Kiedy wypada osiągnąć sukces?

08:05
Zaczęłam pisać ten tekst jako jeden z punktów w "12 rzeczy, których nauczyłam się w 2018 roku", który już wkrótce pojawi się na blogu, aż tu nagle się okazało, że jest długości całego indywidualnego tekstu!
Nie chcąc dręczyć swoich czytelników kilkudziesięciominutowymi ścianami tekstu, wydzielam ten fragment i prezentuję, jako osobny byt.

Jego oryginalny tytuł to:
"To Ty decydujesz, kiedy osiągasz sukces i co się na niego składa".

Sukces to taka śmieszna rzecz, o której wszyscy mówią, której wszyscy od siebie i innych oczekują, do której wszyscy dążą, a tak naprawdę nikt nie wie, czym on właściwie jest.
Trzeba go jednak osiągnąć.

Jestem tak dumna z mojego bloga.
Nie na co dzień, nie w każdej minucie, ale są takie momenty, po jakiejś wyjątkowo głębokiej rozmowie z jedną z czytelniczek albo czytając naprawdę ambitne komentarze pod postem, który wywołał wyjątkowo dużo zainteresowania, kiedy mam łzy w oczach - tak dumna jestem.

W ciągu tego roku liczba moich oficjalnych (lubiących e-klerki) odbiorców skoczyła z 900 do prawie 7000, a liczba wyświetleń na blogu niedługo dobije do 1 000 000 (SIC!). Słownie - MILIONA.
Co, biorąc pod uwagę zarówno formę (teksty na 8-12 minut), jak i treści, wydaje mi się niesamowitym wynikiem.
Szczególnie znając kłody, jakie fejs rzuca mi (i wszystkim małym twórcom) nieustannie pod nogi, o których chciałabym napisać teraz kilka słów.
Wierzę, że taki techniczny wstęp jest konieczny do zrozumienia pełni przekazu, liczę więc gorąco, że nikogo nie zniechęci i dotrwamy razem do końca.

Zacznę od krótkiego słowniczka:
"fejs", "fb" - Facebook
"fp" - fanpage, dowolna strona na fb, która nie jest prywatnym profilem
"zasięgi" - liczba osób, której na tablicy wyświetlił się dany post lub film
"zasięg organiczny" - liczba osób, której na tablicy wyświetlił się dany post lub film za darmo
"post promowany" - post lub film, którego autor zapłacił za wyświetlenie go większej ilości osób, niż te z zasięgu organicznego
"zasięg płatny" - liczba osób, której fb wyświetlił post lub film promowany
"zaangażowanie" - liczba osób, które polubiły, skomentowały lub udostępniły dany post lub film
"płatne polubienia" - polubienia fp, które przybyły w wyniku zasięgu płatnego

Jak działa fejs?
Na podstawie tego, co lubimy, w jakich grupach jesteśmy i kto jest naszymi znajomymi, algorytm decyduje, co pokaże nam na głównej tablicy. To najbardziej skomplikowany mechanizm, ponieważ to od niego zależy, co odejdzie w zapomnienie, a co stanie się viralem. Pokazuje nam posty z fp, które polubiliśmy, dostarcza nam codziennej dawki memów, reklam, postów z grup, w których się udzielamy, pokazuje nam, co piszą nasi znajomi na swoich tablicach, ale i w innych miejscach - jak publiczne posty ich znajomych, których osobiście nie znamy, fp, których nie lubimy, otwarte grupy, w których nie jesteśmy.
Dzięki temu możemy poznawać nowe miejsca, ludzi, grupy i społeczności, na które sami byśmy nie natrafili. Tak też powstają zasięgi.

Do lutego 2018:
Gdy zaczynałam przygodę z e-klerki, idea postów promowanych była mi kompletnie obca. Organiczne zasięgi były na poziomie 2-4 tysięcy, mimo że fp lubiło zaledwie 300-900 osób, co w wiadomy sposób przekładało się na niski poziom zaangażowania.
Co to oznacza?
Mimo że na e-klerki było bardzo mało osób, a co za tym idzie komentarzy, lajków i udostępnień, fejs wciąż wyświetlał posty bardzo dużej grupie ludzi - nie tylko tym, którzy polubili fanpage, ale też wielu ich znajomym. Finalnie dawało to nawet 4x większą publiczność niż ta, która otwarcie zadeklarowała, że chciałaby widzieć moje treści na swojej tablicy.
Co dawało bardzo fajne pole do wzrostu, a mi mnóstwo motywacji do pisania i podejmowania się różnych wyzwań, jak chociażby przyjęcie zaproszenia do telewizji.

Od lutego do września 2018:
Wiosną Mark stwierdził, że fejs zarabia za mało, a sprzedawanie naszych osobistych danych różnym korporacjom w celu manipulacji dosłownie wszystkim, mu nie wystarcza.
Pod przykrywką "uwydatniania na tablicach treści znajomych", obciął wszystkim fp zasięgi. Drastycznie.
Chociaż moja publiczność była już zdecydowanie większa, zaangażowanie również, zasięgi organiczne spadły do poziomu... kilkuset osób! Z kilku tysięcy.
Następowało to falami, ale w pewnym momencie stało się oczywiste, że "płać lub giń" to jedyne opcje, jakie pozostały. Od tego momentu zasięg organiczny postów waha się na poziomie 2-4 tysięcy, niezależnie od tego, ile osób lubi fp.
Co to oznacza?
Mimo że (w tym momencie) na e-klerki jest prawie 7 tysięcy osób, które oficjalnie deklarują, że chcą widzieć, co wrzucam, fb zgadza się na wyświetlanie moich treści zaledwie (średnio) połowie z nich i nikomu poza tym.
Za resztę muszę zapłacić. Ile? Minimum 2 zł/dziennie/post.

Gdy pierwszy raz zrozumiałam skalę tego, co się dzieje, byłam naprawdę wściekła. Czułam się oszukana, okradziona i ocenzurowana (o tym aspekcie można przeczytać w moim poście tutaj), jednak przede wszystkim... bezradna.
Nałożyłam na siebie limit 300 zł/miesięcznie, uznając, że to dobry balans, między tym, że robię coś dobrego, za co warto jest zapłacić, a tym, że to trochę absurdalne. Limit, który wciąż utrzymuję.

Jedynym plusem tych zmian były tak zwane "płatne lajki".
Statystyki jasno pokazywały, że fb bardzo stara się udowodnić, że płacenie za reklamy przynosi korzyści. Algorytmy działy świetnie, co przyczyniło się do dość intensywnego rozwoju fp.

Był to okres, w którym uzależniłam się od strzałów serotoniny, które przynosiło sprawdzanie wciąż rosnącej liczby obserwatorów.
Potrafiłam odświeżać stronę kilkadziesiąt razy dziennie, czując mały zastrzyk szczęścia, za każdym razem, gdy najważniejsza liczba na fp się zwiększała.

Oczywiście miałam świadomość, że efekt byłby jeszcze lepszy w czasach przed ścięciem zasięgów, kiedy reklamy również były dostępne, ale po prostu nikt z nich nie korzystał, jednak starałam się o tym nie myśleć.


Tak wyglądały moje statystyki z lipca, gdzie nie miałam za bardzo czasu ani pary na porządne treści, bo byłam w całości pochłonięta przygotowaniami do ślubu.
Wybrałam ten miesiąc, by pokazać, że nawet wtedy w najsłabszym momencie przyrost lajków wynosił średnio 35/dziennie.

Od września do grudnia 2018:
Nagle we wrześniu, z dokładnością do jednego dnia, fejs usunął płatne lajki. A więc tak naprawdę połowę usługi, za którą się płaciło. Jakby nigdy nic.
Co to oznacza?
Wyłączył algorytm, który odpowiadał za dobieranie odbiorców do danych treści. Gdy wcześniej z (powiedzmy) 2 tysięcy osób, którym wyświetlił post, 10% było nim autentycznie zainteresowane, do poziomu, w którym wchodziło na fp i dawało mu lajka (to wbrew pozorom bardzo duża liczba), teraz ten odsetek spadł dosłownie do 0%. Algorytm kompletnie przestał działać.

Napisałam w tej sprawie do działu obsługi klienta, który poinformował mnie, że rzeczywiście, to przez okres świąteczny, mnóstwo firm zaczyna reklamować swoje produkty, więc walka o uwagę klienta jest bardziej zacięta. Ok. Rozumiem, że może mieć to wiele wspólnego z zasięgami (które się nie zmieniły), ale co ma wspólnego z polubieniami? Tego już się nie dowiedziałam.

Przeżyłam dzięki temu mini załamanie nerwowe.
Nie umiem opisać skali frustracji, jaką się czuje, gdy wie się, na 100%, że są ludzie, którzy chcą Cię czytać, dla których to, co piszesz jest ważne i pomocne, ale system dosłownie odcina Ci do nich dostęp.
Bez żadnego konkretnego powodu.


Chociaż płatne lajki zniknęły, poziom organicznych jakby się podniósł, łudziłam się więc, że to może być po prostu jakaś czasowa zmiana w algorytmie. Poziom polubień spadł do jakichś 25/dziennie.

Grudzień 2018:
Przez resztę października i listopada uświadamiałam sobie powoli, że jest naprawdę źle i będzie coraz gorzej, aż w końcu przyszedł grudzień, który okazał się właściwie śmiercią fp.
Co to oznacza?
Aż do grudnia nie było ani jednego dnia, od początku istnienia fp,  kiedy miałabym niższy bilans polubień, niż dnia poprzedniego. W pierwszych miesiącach zdarzały się dni, że miałam taką samą ilość polubień przez kilka dni z rzędu, ale nigdy mniej.
Tymczasem od 15.12, balansuje na granicy 6660-6700. Ponad dwa tygodnie, kiedy nie przybyło mi tak naprawdę ani jednego polubienia. Poziom lajków spadł do 5/dziennie, za to cofnięcia polubień osiągnęły najwyższy poziom kiedykolwiek.
Oczywiście przez ten cały czas wciąż płac(ę)iłam, dokładnie tyle samo, co wcześniej, za wszystkie wrzucane przeze mnie posty.
Co to oznacza?
Fejs stworzył jakąś bańkę, w której wyświetla moje posty bardzo ograniczonej ilości osób, które lubią fp, z małymi odchyleniami na ludzi, których moje treści kompletnie nie interesują i nawet jeżeli dany post zwrócił ich uwagę, tak poprzednie i następne, sprawiają, że cofają swoje polubienie.

Dlaczego algorytm to robi? Jaki to ma cel? Czy kiedykolwiek będzie lepiej? Nie wiem.



Nie chcę gloryfikacji tego, co robię.

Nie chcę sprawiać wrażenia, jakby było to proste, przyjemne, pozbawione śladów frustracji, czy jakichkolwiek przeszkód.
Jestem poirytowana częściej, niż można by sobie to wyobrazić.
Nienawidzę platformy, na której przyszło mi funkcjonować, czuję się pod ciągłym ostrzałem przeciwności losu, które funduje mi chciwość innych ludzi i bezmyślne algorytmy.

Często rozwodzę się nad tym, jak cudowne i satysfakcjonujące mam zajęcie, łatwo jest więc pomyśleć, że przychodzi mi to bez trudu.

Nie chcę, by ktokolwiek myślał "Klara ma takie szczęście, znalazła coś fajnego, robi to i wszystko idzie gładko, ja nigdy nie znajdę czegoś takiego dla siebie", bo tak po prostu nie jest. Każda kariera, droga życiowa, hobby, praca, zajęcie, ma swoje wady i trudy, z którymi trzeba sobie radzić...
Muszę dosłownie płacić, prawdziwe pieniądze, które mogłabym wydać na buty albo ratowanie fok, żeby ktokolwiek w ogóle mógł zobaczyć, co piszę.
Podejrzewam, że jest ogrom twórców na fb, dla których to właściwie oznacza koniec.
Stworzono system, który stawia w równym rzędzie takich gigantów, jak H&M, który (w porównaniu do zwykłych ludzi) ma nieograniczone fundusze na reklamę i osoby, jak ja, które po prostu chcą się podzielić tym, co tworzą. I traktuje nas na "równych" zasadach.
Jeżeli macie szefa, który Was wykorzystuje i fatalnie traktuje, to wyobraźcie sobie, że musicie mu jeszcze płacić za to, że Wam to robi - to moja sytuacja.

Wzrost bloga był dla mnie czymś, wokół czego zbudowałam ogromną część swojego samopoczucia, samooceny i ogólnego weryfikowania, jak dobrze idzie mi w życiu.
Patrzyłam na wciąż rosnące dane i czekałam na ten magiczny moment, kiedy będę mogła poczuć, że mi się udało. Kiedy ludzie powiedzą "osiągnęła sukces". I pragnęłam go tak bardzo. Potwierdzenia, że to, co robię, ma wartość, jest ważne, społecznie uznane.
Zatraciłam się w tym do tego stopnia, że niecierpliwiłam się przygotowaniami do ślubu, bo wolałam zajmować się blogiem. Kiedyś nawet napisałam na fp, że nie mogę się doczekać, żeby było już "po wszystkim", bo chciałabym wrócić do regularnego pisania.
Jeszcze wcześniej, w czerwcu, był moment, kiedy się rozpłakałam, słonymi łzami, gdy zobaczyłam wyjątkowo dotkliwą falę cięcia zasięgów.
Zewsząd dochodziły mnie gratulacje i słowa uznania, podziękowania za to, co robię, ale ja ich nie słyszałam, nie widziałam, nie rozumiałam, wszystko, co się liczyło to liczby, liczby, liczby.

Nie będę więc ukrywać, że spadek z poziomu sprawdzania kilkadziesiąt razy dziennie ilości wciąż rosnących polubień, do obserwowania, jak tygodniami ta liczba stoi w miejscu, nie był/jest dla mnie przyjemny.
Na szczęście dla mnie, mojej motywacji i ego, po drodze wydarzyło się coś, co pozwoliło mi pogodzić się z tym dość łatwo.

Spotkania z moimi jednorożkami.

Gdy tylko ogłosiłam, że pojadę w tournée po Polsce, spotykać się z czytelniczkami, od razu pożałowałam tej decyzji. Dosłownie w sekundzie, gdy opublikowałam post.
"Co ja zrobiłam? Przecież nikt na to nie przyjdzie. Co za upokorzenie."
Pomyślałam o tym, że blogerzy, którzy zainspirowali mnie do tego pomysłu, mają grubo ponad 100 tysięcy obserwatorów, współpracowali przy tym z kilkoma znanymi markami, oferowali darmowe drinki, próbki, atrakcje, a i tak przyszło 200 osób. Gdyby zachować tę samą skalę, na wszystkie zaplanowane przeze mnie spotkania, łącznie przyszłoby 7 osób.
A jak się rozchorują, coś im wypadnie, będą musieli wyjechać?
Nie ma takiej opcji, by ktoś przyszedł.

Jak to bywa w Internecie, zainteresowanych na wydarzeniach było kilkadziesiąt osób, oznaczało, że przyjdzie kilkanaście, a realnie na miejscu pojawiało się kilka.

Nigdy w życiu nie czułam się tak z siebie dumna.

Nie gdy dostawałam świadectwa z paskiem, nie gdy wygrywałam konkursy recytatorskie/literackie, nie gdy dostałam się na każdy kierunek Uniwersytetu Warszawskiego, na który aplikowałam, nie gdy dostawałam 5! na sesjach, nie gdy zostałam zaproszona do telewizji, nie w żadnym z momentów, które ludzie zazwyczaj uznają za "sukces".
Najlepiej czułam się wśród tych kilku dziewczyn, dla których to, co piszę, było tak ważne, że chciały porozmawiać ze mną na żywo.

Ponieważ nagle dotarło do mnie to, czego nie umiałam w pełni pojąć przez bardzo długi czas - po drugiej stronie siedzą prawdziwi ludzie.
Kobiety (i czasem nawet mężczyźni) z krwi i kości, nie część mojej wyobraźni, żywe osoby.
I gdy piszą mi te wszystkie piękne, wzruszające słowa, gdy dzielą się ze mną swoim życiem, myślami i uczuciami, jest to tak samo prawdziwe, jak ja, siedząca po swojej stronie. Moje emocje i ich emocje, są tak samo realne.
Siedziałam więc w tych knajpkach, patrzyłam na nie i słuchałam ich z zachwytem. Nie tylko z powodu tego, jak cudownymi, ciepłymi i otwartymi ludźmi są, co było oczywistym argumentem do podziwu, ale widziałam w nich też te wszystkie inne dziewczyny, których z jakichkolwiek powodów nie miałam możliwości poznać, a które są dokładnie tak samo piękne, żywe i prawdziwe.
I nagle mnie olśniło, że takich osób jest kilka tysięcy! Nie kilkaset. Kilka tysięcy.
To więcej, niż wszyscy ludzie, z którymi miałam w swoim życiu chociaż jedną poważną rozmowę twarzą w twarz.
A teraz mam tą wyjątkową, unikalną relację, z kilkoma tysiącami i nie umieram z zachwytu?!
Co?

Żyjemy w świecie, w którym sukces mierzony jest w liczbach: pieniądzach, jakie się zarabia, obserwatorach, jakich się posiada, metrach kwadratowych, w których się mieszka, koniach mechanicznych i tak dalej.
Chyba dorosłam do tego, by się kompletnie z tymi wyznacznikami nie zgadzać.

Jest tajemnicą poliszynela, że dostaję sporo propozycji reklamowania różnych rzeczy na swoim blogu/Instagramie. Od ubrań, przez aplikacje, po suple - właściwie wszystko, co da się wcisnąć kobietom między 15 a 24 rokiem życia.
Każdej z nich odmawiam.
Jeżeli uda mi się kiedyś zarabiać na blogu, to z pewnością nie w formie sprzedawania swoich czytelniczek przypadkowym firmom i żerowania na zaufaniu, którym mnie darzą, przez udawanie, że uwielbiam produkty, których nigdy bym nie użyła.
Fajnie by było, jakby bilans bloga wychodził chociaż na zero, ale dopóki mnie stać i nie mam niczego ciekawego do zaoferowania, to w porządku dla mnie, by do niego dopłacać.

Mimo że dosłownie tracę na nim pieniądze i obecnie nie przybywa mi żadnych obserwatorów, wciąż uważam go za ogromny sukces.

Mam pełną świadomość tego, że w dużej mierze jestem w tym sama i dopóki liczba moich obserwatorów/zysków, nie będzie liczona w setkach lub chociaż dziesiątkach tysięcy, większość ludzi będzie uważała go za stratę czasu, siedzenie w domu i udawanie, że się pracuje, niepoważne zajęcie.
I to w porządku.
Nie mam wpływu na to, jak postronne, niezaangażowane w moją pracę osoby, postrzegają to, co robię.

Tylko my wiemy, jak ciężko na coś pracujemy. Ile czasu, energii i poświęceń wymagało od nas dojście w to konkretne miejsce, które dla laików wydaje się górką do jazdy na sankach, my potrafimy rozpoznać jako Kilimandżaro.
Ja wiem, jak ciężko pracuję, mój mąż to wie, moje czytelniczki to wiedzą, każda osoba, która kiedykolwiek do mnie napisała, wie ile czasu i uwagi poświęcam każdej z nich.
Dlatego odczuwam moje 7000 jak 700 000, każdy komentarz, w którym ktoś zbiera się na odwagę, by opowiedzieć swoją historię, jest dla mnie warty tysiąca "pięknie!""super", które można zazwyczaj przeczytać w Internecie.

Z kolei rzeczy, które inni uznają za sukces, jak bycie gościem w telewizji, na mnie kompletnie nie robią wrażenia. To naprawdę nie jest żaden sukces się tam znaleźć, telewizja jedyne co robi, to służy do promowania się prowadzących i ogłupiania ludzi kompletnie bezwartościowymi treściami, czego doświadczyłam na własnej skórze, gdy mój tekst został spłaszczony do zera i obrócony w coś, czego kompletnie nie miałam na myśli.

Moje teksty nie wyglądają tak ładnie, jak idealna, opalona sylwetka na plaży, do której można wzdychać. Nie sprawią, że na chwilę wyobrazisz sobie, że jesteś tą szczupłą, zmotywowaną dziewczyną, która opowiada Ci o tym, jak dana dieta zmieni Twoje życie. Nie są krótkim i zgrabnym memem, który bezrefleksyjnie sprawi, że poczujesz się częścią czegoś większego i pozwoli Ci zracjonalizować swoje lęki i wady.
Nie są niczym, co spotyka się na co dzień w Internecie, a jednak za każdym razem znajdują się ludzie, którzy chcą je przeczytać, chcą je zrozumieć, chcą dać coś od siebie, chcą mnie czegoś nauczyć.
Czasem chcą nawet oznaczyć znajomych, którzy najczęściej odpisują "nie chce mi się tego czytać xD", bo tak w dzisiejszych czasach działają na ludzi więcej niż 4 linijki tekstu.

Żyjemy w kompletnym odcięciu od swoich emocji, korzeni charakteru, nasz współczynnik inteligencji emocjonalnej, jako społeczeństwa, wskazuje na pewien stopień upośledzenia.
Większość ludzi jest w emocjonalnym brodziku, a moje teksty zapraszają ich na głębokość sięgającą im do piersi - niby nic złego nie może się stać, ale chwila nieuwagi i jeszcze się czegoś o siebie dowiedzą, na co niekoniecznie mają ochotę.
Tymczasem moje czytelniczki mówią mi "Klara, wypłyńmy na otwarte morze i sprawdźmy, co się tam kryje", a łódź, którą płyniemy, zbudowana jest wyłącznie z naszego wzajemnego zaufania.

Nie ma pieniędzy, za które ktokolwiek mógłby to kupić.
I to jest sukces.

Życie to o tyle, tyle więcej niż ten cały wyścig szczurów i konsumpcjonizm, który próbuje się nam zakodować.

Jest tyle wartości, jak dobro, cierpliwość, empatia, pokora, które są absolutnie bezcenne, dojście do nich zajmuje więcej wysiłku niż jakakolwiek kariera, a są kompletnie pomijane.
Jest sztuka, o której zupełnie się już nie pamięta, a potrafi poruszyć części naszej duszy, do której pieniądze, nigdy nie będą miały dostępu.
Jesteśmy my i to kim jesteśmy, jest nieskończenie ważniejsze od tego, jak duży mamy dom, jak drogi samochód i ile gwiazdek miał hotel, w którym ostatnio się zatrzymaliśmy. 

Jeżeli potrafisz: kochać, wybaczać, troszczyć się o planetę, przyznawać się do błędów, być wrażliwa na cudze cierpienie, wyciągać wnioski ze swoich doświadczeń, być dobra i wyrozumiała dla siebie i innych - osiągnęłaś jedyny sukces, jaki naprawdę ma znaczenie.
A jeżeli robisz do tego to, co kochasz i potrafisz dostrzegać piękno, tam, gdzie jest nieoczywiste - masz absolutnie wszystko.

Nie daj sobie nigdy wmówić, że to za mało.


fot. e-klerki, Koh Phangan, 2019
Potwierdzone info, że moje najlepsze zdjęcie tego roku, zostało wykonane 1 stycznia i już nic go nie pobije...

Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.