Czasem warto się tłumaczyć...

"Wiem, że to głupie i bezowocne, ale strasznie się złoszczę, gdy widzę, jak moi znajomi kłamią w social mediach.

Wiem, że Twój związek jest beznadziejny.
Wiem, że nie masz pomysłu, co zrobić ze swoim życiem.
Wiem, że nie nic nie robisz na tych studiach.
Wiem, że objadasz się w tajemnicy po tych fotkach z siłowni.

Wiem, że wszystko co piszesz, to mieszanka wyparcia, zaprzeczenia i jakiejś absurdalnej formy kompensacji, która każe Ci myśleć, że jeżeli Twoje życie będzie atrakcyjne w cudzych oczach, to nagle zacznie takie być naprawdę.

A potem ludzie z zupełnie normalnym, fajnym życiem, siedzą zdruzgotani patrząc na tę paletę mechanizmów obronnych i myślą „ale inni mają fajne życie, też bym tak chciał/a”."

Czuję, że te słowa zasługują na kilka zdań wyjaśnienia.

Kiedyś zdarzało się to nagminnie, dziś o wiele rzadziej, że moje słowa są odbierane kompletnie inaczej, niż to, co realnie miałam na myśli.
Może nauczyłam się lepiej konstruować myśli, a może, co wydaje się bardziej prawdopodobne, przestałam się dzielić rzeczami, które pozostawiają pole do interpretacji.
Złość, którą czułam wczoraj, wzięła nade mną górę i na fali swojego nastroju, wrzuciłam powyższy post.
Zainspirowała go rozmowa z moimi przyjaciółmi, o wspólnych znajomych, którzy naprawdę działają nam na nerwy, otwarcie i bezwstydnie kłamiąc na swoich social mediach.

Nie ma tu żadnego głębszego dna, nie ma żadnej większej myśli.
Znajomi, którzy kłamią, bo wiemy, naprawdę wiemy, że kłamią, wywołują w nas złość.
Koniec.

Przywitałam z pewną dozą szoku i niedowierzania, że wszyscy unoszą się ponad tą najoczywistszą interpretacją, szukając czegoś więcej, jakiegoś większego obrazu, szerszej perspektywy.
Podejrzewam, że może mieć to związek z tym, że normalnie moi odbiorcy spodziewają się po mnie czegoś więcej, niż napisania wprost "złości mnie, gdy ludzie kłamią" i brak jakiejś wholesome puenty sprawił, że zaczęli szukać tam czegoś ciekawszego, co mogłam mieć na myśli.
A z drugiej strony, jak napisała mi w prywatnej wiadomości jedna z dziewczyn (zaczynając ją w sposób, który wygrał moje serce "kurcze Klaro, jak normalnie się z Tobą zgadzam to teraz tak bardzo nie i staram się zrozumieć punkt widzenia, jednocześnie próbując przekazać też własny!" czy można podejść do dyskusji w bardziej dojrzały i otwarty sposób?!), jej interpretacja poszła w kierunku tego, że mam pretensję do ludzi, którzy nie okazują słabości w social mediach, że tego nie robią i nazywam ich kłamcami. A jako że sama dużo w życiu przeszła i nie dzieliła się tym publicznie, poczuła się dotknięta i, co naturalne, weszła w tryb obronny. 
Wyjaśniłam jej od razu, co autentycznie miałam na myśli, zgodziła się ze mną, że jeżeli o to mi chodzi, to rzeczywiście wszystko jest w porządku i jesteśmy na tej samej stronie, pożegnałyśmy się w przyjaźni.

Podejrzewam, że to dwa główne nurty, które sprawiły, że ten błahy tak naprawdę post, spotkał się z aż taką dawką niezrozumienia.
I zdecydowanie był dla mnie dobrym przypomnieniem, że wylewanie takich frustracji publicznie, nie przynosi nic dobrego. 

Niemniej jednak ta fala niezrozumienia i nadinterpretacji, kazała mi się zastanowić, dlaczego umiem poruszać ten temat w wyważony i ciekawy sposób, gdy chodzi o obcych ludzi, natomiast w przypadku znajomych, potrafię jedynie rzucić poirytowany ogólnik wcierający "im" w twarz, tak zwaną rzeczywistość. 
Skąd we mnie tak wiele zrozumienia dla ogółu, a tak mało dla znanych mi jednostek?
Dlaczego bardziej mnie obchodzi kłamiąca koleżanka niż tysiąc kłamiących insta modelek?

Zanim zdążyłam dotrzeć do odpowiedzi na te pytania, dostałam ważniejsze, które właściwie podsumowuje cały problem.
Byłam w trakcie tłumaczenia, po raz kolejny, o co właściwie mi chodziło:
- Ten post jest o sytuacji, kiedy wiesz, że ktoś kłamie, kropka. Nie o ogólnym dzieleniu się szczęściem, nie o przypadkowych osobach w Internecie, nie o zazdrości, że komuś się powodzi. Jest o złości, gdy ktoś kłamie, tyle.
- No to mogę zrozumieć emocje wynikające z niego, ale pomyśl, czy naprawdę to złość, czy nie trochę żal tych konkretnych ludzi, że muszą tak naginać rzeczywistość.
Spadło to na mnie, jak chwila olśnienia.

To jest to, co powinnam czuć - współczucie.
Nie złość, nie irytację, pretensje, obwinianie.
Współczucie.

Naprawdę nie umiem odpowiedzieć na pytanie, dlaczego generuje we mnie tyle złości, gdy widzę, jak moi znajomi kłamią. Na swój własny temat, a więc coś, co mnie kompletnie nie dotyczy.
Mam główne 3 tezy:

1. Szczerość w social mediach
Wspomniana już przeze mnie utopijna wizja przyszłości, gdzie social media stają się bramą do prawdziwych, głębokich relacji międzyludzkich, których nie ogranicza lokalizacja, kultura, a nawet język. Z miejsca, gdzie wszyscy udają i zarabiają na nierealistycznych, ustawionych i wyphotoshopowanych wariacjach na temat rzeczywistości, w miejsce, które staje się swego rodzaju lustrzanym odbiciem rzeczywistości. Co oczywiste, kłamstwo zawsze będzie istniało, bo jest częścią ludzkiej natury, ale wszyscy musimy się zgodzić, że skala kłamstw w "realu" jest nieporównywalnie mniejsza niż ta online. 
Także może złości mnie patrzenie, jak ludzie aktywnie sabotują tę przyszłość, kultywując kłamstwa na swój własny temat.

2. Odbiór przez osoby trzecie
Pamiętam, jak to było mieć beznadziejne życie, którego naprawdę, szczerze ma się dość, będąc otoczonym przez ludzi, którzy zdają się być idealni.
I gdy jest się w takim miejscu, z którego nie widać ucieczki, słońca ani nadziei, naprawdę ciężko jest nałożyć na nos okulary zimnego, racjonalnego myślenia i stwierdzić "ok, część z nich z pewnością udaje". W zdecydowanej większości przypadków myśli się "wszyscy mają rzeczy, których ja nigdy nie będę miała"
Z perspektywy czasu wiem, na 100%, że większość z nich udawała. Wiem, bo dowiedziałam się więcej o życiu. Wiem, bo sami się do tego przyznawali. Wiem, bo sama obserwowałam u siebie mechanizmy, które oni prezentowali. 

I w obu przypadkach nie chodzi o to, że ludzie nie mówią o tym, co ich boli publicznie, chociaż byłoby fajnie, gdyby kiedyś tak się działo.
Chodzi o rozmyślne, celowe zakłamywanie rzeczywistości poprzez, na przykład, wstawianie uśmiechniętych zdjęć z rodzicami i podpisem "w domku najlepiej", kiedy ci rodzice wciąż (już nie mówię nawet o dzieciństwie) Cię biją i wszyscy przyjaciele wiedzą, że ich nienawidzisz.
Chodzi o chwalenie się każdym wyjazdem służbowym, chociaż zniszczyły Ci one już trzy związki z fajnymi, wartościowymi osobami, co zapewnia Ci nieustanne stany lękowe, bo nawet nie lubisz podróżować, ale nie możesz rzucić tej pracy, bo spłacasz kredyt na 35 lat.
Chodzi o wyznania miłosne, zachwalające pod niebiosa Twój związek, w którym tak naprawdę Twój facet notorycznie Cię zdradza, z Ty w ramach odwetu, znęcasz się nad nim psychicznie.

3. Utożsamianie się z rzeczywistością, która nie istnieje 
W myśl powiedzenia "tonący brzytwy się chwyta" ludzkie mechanizmy obronne działają z prędkością światła. Kompensacja jest jednym z popularniejszych i bardziej niebezpiecznych. 
W skrócie polega na tym, że wynagradzamy się za nasze braki. 
Nie bawiąc się w inne przykłady, doskonałym obrazem kompensacji jest wrzucanie przekształconej wersji rzeczywistości do sieci, by dzięki lajkom i komentarzom na chwilę zapomnieć, że to, co prezentujemy, nie ma nic wspólnego z naszym prawdziwym życiem. 
Co, moim zdaniem, krzywdzi wszystkich, bo z jednej strony odsyłam do punktu 2, a z drugiej, nigdy nic w życiu nie osiągniemy, nie zmienimy i nie naprawimy, jeżeli będziemy wmawiać sobie, że życie, które nas wykańcza, tak naprawdę jest super, bo daje nam lajki. 

Wydaje mi się to dość normalne, że każda z tych rzeczy wywołuje we mnie mniejszą lub większą złość. Szczególnie gdy dotyczy ludzi, których znam i jestem z nimi w jakiś sposób związana.

"Normalne" nie znaczy jednak "dobre", "słuszne" czy "konstruktywne". Oznacza jedynie "częste". Tym przecież jest "norma" - statystyczną większością, uznaną przez społeczeństwo.

Złości nas, gdy ludzie postępują w sposób, który uważamy za niewłaściwy, o którym myślimy, że kiedyś przyczyniał się do naszego nieszczęścia, chyba dość intuicyjnie stronimy do fałszu i kłamców.
Fakt, że są to znajomi, zupełnie przysłonił mi prawdę, którą przecież znam od tak dawna: ludzi do takich i większości innych zachowań, które są społecznie uznawane za nieakceptowalne, pcha cierpienie, nieszczęście, samotność, ból, frustracja.
Nawet jeżeli jest w tym dużo narcyzmu, fałszu i łechtania sobie ego, wciąż nie umniejsza to beznadziei sytuacji, w jakiej dana osoba się znalazła.

Jak bardzo zrezygnowanym trzeba być, żeby pomyśleć: "okej, moje życie osiągnęło poziom, w którym oficjalnie się poddaję, nie jestem już nic w stanie na to poradzić, jedyne, co mogę zrobić, to sprawić, by inni myśleli, że jest dobre, na co też poświęcę resztki mojej energii".
Oczywiście wiadomo, że nie jest to świadomy proces, ani konkretnie sformułowana myśl, tylko sposób, w jaki zaczynamy się zachowywać, dochodząc do takich wniosków podświadomie.
Żaden człowiek nigdy przed sobą otwarcie nie przyzna takich rzeczy bez porządnej terapii.

Trochę jak ja, w okresie mojego patologicznego kłamania, które w oczywisty sposób było kompensacją za to, że nie mam żadnej kontroli nad swoim życiem i wszystko, co było mi obiecane, okazało się kłamstwem, więc wmówiłam sobie tę narrację o kłamaniu, jako hobby, gdy de facto było rozpaczliwą próbą wprowadzenia chaosu wokół mnie, który z jednej strony odciągnie moją uwagę od prawdziwych wydarzeń, a z drugiej zrobi zasłonę dymną, by postronne osoby nigdy nie wiedziały, o co właściwie mi chodzi.

Współczuję nastoletniej sobie, że musiała robić takie rzeczy i powinnam nauczyć się współczucia do moich znajomych, którzy robią je na swój sposób, w tylko sobie znanych celach.

"Nie uwzględniłam w tych rozważaniach narcystów, którzy pomimo satysfakcjonującego życia, kłamią, jak z nut, by wydało się jeszcze lepsze, nie dlatego, że potrzebują kompensacji, a dlatego, że łakną atencji, jak małe szczeniaki mleka..."
Napisałam coś takiego, a potem sobie uświadomiłam, że to dokładnie jest kompensacja, tylko że ta polega na nieumiejętności doceniania tego, co się ma, niskiej samoocenie i potrzebie potwierdzenia swojej wartości w oczach i lajkach innych ludzi.

Podsumowując, chyba nie ma perspektywy, z jakiej można byłoby patrzeć na kłamanie w social mediach (przeciętnych osób, które na tym nie zarabiają) i dość do innych wniosków niż to, że zasługują na współczucie. 

Wydaje mi się, że moja złość miała źródła w tym, że o wiele łatwiej jest mi zakładać złe intencje u ludzi, których znam, niż u obcych, których mierzę raczej miarą szeroko pojętej wiedzy o świecie, psychologii i kulturze, a nie moich własnych emocji.
Tymczasem, jak sama ostatnio napisałam, ludzie zazwyczaj nie mają złych intencji, nie robią rzeczy z mściwą premedytacją. Większość z nas uważa się za dobrych ludzi i podejmując dowolne działania, uznaje je za przynajmniej usprawiedliwione. 

Ze względu na naturę naszej relacji, nie mam ochoty oferować tym ludziom pomocy, a skoro nie mogę dać im jedynej rzeczy, której naprawdę potrzebują, to czy mam jakiekolwiek prawo oceniać ich zachowanie? A co dopiero złościć się na nie?

Tak łatwo jest umywać ręce od czyichś zachowań, nazywając je złymi, patrząc na daną osobę z moralną wyższością i zachowując się, jakby nie miało to z nami żadnego związku.
"My tu jesteśmy tylko od nazywania rzeczy po imieniu i walczeniu o dobro/prawdę, a niech niziny moralne zajmą się naprawianiem samych siebie."
To jednak tak nie działa. Diagnoza cudzego problemu to nie jest nawet 1/1000 drogi do rozwiązania go. Nie ma żadnej moralnej wyższości w wytknięciu komuś jego wad i pozostawieniu go z nimi samego.

Myślę, że to dość uniwersalna prawda, że nie możemy krytykować ludzi, bez gotowości, by ponieść za nich jakąś odpowiedzialność.
Jak rodzic, który krzyczy na Ciebie, bo masz złe wyniki w nauce, ale odmawia Ci jakiekolwiek pomocy, w poradzeniu sobie z tym problemem. 
Nikt nie chce być złym uczniem. Nikt nie chce być złym człowiekiem. Nikt nie chce mieć problemów, które przerastają go do poziomu, w którym musi zacząć okłamywać siebie i wszystkich wokół.

Gdy piszę, że czynicie mnie lepszą osobą, naprawdę mam to na myśli.
Zaczynałam pisać ten tekst, nie mając pojęcia, że dojdę do takich konkluzji, chciałam po prostu wyjaśnić, co miałam na myśli i dlaczego w ogóle napisałam, to co napisałam, a teraz siedzę i uginam się pod ciężarem braku pokory i empatii, jaki przeze mnie przemawiał. 

Nieszczęście i cierpienie ma bardzo wiele twarzy, niektóre są irytujące, inne śmieszne, a jeszcze inne przerażające i pełne przemocy.
Zawsze jednak mają do samo źródło.
I im starsza jestem, tym bardziej utwierdzam się w myśli, że za każdym zachowaniem, które wywołuje we mnie złość lub oburzenie stoi człowiek, który myśli, że robi coś dobrego lub dogłębnie cierpi.
Z jednej strony napawa mnie to nadzieją, że jest gdzieś wspólny grunt, który możemy znaleźć, że jest nadzieja na to, że dzięki pomocy, czyjeś całe nastawienie do życia się zmieni.
A z drugiej przerażeniem, że żyjemy w świecie, którym rządzi przekonanie o własnej słuszności i ból.

fot. e-klerki
Budapeszt, 2018

Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.