Narracja strachu

11:32
Tłem do tego tekstu będzie post, który wrzuciłam jakiś czas temu na e-klerki, nawiązujący do podróży, w której był mój mąż.

"Zdecydowanym minusem spotkania miłości swojego życia, bycia w szczęśliwym małżeństwie i poczucia, że coś Ci się w życiu udało... jest paraliżujący strach, że w każdej chwili możesz to stracić.

Mam wrażenie, że jeżeli doznało się w życiu pewnych rzeczy, to nie ma na świecie dość terapii, miłości i środków zapobiegawczych, które byłyby w stanie ten strach uśmierzyć.

Można o nim na chwilę zapomnieć, można odwrócić od niego uwagę, można udawać, że nie istnieje, ale wystarczy jedna burzowa chmurka na horyzoncie spokojnego nieba i strach wybucha w sercu, jak bomba atomowa.

Piotrek wyjechał dziś na 7 dni do NYC i nagle wszystkie moje aspiracje życiowe streściły się do tego, by móc się z nim zestarzeć. A wszystkie marzenia do tego, by nic mu się nie stało."


Pisząc go, nie zdawałam sobie nawet sprawy z tego, że będzie płatkiem śniegu, który upadnie w odpowiednim miejscu mojego umysłu, by wywołać olbrzymią lawinę.

Ten post dosłownie uchwycił sedno mojego całego istnienia. Najbardziej fundamentalną część mnie. Big bang wszystkich problemów, jakie kiedykolwiek sobie stworzyłam, wszystkich cech, z którymi muszę walczyć, by zapewnić sobie lepsze jutro. Jądro ciemności.

"Mam wrażenie, że jeżeli doznało się w życiu pewnych rzeczy, to nie ma na świecie dość terapii, miłości i środków zapobiegawczych, które byłyby w stanie ten strach uśmierzyć."

Napisałam cały tekst o tym, jak narracja, którą snujemy o swoim życiu, wpływa na jego realny przebieg. Jak złożenie dwóch zdań w głowie, wpływa na namacalne konsekwencje w świecie zewnętrznym.
I jak ważne jest, by uważać na narrację, której się używa, bo źle sformułowana może wywołać katastrofalne skutki.
Nigdy nie dostrzegając głównej narracji, jaką snuję w swoim życiu.
Narracji o tym, że dobre rzeczy w moim życiu nie mogą być trwałe, a im lepsze są, tym bardziej skraca się czas, w którym będę mogła się nimi cieszyć.

Źródła tego, dlaczego tak mam, są dla mnie oczywiste, a dla historii nieistotne, bo mogłyby przecież być zupełnie inne, z takim samym efektem, nie będę się więc nad nimi rozwodzić.
Myślę, że każdy, kto czuje w sobie ten sam strach, jest w stanie go w sobie bez problemu zdiagnozować, nawet nie znając lub nie przyznając przed sobą jego przyczyn.

Ten strach, który nie pozwala cieszyć się na naciągające szczęśliwe wydarzenia, bo nigdy w pełni się nie wierzy, że naprawdę do nich dojdzie.

Ten strach, który zmusza do podświadomego przygotowywania się na najgorsze możliwe scenariusze, by mieć pewność, że żadna katastrofa nie przyjdzie z zaskoczenia.

Ten strach, który nie pozwala w pełni cieszyć się szczęśliwymi wydarzeniami, które aktualnie się dzieją, bo trzeba myśleć o tym, że zaraz się skończą, coś może je przerwać, zaburzyć, zniszczyć.

Ten strach, który każe doszukiwać się każdej najmniejszej wady, w każdym najmniejszym szczęśliwym wydarzeniu, by w razie jego nagłego końca lub złego odbioru, dało się sobie szybko zracjonalizować, że wcale nie było takie szczęśliwe, tak czy inaczej.

Ten strach, który zawsze każe stać odrobinkę z tyłu, kilka kroków od pełni szczęścia, dumy z siebie, poczucia bezpieczeństwa, tak blisko, by dało się ich prawie dotknąć wyciągniętą ręką, ale nigdy dość blisko, by realnie je poczuć.

Jestem utożsamieniem tego strachu, fizyczną manifestacją absolutnego abstraktu. Ciągłą gotowością na katastrofę.

Zawsze uważałam, że moje skłonności do wytwarzania dramy w swoim życiu opierają się na tym, że nie umiem funkcjonować, gdy nic się nie pali. Jestem świetna w radzeniu sobie z kryzysami, ale zwykłe, spokojne życie kompletnie mnie przerasta. Łączyłam to z uzależnieniem od adrenaliny albo łatwiejszym dostępem do serotoniny, gdy udaje się zażegnać kolejną sprawę "życia lub śmierci", w porównaniu do tego, jak trudno jest wywołać ten przypływ szczęścia w zwykłych warunkach, gdy nie dzieje się nic wyjątkowego. Myślałam, że moje traumatyczne przeżycia dosłownie uwarunkowały neurochemiczne mój mózg do życia w ciągłym napięciu i nie ma nic, co mogłabym z tym zrobić. Było to nawet w pewien sposób wygodne, gdy generowanie cierpienia na własne życzenie, w jakiś sposób potwierdzało wagę tego cierpienia, którego doświadczałam wbrew swojej woli.

Teraz jednak myślę, że chodzi w tym wszystkim o coś innego.
O narrację.

Doświadczyłam w życiu tyle cierpienia, rozczarowań i opuszczenia, że w pewnym momencie zaakceptowałam moje życie, jako właśnie takie.
Gdyby ktoś zapytał 14-22 letnią mnie, jakim słowem podsumowałabym swoje życie byłaby to "pożoga". Miałam nawet takie powiedzenie "życie mnie chłoszcze", które urosło do rangi mema między mną a moimi przyjaciółmi, za każdym razem, gdy przydarzyła mi się kolejna absurdalnie krzywdząca rzecz.
A było ich naprawdę wiele.
Zaakceptowałam cierpienie w moim życiu i zamiast przed nim uciekać, ubierałam się w nie każdego dnia, nakładałam je co rano na rzęsy, wcierałam w dłonie i otulałam się nim pod szyję. Zaakceptowałam strach, napięcie i ból, jako integralne części mnie. I nauczyłam sobie z nimi radzić.

Nauczyłam się wytłumiać swoje emocje.
Nauczyłam się zachowywać zimną krew w najbardziej krytycznych sytuacjach.
Nauczyłam się nawet romantyzować swoje cierpienie, mówiąc sobie, że szczęśliwy potrafi być każdy, a do cierpienia potrzeba ludzi wyjątkowych (spoiler alert: jest dosłownie odwrotnie).
Nauczyłam się radzić sobie z dyskomfortem tak dobrze, że z czasem za pomocą mojego lekkomyślnego, bezrefleksyjnego, okrutnego zachowania, przysparzałam sobie jeszcze więcej cierpienia, którym próbowałam przyćmić dramaty, które przydarzały mi się wbrew mojej woli, by zapewnić sobie jakieś małe zwycięstwa.

Co by się jednak wydarzyło, gdybym nie definiowała siebie, jako osoby skazanej na cierpienie, skazanej na porażkę, skazanej na utratę tego, co kocha?
Gdybym nie zaakceptowała i nie przyjęła dyskomfortu, jako naturalnego stanu?
Gdybym poprowadziła moją narrację inaczej?

Nie jestem fanką gdybania, bo wierzę, że nasze przeszłe decyzje, były jedynymi, jakie byliśmy w stanie podjąć, na postawie naszego stanu, emocji, okoliczności i przeszłych doświadczeń.
Chciałabym się skupić na moich obecnych decyzjach.

Piotrek wyjechał, a ja, jak już wspomniałam, jedyne, o czym byłam w stanie myśleć, to rzeczach, jakie mogą mu się przytrafić.
Bo przecież tak daleko udało nam się zajść, tak dużo zbudować, tyle osiągnąć. Musi więc już umrzeć. To naturalny tok mojego życia, gdy jest dobrze, oznacza to tylko tyle, że niedługo będzie źle. Im lepiej jest, tym gorzej będzie.
Im bardziej go kocham, im bardziej jestem szczęśliwa, im bezpieczniejsza się czuję, tym bardziej bolesny będzie upadek, gdy coś mu się stanie. A musi mu się coś stać, bo to przecież moje życie.
Wszystko zmierza w kierunku katastrofy. Zawsze.
Szwendałam się więc po mieszkaniu, trochę poddenerwowana, trochę sentymentalna i przypomniało mi się, że przecież ostatnio napisałam też:
„Nie powinno się robić takich rzeczy człowiekowi.
Nie da się być w tym samym czasie pogodzonym ze śmiercią i zmobilizowanym do walki o życie.”
Wówczas było to o zderzeniu się z niewiadomą w postaci klęski żywiołowej, ale gdy na nowo o tym pomyślałam, zrozumiałam, że w zasadzie do tego sprowadza się większość mojego jestestwa.
Rozerwania między chęcią przeżywania życia w pełni, cieszeniem się nim, oddaniu się mu, odkręceniu bocznych kółek i odwadze, by naprawdę spróbować.
A poczuciem, że wszystko, w każdym momencie, może legnąć w gruzach i tylko pielęgnowane w sobie poczucia beznadziei może mnie uchronić przed zwariowaniem z bólu, gdy to się wydarzy.
I to nawet nie jest świadoma decyzja.

Po tej myśli nagle coś w mojej głowie przeskoczyło, jak pstryczek, który decyduje, czy w pomieszczeniu panuje jasność, czy ciemność.
Nagle ogarnęła mnie wściekłość, że Piotrek mnie zostawił, jest gdzieś tam, w wielkim świecie, żyje swoim życiem, a ja zostałam z tyłu. Ubrałam to w jakieś bezsensowne tezy i argumenty, splotłam w jedną wypowiedź, wysłałam i zablokowałam go na wszystkich mediach społecznościowych.
Zaczęłam żyć, jakby go nigdy nie było.
Przez 5 dni udawałam, że Piotrek bardzo mnie skrzywdził swoim wyjazdem do pracy i w związku z tym, mam prawo udawać, że nie istnieje.
Dosłownie wszyscy mówili mi, że zachowuję się jak idiotka i powinnam go odblokować, ale do mnie nic nie docierało. Miałam oczywiście świadomość, że moje argumenty brzmią, jakby nie miały sensu, ale święcie wierzyłam, że to wcale nie umniejsza ich racji.
Całe moje zachowanie było zupełnie irracjonalne, a jednak byłam bardzo zdeterminowana, by go nie zmieniać.
Dlaczego?

„Nie powinno się robić takich rzeczy człowiekowi.
Nie da się być w tym samym czasie pogodzonym ze śmiercią i zmobilizowanym do walki o życie.”
Nie mogę go kochać, myśleć o nim i dawać sobie przestrzeni do słodkiego i sentymentalnego tęsknienia za nim, gdy w tym samym czasie muszę się mentalnie przygotowywać na to, że umrze i już nigdy więcej go nie zobaczę, a całe moje życie, które tak cierpliwie budowałam, przestanie istnieć.

To taka ironia, bo zaczęłam pisać ten tekst kompletnie nieświadoma, co za chwilę zrobię i jak idealnym przykładem tego, jak narracja potrafi niszczyć życie, się stanę.
Byłam moment przed uchwyceniem swoim umysłem zupełnie nowej narracji, jednak stara dopadła mnie wcześniej...

A oto jak wygląda moja nowa narracja, którą mam nadzieję zacząć wprowadzać w życie:
Złe rzeczy będą się dziać niezależnie od tego, czy jest się na nie mentalnie przygotowanym, czy nie.
Ludzie będą umierać, zdradzać, opuszczać, ranić, niezależnie od tego, czy zachowamy w sobie emocjonalny dystans, czy nie.
Pech nie jest czymś, nad czym możemy zapanować, czy się staramy, czy nie.

Gdy nasze życie będzie się łamać, odczujemy to równie mocno, niezależnie od tego, jakie kroki przedsięwzięliśmy, by się przed tym uchronić.

Nie da się uniknąć cierpienia.
Nie oznacza to wcale, że trzeba je akceptować, jako główną siłę napędową.
Nie oznacza to wcale, że trzeba mu się poddać.
Nie oznacza to wcale, że trzeba dać się mu zdominować.

Wszystkie zapory, jakie w sobie budujemy, są tylko pozorną ochroną, bo czy nieodzywanie się do Piotrka rzeczywiście sprawiłoby, że cierpiałabym mniej, gdyby coś mu się stało?
Nie. Pewnie wręcz przeciwnie.
Czy odbieranie sobie prawa do cieszenia się dobrymi rzeczami, które nadchodzą, w jakikolwiek sposób obniży rozczarowanie, gdy finalnie się rozsypią?
Nie. Oczywiście będzie można powiedzieć "wiedziałam, że tak będzie", ale ta pozorna kontrola nad sytuacją, wcale nie sprawi, że będzie mniej bolesna.

Nie da się kontrolować losu, innych ludzi ani cierpienia.
Możemy jednak kontrolować swoją narrację.

Myślę, że nastawianie się na cierpienie jest jakąś formą próby oswojenia go, a co za tym idzie, odebrania mu nad nami władzy.
Jednak efekt jest zupełnie odwrotny i to, co robimy, to oddajemy całe swoje życie pod władzę lęku przed cierpieniem.

Nie chcę stać w trzecim rzędzie i patrzeć, jak ludzie z pierwszego czerpią z życia całymi garściami, kiedy ja próbuję się cynicznie dystansować.
Nie chcę być tą osobą, która przeżyła w swoim życiu wyjątkowe rzeczy, ale żadnej z nich tak naprawdę nie doświadczyła, bo bała się w nie w pełni zaangażować.
Nie chcę mówić "wiedziałam, że tak będzie".
Nie chcę się ciągle bać.
Nie chcę egzystować.

Chcę żyć.
Chcę płakać ze szczęścia.
Chcę mieć odwagę, by podejmować ryzyko.
Chcę ufać, że będzie dobrze, nawet jeżeli nic na to nie wskazuje.
Chcę kochać, jakbyśmy oboje mieli zapewnioną nieśmiertelność.

Gdy Piotrek umrze złamie mi to serce. Pomyślę "dlaczego przydarzyło się to mi?", "dlaczego teraz?", "dlaczego losie?", pomyślę tak, gdy wydarzy się to za rok, 10, 20, 30, 40, 50 lat. Oto wielka tajemnica losu - nigdy nie będę na to gotowa.
Nigdy nie uznam tego za cokolwiek innego niż absolutną katastrofę.
Czy jednak nie byłoby o wiele większą katastrofą, gdybym spędziła 50 lat swojego życia, w strachu przed tym momentem, próbując stosować różne mechanizmy obronne, by się na ten moment przygotować... zamiast go po prostu kochać, najmocniej, najszczerzej i najdłużej, jak tylko będzie mi to dane?

"Bez tej miłości można żyć,
mieć serce puste jak orzeszek,
malutki los naparstkiem
pić z dala od zgryzot i pocieszeń,
na własną miarę znać nadzieję,
w mroku kryjówkę sobie wić,
o blasku próchna mówić „dnieje”,
o blasku słońca nic nie mówić.

(...) nie będę powalonym drzewem.
Codziennie mocniej w ciebie wrastam
radością, smutkiem, dumą, gniewem.
Nie będę jak zerwana nić.
Odrzucam pustobrzmiące słowa.
Można nie kochać cię – i żyć,
ale nie można owocować."
- Wisława Szymborska

Od razu pomyślałam tutaj o wierszu Szymborskiej, który jest o miłości do ojczyzny, ale jak zawsze unosi się ponad wszystkimi standardowymi interpretacjami, dając czytelnikowi wgląd w jego własne uczucia.
Dla mnie ten wiersz jest dokładnie o tym, o czym ten tekst - chęci przeżycia czegoś więcej. Zaangażowania się głębiej. Doświadczania.
Odwadze, by to przed sobą przyznać i wyrazie woli, by po to sięgnąć.

Nie zgadzam się, by strach narzucał mi moją narrację.


fot. e-klerki
Wschody słońca to chyba najrzadszy widok, jakiego doświadczam.
Rok 2018, ja i przepiękne Koh Tao.

Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.