We don't need no education

11:35
Zgodnie ze złotą zasadą Internetu "nie znam się, to się wypowiem" chciałabym zabrać głos, w sprawie strajku nauczycieli.

O byciu nauczycielem wiem tylko tyle, ile zaobserwowałam przez 12 lat własnej edukacji i to, co opowiedziała mi mama o swojej krótkiej, dwuletniej przygodzie z tym zawodem.
To, jak bardzo szkoła, a w niej nauczyciele, mnie zniszczyli, obdarli z przyjemności i chęci do nauki, możecie przeczytać w Szkoła óczy.
Można by więc oczekiwać, że będę przeciwna strajkowi. Jednak nie jestem.

Nauczyciele.

Myślę, że każdy słyszał opowieści o tych "lepszych czasach", gdy dzieci były posłuszne, nauczyciele bezwzględnie szanowani, a rodzice rozważni...
Takie czasy oczywiście nigdy nie istniały i są jedynie wytworem wyobraźni ludzi, którzy gloryfikują swoją młodość.
W każdym kłamstwie jest jednak ziarno prawdy i w tym przypadku jest nim szacunek do nauczycieli.
Oczywiście łatwiej było utrzymywać dyscyplinę, gdy w grę wchodziła przemoc, ponieważ nikt nie lubi dostawać linijką po dłoniach... Nie sprowadzałabym jednak tego szacunku jedynie do fizycznego przymusu.
Nauczyciele byli szanowani nie tylko przez uczniów, ale i przez rodziców, których przecież nie bili.
Były to czasy, gdzie wyższe wykształcenie posiadała stosunkowo mała grupa ludzi, a przeciętny nauczyciel wiedział 100x więcej niż przeciętny rodzic, który często nie skończył nawet liceum. Ludzie wciąż pracowali głównie na polach lub w fabrykach, praca intelektualna była zarezerwowana dla nielicznych.
Prawdziwość tych słów rośnie wraz z pokoleniami, które wspominamy.
Jest to bardzo prawdziwe już w pokoleniu naszych rodziców, a przy dziadkach lub pradziadkach jest wręcz niedopowiedzeniem, ogrom intelektualnej przepaści, między przeciętnym nauczycielem, a przeciętną osobą.
Nauczyciel był zawodem prestiżowym, chociażby przez wzgląd na to, jak trudno było odebrać dobrą edukację.

W dzisiejszych czasach sprawy mają się zgoła inaczej.
Wyższe wykształcenie ma większość osób, istnieje nieskończona ilość Wyższych Szkół Cebularstwa, które dają dokładnie taki sam tytuł naukowy, jaki można zdobyć na Uniwersytecie Jagiellońskim. Magister nie jest już niczym prestiżowym.
Każdy kończy obowiązkowe 12 lat edukacji, które z lepszym lub gorszym skutkiem, uczy pisać, liczyć, czytać i jakiejś podstawowej wiedzy o świecie.
A nawet jeżeli czegoś nie wiemy, właściwie każda wiedza jest w odległości kilku kliknięć palcem i Wikipedii.
Wiedza nie jest już luksusem, nie jest czymś dostępnym jedynie dla wybranych, bogatych, najbardziej zdeterminowanych. Jest powszechna.
Oczywiście tytuły naukowe wciąż robią na nas wrażenie, dlatego na ogół wierzymy ludziom, którzy mają tytuł profesora lub doktorat. Nawet jeżeli wypowiadają się na temat spoza swojej dziedziny.
Szacunek do wiedzy i osób, które ją przekazują, nie umarł, po prostu poziom naszych oczekiwań wobec ludzi, którzy chcą się cieszyć takim autorytetem, zdecydowanie się podniósł.

Większość nauczycieli jest beznadziejna. 

Myślę, że to teza, z którą zgodzi się sporo osób, gdy pomyślą o ludziach, którzy uczyli ich do tej pory.

Co jednak kryje się za tą beznadzieją?
Na jakiej podstawie oceniamy ich niekompetencje?
Dlaczego jesteśmy niezadowoleni?

Czy to irytacja, że niczego na przedmiocie się nie nauczyliśmy?
Czy to frustracja, że nie było żadnej dyscypliny i lekcje były chaotyczne?
Czy to bezsilność, że mimo usilnych starań, nigdy nie dostaliśmy dobrej oceny?
Czy to złość, że czuliśmy się upokarzani na tych lekcjach?
Czy to ból, że mimo początkowych zainteresowań, nasz potencjał został zmarnowany?

Mogłabym wymieniać takie przykłady w nieskończoność.

Co jednak jest realnie winą nauczyciela?

Z perspektywy nauczyciela...
Wchodzisz do klasy, gdzie patrzy na Ciebie 30 par oczu: zielonych, niebieskich, przestraszonych, podekscytowanych, złośliwych, schowanych za oprawkami okularów.
30 zupełnie odmiennych od siebie osób, które łączy jedynie wiek.

Niektórzy z nich będą łapać w lot wszystko, co powiesz. Inni będą mieli problem ze zrozumieniem najbardziej podstawowych pojęć.
Niektórzy z nich będą grzeczni i uprzejmi. Inni będą kwestionować Twój autorytet na każdym kroku.
Niektórzy z nich będą wykazywać się entuzjazmem i chęcią do nauki. Inni będą stawiać otwarty opór.
Niektórzy z nich będą cierpliwi, gdy będziesz pomagać słabszym uczniom. Inni będą wykorzystywać Twoją nieuwagę, by przeszkadzać innym.

Jeżeli jesteś dobrą osobą, Twoje życiowe doświadczenie podpowiada Ci, że to właśnie "inni" potrzebują najwięcej Twojej uwagi i pomocy. Rozumiesz, że ich braki, bunt i złość, wynikają z problemów, jakie mają w domu. Nie chcesz ich dodatkowo karać za sytuację życiową, w której znaleźli się absolutnie wbrew własnej woli.
Masz jednak mnóstwo innych dzieci w klasie, grzecznych, cichych, które chcą się uczyć, które potrzebują Twojego czasu i energii w równiej mierze. Od Ciebie zależy, czy ich przyszłość będzie świetlana, czy ich zapał się wypali i skończą w przeciętnej pracy, której nienawidzą.
Oczywiście, czym jest przeciętna praca, wobec więzienia, w którym najpewniej skończą ci, którzy będą oblewać klasę rok za rokiem, aż finalnie ich upokorzenie przesądzi o tym, że do szkoły już nie wrócą..?

Jak w ciągu 45 minut przedstawić materiał dla 30 osób, które pojmują rzeczy, w zupełnie inny sposób?

Niektórzy uczą się ze słuchu, inni wzroku, jeszcze inni fizycznej praktyki. W tej samej grupie są osoby, które mają zaległości w materiale, które ciągnął się lata wstecz i ci, którzy wykazują się ponad-przeciętnymi zdolnościami.
Jednocześnie masz bardzo konkretny materiał do zrealizowania, na podstawie bardzo konkretnych podręczników. Może i wymyślisz sposób, jak nauczyć całą klasę danego zagadnienia w 90 minut. To nie ma znaczenia, bo masz na to 45. Tak przewidziany jest materiał.
W międzyczasie musisz sprawdzić obecność, zadania domowe, odpowiedzieć na pytania, uciszać klasę.

30 wyzwań, 30 różnych oczekiwań, 30 nadziei na to, że zostaną zauważeni i docenieni.

To jest niemożliwe.

Ten cały system jest skrajnie przestarzały, zupełnie nieadekwatny do współczesnych realiów, a przede wszystkim, kompletnie niedopasowany do uczniów i wypalających się nauczycieli.

Ile lat takiej pracy, gdzie każdy dzień jest walką, by w ramach swoich możliwości, zrobić rzeczy najlepiej, jak się da... i każdego dnia mieć poczucie, że się przegrało, da się znieść?

Wszyscy wiedzą, że nauczyciele zarabiają źle. Wszyscy wiedzą, że nie cieszą się specjalnym społecznym szacunkiem. Wszyscy wiedzą, że jest to bardzo ciężki zawód.
A jednak są ludzie, którzy czują dostatecznie dużo woli walki, by spróbować, mimo wszystko. Nie wyobrażam sobie innego powodu, niż autentyczne powołanie, dla którego ktokolwiek chciałaby pracować w edukacji.

Jestem pewna, że każdy pamięta zrezygnowany głos swoich nauczycieli, który mało nas wówczas interesował, a był właściwie podsumowaniem całej ich pracy.

Ile czasu minie, zanim wypalą się zawodowo? 

Ile dni, kiedy trzeba wybierać, między sukcesem najzdolniejszych, a przetrwaniem najsłabszych?
Ile dni, kiedy próbujesz dać z siebie wszystko, a spotyka się z to z murem niezrozumienia?
Ile dni, kiedy fizycznie nie jesteś w stanie zrealizować tego, co wiesz, że musisz zrealizować?
Ile dni, kiedy patrzysz na cierpienie dzieci, którym nie umiesz lub nie jesteś w stanie pomóc?
Ile dni, kiedy oburzeni rodzice przychodzą ze swoim nieznośnym dzieckiem i rujnują resztki szacunku, jakie zdobyłaś w jego oczach?
Ile dni, kiedy obijasz się od ściany wypalenia swoich kolegów po fachu, którzy nie mają już Twojej energii, motywacji i siły?
Ile dni, kiedy zostaje się na nieodpłatnych zajęciach pozalekcyjnym, by dać biednym uczniom szansę, na poprawienie wyników?
Ile dni, kiedy uczniowie, dla których zostawało się po lekcjach, wciąż dostają jedynki, bo są zestresowani, zmęczeni, głodni, na co nie ma się już żadnego wpływu.
Ile dni, kiedy jak kropla drążąca skałę, obojętność, frustracja i irytacja, zajmują miejsca powołania, empatii i altruizmu?
Ile dni zanim ma się dość i przychodzi moment kapitulacji, w trosce o własne zdrowie psychiczne i fizyczne?

Ludzie piszą o wolnych weekendach, wakacjach, feriach, jakby był to dar od losu i czas, kiedy mogą po prostu siedzieć i nic nie robić.
Wszystkie sprawdziany, kartkówki, zadania domowe, prace dodatkowe, plan na przeprowadzanie lekcji, u wszystkich klas, nie tylko jednej wybranej. Pomysły i plany na zajęcia dodatkowe, kółka, które się prowadzi, pomoc dla olimpijczyków, dowiadywanie się o różnych konkursach i ich zasadach, myślenie o tym, jak pomóc uczniom, którzy najbardziej tej pomocy potrzebują.
Czas, za który nikt im nie płaci.
Jestem pewna, że wielu nauczycieli z przyjemnością zrezygnowałoby z takiego zakresu wolnego, gdyby zaoferować im jasno określone warunki pracy, lepsze wynagrodzenie i system edukacji, który nie skazuje większości zainteresowanych na porażkę.

Nauczyciele są w równej mierze ofiarami systemu, co uczniowie. 

Moim zdaniem, zawód nauczyciela, to najważniejsza rola w całym społeczeństwie.
I może oprócz naukowców, nie ma ważniejszego zawodu. 

Wykształcona młodzież to wykształcone społeczeństwo.
Wykształcone społeczeństwo to społeczeństwo, którym nie da się łatwo manipulować, które nie będzie przymykać oka na poczynania polityków, które będzie domagało się swoich praw i oczekiwało egzekucji prawa.

Wiedza to największa potęga. 
Wiedza to wszystko, czego potrzebujemy, bo wreszcie przestać toczyć wojny, przestać się mordować, przestać być bezczynnymi, gdy niewinni ludzie cierpią.

Nie ma słów, którymi da się opisać, jak ważna jest wiedza.
Wszystko, co obecnie mamy, zawdzięczamy ludziom nauki.
Laptopa, na którym piszę, leki rozkurczowe, które rano wzięłam, samochody, które słyszę za oknem, Internet, dzięki któremu przeczytacie, co właśnie napisałam. 
Gdyby nie umiejętność zapisywania zdobytej wiedzy, przekazywania jej następnym pokoleniom, by miały możliwość ją udoskonalić, wciąż bylibyśmy niewiele dalej, niż nasi kuzyni szympansi.
Chodzilibyśmy prosto, lepilibyśmy swoje chatki z błota, polowalibyśmy na dzikie zwierzęta i hodowali jakieś pierwotne warzywa. Szamani przekazywaliby sobie wiedzę o tym, jak ukoić ból, jak pomóc goić się niektórym ranom... Jednak to by było tyle.


Żadnej medycyny, dzięki której nasze życia są 3 razy dłuższe, niż naszych przodków.
Żadnej zaawansowanej matematyki, która pozwala budować niesamowite budynki.
Żadnej muzyki, którą zapisuje się nutami, by mogli się nią cieszyć ludzie żyjący setki lat później.
Żadnej technologii, która sprawiła, że w oczach ludzi żyjących tysiąc lat temu, jesteśmy właściwie bogami.
Żadnej cywilizacji, która otwiera dla nas drogę na inne planety.
Wszystko, co obecnie mamy, zawdzięczamy nauczycielom.
Ludziom, którzy przez tysiąclecia, dbali o to, by przyszłe pokolenia posiadły zdobytą do tej pory wiedzę, by ją rozwinęły, by stworzyły coś więcej. 

Wiecie ile w historii musiało się urodzić takich Albertów Einstein'ów?
Ludzi, których umysły były w stanie unieść się na wyższe poziomy abstrakcji, których potencjał pozwoliłby na niewyobrażalne odkrycia.
Jednak nigdy nie mieli dostępu do edukacji.
Do nauki czytania. Do matematyki. Do książek. 
Ich potencjał umarł, nigdy niezauważony, nigdy nierozwinięty, stracony na zawsze. 
Każdy wybitny naukowiec, jaki kiedykolwiek żył, zanim odkrył swój geniusz, nie umiał liczyć, pisać, czytać. 
Był zdany na nauczycieli, ludzi, którzy byli gotowi go uczyć, na długo przed możliwością podjęcia samodzielnej drogi.

Dlatego dostaję udaru, gdy widzę komentarze w stylu "dlaczego sprzątaczki/kucharki/ekspedientki mają zarabiać mniej?"

Jeżeli nie rozumiemy tego, że edukacja najmłodszych osób, jest kluczem do sukcesu całego społeczeństwa, jesteśmy straceni. 
Jeżeli nie chcemy przyznać, jak ważną rolę, odgrywają w społeczeństwie nauczyciele, jesteśmy straceni.
Jeżeli nie znajdziemy w sobie odwagi na to, by zmienić obecnie (nie)funkcjonujący system, jesteśmy straceni. 

To jest prawdziwy problem.

Nie wypowiem się dlaczego ten strajk jest słuszny lub nie. Nie o tym jest ten tekst, bo nie o takie zmiany, o jakich piszę, obecnie walczą nauczyciele. 
Powiem tylko tyle, że uważam za absurdalne, że politycy zarabiają ustawowo 4x więcej niż nauczyciel na najwyższym szczeblu kariery.
Uważam za obrzydliwe, jak PiS swoją propagandową tubą, próbuje niszczyć resztki szacunku do zawodu nauczyciela.
Jak głoszą paski Wiadomości i transmisje w tym stylu, gdzie odpowiedzialność za zakres materiału, który, jak powszechnie wiadomo, przygotowuje Ministerstwo Edukacji Narodowej, przerzuca się na nauczycieli, którzy nie mają w tym temacie nic do powiedzenia.

Rozumiem, że wielu uczniów i rodziców, może czuć się oburzonych, że wchodzi się w egzaminy ich dzieci ze swoimi strajkami...
Autentycznie i szczerze współczuję wszystkim ludziom, którzy teraz muszą się bać o swoje egzaminy.
Jednak dla uczniów w najgorszym wypadku są to 3 lata w szkole gorszej, niż wymarzona lub konieczność poprawy matury. I jakkolwiek rozumiem, że wydaje się to końcem świata, gdy ma się naście lat, naprawdę tym nie jest.

Dla nauczycieli to kwestia tego, czy będą mieli czym nakarmić dzieci i opłacić rachunki. Nauczyciel dyplomowany, na najwyższym stopniu kariery, zarabia 2377 zł na rękę. Z całym szacunkiem, ale tyle zarabia się na kasie w Biedrze, w każdym większym mieście.
Żadna praca nie hańbi, ale przepaść w odpowiedzialności, wymaganiach i oczekiwaniach, jakie trzeba spełnić, by pracować w Biderze, a by być nauczycielem, mówi sama za siebie o niedorzeczności ich zarobków.
Jedyny dodatek, który gwarantuje państwo to dodatek za wysługę lat. Jest on równy 1% (SIC!) wynagrodzenia zasadniczego za każdy przepracowany rok i wypłacany jest od czwartego roku pracy.
O przyznaniu pozostałych dodatków i ich wysokości decydują samorządy, w zależności od swoich możliwości finansowych. I tak na przykład dodatek za wychowawstwo w Słupsku waha się od 23 zł (słownie: dwadzieścia trzy złote) do 200 zł.
Dosłownie jesteśmy wśród 10 krajów, które płacą nauczycielom najgorzej. Obok Chile, Meksyku i Kostaryki. I to przy założeniu, że u szczytu kariery zarabia się 8k, co każdy, kto zna jakiegokolwiek nauczyciela prywatnie, wskaże, jako rzadkie zjawisko.

Nie umiem ocenić, na ile ten strajk ma sens, jako długoterminowe rozwiązanie, rozumiem jednak ludzi, którzy biorą w nim udział.

* Nie poruszyłam tu nawet kwestii tego, jaką funkcję pełni szkoła, a w niej nauczyciele, w społeczeństwie i jak ogromne ma znaczenie, dla dzieci, które pochodzą z dysfunkcyjnych lub patologicznych rodzin, bo byłoby to drugie tyle tekstu. Ani tego, że #feminizm. 80% nauczycieli to kobiety, nie możemy stawiać kobiet w sytuacji, gdzie jedyna szansa, by móc realizować swój zawód, który ma najwyższy poziom użyteczności społecznej, to wyjść za mąż, za kogoś, kto będzie ją utrzymywał.
Jeżeli ciekawią Was moje pomysły na to, jak usprawnić ten system i co można by zmienić, by żyło i uczyło się lepiej, dajcie znać, chętnie napiszę na ten temat coś więcej!


fot. e-klerki
Rok 2000, pasowanie na ucznia, ja i moja pierwsza wychowawczyni w życiu!
Źródła:

Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.