O co chodzi z tą całą seksualizacją dzieci?

11:24
Miałam różne pomysły na to, jak skomponować ten tekst w sposób, który byłby zrozumiały dla wszystkich, którzy go przeczytają.

Szczerze wierzę, że całe zamieszanie wokół wytycznych WHO w sprawie edukacji seksualnej opiera się na tym, że większość ludzi nie widziała ich na oczy, a ci, którzy wiedzieli, kompletnie ich nie zrozumieli.
I to nie jest zarzut pod tytułem: "Polacy są głupi i nie potrafią czytać" (chociaż dorośli Polacy wypadają poniżej europejskiej średniej, jeżeli chodzi o umiejętność rozumienia tekstu). Moim zdaniem wina leży zdecydowanie po stronie WHO i jego lokalnych oddziałów, które powinny zadbać o to, by wytyczne dotyczące edukacji, były zrozumiałe również dla rodziców, nie tylko nauczycieli i specjalistów, których de facto dotyczą.

To naturalne, że rodzice martwią się o to, czego uczą się ich dzieci.
Trochę przerażające, że nie słychać tych głosów oburzenia, gdy w programie dla biologii, kreacjonizm jest stawiany na równi z ewolucją, ale z drugiej strony, seks zawsze niesie się najlepiej, nic więc dziwnego, że pewne zmiany przechodzą cicho, a inne przy akompaniamencie okrzyków oburzenia.
Nie uważam jednak, by rodzice powinni mieć prawo blokować swoim dzieciom dostęp do edukacji. Na jakikolwiek temat. Jeżeli edukacja oparta jest na badaniach i dowodach, nie poglądach i założeniach, ludzie, w każdym wieku, mają do niej prawo.
Powtarzałam to już tysiąc razy i powtórzę kolejne tysiąc: dzieci nie są własnością swoich rodziców.
Są małymi dorosłymi, którymi przez pierwsze kilkanaście lat trzeba się opiekować. Gdzie "opieka" to słowo klucz i w żadnym wymiarze nie oznacza "przymuszania do kształcenia na swoje podobieństwo".
Wierzę, że jeżeli da się dzieciom, a później młodym ludziom, wszystkie informacje, jakich potrzebują, sami wybiorą swoją drogę. A obowiązkiem dorosłych jest przekazywanie nie tylko tych informacji, jakie pasują do ich własnego światopoglądu, ale wszystkich.

Oczywiście, nie zawsze dorośli mają wszystkie informacje. Dlatego powstała szkoła.
By niezależnie od czasu, możliwości, poziomu wiedzy oraz intelektu rodziców, ich dzieci miały szansę na zupełnie nowy, świeży start, na podstawie swojej własnej wiedzy, doświadczeń, przemyśleń i informacji.

Dzieje się jednak coś niedobrego, gdy dorośli, którzy nigdy nie odebrali edukacji (seksualnej), zabraniają jej swoim dzieciom, na podstawie medialnych doniesień, bait'owych tytułów, egzaltowanych uniesień polityków i swoich własnych uprzedzeń...
Ponieważ, nie oszukujmy się, ludzie, którzy burzą się przeciwko edukacji seksualnej w szkołach, to nie są ludzie, którzy w domu rozmawiają ze swoimi dziećmi o seksie otwarcie i bez wstydu. To głównie osoby pokroju "mnie nikt nie uświadamiał i żyję", "każdy się dowiaduje o tym na swój sposób, od tego są rówieśnicy, nie rodzice", "nikt nie będzie zachęcał do seksu moich dzieci", "tylko pedofilie chcą uczyć dzieci masturbacji" i tak dalej.
Rzeczy, których nie znamy lub nie rozumiemy, wywołują strach, dyskomfort, nieufność. To naturalna reakcja dla większości z nas.

Gdy Biuro Regionalne Światowej Organizacji Zdrowia dla Europy i Federalne Biuro ds. Edukacji Zdrowotnej wydało Standardy edukacji seksualnej w Europie, jako Podstawowe zalecenia dla decydentów oraz specjalistów zajmujących się edukacją i zdrowiem, zdecydowanie nie wzięło pod uwagę, chociaż powinno, bo samo o tym wspomina, kulturowego aspektu swojego dokumentu, zupełnie pomijając kwestię tego, czy jest zrozumiały dla szerszego grona niż grupa ekspertów i jak hasła, które przedstawiają odbiją się od tak zwanych "zwykłych ludzi".

Postanawiam to jednak naprawić.

Dokument dzieli się na 6 grup wiekowych,  0–4 lata, 4–6 lat, 6–9 lat, 9–12 lat, 12–15 lat oraz 15 lat i więcej.

W mojej ocenie, największym błędem w myśleniu, jaki obserwuję w Polsce, jest odwlekanie takich tematów, aż do momentu, kiedy jest już właściwie za późno.
Argumentowane tym "żeby nie zachęcać", "to nie jest wiedza dla dzieci", "nie zrozumieją", "przyjdzie na to jeszcze czas".
W wieku 0-6 lat mówi się o "bocianie", w wieku 9-12 "dowiesz się w szkole", w wieku 12-15 "jest się na to za młodym" i moment rozmowy o "pszczółkach i motylkach" z rodzicami nigdy nie nadchodzi, albo jest już właściwie zbędny, bo dziewictwo stało się pieśnią przeszłości.

Tymczasem myślę, że na "chłopski rozum" można przyjąć, że osoba, która ma 15 lat, powinna (oczywiście tak nie jest, ale od tego są te wytyczne, żeby ten stan się zmienił) wiedzieć już o seksie absolutnie wszystko, ponieważ wchodzi w wiek inicjacji seksualnej.
Jest więc to czas, kiedy powinna być już pewna swojego ciała, świadoma swoich granic, mieć opanowaną antykoncepcję i koncept tego, że może w dowolnym momencie powiedzieć "nie", bez wstydu, wahania czy wyrzutów sumienia. Rozumieć, że życie i porno (które na tym etapie życia już z pewnością widziała, bo nie oszukujmy się... Internet) to dwie zupełnie różne rzeczy, które nie mają ze sobą wiele wspólnego i absolutnie nie są wyznacznikiem tego, jak powinien wyglądać pierwszy lub którykolwiek następny raz, jeżeli nie jest to coś, na co sama z siebie ma ochotę.
Jest to czas, który powinna przeżywać z radością, ekscytacją, ale też odpowiedzialnością, dbaniem o swoje bezpieczeństwo i zdrowie, nie tylko fizyczne, ale i psychiczne. Czego nie da się osiągnąć bez odpowiedniej ilości wiedzy na ten temat.

Zupełnie jak z nauką jazdy samochodem.
Najpierw ma się teorię, uczy się działania poszczególnych części samochodu, przepisów ruchu, odpowiednich zachowań na drodze, pierwszej pomocy, potem nieśmiało próbuje się na placu, a dopiero na samym końcu wyjeżdża się na drogi, gdy podstawy ma się już opanowane przynajmniej w stopniu, który pozwala nie stwarzać zagrożenia na drodze.
Oczywiście stanie się dobrym, pewnym siebie kierowcą, zajmuje wiele lat praktyki, niemniej jednak, nikt nie wsadza kompletnie nieświadomej czegokolwiek osoby za kierownicę, której jednym doświadczeniem jest oglądanie Szybkich i Wściekłych oraz granie w Need for speed i nie mówi jej "jedź".
Tak mniej więcej wygląda obecnie edukacja seksualna w Polsce.

Dlaczego o seksie powinno uczyć się już bardzo małe dzieci?

To, czego ludzie często nie rozumieją, to, że małe dzieci nie mają żadnych własnych poglądów na temat świata.

Powiesz im "niebo jest zielone" i będą uważać, że kolor niebieski nazywa się "zielony".
Powiesz im "żyrafy mają długą szyję, bo przyciąga je słońce" i nie ma sprawy.
Powiesz im "ludzie mają psy, bo one często ich liżą, a ślina psów wydłuża życie" i ma to sens.

Odpowiednio małemu dziecku da się wmówić dosłownie wszystko, ponieważ ono nie ma pojęcia, jak działa świat, o co w nim chodzi, co jest normalnie, co jest dziwne, co jest rzadkie, co jest częste, co jest wstydliwe, a co nie.
Zdaje się w 100% na nas, dorosłych, że wytłumaczymy mu, jak działa świat.

Wracając do seksu i seksualności.




Jeżeli uczy się dziecko fachowych nazw od małego: "penis", "pochwa", "łechtaczka", oczywiście tłumacząc ich znaczenie adekwatnym do wieku słownictwem, nie będzie uważać tego za coś dziwnego, ani wstydliwego. Jego genitalia będą dla niego równie naturalnym i normalnym elementem ciała, co ręce, nogi i oczy.
To nasza własna pruderia każe nam myśleć, że dzieci nie powinny wiedzieć, co to pochwa, bo "są na to za małe". Za małe na co? Na to, żeby wiedzieć, jak funkcjonuje ludzki organizm?
Semantyka ma znaczenie. 
Chociażby w sytuacji, gdy można 4-latkowi w nietruamatyzujący sposób powiedzieć "jeżeli ktokolwiek będzie Cię dotykał po brzuszku, plecach, penisie albo pośladkach, musisz od razu przybiec do nas albo najbliższej dorosłej osoby i od razu to zgłosić, to złe zachowanie i dorośli nigdy nie powinni tak robić" by uchronić go przed wszystkimi ludźmi, którzy potencjalnie mogliby próbować go molestować.

Dzieci mają wyższe EQ niż miażdżąca większość dorosłych i są w stanie doskonale diagnozować emocje swoich rodziców: wstyd, zażenowanie, obrzydzenie. Na pewnym etapie zaczynają rozumieć, co jest wstydliwe, głównie w oparciu o to, co zawstydza ich rodziców.

Dlatego, jeżeli rodzic mówi "fe, nie wolno się dotykać po pisiorku", "nie wolno mówić głośno o cipci", używając coraz to nowych i dziwnych słów, opisujących genitalia, dziecko zaczyna kojarzyć swoje narządy z czymś brzydkim, o czym nie wolno wspominać, co jest tak wstydliwe, że nie ma nawet konkretnej nazwy.
Szansa, że dziecko, które uznaje swoje genitalia za coś wstydliwego, zgłosi komukolwiek, że ktoś go dotyka, jest naprawdę niska. Szczególnie w przypadku, kiedy samo nazywanie ich uznaje za coś krępującego i nie ma pewności, jakiego w ogóle słowa powinno użyć. Nie zgłosi takiej sytuacji tym bardziej wtedy, gdy czuje, że to temat, którego rodzice nie chcą poruszać i nie czują się z nim komfortowo.
Tymczasem każde dziecko i w szerszym ujęciu, każdy człowiek, powinien czuć się komfortowo i pewnie, z każdym elementem swojego ciała.




Gdy przedstawi się seks, jako sposób, w który (prawie) wszystkie zwierzęta się rozmnażają, najbardziej naturalny etap życia, zarezerwowany jednak dla dorosłych. A ciąży opowie się, jako jego oczywistym następstwie, bo tak działa biologia... Dziecko przyjmie to, jako zupełnie oczywiste fakty, które nie będą wywoływać w nim zażenowania ani chichotów, gdy podrośnie.
I mogę za to poręczyć własnym doświadczeniem. Wiedziałam, jak wygląda macica, zanim nauczyłam się dodawać.

Natomiast jeżeli rodzic powie "bociany przynoszą dzieci", dziecko również uwierzy i wystarczy mu to na 5 minut, ale prędzej czy później, raczej prędzej, zorientuje się, że to kłamstwo. A prokreacja osiądzie w jego głowie, jako temat, na który rodzice kłamią, nie chcą rozmawiać, więc z pewnością musi być to coś wstydliwego i złego.
Ludzie nie zdają sobie sprawy z tego, jak olbrzymie znaczenie ma sposób formułowania myśli, gdy przedstawia się dziecku nowe informacje, szczególnie jeżeli są to informacje dotyczące bezpośrednie jego i/lub jego przyszłości.
Dzieci naprawdę nie są głupie.
To, że nie wiedzą pewnych rzeczy, nie oznacza, że gdy się ich dowiadują, nie osadzają ich w kontekście. Dokładnie jak każdy inny człowiek, robią to. Zawsze. Jeżeli wciska się im bzdury, budują wokół tych bzdur cały kontekst, który próbuje te bzdury wytłumaczyć. Jeżeli przedstawia się im naturalne rzeczy, jako coś wstydliwego lub złego, zbudują kontekst, który tłumaczy i to.

Moment, na który wszyscy czekali, słynna masturbacja.

Jeżeli uczy się dziecko, że jego własne ciało może sprawiać mu mnóstwo przyjemności i jest to cudowne oraz naturalne, jednak zarezerwowanego tylko dla niego, w samotności lub gdy będzie dorosły, do współdzielenia z drugą osobą... Będzie traktowało swoje ciało, jako swojego przyjaciela, z którym łatwo się dogaduje, wie, czego chce i jak się sobą zająć.
Będzie też wiedziało, czego nie chce, co mu się nie podoba i z czym czuje się niekomfortowo. Umiejętność sygnalizowania swoich granic jest czymś, czego nie potrafi nawet wielu z nas, dorosłych. A jest absolutnie fundamentalna w relacjach z innymi ludźmi, szczególnie w intymnych sytuacjach.

Jeżeli rodzic mówi "nie wolno się tam dotykać", "to brzydkie", "tylko niewychowane dzieci tak robią", gdy złapią swoje pociechy na masturbacji (która jest naturalnym etapem rozwoju seksualnego każdego dziecka i nie ma nic wspólnego z masturbacją, jaką uprawiają dorośli, jest po prostu bezwiedną i bezrefleksyjną próbą rozładowania napięcia, które czują, bez fantazji seksualnych, bez konkretnych umiejętności i bez pełnej świadomości, co właściwie robią) to będą postrzegać swoje ciało, jako wroga, który kusi ich do nieakceptowalnych rzeczy, będą wypierać swoją seksualność, która nigdzie nie odejdzie, tylko zacznie przeradzać się we frustrację, nie będą czuły się ze sobą komfortowo, nie będą umiały sprawić sobie przyjemności, nie będą się akceptować.

Nikt w trakcie takich zajęć nie będzie dotykał dzieci.
Nie będzie ich stymulował.
Nie będzie ich zachęcał, by robiły to w danym momencie.

Takie tezy to czysta demagogia.



Małe dzieci naprawdę szybko godzą się ze stanem rzeczy, jaki podają im rodzice: "dlaczego Ola nie ma rodzeństwa?", "dlaczego Janek ma tatę i tatę?", "dlaczego tata Kuby nie mieszka z nim w domu?", "dlaczego ciocia Jola i wujek Zbyszek nie noszą obrączek?", "dlaczego Kasia ma tylko babcię?", "dlaczego Ania ma inny kolor skóry, niż jej mama?", "dlaczego ciocia Ula nie ma dzieci?".
Każda sytuacja, która nie jest identyczna z tą, którą dziecko ma w domu, jest dla niego nowa. Jeżeli wytłumaczy się ją, jako normalny, po prostu inny od własnego, stan rzeczy, dziecko zaakceptuje to, jako normalny stan rzeczy. Koniec.
Dzieci nie mają jeszcze w sobie tego przemożnego instynktu, by dzielić rzeczy na "ja tak mam, więc tak jest dobrze, wszystko inne jest złe" to coś, co budują w nich dorośli, przez długie, długie lata.

Często podaję ten argument w rozmowach o adopcji dzieci przez pary heteroseksualne, gdy pada "jak ja to wytłumaczę dzieciom?", "to złe dla dzieci, bo ich rówieśnicy będą się z nich wyśmiewać"...
Będą, ale tylko wtedy, jeżeli ich właśni rodzice nauczą ich, że homoseksualizm jest zły, dziwny, obrzydliwy.
Nie chcesz, żeby dzieci par homoseksualnych były dyskryminowane, to wypowiadaj się (szczególnie w domowym zaciszu) w niedyskryminujący sposób na ten temat, a Twoje dzieci zachowają się zgodnie z tym, co Ty uważasz.

Koncept przyjaźni, miłości, związków, zaangażowania, monogamii, poliamorii, tego, że można się kochać i wyrażać to fizycznie, ale też wcale nie trzeba i miliona innych rzeczy, jest nieskończenie łatwiejszy do przyswojenia i pełnego zrozumienia, gdy nie ma się zaśmieconego umysłu wszystkimi stereotypami, społecznymi oczekiwaniami i normami, które w wielu kręgach są już zupełnie nieadekwatne i nieaktualne, a jednak konsekwentnie upychane do głów dzieci, przez kulturę i społeczeństwo, w którym żyją.

O płci społecznej krótko pisałam w O co chodzi z tym całym LGBTQ? .


Myślę, że szczegółowe opisywanie dalszych progów wiekowych edukacji, nie jest koniecznie, bo to po prostu kolejne etapy szczegółowego i bardziej dogłębnego omawiania poruszonych już tutaj tematów, adekwatnie do wieku.

Chciałabym jednak wskazać elementy, które uważam za najważniejsze. 




To uważam za bardzo istotne. Wskazywanie i tłumaczenie, że to, jacy ludzie są, jak się zachowują i w co wierzą, w ogromnym stopniu wynika z tego, gdzie, w jakiej kulturze lub społeczności, zostali wychowani.
A to, że ich zwyczaje i nasze zwyczaje, mogą się różnić, w żaden sposób nie świadczy o tym, że któreś są gorsze, mniej prawdziwe lub adekwatne. 

Na przykład, w naszej kulturze mężczyźni raczej nie chodzą ze sobą za rękę, jeżeli spostrzeżemy na ulicach taką dwójkę, naturalnym skojarzeniem jest związek i relacja romantyczna. W przeciwieństwie do dziewcząt, które bardzo często trzymają się za ręce i nikomu nie sugeruje to natury ich relacji.
Tymczasem, w krajach arabskich, gdzie homoseksualizm bywa karany karą śmiercią... Mężczyźni chodzą po ulicach, trzymając się za ręce, bez żadnych romantycznych konotacji.






Seks w mediach i seks w prawdziwym życiu to dwa odległe od siebie światy.

Nie jesteśmy w stanie uchronić dzieci przed dostępem do treści pornograficznych. Szczególnie tych w wieku szkolnym. Mają komórki, tablety, komputery, które zapewniają im nieograniczony dostęp do Internetu i nawet najbardziej zaangażowani i opiekuńczy rodzice, muszą pogodzić się z tym, że nie ochronią swoich dzieci przed pornografią w żaden sposób... oprócz jednego.

Tłumacząc im, jaka jest różnica, między pornografią, a seksem.
Tłumacząc im, że kobiety nie służą do tego, by je penetrować w każdy możliwy otwór, ze wszystkich możliwych stron.
Tłumacząc im, że seks, to coś o wiele więcej niż sam fizyczny kontakt.
Tłumacząc im, że w żaden sposób nie powinni, traktować porno, jako podręcznika do udanego życia seksualnego, bo nie spotka ich nic, oprócz rozczarowania.
Tłumacząc im, że wszystko, co tam widzą, to wyreżyserowane kłamstwo, przeciętni ludzie się tak nie zachowują, nie wyglądają, nie wydają takich dźwięków i nie angażują się w takie sytuacje.

Jakkolwiek banalne i oczywiste może to być dla dorosłej osoby, tak nie jest dla kogoś, kto ma 8 lat i z głupiej ciekawości wszedł w filmik, gdzie aktorzy odgrywają brutalne sceny seksu.

To od nas, dorosłych zależy, czy po spojrzeniu na taki filmik dziecko pomyśli "nigdy nie chcę uprawiać seksu" i zacznie kojarzyć go z czymś brutalnym, bolesnym i niechcianym, czy pomyśli "czemu ludzie lubią takie rzeczy, ja bym nigdy tak nie chciał" i otrząśnie się z tego, jak z nieprzyjemnej myśli, która jednak nie ma dla niego większego znaczenia.




Mnóstwo dzieci, które doświadczają molestowania seksualnego, nie ma pojęcia, że jest w tym coś złego. Czują się z tym źle, ale nie wiedzą, że to nie jest coś, co przeżywa każdy. Co może się skończyć. Czemu mogą zapobiec, jeżeli udadzą się do odpowiedniego dorosłego.

Rodzice często dziecku nie wierzą. Szansa na pomoc zdecydowanie maleje, gdy osobą molestującą jest członek rodziny. A w przypadku współmałżonka, spada praktycznie do zera...
Nie chcę się tu rozwodzić nad motywacjami, od głębokiego wyparcia, po "zobaczyło coś w filmie i mu się ubzdurało", faktem jednak jest, że takie dzieci bardzo rzadko otrzymują potrzebną im pomoc.

Właśnie dlatego każde dziecko, od możliwie najwcześniejszych lat, powinno być uczone o tym, jaki dotyk jest dobry, a jaki zły, kto i w jakich sytuacjach może go dotykać, a kto i kiedy nie. A jeżeli zdarzy się, że spotka go niechciany dotyk, musi wiedzieć, że są osoby, którym może to zgłosić, które mu pomogą i ochronią.
Prawo do nietykalności cielesnej jest jednym z fundamentalnych praw człowieka. Niezależnie od wieku.



Akceptacja swojego ciała to również rozumienie zmian, jakie w nim zachodzą. 

Ktoś może powiedzieć "nikt nie będzie uczył mojego syna o kształtach penisa!", ale ten syn ma penisa. I bardzo możliwe, że ma go w kształcie, który nijak nie przypomina tego, co już z pewnością widział w Internecie.
Dlatego ma prawo wiedzieć, że niezależnie od tego, jak wygląda (gwarantuję, że nikt dzieci nie będzie pytał o to, jak wyglądają jak genitalia) jest to w porządku i nie ma powodu do zmartwień lub kompleksów.

Najlepszy przykład, zarówno penis i jak wargi sromowe, często też odbyt, są delikatnie ciemniejszego koloru, niż reszta skóry. To 100% naturalne i ma swoje uzasadnienie w biologii. Większość gwiazd porno ma je wybielone i/lub malowane na planie, ponieważ "estetyka".

Dzieciom trzeba powtarzać, jak często się da, że nasze naturalne ciała są absolutnie w porządku. 



Ok 12 lat to idealny moment, by zacząć rozmawiać z dziećmi (młodymi nastolatkami) o seksie, jako czymś, w co niedługo się zaangażują.

Oczywiście, 12 lat to zdecydowanie za wcześnie na inicjację seksualną, ale jak pisałam na samym początku, nie chcemy wsadzić 15-latki/a za kierownicę i kazać jechać.
A czego 12-latka się nie nauczy, tego 15-latka nie będzie wiedzieć. 

Suche informacje to o wiele za mało, by uchronić młodych ludzi przed popełnianiem głupich błędów. Wiedza, którą zdobywają, musi mieć czas w nich osiąść, ułożyć się.
Muszą mieć czas i przestrzeń na to, by nazwać te wszystkie informacje, swoimi własnymi słowami i zakodować w głowie na swój indywidualny sposób, który pozwala na pełne zrozumienie i jest ściśle związany z ich doświadczeniami i wiedzą.

Jeżeli nie nauczymy młodych ludzi, jak mówić "nie", jak oceniać, czego naprawdę się chce, a co jest chwilowym kaprysem, jak odróżnić czar chwili od odpowiedzialnej decyzji, zanim uderzą w nich hormony, wahania nastrojów i pierwsze seksualne porywy, nie nauczą się tego nigdy.

To główna cecha odróżniająca nastolatków od dorosłych, nieumiejętność przewidzenia konsekwencji, a raczej, nieumiejętność osądzenia wagi konsekwencji, które mogą nadejść. Nie jest to absolutnie ich wina, ocena konsekwencji to coś, czego da się nauczyć tylko w skutek przeżytego doświadczenia. Szczególnie biorąc pod uwagę, że każde z nas ma inny akceptowalny poziom ryzyka, nawet jako dorośli ludzie.

Jeżeli połączymy więc nieumiejętność przewidywania konsekwencji, z pierwszym pożądaniem, które jest tak silne, że drżą Ci palce na myśl o dotknięciu kogoś, kto siedzi na wprost Ciebie... Nie możemy oczekiwać rozsądnych decyzji.

Ta wiedza musi być już ugruntowana z tyłu głowy, pewna i bezpieczna.
Oczywiście nawet wtedy nie ma 100% pewności, że nie wydarzy się nic złego lub lekkomyślnego, ale szanse na brak poważnych konsekwencji są zdecydowanie większe.




Jak być sobą, gdy zewsząd bombardują nas sprzeczne oczekiwania?

Kultura, w której żyjemy, z jednej strony chce, żebyśmy były piękne, seksowne, słodkie, pogodne, z drugiej strony mamy być skromne, wstydliwe, "udawać niedostępne". Kościół chce, żebyśmy były pruderyjne. Rodzice chcą, żebyśmy były posłuszne. Znajomi chcą, żebyśmy były szalone i wyzwolone.

Jak znaleźć siebie w takim natłoku informacji?

Dojście do tego, że to, jaka jestem, jest ok, że to, jaka jestem, jest sumą moich doświadczeń, wiedzy i przeżyć, że to, jaka jestem, nie jest powodem do wstydu, tylko miejscem, z którego mogę rosnąć i dojść, gdziekolwiek tylko zapracuję, żeby dojść... Zajęło mi 25 lat.

Oddałabym płuco i nerkę za to, żeby ktoś mi powiedział w wieku 9-12 lat, że nie muszę spełniać jakiś narzuconych wyobrażeń o tym, jaka powinna być dziewczyna w moim wieku.
Mogę być po prostu sobą i zawsze znajdzie się ktoś, kto uzna mnie, taką jaką jestem, za wartościową, wyjątkową osobę.
Nie muszę się więc zmieniać i wtapiać w tło, by dopasować się do innych, starając się zadowolić wszystkich, gdy mogę po prostu zostać sobą.



Bardzo dobry wstęp do rozmów o problemach z obrazem własnego ciała, które mogą owocować schorzeniami, jak bulimia, anoreksja, otyłość.



Nastolatkowie, którzy nie odebrali dobrej edukacji seksualnej, ani od szkoły, ani swoich rodziców, nie potrafią rozmawiać w dojrzały i empatyczny sposób o seksie.

Skąd by mieli posiąść taką umiejętność, jeżeli nikt ich tego nie nauczył?

W niezręcznych uwagach lub milczeniu wykonują więc czynności, które uważają, że powinni wykonać, często raniąc się wzajemnie, gdy na drobne potknięcia lub porażki, reagują agresją lub wycofaniem. Strach, niepewność, poczucie upokorzenia generują agresję lub zamknięcie się w sobie, to nieunikniony efekt, szczególnie w tym wieku.

O ile łatwiej byłoby się im opiekować sobą i sobą wzajemnie, gdyby ktoś nauczył ich rozmawiać?

Komunikować swoje potrzeby i pragnienia, dochodzić do konsensusu, jeżeli któreś z nich się nie pokrywają... Po prostu rozmawiać i budować relację.
Co z pewnością przełoży się nie tylko na jakość ich pierwszych doświadczeń, ale i postrzeganie siebie w kontekście własnej seksualności.



To wszystko. Oto całe wskazania. 

Jeszcze raz przypominam, że z całością można się zapoznać u źródeł, łącznie z długim wstępem na temat sensu i celu edukacji seksualnej, którego nie będę już streszczać, bo jeżeli wszystko, co napisałam, nie zrobiło roboty, to streszczenie nic nie pomoże.

Cały ten dokument jest jedną, wielką próbą ochronienia dzieci przed wszystkimi nieszczęściami i bolączkami, jakie wynikają z braku wiedzy.

Ochronienia ich przed: molestowaniem seksualnym, chorobami wenerycznymi, nieplanowaną ciążą, dyskryminacją, seksizmem, mizoginią, mizoandrią, zaburzeniami w postrzeganiu swojego ciała, swojej seksualności, rasizmem, ksenofobią, homofobią, dyskryminacją, nieumiejętnością komunikacji, zarówno z obcymi ludźmi, jak i własnym partnerem lub partnerką, nieakceptowaniem swojej tożsamości seksualnej, swojego ciała, braniem udziału w czynnościach seksualnych, na które nie ma się ochoty, presją rówieśniczą i tysiącem innych rzeczy.

To nie jest tylko nauka o seksie i seksualności. To nauka o tym, jak być dobrym człowiekiem, który żyje w zgodzie i szacunku, zarówno ze sobą, jak i innymi.

Gdyby udało się wychować chociaż jedno pokolenie, na całym świecie, zgodnie z tymi wytycznymi, sądzę, że byłby to początek zupełnie nowego, lepszego świata.
Dla nas wszystkich.

Nie możemy pozwolić by głupota i ignorancja polityków oraz konserwatywnych organizacji, które cynicznie wykorzystują niewiedzę i ufność swoich wyborców, w walce o swoje egoistyczne, polityczne cele, odebrały nam wszystkim szansę na lepszą przyszłość. 

Gdyby każdy z nas odebrał taką edukację, jaka jest tu przewidziana, od dobrych, empatycznych pedagogów, ten blog pewnie nawet nie miałby miejsca, bo każde z nas, niezależnie od warunków, w jakich dorastaliśmy, miałoby tyle narzędzi, by sobie z tymi warunkami poradzić, że nikt by nie musiał pisać ani myśleć o swoim traumatycznym dorastaniu.

Gdyby to ode mnie zależało, wprowadziłabym takie lekcje obowiązkowo, dwa razy w tygodniu, przez pełne 12 lat obowiązkowej edukacji.

fot. Adam Stępień / AG

Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.