Drogo płaci ten, który wybrał nic nie tracić

"Przepraszam dawną miłość, że nową uważam za pierwszą"
- Szymborska

Gdy pierwszy raz przeczytałam te słowa, zrobiły na mnie olbrzymie wrażenie.

Jeżeli pamiętacie Grześka z Heartbreaker Hotel lub Historia, którą opowiadam o miłości, z pewnością pamiętacie też model moich związków, który zawsze opierał się na tych samych zasadach: znalezieniu dystrakcji, zrobieniu mu na złość, uświadomieniu mu, że mnie kocha lub próbie uwolnienia się od niego.
Gdy kolejny z tych związków przeżywał swój zmierzch, szargana nieustającymi falami wyrzutów sumienia powiedziałam do Grześka
- Nie mogę tak żyć, nie mogę złamać mu serca, nikt nie był dla mnie tak dobry, jak on.
Na co Grzesiek odpowiedział poirytowanym głosem
- Mówisz tak o każdym.
I rzeczywiście było to prawdą. Wtedy odpowiedź była dla mnie oczywista: "oczywiście, że każdy mój chłopak traktuje mnie lepiej, niż poprzedni, nie spotykałabym się z kimś, kto traktuje mnie gorzej".
Teraz myślę, że jest w tym coś więcej.

Czyż nie powtarza się za każdym razem "jeszcze do nikogo nie czułam tego, co do Ciebie"? Za każdym razem wierząc w to równie mocno. "Jeszcze nikt mnie nie rozumiał, tak jak Ty", "nie mogę z nim zerwać, nigdy nie znajdę nikogo, kogo pokocham równie mocno", "jesteś zupełnie inny, niż wszyscy".
Może to obiektywna prawda, a może przemożna potrzeba potwierdzenia, że to, co ma się obecnie, jest lepsze i bardziej wartościowe, niż to, co straciliśmy. Niezależnie od odpowiedzi, spora część z nas, ma skłonności do tego, by umniejszać wydarzenia, przeżycia i emocje z przeszłości, w celu podkreślenia wyjątkowości teraźniejszych doświadczeń.

Ile przez to tracimy?

Zaczęłam od miłości, bo na przykładzie związków chyba najłatwiej to zrozumieć, ale przypadek, który zainspirował mnie do tych rozmyślań, był daleki od romantyzmu.
Posłużę się tu magicznym środkiem anonimowości - "znajomą".
Otóż moja znajoma, w wyniku serii niefortunnych zdarzeń, zakończyła relację ze swoją najlepszą przyjaciółką.
Jak to bywa, obie strony miały swoje racje, obie uważały, że są ofiarami sytuacji, obie nie umiały zrozumieć motywacji i pretensji drugiej strony. I chociaż tak już bywa w życiu, że ludziom zdarza się z siebie wyrastać i niby nie można nikogo za to winić, tak zazwyczaj obwinia się o to siebie wzajemnie.
To, co w całej sytuacji zainteresowało mnie najbardziej, to nagłe skłonności do tego, by rozkładać obecną złość, żal i rozczarowanie na połacie całej relacji, która trwała lata. Nagle pojawiły się sformułowania "mogłam się tego spodziewać, ona zawsze taka była", "nigdy mnie nie szanowała", "zawsze była toksyczna", słowa, które byłyby nie do pomyślenia, jeszcze kilka miesięcy wcześniej.
Każda relacja ma swoje wzloty i upadki, nigdy nie jest idealnie przez cały czas, zawsze są jakieś zadry, nadużycia, emocjonalne wymuszenia, jednak każda z tych rzeczy, w małych ilościach, jest zupełnie normalna i nie stanowi podstaw do oskarżania się wzajemnie o cokolwiek.
A jednak, gdy relacja osiąga moment krytyczny, zazwyczaj okropiony łzami, krzykami i pretensjami, każdy z tych małych konfliktów zaczyna urastać do olbrzymich rozmiarów. Do zdrad, oszustw i jawnego okrucieństwa.
Nie mamy żadnego fizycznego dostępu do przeszłości, wszystko, co nas z nią łączy to nasze własne wspomnienia i wyobrażenia na jej temat. Gdy więc pogrążamy się w złości i żalu, mniej lub bardziej celowo odrzucając dobre momenty, by skupić się na złych, rozdrapywać je i utwierdzać się w słuszności swojej decyzji, sprawiamy, że przeszłość transformuje w coś zupełnie nowego, zaledwie luźno związanego z tym, co rzeczywiście się wydarzyło.
I w ten sposób wieloletnia, udana i szczęśliwa przyjaźń rozpływa się w powietrzu, a jej miejsce zajmują lata użerania się z osobą, która nigdy na Ciebie nie zasługiwała, przez cały czas Cię oszukiwała, udając kogoś innego i zmarnowała Ci tyle lat.
Obiektywna prawda ma nieskończenie mniejsze znaczenia dla naszego umysłu niż historie, które sobie opowiadamy.

Ile przez to tracimy?

Prawie każda relacja ma swoją datę ważności. Nie jest to żadna odgórnie narzucona czy arbitralne ustalona data. Niemniej jednak istnieje. Unosi się nad nami, zbliża się i oddala, w zależności od naszych planów, decyzji i ich egzekucji. 
Myślę, że dość bezpieczne jest założenie, że jeżeli wyprowadziłaś się z rodzinnego miasta, masz karierę, plany, inne ambicje niż wicie rodzinnego gniazdka (w którym oczywiście nie ma nic złego i jest równie ambitnym planem, co każdy inny), ludzie w Twoim życiu będą się regularnie wymieniać. Zmiany firm, przeprowadzki, rozstania, Twoje plany, ich plany. Data ważności będzie za Tobą podążać nieustannie. 
Gdyby więc myśleć o relacjach, jako czymś, co ma naturalny początek i koniec, może łatwiej byłoby się pogodzić z ich zakończeniem?

Strata ludzi, których kochamy, na których nam zależy, których obecność w naszym życiu, jest dla nas ważna, zawsze boli. Niezależnie, czy odbędzie się to w pokojowych warunkach, wrogości, czy tragedii, zawsze boli. 
I najczęściej szuka się winnych. A wina to taka ciekawa rzecz...
"Wina
1. «czyn naruszający normy postępowania»
2. «odpowiedzialność za zły czyn»
3. «przyczyna, powód czegoś złego»"
- sjp, PWN
Tymczasem większość z nas, przemożna większość bym powiedziała, podejmuje wyłącznie decyzje, które uważa za dobre. Nikt jeszcze nie wynalazł barometru badającego poziom dobra i zła w danych czynach, nie ma żadnych obiektywnych źródeł, które mogłyby nas ostrzec, że to, co robimy, jest złe. Ludzie robią złe rzeczy z dobrych pobudek, cały czas. Powiedzenie "dobrymi chęciami jest piekło wybrukowane" nie wzięło się znikąd.
A jednak, gdy przychodzi do konfliktowych sytuacji, zawsze zakładamy, że któraś ze stron musiała mieć złe intencje, wina gdzieś leży, ktoś ma rację. Trzeba więc znaleźć winę, wetrzeć ją winnemu w twarz, odebrać swoją rację i móc opuścić miejsce zdarzenia, jako zwycięzca. 
Tymczasem, gdy kończy się relacja, nikt nie wygrywa. Nikt też nie przegrywa. Każde bierze z relacji tyle, ile może i idzie dalej. Bogatsze o doświadczenia, biedniejsze o daną osobę.
Czasem nie ma już więcej miejsca na kompromisy. Czasem forma się wyczerpuje. Czasem ludzie zmieniają się tak bardzo, że nie mają już żadnych wspólnych fundamentów. 
Nie oznacza to, że którakolwiek ze stron zrobiła coś złego. 
A co ważniejsze, jeżeli zrobiła coś złego, a jej decyzja doprowadziła Was do punktu bez odwrotu, nie oznacza to, że cała relacja była zła. 

Wracając do miłości, myślę, że świetnym zobrazowaniem problemu, gdybyście miały problemy z autodiagnozą, jest moja niewyczerpana złość na Dawida, o którym mogłyście tu już kilka razy przeczytać.
W Somebody that I used to know, pierwszym tekście, jaki kiedykolwiek napisałam na jego temat, użyłam pamiętnych słów:
"Nasz związek był naprawdę dobry, pełen szacunku i serdeczności".
W tamtym momencie była to dla mnie szczera prawda, oczywiście wydarzenia, które tam opisywałam, wpłynęły na poziom sympatii, jakim go darzyłam, ale moje zdanie o naszym związku wciąż było nimi niezmącone.
W Wciąż bywam złą osobą pisałam już zupełnie inaczej:
"Gdy nasz związek kiełkował, wszyscy, od moich rodziców, przez przyjaciół po zwykłych znajomych z uczelni uważali, że Dawid jest pod każdym względem - wizualnym, intelektualnym, finansowym, charakterologicznym gorszy ode mnie".
Ilość złości, jaką w sobie rozgrzebałam, żalu do niego, poczucia niesprawiedliwości i bezradności, sprawiała, że wydarzenia, które miały miejsce 2 lata po naszym rozstaniu, urosły do rangi, która rzuciła cień na cały nasz związek. Którego tam nigdy nie było.
Pamiętam, że skończyłam tę relację z poczuciem, że wreszcie wzięłam się w garść, wiem już, o co chodzi w związkach, rozgryzłam to. I jakkolwiek egoistyczne by to nie było, byłam tak wdzięczna Dawidowi za to, że dał mi szansę, stać się tą osobą. Autentycznie wdzięczna.
Cytat z mojej rozmowy z Grześkiem, który zamieściłem w pierwszym akapicie tego tekstu, był właśnie o nim, tuż przed tym, jak zdecydowałam się spróbować potraktować ten związek poważne i przestać grać w moje gierki. 
Potem jednak wydarzyły się rzeczy, jego zachowanie wprowadziło mnie w taki, a nie inny stan, zadziałał więc we mnie znany schemat szukania winy.
Najpierw, oczywiście, znalazłam ją w nim i przeciągnęłam go przez cały Internet, publicznie rozliczyłam z grzechów i przewinień. Nie poczułam jednak żadnej ulgi, tylko więcej złości, więcej goryczy, więcej chęci zemsty. 
Następnie, chcąc już pomóc samej sobie, w pozbyciu się tych wszystkich trudnych emocji, znalazłam winę w samej sobie. I przeciągnęłam siebie, spowiadając się z wszystkich błędów i okrucieństw, o których nigdy nie wiedział, a które miałyby w jakiś sposób wprowadzić między nas status quo.

Oba te poszukiwania skończyły się fiaskiem, bo nie znalazłam jedynej rzeczy, której tak naprawdę szukałam - ulgi.
Myślę, że to jedyna rzecz, której tak naprawdę pragną ludzie, po jakiejkolwiek formie rozstania.
Złość, żal, ból, poczucie niesprawiedliwości, bycia oszukanym, zdradzonym, opuszczonym, każdy z tych stanów jest potwornie męczący i wyniszczający. To naturalne, że chcemy położyć im kres. 
Z braku lepszych narzędzi, opieramy się na winie i nadziei, że przynajmniej ściągnie z nas odpowiedzialność za obecny stan rzeczy. Jednak tam, gdzie jest wina, jest jeszcze więcej poczucia skrzywdzenia i zdradzenia. 
Nie da się osiągnąć ulgi przez generowanie kolejnych trudnych do zniesienia emocji. 
Wszyscy ciągle powtarzają, że "w wybaczaniu nie chodzi o osobę, która Cię skrzywdziła, ale o Ciebie i Twój spokój" i zawsze się przeciw temu buntuję, bo niby dlaczego miałabym wybaczyć komuś, kto nie zadośćuczynił, kto mnie opuścił, kogo to wybaczenie nawet nie interesuje, kto na nie nie zasłużył?
Ponieważ nie chodzi w nim o tę osobę - jaka jest, czego chce, jakie ma motywacje.
Chodzi o nas. 
Nasz spokój.
To w porządku, że ludzie odchodzą, to w porządku, że my chcemy odejść, to nawet w porządku, że na końcu znajomości któraś ze stron robi coś złego - w końcu nawet koniec potrzebuje jakiegoś impulsu. 

Wydaje mi się, że najbardziej przeobrażamy naszą przeszłość, gdy jesteśmy w ekstremalnych stanach emocjonalnych. 

Ciężko jest myśleć o tym, jak bardzo kochał Cię Twój ex, gdy przeżywasz właśnie nową, ekscytującą miłość. 
Ciężko jest myśleć o tym, jak pielęgnowana byłaś w trakcie choroby przez swoją ex przyjaciółkę, gdy właśnie przeżywasz najgłębsze kręgi piekła, jakie Ci zgotowała. 

Jednak tylko dlatego, że ktoś odchodzi lub nie jest już częścią naszego życia, nie oznacza, że cała nasza historia jest skreślona.
Tyle można na tym stracić...
Relacje, które tworzymy z bliskimi nam ludźmi są skarbnicą bezcennych lekcji o życiu, związkach i, przede wszystkim, nas samych. Wszystkie rzeczy, jakich razem doświadczyliśmy, problemy, jakie razem rozwiązaliśmy, przygody, jakie razem przeżyliśmy... Niszcząc czyjś obraz w naszej pamięci, niszczymy też ogrom naszego własnego życia. Obracamy momenty szczęścia i pogody, w zwiastuny katastrofy, którymi nigdy nie były.
Nie wypracowałam go jeszcze sama, ale chciałabym wierzyć, że istnieje jakiś balans...

Umiejętność trzymania w sobie najlepszych wspomnień, bez porównywania ich z teraźniejszością.
Umiejętność oddania sprawiedliwości przeszłości, niezależnie od obecnych wydarzeń.
Umiejętność pozwolenia komuś odejść, nawet jeżeli ich potrzebujemy.
Umiejętność wybaczenia, bez osądzania i szukania winnych.
Umiejętność odpuszczenia i pozwolenia sobie na ulgę.

fot. e-klerki
Amsterdam, 2016

Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.