"Gdyby pan się znał na kobietach, to pan by wiedział, że zawsze się troszeczkę gwałci"

10:13
Przemówiłyście. Ilość wiadomości, jakie dostałam na temat tego filmu:


Zwaliła mnie z nóg.

Chciałabym rozbić ten tekst na trzy części: "uwodzicieli", kulturę gwałtu popartą toxic masculinity i narrację Gargamela.
Zacznę od końca, a publiczności, która nie interesowała się polityką w 2014, przypomnę, że tytuł tego tekstu to słowa posła Janusza Korwina-Mikke, obecnego lidera Konfederacji KORWiN Braun Liroy Narodowcy na wybory do PE '19, w "Kropka nad i" (od 03:58) z tego właśnie roku.

1. Narracja Gargamela

Z góry chciałabym zaznaczyć, że jak wszyscy ludzie na tej pięknej planecie, mam prawo do własnych opinii i o ile nikomu nie szkodzą, a ja wyrażam je z szacunkiem, nie powinno być problemem, że myślę "inaczej".

To, co uderzyło mnie w filmie najbardziej, to ilość słownej agresji, pogardy, obrzydzenia, szczerej nienawiści, jaką autor darzył bohaterów swojego filmu.
Oczywiście ja również nie żywię do nich ciepłych uczuć, nie popieram tego, co robią, a szczególnie sposobu, w jaki to robią. Jednak...
Gargamel zauważa ich problemy, jednocześnie ignorując ich źródła. Tam, gdzie czai się złamane serce, złamane poczucie własnej wartości, złamany człowiek, on widzi tylko celowość i złą wolę.

Tworząc dowolne treści, trzeba się zastanowić: do kogo je kierujemy, jaki cel chcemy osiągnąć, co chcemy przekazać?

Jeżeli Gargamel miał na celu pokazanie ludziom, którzy i tak nigdy by się nie stali częścią opisywanej przez niego społeczności, że ta społeczność jest zła, gratuluję sukcesu.
Widzę tu jednak niepowetowaną stratę okazji, by dać osobom, które potencjalnie takie miejsca kuszą, powody, by tam nie iść.

Ludzie mają taką śmieszną właściwość, że gdy zaczynasz ich obrażać, przestają Cię słuchać. 

Niezależnie od tego, ile prawdy jest w Twoich słowach, jak świetnie skonstruowane są Twoje argumenty, jak błyskotliwie przedstawiasz swoje tezy.
Nie. Będą. Słuchać.
I to nie jest cecha wyjątków z przerostem ego albo szczególnie oderwanych od rzeczywistości jednostek, to nasza wspólna cecha, wszystkich ludzi.
Dlatego w dzisiejszych czasach tak ciężko jest nam się dogadać, gdy wszystkie tezy są raczej stawiane w opozycji do czegoś, niż jako samodzielne fakty. Nasze poglądy się polaryzują, bo zamiast myśleć samodzielnie, wybieramy utożsamienie się z którąś ze stron i biernie stajemy się cegiełką w wielkim murze, który broni naszego światopoglądu przed przeciwnikami.
Nie mamy żadnego świeżego spojrzenia, empatii, zrozumienia, zainteresowania, dlaczego druga strona myśli w ten, a nie inny sposób.
Ponieważ to nie są zadania cegiełek. Cegiełki mają stać równo, być twardo osadzone, nie wychylać się.

"Jak można być takim idiotą, żeby myśleć, że..?".

Jak widać, można. Patrzysz na przykład takiej osoby, tuż przed sobą. Niezbity dowód,  że się da.
Teraz zastanówmy się, jak powiedzenie komuś, z kim się nie zgadzasz, w praktycznie pierwszym zdaniu, że jest idiotą, wpłynie na jego odbiór tego, co mówisz?
Nie. Będzie. Słuchać.
Dlatego większość dyskusji, szczególnie w Internecie, umiera, gdy schodzi się na personalne przytyki. Gdy osoba poczuje, że jest atakowana, będzie się bronić, to podstawowa reakcja dla nas, zwierząt. Walcz, zastygnij, uciekaj. 
Życie funduje nam mnóstwo momentów, w których zastygamy lub uciekamy, z tym większą chęcią angażujemy się w sytuacje, gdzie możemy walczyć, bez większego ryzyka dla samych siebie i mieć poczucie wygranej niezależnie od realnego wyniku.
Bo czym właściwie jest "realny wynik", jeżeli dwie osoby krzyczą do siebie swoje poglądy, z zatkanymi na drugą stronę uszami, a potem rozchodzą się zadowolone, nieskażone nawet jedną myślą, którą wypowiedział rozmówca..?

Nie spodobał mi się ten film.

Myślę, że ten efekt stworzył nie tylko ton jego wypowiedzi, ale też fakt, że chętniej wypowiadał się o samych bohaterach i tym, co robią źle, niż tym, dlaczego to robią, co może stać za ich motywacjami, jakie niesie to konsekwencje, jakie zagrożenia stwarza, w jakimkolwiek innym kontekście niż pogardliwe twierdzenia o naturze ich życia.
Wyśmiał kilka razy fakt, że są mężczyźni, którzy googlują "jak rozmawiać z kobietami", co jest okropne samo w sobie, bo fakt, że ktoś to googluje, świadczy, że nie ma żadnego doświadczenia w kontaktach z płcią przeciwną i chce to zmienić. Chce się poprawić. 
Samotność jest jednym z największych problemów, z jakimi mierzymy się we współczesnych czasach, wyśmiewanie ludzi, którzy szukają pomocy w Internecie nie jest w porządku.

2. Uwodziciele

Oglądając każdego z nich, można w pięć sekund zauważyć, że wszyscy mają poważnie zaburzoną samoocenę, światopogląd i system wartości, który zwykłym ludziom pozwala w miarę normalnie funkcjonować w społeczeństwie. 
Moim zdaniem najlepiej obrazuje to filmik Vincentego, w którym (raczej nieświadomie) opowiada o tym, że wciąż kocha swoją byłą kobietę, nie umie o niej zapomnieć, wciąż się o nią troszczy i nie pogodził się z rozstaniem.
Jednocześnie nagrywając treści o tym, że kobietom nie należy ufać, kłamią, zdradzają i nie są warte prawdziwego zaangażowania, samemu będąc w związku i dokonując powyższych przewinień.
To mi bardzo przypomniało świetny dokument o płaskoziemcach, Behind the Curve, który można obejrzeć na Netflixie. 
Oprócz fenomenu wiary w płaską Ziemię, jest tam niesamowicie, choć bardzo subtelnie, przedstawiony obraz ludzi, którzy tworzą coś na wzór kultu, po to, by znaleźć swoje miejsce na świecie. 
Najczęściej są to osoby, które edukacja zawiodła, szkoła nie była dla nich przyjaznym miejscem, mają więc poważne braki w wiedzy. Zawsze byli trochę "dziwni", trochę na uboczu, raczej w trzecim szeregu, niż centrum zainteresowania. Nieustannie pragnąc czegoś więcej. 
I nagle znaleźli temat płaskiej Ziemi, wśród ludzi bardzo podobnych do siebie samych, gdzie mogą rozkwitać. 
Mogą być autorytetem, być w świetle reflektorów, być tym, kim zawsze wiedzieli, że powinni być, ale świat, w którym funkcjonowali, konsekwentnie im to uniemożliwiał. 
Teraz więc muszą ten temat podtrzymać za wszelką cenę, niezależnie od prawdy, faktów i dowodów, bo tak naprawdę nie walczą o niego, walczą o swoją pozycję, swoje życie, swój czas, na który, ich zdaniem, ciężko zapracowali. 
Behind the Curve pokazuje, jak płaskoziemcy podejmują niekończące się próby naukowego udowodnienia, że Ziemia jest płaska i, co oczywiste, za każdym razem odnoszą porażki, ponieważ nie da się naukowo udowodnić czegoś, co nie jest prawdą. Nie zmienia to ich podejścia do tematu nawet o promil. Prawda nic dla nich nie znaczy, bo, nie o prawdę im chodzi. 

I mamy "uwodzicieli". 
Mężczyzn, którzy zostali przez swoje partnerki oszukiwani, zdradzani, okłamywani. Brak większych życiowych osiągnięć i pasji, które mogłyby odciągnąć uwagę od uczuciowych porażek, pozbawił ich szansy na odrobinę utęsknionej równowagi. Zaszczepione głęboko w nich przekonanie o własnej wyjątkowości, nie mogło znieść takiego zderzenia z rzeczywistością. Dysonans poznawczy był zbyt bolesny, a niewyposażeni w żadne narzędzia, które pozwalają sobie radzić z odrzuceniem, przekuli swoje cierpienie w gniew (co przecież tak często zdarza się wielu z nas), a ze swojego gniewu zrobili biznes. 
Biznes, który pozwala im karać tych (kobiety), którzy według nich zasłużyli na karę. I nagradzać tych (siebie samych i sobie podobnych), którzy według nich zasłużyli na nagrodę. 
Biznes, w którym ich wyjątkowość jest centrum uwagi, można pisać o niej książki, można robić na jej temat szkolenia, możne stać przed tłumem ludzi i wyobrażać sobie, że każdy z nich chce być Tobą. 
Biznes, który pozwala im kontynuować wypieranie trudnych emocji, wymuszając jednocześnie coraz głębsze zatracanie się w przedstawianych przez nich wartościach, które, co łatwo zauważyć, uformowały się w bardzo trudnym dla nich momencie życia. 
Ich cała działalność pokazuje, jak olbrzymim problemem jest odbieranie chłopcom szansy na naukę radzenia sobie z emocjami. Do tego jednak jeszcze dojdziemy. 

Ich targetem są mężczyźni, jak oni sami; pozbawieni elementarnych narzędzi do radzenia sobie z emocjami, wychowani w kulturze, które oczekuje od nich pewnych zachowań, z których nie chcą i/lub nie potrafią się wywiązywać, co w połączeniu z ogólnym rozczarowaniem związanym z życiem, stwarza żyzną glebę do radykalizacji.
Tym przecież jest ich przesłanie, prawda?
Radykalnym obdarciem kobiet z godności, emocji, praw i uczuć, sprowadzając nas do obiektów seksualnych.

3. Kultura gwałtu i toxic masculinity

Mogłabym napisać całą trylogię na temat tego, jak te zjawiska są ze sobą powiązane i jak wzajemnie się nakręcają.

Toxic mascunility - koncept używany w psychologii i gender studies opisujący pewne normy męskiego zachowania, występujące u mężczyzn z Europy i Północnej Ameryki, które łączy się ze szkodliwością dla społeczeństwa i ich samych. Tradycyjne stereotypy dotyczące mężczyzn, jako dominujących w społeczeństwie, razem z cechami, jak mizoginia lub homofobia, mogą być postrzegane jako toksyczne, przez przykładanie się do przemocy fizycznej, seksualnej i domowej. 
 - Wikipedia [w moim marnym tłumaczeniu]

W czasie, gdy my uczymy się, jak dbać, kochać, troszczyć się i wzruszać.
Mężczyźni uczą się, jak współzawodniczyć, tłumić emocje, wstydzić się słabości i być "samcem alfa".
Nie trzeba do tego prania mózgów, obozów treningowych i najgorszych na świecie rodziców.
Wystarczy wyjść na podwórko i dać chłopcom piłkę.
Zakazać płaczu, gdy upadną, wyśmiać, gdy ich drużyna przegra, gnębić za wrażliwość, jeżeli przegrana ich wzruszy, faworyzować, gdy zostaną kapitanem.
Tylko tyle. Powtarzane jednak konsekwentnie, przez całe lata, jest wszystkim, czego potrzeba.
"Chłopcy to chłopcy""chłopaki nie płaczą""nie maż się, jak baba""kopiesz, jak dziewczyna".
Patriarchat wychowuje nas w najdziwaczniejszy sposób.
Dziewczynkom mówi się, że chłopcy są głupi, dzicy i trzeba im ustępować, bo dziewczynki są mądrzejsze i wiedzą lepiej.
Chłopcom mówi się, że dziewczynki są głupie, słabe i trzeba im ustępować, bo chłopcy są mądrzejsi i wiedzą lepiej.
I gdy mając te kilkanaście lat, zaczynamy ze sobą więcej obcować, podchodzimy do siebie, jak do istot z obcej planety. Proces pierwotnej socjalizacji oddzielił nas od siebie, jak tylko to było możliwe, ucząc nas zupełnie innych umiejętności, dając nam zupełnie inne cele i oczekiwania, nastawiając nas przeciwko sobie na tysiąc różnych sposobów.
Nic więc dziwnego, że tak często mamy ogromne problemy z porozumiewaniem się.

Jeżeli mówimy o toxic masculinity, dobrze by było znaleźć podobne przykłady po drugiej stronie, nazwijmy to toxic femininity.
W obu przypadkach zderzamy się z sytuacją, gdzie stereotypowe role, propagowane przez popkulturę i media, sprawiają, że ludzie znajdują wytłumaczenie dla swoich złych uczynków.
Mężczyzna, który "zalicza" kobiety w ilościach hurtowych, bo filmy w stylu James Bond'a nauczyły go, że tak zachowuje się "samiec alfa", nie jest w żaden sposób gorszy od kobiety, która uznała, że "wszyscy mężczyźni są tacy sami" i zasługują na karę, którą ona im emocjonalnie wymierza.
Mężczyzna, który reaguje przemocą, bo nie umie poradzić sobie ze złością, nie jest w żaden sposób gorszy od kobiety, która reaguje fałszywymi oskarżeniami o przemoc, bo nie umie poradzić sobie z zazdrością.
Mężczyzna, który traktuje z pogardą i agresją osoby, które nie podzielają jego stylu życia, nie jest w żaden sposób gorszy od kobiety, która zachowuje się w ten sam sposób.
"Uwodziciele" mają swoje odpowiedniczki płci żeńskiej.
Toksyczność nie jest czymś, co dotyka tylko jednej płci, chcę to zaznaczyć z pełną stanowczością. I żadne z nas nie jest w pełni od niej wolnym.
Problem zaczyna się wtedy, gdy stężenie toksyczności osiąga poziomy, które ranią już nie tylko nas samych, ale i postronne osoby.

Kultura gwałtuokreślenie hipotezy, w myśl której zjawisko przemocy seksualnej, w tym zgwałceń, jest powszechne w społeczeństwie, a jego eskalacji sprzyjają niektóre społeczne normy i przekonania, często rozpowszechniane poprzez środki masowego przekazu.
- Wikipedia

Wierzę, że najlepiej rozumie się rzeczy na przykładach, przytoczę tu też kwestionariusz Marthy Burt, którego celem jest określenie, jak dalece rozpowszechnione są mity wspierające kulturę gwałtu:

1. Kobieta, która na pierwszej randce odwiedza mężczyznę w domu, pokazuje w ten sposób, że zgadza się na kontakty seksualne.
2. Nie każda kobieta może zostać zgwałcona (przyp. red. przykładowo żona lub prostytutka).
3. Czasami kobiety kłamią donosząc o gwałcie, aby zwrócić na siebie uwagę.
4. Każda zdrowa kobieta może się oprzeć gwałcicielowi, jeśli naprawdę tego chce.
5. Kiedy kobiety chodzą bez stanika, w szortach lub obcisłej bluzce, prowokują w ten sposób do gwałtu.
6. W przypadku większości gwałtów ofiara ma złą opinię i skłonność do wielu partnerów seksualnych.
7. Jeżeli dziewczyna pozwala na pocałunki i pieszczoty, to tylko jej wina, gdy sprawy wymkną się spod kontroli i partner wymusi na niej stosunek seksualny.
8. Jeżeli autostopowiczka zostanie zgwałcona, ma to, na co zasłużyła, gdyż nie powinno się wsiadać do nieznanych samochodów.
9. Jeżeli kobieta zadziera nosa i uważa, że to poniżej jej poziomu odzywać się do facetów na ulicy, to powinna dostać nauczkę.
10. Wiele kobiet nieświadomie pragnie gwałtu i może bezwiednie tak pokierować sytuacją, że do niego dojdzie.
11. Jeżeli kobieta upije się na imprezie i ma stosunek z napotkanym tam mężczyzną, inni mężczyźni mają prawo myśleć, że im też się to należy.
12. Wiele kobiet donoszących o gwałcie kłamie, aby się odegrać na oskarżanym mężczyźnie.
13. Wiele, a może nawet większość gwałtów to wymysł kobiet, które stwierdziły, że są w ciąży.

Każdy z tych przykładów, jest dosłownie naukowo obaloną tezą, która jednak świetnie funkcjonuje w sporej części społeczeństwa, jako fakt. 

Mamy tu kilka typowych przykładów: insynuowanie, że kobieta ponosi jakąkolwiek odpowiedzialność za fakt bycia zgwałconą lub molestowaną, przy jednoczesnym zakładaniu, że mężczyźni "zawsze chcą jednego", więc nie wolno stwarzać im okazji. Sugerowanie, że kobiety, które zgłaszają gwałty, najczęściej kłamią, co obalają wszystkie policyjne statystyki, na terenie UE jest to ok 8% zgłoszeń, co biorąc pod uwagę, że szacunkowo ponad 65% przypadków gwałtów i molestowania nie jest w ogóle zgłaszanych, z lęku przed tym, że nikt nam nie uwierzy, jest naprawdę pomijalną liczbą.
Z moich osobistych doświadczeń wynika, że liczba niezgłaszanych gwałtów to 85%, bo prawie każda dziewczyna, którą znam i skończyła 24 lata, doświadczyła w życiu gwałtu i/lub molestowania seksualnego.
Nie znam za to ani jednej, która by to zgłosiła, z tych samych powodów: "nie mam dowodów", "byłam pijana, nikt mi nie uwierzy", "to ktoś z mojej rodziny", "byłam sparaliżowana strachem i się nie broniłam, jak udowodnię, że tego nie chciałam", "rodzice nie chcą mi uwierzyć", "to ktoś, kto ma nade mną władzę", "byłam nieprzytomna, to było już kilka lat temu, po co do tego wracać" i moje ulubione, które było powodem dlaczego ja nie zgłosiłam tego, co mnie spotkało: "wszyscy uważają go za takiego dobrego chłopaka, nikt by mi nie uwierzył, że mógł to zrobić".
Co tydzień czytam tyle wiadomości od moich czytelniczek na temat tego, że na jakimś etapie życia zostały zgwałcone przez: chłopaka/ojczyma/kolegę, że przestałam reagować na to szokiem.
Chociaż wiem, że szok to coś, czego każda ofiara oczekuje, bo sama ten szok przeżywa.
"Jak mogło się to przydarzyć jej? Ta najgorsza rzecz na świecie. Jak mogło spotkać to właśnie ją? Przecież jest silna, mądra, nikt by jej nie nazwał naiwną lub nieostrożną, jak mogło do tego dość?"
I liczą, że będę empatyzować z tym szokiem.
Tymczasem jedyne, co myślę to: "witaj w klubie, siostro, tak wygląda świat, gdy jesteś kobietą...".
I chociaż łamie mi się serce na widok ich cierpienia i staram się okazać jak najwięcej wsparcia, nie ma już we mnie zdziwienia.

Chciałabym, żeby dobrze się to osadziło, w każdej osobie, która to czyta.

Mam 25 lat.
Gdy słyszę od 15-latki, że jej pierwszym doświadczeniem seksualnym był gwałt, nie jestem zdziwiona.
Gdy słyszę od 17-latki, że wciąż mieszka z ojczymem, który ją gwałcił, gdy była dzieckiem, nie jestem zdziwiona.
Gdy słyszę od 22-latki, że dopiero po latach zorientowała się, że to, co ją regularnie spotykało, to były gwałty, nie jestem zdziwiona.
Gdy słyszę od 26-latki, że żyła z chłopakiem, który szantażem wymuszał na niej, by nie stawiała oporu w trakcie gwałtu, nie jestem zdziwiona.

Chciałabym, żebyście wyobrazili sobie małą dziewczynkę, którą przeciąża przeciętny tornister, która nie umie jeszcze nawet mnożyć, za to umie wyobrazić sobie, z pełnym przekonaniem, że patyk to różdżka.
Wyobraźcie sobie, jak leży w łóżku i całe jej ciało napręża się, jak struna, gdy słyszy na korytarzu kroki, wiedząc, co oznaczają. Wyobraźcie sobie jej rozpacz, gdy jej matka nie tylko jej nie wierzy, ale grozi i staje po stronie ojczyma. Wyobraźcie sobie lata życia z tą osobą pod jednym dachem, udawania, że największa trauma, jaka może Ci się wydarzyć w dzieciństwie, nie istnieje. Wyobraźcie sobie lęk, jaki odczuwa, gdy na świat przychodzi jej młodsza siostra i myśli o tym, że może spotkać ją to samo.

Chciałabym, żebyście wyobrazili sobie młodą dziewczynę, która nie miała jeszcze nawet swojego pierwszego pocałunku, hormonalna huśtawka sprawiła, że jej do niedawna nienaganną cerę pokryła mapa drobnych, czerwonych krostek.
Wyobraźcie sobie, jak stoi przed lustrem i wciąż nieumiejętnie stara się je pokryć korektorem, fantazjując o tym, jak będzie wyglądała jej pierwsza impreza w życiu. Wyobraźcie sobie, jak się czuje, gdy budzi się rano naga, obolała i posiniaczona, we własnym łóżku, ze słonym posmakiem w ustach, którego pochodzenia nie rozumie, bez żadnych wspomnień z wczorajszego wieczoru. Wyobraźcie sobie jej upokorzenie, przerażenie, wstyd i obrzydzenie, gdy uświadamia sobie, że została odurzona i jakie były tego następstwa. Wyobraźcie sobie, jak modli się w duchu, by chociaż nikt tego nie nagrał, by chociaż nikt o tym nie wiedział.

Chciałabym, żebyście wyobrazili sobie młodą dorosłą dziewczynę, która właśnie zamieszkała ze swoim pierwszym chłopakiem, z którym jest od liceum.
Wyobraźcie sobie lata ich młodzieńczej miłości, która ewoluowała od chodzenie za rękę do kina, przez pierwsze seksualne doznania, aż po ten moment, gdy decydują się zamieszkać razem. Wyobraźcie sobie jej pewność, że ślub i rzeczy, o których marzyła od zawsze, to już tylko kwestia kilku chwil, co do czego nigdy nie miała wątpliwości, bo odkąd spojrzała na swojego chłopaka po raz pierwszy, wiedziała, że jest tym jednym. Wyobraźcie sobie jej zdziwienie, gdy po kilku miesiącach padają słowa "jeżeli Ty nie jesteś gotowa odpowiadać na moje potrzeby, miasto jest pełne dziewczyn, które zrobią to z przyjemnością". Wyobraźcie sobie jej utkwiony w suficie martwy wzrok, gdy jej zesztywniałe, bezwładne ciało "odpowiada na potrzeby". Wyobraźcie sobie, to zimne, ciemne miejsce, w jej głowie, do którego chowa się na te momenty, które jej mężczyzna uznaje za jej obowiązek, który jest mu winna.

Chciałabym, żebyście wyobrazili sobie młodą kobietę, która niedawno skończyła swój długoletni związek, wyprowadziła się do nowego miasta i postanowiła zacząć wszystko na nowo. 
Wyobrazili sobie, w jakim stanie musiała być, by porzucić swoje rodzinne strony, przyjaciół, pracę i przenieść się na drugi koniec Polski. To jednak nie ma już znaczenia, jest za nią, to przeszłość, a jedyne, co się obecnie liczy, to przyszłość. Wyobraźcie sobie, jak odtrąca zaloty uroczego lecz trochę wycofanego księgowego ze swojej firmy, jak zaprzyjaźnia się z dziewczyną, która jest kierowniczką biura, jak całość jej życia zaczyna się powoli układać w obraz, który nie napawa jej strachem. Wyobraźcie sobie, jak pewnego dnia spotyka się na winie ze swoją nową przyjaciółką, gdy ta nagle wybucha płaczem i zaczyna opowiadać o tym, że nie wie, jak uciec ze swojego związku, w którym jej chłopak notorycznie ją gwałci: nie słucha słowa "nie", przełamuje jej opór, zbywa jej prośby, a potem zachowuje się, jakby nic się nie stało, śmiejąc się z jej pretensji i mówiąc, że przecież wie, że oboje lubią ostry seks i to jest właśnie to. Wyobraźcie sobie, jak nasza bohaterka łapie się na tym, że jej twarz jest cała mokra od łez, wyobraźcie sobie, jak trochę nie rozumiejąc sytuacji, dotyka jej palcami, jakby chciała się upewnić, że to naprawdę woda. Wyobraźcie sobie mieszankę jej uczyć, gdy obserwuje, jak ktoś naprawdę mierzy się z sytuacją, od której ona po prostu uciekła. Wyobraźcie sobie, jak wali się mur jej wszystkich mechanizmów obronnych, gdy w osobie, która siedzi naprzeciwko niej, widzi samą siebie, swoje doświadczenia, swoją zależność, swoją bezradność. Wyobraźcie sobie, jak padają sobie w ramiona, płacząc i opowiadając sobie wzajemnie swoje traumatyczne doświadczenia, znajdując w tym zupełnie nową siłę.

Takie historie mnie nie szokują.

Kobiet, dziewczyn i dziewczynek, które zostały postawione w niemożliwych sytuacjach, które przeszły najgłębszy rodzaj traumy, traumy, której nie zrozumie nikt, kto jej nie doznał.
Tego, jak rozdzierające jest to wydarzenie, które obdziera Cię z tego, co uważasz za fundamentalne części siebie. Robi z Ciebie tę obcą istotę, która stoi godzinami pod prysznicem, zdzierając naskórek od niekończących się prób "wyczyszczenia się", która nie znosi dotyku i reaguje na niego obrzydzeniem lub wręcz przeciwnie, która w rozpaczliwej pogoni za próbą odzyskania kontroli nad własnym ciałem, dzieli się nim z ludźmi, których "prawdziwa Ty" by nie wybrała.

Szokuje mnie natomiast, jak można głosić poglądy, że kobiety "same sobie zasłużyły", "same się na to godzą", "same prowokują".
Czasem mam wrażenie, że jedyne, o czym część społeczeństwa marzy to, żeby dało się w ogóle usunąć z tego męski pierwiastek i po prostu powiedzieć, że "same się gwałcą".

Tego jednak się zrobić nie da, bo w przeważającej większości, gwałcą mężczyźni.
Zarówno kobiety, jak i innych mężczyzn.

Zastanówmy się więc, jak to możliwe, że tyle kobiet w społeczeństwie doświadcza przeróżnych form przemocy seksualnej?

Jak to możliwe, że Twój dobry kolega, który jest naprawdę fajnym facetem, potrafi zgwałcić swoją dziewczynę i uważać, że nie zrobił nic złego?
Jak to możliwe, że Twój brat, którego kochasz całym sercem, potrafi cyklicznym szantażem łamać jej samoocenę i szacunek do samej siebie?
Jak to możliwe, że Twój współpracownik, który zawsze jest uśmiechnięty i serdeczny, potrafi w klubie wkładać obcym kobietom ręce w majtki?
Jak to możliwe, że Twój sąsiad, który chętnie pomaga wnosić Ci zakupy i pyta o zdrowie Twojej babci, sądzi, że żony nie da się zgwałcić, nie ma więc problemu, gdy przemocą zmusza ją do seksu?

Moim zdaniem w bardzo ciekawy sposób obrazuje to ostatnia sprawa Bieniuka (męża śp. Anny Przybylskiej), który został oskarżony o gwałt.

Do gwałtu miało dojść w weekend, kobieta następnego dnia przeszła obdukcję, złożyła zawiadomienie na policję. Nie poszła z tym do mediów, sprawa wyszła na jaw dopiero wtedy, gdy został wezwany do złożenia zeznań i wyszedł z aresztu za kaucją 20 tysięcy złotych, a jej zeznania "wyciekły", czyli jakiś reporter je wyłudził lub dał komuś łapówkę, z prokuratury.

Nie jestem prokuratorem w sprawie ani żadną z zainteresowanych stron, nie mogę więc osądzić, czy facet jest winny. Tak jak nie mogę osądzić, że jest niewinny. Nie o szukanie winy tu chodzi.

Chodzi o wiadro pomyj, jakie się na tę dziewczynę wylało.
Najgorsze były chyba portale typowo sportowe, gdzie od samego początku była forsowana teza, że kobieta kłamie, a on musi być niewinny.
Sugerowanie, że jest modelką, a więc musi być prostytutką, a jeżeli nią jest, to oczywiste, że gwałt się nie liczy. Medialna nagonka, która zestawiała jej zdjęcia w bieliźnie i jego uśmiechnięte, w garniturze, która o nim pisała, jako o potencjalnej ofierze fałszywych oskarżeń, a o niej, jako ewidentnej intrygantce.
Chociaż nikt nie zaprzecza, że doszło do brutalnego seksu.
Kość niezgody leży jedynie w tym, że według niej to był gwałt, a według niego seks za obopólną zgodą.
Jest więc faktem, że odbył się bardzo brutalny stosunek, który jedna ze stron zgłosiła na policję, a ludzie i tak zachowują się, jakby do niczego nie doszło.

W jego obronie stanęło mnóstwo osób, twierdząc:

„Nigdy w to nie uwierzę , Jarek to bardzo pozytywny facet, kompletnie pozbawiony agresji i przemocy w stosunku do ludzi."
- Radosław Majdan

"Jarek jest dobrze wychowany i szarmancki wobec kobiet. Wszystkie traktuje z szacunkiem. Zawsze miły, spokojny i opanowany. Nie wyobrażam sobie Jarka agresywnego w stosunku do kogokolwiek. To człowiek, który ma zasady i postępuje zawsze zgodnie z etyką."
-  Natalia Siwiec

"B. gwałciciel? Ja tego nie kupuję i w to nie wierzę. Takie jest moje zdanie."
- Zbigniew Boniek

"Jarek nie potrzebował nigdy i nie potrzebuje nikogo zniewalać sexualnie. Według mnie pani chce zaistnieć lub mści się za brak zainteresowania."
- Radosław Matusiak

Nie mówię, że sam fakt ostrego seksu od razu przesądza o tym, że kobieta na 100% nie kłamie, ale coś jest nie tak, jeżeli naszym automatycznym założeniem jest, że na 100% kłamie, dlatego, że on jest miły i przystojny, kompletnie ignorując, że wciąż jest facetem, który lubi obijać kobiety w trakcie seksu, więc sam fakt tego sugeruje, że odpowiedź na pytanie, czy doszło do gwałtu, nie jest oczywista, nawet jeżeli nie przez jego upodobania, to przez naturę stosunku.
I z góry zaznaczę, że nie ma to nic wspólnego ze społecznością BDSM, bo tam zgoda, granice i szanowanie siebie wzajemnie, jest na najwyższym poziomie, inaczej nie miałoby prawa bytu.
Powiedzenie, że kobieta "sama tego chciała", "wiedziała na co się pisze", "mówiła, że lubi ostry seks" to bardzo łatwa droga ucieczki od sytuacji, w której ignorowało się czyjś opór w myśl realizowania własnych fantazji.

W społeczeństwie wciąż króluje przekonanie, że gwałciciel, to niski, brzydki, sfrustrowany człowiek, który w wolnym czasie mastrubuje się w małym, ciemnym pokoju, a nocami wychodzi na łowy.
Gwałciciel to osoba, która występuje tylko w określonych miejscach, o określonym czasie i da się ją poznać na pierwszy rzut oka. Dlatego kobieta, która wpada w takie sidła jest sama sobie winna, bo nie zauważyła tego, co dostrzegłby każdy normalny człowiek.
Niestety, takie miejskie legendy i "chłopski rozum" nijak mają się do rzeczywistości.
Jak wspomniałam już wyżej, opierając się na policyjnych statystykach, większość gwałtów jest dokonywania przez kogoś, kogo ofiara zna, w miejscu, które uznaje za bezpieczne.
Przez osobę, którą uważało się za godną zaufania, której nigdy nie rozważało się, jako potencjalnego zagrożenia.

Króluje też przekonanie, że po gwałcie, gwałciciel szargany wyrzutami sumienia i/lub strachem, ucieka, rozpływa się w powietrzu i trzeba go razem z policją szukać, jak wiatru w polu.
Widziałam mnóstwo artykułów o tym, że to nie mógł być gwałt (SIC!), bo Bieniuk odprowadził ją do taksówki i przytulił.
Tymczasem udawanie, że do gwałtu nie doszło, to główna broń gwałcicieli przeciw ofiarom.
Jeżeli on nie przyznaje, że do tego doszło, to znaczy, że nie doszło i koniec. Kobieta może mówić sobie co chce, może się "mścić", "zmyślać", płakać, ale przecież on wie lepiej.
"Możesz powiedzieć komu chcesz, ja zaprzeczę, a Tobie nikt nie uwierzy", jest kwestią, którą usłyszałam na własne uszy i wiedziałam, że jest prawdą.
Wiedziałam, że nikt mi nie uwierzy.
Tak jak każda z nas, która nie poszła na policję, bo wiedziała, że nie znajdzie tam sprawiedliwości, że nasza trauma i złamana psychika, nigdy nie będą tak przekonywujące, jak spokojny, pewny siebie uśmiech kogoś, kto jest przekonany, że nic mu nie grozi.

Mnie i mnóstwo innych dziewczyn, które znam i z którymi rozmawiałam na ten temat, zgwałcił facet, który był przystojny, ułożony, inteligentny.
A gdy mówiłam o tym przyjaciołom, otwierali szeroko oczy i wiedziałam, jak dysonans poznawczy nie pozwala im w pełni pojąć tego, co mówię.
Połączyć mnie, z tym strasznym przestępstwem i osobą, którą uważali za "normalną".

Tymczasem praktycznie nie ma ludzi "nienormalnych".
Nie ma ludzi, którzy na co dzień są strasznymi osobami, czyniącymi złe uczynki w każdej wolnej chwili.
Jak pisałam już kilka razy, większość z nas uważa się za dobrych ludzi, mimo że robimy złe rzeczy. Racjonalizujemy nasze uczynki, bo balans samoakceptacji musi być utrzymany.
Nie ma odpowiedniej kary, którą mogłabym przyjąć na swoje barki, by zrównoważyć ilość cierpienia, jakie zadałam ludziom, którzy mnie kochali, tylko dlatego, że mnie kochali.
A jednak umiałam żyć ze sobą wtedy, gdy ich krzywdziłam i umiem żyć ze sobą teraz.
Wtedy świetnie działało na mnie wyparcie, dziś wmówienie sobie, że moje dobre uczynki w jakiś sposób neutralizują te złe.

Jeżeli myślicie, że w świecie, w którym kwitnie kultura gwałtu, wyparcie gwałtu na kimś, jest dla przeciętnego mężczyzny ciężkim zadaniem, to się mylicie. 

Moja przyjaciółka powiedziała mi o facecie, który mnie zgwałcił, że "to, że Cię zgwałcił nie definiuje go jako osoby" i złamało mi to serce.
Pomyślałam, że tylko osoba, która nie doświadczyła gwałtu mogłaby coś takiego powiedzieć.
Jednak z perspektywy czasu, dostrzegam, że jest w tym ogrom racji. Gwałt na mnie nie definiuje go jako osoby. W jej oczach.  Dla niej to tylko historia sprzed lat, którą jej opowiedziałam w dużym skrócie. Tylko myśl, która zestawiona z jej własnymi przeżyciami z tą samą osobą, wypada blado.
Nie było jej przy mnie, gdy schudłam do 41 kg, nie było jej przy mnie, gdy zawaliłam studia, bo nie byłam w stanie wstać z łóżka, gdy popadłam w depresję tak głęboką, że spędziłam całe miesiące swojego życia na lekach, które zrobiły ze mnie zupełnie obcą mi osobę.
W oczach wielu osób, które go znają, lubią i szanują, moje cierpienie, upokorzenie, złamanie, odebrane mi lat spokoju, komfortu we własnym ciele, możliwości bycia dotkniętą bez fali obrzydzenia, nic nie znaczą. Jest to równie abstrakcyjne i obce, jak umierające dzieci w Afryce. To smutne i niesprawiedliwe, ale cóż.
Nie mam wątpliwości, że gdyby było to nagrane, gdyby była możliwość, by zobaczyli czego doświadczyłam, na własne oczy, wszyscy szybciutko by się od niego odwrócili, wyrażając jak najwyższą pogardę, dezaprobatę i obrzydzenie, "jak ludzie mogą się tak zachowywać?!".
To się jednak nigdy nie wydarzy, bo wszystko, co pozostało po tych wydarzeniach to słowa, a słowa jest nieskończenie łatwiej ignorować, przeinaczać, racjonalizować niż obrazy.

Wywoływało to we mnie tyle złości, przez tak długi czas.
Aż okazało się, że gdy jesteś ofiarą gwałtu i zaczynasz rozmawiać o tym z ludźmi, wymieniać się doświadczeniami, emocjami, zaczynasz rozumieć, że mężczyźni są wychowywani w kulturze, która niejako skazuje ich, prędzej czy później, na popełnianie błędów, które drogo kosztują wszystkich na około. I nie jest to w pełni ich wina.
Okazało się, że znam mężczyzn, którzy (z)gwałcili w swoim życiu kobiety. Mężczyźni, których kocham i których nigdy bym o to nie podejrzewała.
Nie umiem opisać słowami, jak niewyobrażalnie ciężkim doświadczeniem jest kochać ludzi, o których się wie, że mogli przyczynić się do cierpienia podobnego temu, którego ja sama doświadczyłam.
Nie mogę wybaczyć ludziom, których kocham, że zgwałcili inne kobiety, jednocześnie złościć się, że zgwałcenie mnie, nie zaowocowało całkowitym społecznym odtrąceniem mojego oprawcy.

Gwałt to o wiele bardziej problem kulturowy niż karny.

Problem, który ma źródła w momencie, kiedy dziewczynkom daje się lalki i krzyczy na nie, jeżeli odezwą się niegrzecznie, odpuszcza, gdy nauczą się manipulować swoim urokiem, a chłopcom daje się piłki, zabrania płakać, chwali agresywne upusty emocji.
Kiedy kreuje się kobiety na rozemocjonowane, zmienne i tchórzliwe, a mężczyzn na stanowczych, odważnych, ambitnych.
Kiedy przyucza się nas do tego, że mamy udawać trudne do zdobycia, a chłopców do tego, że nasze "nie" trzeba przełamać.
Kiedy buduje się obraz kobiety, jako trofeum dla mężczyzny, które zdobywa walcząc z innymi, a potem staje się jego własnością.

Po jednym z moich wywodów na temat kultury gwałtu, napisał do mnie jeden z czytelników i opowiedział o poruszanych przeze mnie kwestiach ze swojej perspektywy.
O tym, że sam zmuszał swoją kobietę do seksu, nie widząc w tym nic złego.
O tym, jak ciężko było mu się przyznać przed samym sobą, że to jest złe.
O tym, jak szczera rozmowa z nią i wyrwanie się z pewnego kulturowego konstruktu, pomogło mu zrozumieć i traktować ją lepiej.
Oddzielić swoje ego, potrzeby i popędy, od jej ciała.
Nauczyć się dostrzegać i respektować jej nienaruszalne prawo do tego, by decydować o samej sobie.
Naprawdę zrozumieć, że żadna kobieta, ani jego, ani żadna inna, nie jest stworzona dla męskiej zabawy i przyjemności.

Jego dobrowolna chęć zrezygnowania z tej uprzywilejowanej pozycji, na korzyść sprawiedliwości, sprawiła, że zrobiło mi się ciepło na sercu.
I jednocześnie bezbrzeżnie smutno na myśl o tym, że ten w gruncie rzeczy dojrzały, empatyczny facet, przyczynił się do ogromu cierpienia, zanim zdołał wyrwać się z pewnej bańki, w której został wychowany.

Czy byłoby sprawiedliwie wtrącić go do więzienia?
Teoretycznie na to zasłużył. Dura lex, sed lex.
Praktycznie jak pociągać kogoś do odpowiedzialności za coś, co kulturowo zostało w nim osadzone? Nie miał poczucia, że może ją gwałcić, bo gwałty są zarezerwowane dla wyjątkowej przemocy, parków i parkingów, ciemnych zaułków i złych ludzi, do których on się nie zalicza.

Gwałcą przeciętni mężczyźni. 
I w wielu przypadkach, nie czyni to z nich potworów.
W wielu przypadkach, ich też w pewnym stopniu spotyka trauma, gdy w środku sytuacji orientują się, że znaleźli się w sytuacji, w której wcale nie chcieli być, wcale nie chcieli nikogo skrzywdzić, ani do niczego przymusić. Jest już jednak za późno.

Gwałcone są przeciętne kobiety.
I w wielu przypadkach, tysiąckrotnie wolą wyprzeć to, co się dzieje, niż w jakikolwiek sposób zareagować. 
W wielu przypadkach, łatwiej jest udawać, że nic się nie wydarzyło, niż pozwolić sobie na zmierzenie się z tym, co nas spotkało i podjąć jakiekolwiek kroki, by zapobiec powtórkom lub chociaż uświadomić drugą stronę, czym dla nas jest to, co przeżywamy. 

Nie umiemy ze sobą rozmawiać. 
Nie umiemy patrzeć na siebie i widzieć tego, czym de facto wszyscy jesteśmy, ludźmi, którzy mają swój bagaż, doświadczenia, emocje.
Nie umiemy okazywać sobie szacunku i empatii. 

Gdy po kilku tygodniach wyparcia stanęłam przed facetem, który mnie zgwałcił i w spazmatycznym płaczu pytałam go, jak mógł mi to zrobić, odpowiedział "to nie był gwałt, po prostu to ja uprawiałem seks z Tobą, a Ty ze mną nie", a na moje pytanie, czy nie przeszkadzało mu, że leżałam, jak martwa, nie mówiłam, nie ruszałam się, nie byłam zdolna nawet podnieść ręki, odpowiedział "nie".
I to go definiuje.
Nie chcę żeby ktokolwiek wyciągnął z tego tekstu przesłanie, że każdy facet, który kogoś zgwałcił, tak naprawdę jest dobrą osobą, bo nie to miałam na myśli.

Czasem za złymi uczynkami stoi niewiedza, emocjonalne braki, nieobecność narzędzi, które pozwalają rozpoznać i odnieść się do tego, że coś, co robimy, jest złe.
Czasem stoją za nimi egocentryzm, narcyzm, stawianie swoich potrzeb ponad godnością i wolnością drugiej osoby, nieugięte chronienie i zadowolenie samego siebie, kosztem wszystkich na około.

Myślę, że nie ma innej drogi do tego, by gwałty przestały być codziennością, niż stworzenie dla mężczyzn drogi, którą mogą przejść bez poczucia, że są oceniani, obrażani i stygmowani, jako gwałciciele.
Drogi, którą wyznacza edukacja seksualna, kampanie społeczne, pomoc psychologiczna, warsztaty, terapia. Nie tylko dla dzieci, ale również dorosłych, ludzi w każdym wieku.
I to praca, którą musimy wykonać wszyscy razem.

Kulturę da się wyprzeć tylko inną kulturą, stwórzmy więc taką, która opiera się na wzajemnym szacunku i empatii, zrozumieniu, że wszyscy jesteśmy ludźmi, z taką samą paletą uczuć i emocji, działamy w bardzo podobny sposób i mamy ze sobą o wiele więcej wspólnego niż nam się wydaje. 

Nie jesteśmy w stanie powstrzymać zaburzonych jednostek, które polują na obce osoby, tak jak nie jesteśmy w stanie powstrzymać seryjnych morderców.

Możemy jednak pracować nad tym, by stworzyć jakąś formę edukacji dla mężczyzn, którzy z natury nie są źli.
Tylko nieumiejętnie wychowani.

PS Dla wszystkich mężczyzn, którzy to przeczytają i poczują się zaatakowani, jak po reklamie Gillette: nie twierdzę, że wszyscy mężczyźni są gwałcicielami.
Nigdy tego nie napisałam. Absolutnie nie są.
Jeżeli nigdy nie zdarzyło się Wam wymusić na kimś: emocjonalnie, fizycznie, psychicznie, ekonomicznie seksu, a każda Wasza partner(ka) podchodził(a) do wspólnych stosunków z entuzjazmem, gratuluję, ten tekst w żadnym stopniu Was nie dotyczy.

Tylko dlatego, że piszę o zachowaniach, które przejawia część mężczyzn, nie oznacza, że piszę o całej męskiej populacji.
Nie.

fot. e-klerki
Piotrek zrobił mi to zdjęcie w Łazienkach. W dniu, który oboje uznaliśmy za idealny.
To ciężki tekst, chcę go więc zakończyć czymś, co sprawia, że czuję się dobrze i lekko. 

Często dostaję pytania, co z moją książką i kiedy ją wydam...
Przez długi czas myślałam, że potrzebuję jej do tego, by umieć publicznie w ogóle wspomnieć o tym, co mnie spotkało. 

Jednak już się nie boję.
Już się nie wstydzę.
Nie będę stała z boku, milcząc i obserwując, jak kultura, w której żyjemy, krzywdzi ludzi każdego dnia.

Nie wiem, kiedy ujrzy światło dzienne, bo chcę podejść do niej nie tylko od fabularnej, ale też naukowej strony, co wiąże się z moim planem powrotu na studia.
Chcę opisać moją historię, od początku do końca, by pokazać ludziom, jak domino pozornie błahych zachowań, które się zbywa, jako błędy młodości i końskie zaloty, doprowadziło mnie do sytuacji, gdy zostałam zgwałcona, w swoim własnym domu, przez kogoś, kogo kochałam.
I jak bardzo dało się to przewidzieć, jako bardzo dało się temu zapobiec, gdyby ktokolwiek tylko chciał naprawdę patrzeć na to, co się dzieje, zamiast iść klasycznym trybem "dobrego chłopaka" i "niezrównoważonej dziewczyny".
Chcę ująć tam też historie innych ludzi, kobiet i mężczyzn, którzy zgwałcili i byli zgwałceni.
Chcę przedstawić tam moją tezę, że za większością gwałtów nie stoją biologiczne predyspozycje, zaburzenia, zło, a kultura. 

Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.