czuła, że potrzebujesz wytchnienia, przerwy i niemyślenia, możesz to zrobić. Ile dni zostało do terapii? 11?
- Chyba tak...

- Spójrz - powiedziała wskazując na metr - miałaś wytrzymać 30 dni, a wystarczy tylko 11, zobacz o ile mniej to jest, prawda?
- No... no mniej - powiedziałam podnosząc na nią opuchnięte i załzawione oczy
- Tyle dasz radę, prawda?
- Prawda!


I nie chcę, by zrozumiano mnie źle, puentą tej historii nie jest to, że używki są odpowiedzią na wszystko i to ok być uzależnionym. Tak nie jest.

Jednak życie potrafi być naprawdę trudne, a klatki, w jakich się zamykamy, niemożliwe do samodzielnego otwarcia.
Czasem lepiej jest się odrobinę przekupić, by dać sobie siłę i motywację do tego, by walczyć o siebie, niż skazywać się na abstynencję, która wykańcza nas psychicznie i zamiast pomagać, odbiera jeszcze więcej życiowej energii.
Ten argument jednak kompletnie nie działa, gdy de facto nie robi się żadnych konkretnych kroków (jak na przykład terapia), by sobie pomóc. 

Czekam więc na moją sesję terapeutyczną, jak na zbawienie, bo jak ten dzień by się nie potoczył, wieczorem wrócę do domu i pierwszy raz od wielu dni, będę mogła się relaksować bez wyrzutów sumienia.

Znam ludzi fizycznie chorych, którzy cierpią każdego dnia, ale życie przyjmują z ogromną pogodą ducha.
Znam też takich, którzy chociaż zupełnie zdrowi, nie są w stanie unieść bólu, jakie zadają im ich własne myśli.


Tak łatwo jest się obwiniać, nienawidzić, być dla siebie surowym, okrutnym i bezwzględnym.
Ogrom z nas, w dowolnym momencie życia, traktuje samych siebie gorzej, niż kiedykolwiek potraktowałoby kogoś obcego lub bliskiego.
Nie wszystkie myśli, które mamy w głowie są "nasze" i oddają to, jakimi ludźmi jesteśmy.
Traktowanie więc ich w ten sposób i obwinianie się za nie, to prosta droga do depresji, a w gorszych przypadkach schizofrenii.
Im większy dysonans między naszymi myślami, a ocenami tych myśli, tym większa szansa, że w końcu wpadniemy w pułapkę w postaci dysocjacji lub zupełnego poddania się temu braku kontroli.
Higiena psychiczna jest równie ważna, jak ta fizyczna.

Nawet z moimi supernatural umiejętnościami do autoanalizy i łączenia emocjonalnych kropek, zajęło mi naprawdę bardzo, bardzo długo zrozumienie, co mi jest, dlaczego tak mi jest i co mam ze sobą zrobić, żeby poprawić swój stan. A puentą okazało się być przypomnienie, że nie jestem Boginią ani cudotwórcą, tylko jak każdy inny człowiek potrzebuję stada do przeżycia, w tym wypadku terapeuty.
A moje moce zdałyby się na nic, gdyby nie lata terapii, w trakcie których nauczyłam się patrzeć na siebie z boku, starając się za bardzo nie oceniać, tylko wyciągać wnioski.

Jakkolwiek więc jestem zrażona do terapii i terapeutów, po ostatnich nieudanych próbach, muszę próbować dalej.
Gdy lekarz źle Ci wyleczy złamanie, to nie godzisz się na to, żeby do końca życia mieć źle zrośniętą kość, tylko idziesz do następnego lekarza i następnego, aż w końcu znajdziesz takiego, który Cię wyleczy.
Nie oddałabym możliwości biegania, skakania, tańczenia z niechęci do lekarzy i badań, jakie muszą przeprowadzić.
Nie mogę więc oddać mojego szczęścia, na które ciężko zapracowałam, z niechęci do terapii.

Zasługuję na pomoc.
Zasługuję na szczęście.
Zasługuję na życie w teraźniejszości.
Zasługuję na trzeźwość, która mnie nie męczy.


Chociaż miałabym się wspinać na tę samą górę, tysiąckroć razy, nie mogę się poddać.

Zasługuję na to, by o mnie walczyć.



Przede mną najtrudniejsza rzecz, jaką kiedykolwiek musiałam zrobić w życiu: wybaczenie komuś, kto mnie złamał i pod żadnym względem nie zasługuje na moje wybaczenie.

Ponieważ wierzę, że wybaczenie to wolność.

Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.