12 rzeczy, których nauczyłam się w 2018!

10:34
2018 rok był... jak żaden inny. Nie ma słów, które oddałyby to lepiej.

Jeszcze żaden rok nie przyniósł dla mnie tylu zmian. Można by tu wspomnieć o 2012, gdy wyprowadziłam się z domu na studia i 2015, kiedy poznałam Piotrka, ale w obu tych przypadkach wciąż byłam "starą sobą", która przeżywała wszystko po "staremu", a więc w atmosferze Weltschmerzu, dram i wyparcia 98% uczuć, które towarzyszyły jakimkolwiek wydarzeniom.
Tymczasem 2018 był utożsamieniem wyświechtanego hasła "nowy rok, nowa ja".

Mniejszych lub większych momentów było mnóstwo, ale z tych najważniejszych: zmieniłam nazwisko (które razem z mężem sami wymyśliliśmy), byłam zaproszona do telewizji, mój blog nabrał prawdziwych kolorów, pojechałam w tournée po Polsce spotykać się z moimi czytelniczkami, złapałam swoje zdrowie psychiczne za rogi (nie na zasadzie "jestem beznadziejna, znowu się rozsypuję", a "chciałabym lepiej radzić sobie z tym i tym, spróbuję kilku rzeczy i przekonam się, które mi pomogą"), stałam się certyfikowanym nurkiem, udało mi się wrócić do Tajlandii, byłam też we Włoszech, Słowenii, Portugalii i na Węgrzech, a to wszystko w tym samym roku, gdy zorganizowałam i wzięłam ślub!

Chociaż przez jego zdecydowaną większość, wcale się tak nie czułam, był to najlepszy rok w moim życiu.
I zostawił wszystkie inne daleko w tyle.

Dlaczego się tak nie czułam?
Ponieważ odczuwanie szczęścia, zatrzymywanie się w chwili, by ją docenić, dawanie sobie przestrzeni do bycia zadowolonym z obecnego stanu rzeczy, bez wybiegania w przyszłość i przeszłość to umiejętności, których jeszcze nie posiadłam. Jednak uczę się ich, każdego dnia, jak dalece mogę!
Tego nauczyłam się w tym roku - cierpliwości i zrozumienia dla siebie.

Nauczyłam się też kilku innych rzeczy, którymi chętnie się teraz podzielę.

Oto 12 rzeczy, których nauczyłam się w 2018:

1. Mamy wpływ na to, jak myślimy o naszym życiu, a co za tym idzie, jak ono wygląda
To chyba moja ulubiona i najważniejsza lekcja z 2018.
Pełny opis tej myśli możecie przeczytać w Historia, którą opowiadam o miłości, naprawdę polecam ten tekst, bo czułam się wręcz natchniona, gdy go pisałam.
Gdybym miała go streścić, sprowadza się on to konceptu, że sposób, w jaki myślimy o naszym życiu, narracja, jaką wybieramy, elementy, na których postanawiamy się skupić, dosłownie kształtują to, jak nasze życie wygląda. Jakie decyzje podejmujemy, jak się czujemy, dokąd zmierzamy.
Wszystko oparte na tak prozaicznej rzeczy, jak do połowy pełna lub pusta szklanka wody - czy będziesz spragniony, czy nasycony?
Oczywiście jest to ogromnym skrótem myślowym, ale zasadniczo oddaje cały zamysł.
I bynajmniej nie chodzi tu o pesymizm i optymizm.

2. Nie musisz być naturalnie utalentowany w danym kierunku, by zacząć to robić
Niby oczywiste, a jednak przez zdecydowaną większość życia, wszystkie rzeczy, w których nie byłam automatycznie świetna, napawały mnie nieufnością i przekonaniem, że nie są warte mojej uwagi.
Może miało to źródło w tym, że były rzeczy, do których rzeczywiście byłam "naturalnie" (czyli w procesie zdobywania wszystkich umiejętności aż do tamtej chwili) predysponowana i mnie to rozleniwiło? A może w tym, że system edukacji nauczył mnie, że jeżeli nie jestem w stanie przyswoić pewnych rzecz, w określony sposób, w określonych warunkach i określonym tempie, to znaczy, że jestem idiotką i powinnam zostać w 8 klasie na zawsze?
Kto wie?
Niemniej jednak, mając 25 lat, powoli przekonuję się do tego, że nie w każdej dziedzinie trzeba dążyć do geniuszu i to w porządku, być w czymś po prostu dobrym albo średnim, a co tam, być nawet kiepskim, ale wciąż robić to, bo sprawia Ci to przyjemność i czujesz, że w jakiś sposób Cię rozwija.
Nie musimy być dobrzy, we wszystkim, co robimy. 
Czyż nie jest to przełomowa myśl?

3. Na świecie naprawdę nie jest tak źle, jak pokazują nam media
Napisałam ten punkt, zanim jeszcze znalazłam jeden z najbardziej poprawiających humor profili na IG The Happy Broadcast, który koniecznie musicie zaobserwować!
Jest on świetnym potwierdzeniem mojej tezy, że na świecie naprawdę nie jest aż tak źle.
Dlaczego wydaje się, że jest tragicznie?
Bo to narracja, która najlepiej się klika, a co za tym idzie, na której najlepiej się zarabia.
Poruszyłam trochę ten temat w tym poście na e-klerki, gdzie pisałam o tym, jak surowo są oceniane dobre uczynki w Internecie.
Prawdziwie przerażające jest to, że media, które nazywa się "trzecią władzą" są napędzane wyłącznie przez chęć zysku. Pojęcia jak bezpieczeństwo, stabilizacja, spokój, kompletnie ich nie interesują lub wręcz odrzucają, bo nie oferują miejsca dla psychozy, która każe odbiorcom sprawdzać wiadomości co 15 sekund i czytać wszystkie wątki prowadzone live na przeróżnych stronach. Z dziesiątkami odnośników do setek innych stron. Nie oferuje ruchu sieciowego, który dla mediów jest najbardziej pożądaną rzeczą, otwierającą drogę dla milionów reklamodawców, których jednym zdaniem jest kodowanie z tyłu naszej głowy, informacji o ich produktach.
Osobiście postanowiłam z tym walczyć i przestałam oglądać telewizję. Przestałam włączać artykuły, których nagłówki brzmią krzykliwie i agresywnie. Odlajkowałam strony, które nagminnie clickbaitują. Nie daję pożywki temu sposobowi przekazywania informacji.
Może się to wydawać zaledwie kroplą w oceanie, ale dokładnie z tego składa się ocean - kropli.
A ja szczerze wierzę, że jest tylko jedna skuteczna droga do wielkich zmian i prowadzi ona przez małe zmiany w fundamentach codziennych zachowań zwykłych ludzi.
Jak ja.

4. Małżeństwo nic nie zmienia
Pomimo wszystkich tekstów, jakie napisałam na temat ślubu, to jedyna puenta, do której doszłam.
Po ślubie nie zmieniło się między nami (i ogólnie) absolutnie nic.
Mam wrażenie, że to powód, dla którego aż 50% małżeństw się rozpada - ludzie liczą, że ceremonia ślubna da im coś, czego sami nie potrafili zbudować. Jakiś wyższy poziom więzi, zaangażowania, poczucia odpowiedzialności za siebie wzajemnie czy nawet miłości.
Tymczasem ślub nie daje żadnej z tych rzeczy. A przygotowania do niego, stres z tym związany, obciążenia finansowe, potrafią poważnie nadszarpnąć miłosną sielankę, jaką jest narzeczeństwo.
Mnóstwo ludzi (od przyjaciół po czytelników) powtarza mi, jakim przykładnym małżeństwem jesteśmy z Piotrkiem i jak bardzo chcieliby mieć kiedyś coś podobnego.
Ślub. Wam. Tego. Nie. Da.
To prawda, jesteśmy małżeństwem, mieliśmy ładny ślub, nosimy obrączki, dzielimy nazwisko, mamy wspólnotę majątkową.
Żadna z tych rzeczy nie ma nic wspólnego z tym, dlaczego nasz związek jest udany.
Gdybym miała wymieniać, czym Piotrek dla mnie jest, w pierwszej kolejności powiedziałabym, że jest moim najlepszym przyjacielem, kierowcą auta, którym przemierzamy autostrady życia, zapachem na poduszce, który sprawia, że czuję się bezpieczna, oparciem, wyzwaniem, spojrzeniem, jakim się obrzucamy, gdy knujemy coś niedobrego, wywodem, którym potrafię opisać cały jego tok myślowy, opartym wyłącznie na kilku minach, jakie robił, gdy zastanawiał się, co powiedzieć.
Teraz gdy o tym myślę, nie znajduję tu nawet miejsca na słowo "mąż". To obce słowo, które ktoś na nas narzucił, by w oczach prawa nasz związek wyglądał poważnie.
"Mąż", jako osoba, nie tytuł to stan umysłu i serca, nie akt w urzędach. 
Jeżeli Twój chłopak (a co dopiero narzeczony!) nie robi dla Ciebie wszystkiego, czego standardowo oczekuje się od męża, istnieje bardzo małe prawdopodobieństwo, że ślub to zmieni.

5. Najlepsza taktyka do radzenia sobie z konfliktami to "dać czasowi czas"
Najlepsza i najtrudniejsza jednocześnie.
2018 nauczył mnie, że gdy nie ma już nic do powiedzenia, można tylko spokojnie czekać.
Myślę, że każdy jest w stanie intuicyjnie wyczuć ten moment, kiedy mentalnie opadają ręce i ma się świadomość, że nie jest się w stanie dodać nic, co zmieniłoby sytuację.
Co należy w takim momencie zrobić, to nie eskalować, nie próbować na siłę wyczarować rozwiązań, które coś na drugiej stronie wymuszą, zmotywują ją do działania, czy aktywizują w jakikolwiek sposób.
Nawet jeżeli czujesz, że jest sto rzeczy, które można by zrobić, by poprawić obecny stan rzeczy, nie możesz zrobić ich samodzielnie, nie możesz wykonać czyjeś pracy.
Ludzie muszą dojść do pewnych rzeczy sami i dopóki nie będą chcieli zobaczyć tego, co Wy, to nie zobaczą, niezależnie od błyskotliwości i klarowności Waszych argumentów.
Praca nad relacją zawsze musi być równomiernie rozłożona między obie strony, bo w innym wypadku, skazana jest na porażkę.
Trud tej metody polega na tym, że trzeba być w tym samym czasie otwartym na drugą osobę i pogodzonym z tym, że może minąć (nieskończenie) wiele czasu, zanim znowu będziecie w stanie się dogadać.
Nie robienie niczego jest często o wiele cięższe niż najbardziej wymagające poświęcenia.
Walka z ludźmi (którzy aktywnie sabotują bycie częścią naszego życia, poprzez ocenianie nas, nieuzasadnione pretensje, traktowanie nas w sposób, na który nie zasługujemy) by nas kochali i traktowali z szacunkiem, jest daremna.
Dojdą do tego sami lub wcale.

6. Smutek to część życia, w której można się zatracić, albo wyciągnąć z niej wnioski
Ostatni tekst, jaki napisałam w 2018, był właśnie o smutku. Jesienne depresje opowiadają o próbie znalezienia sensu w cierpieniu. 
Nie napiszę tu nic lepszego, niż tam, serdecznie więc zachęcam Was do poświęcenia kilku minut na powyższy tekst.
Wpadł w najgorszy moment zasięgów na fejsie i ilość osób, która go przeczytała trochę pogłębiła rzeczoną depresję, także gorąco liczę, że podbije Wasze serca tą drugą szansą. 

7. Nie zakładaj, że dobrze sobie poradzisz z wyrzeczeniami, których wcześniej nie doświadczyłaś
To poważny przeciwnik.
Zarówno jeżeli chodzi o kredyt, dziecko, jak i zwierze, naprawdę gorąco zachęcam do próbowania wersji demo życia, zanim wejdzie się na drogę bez powrotu.
Oczywiście, nic tak naprawdę nie przygotuje nas na stan faktyczny w 100%, są jednak rzeczy, które możemy zrobić, by sprawdzić, ile dyskomfortu sprawia nam dana sytuacja.
Ludzie mają w sobie skłonności do tego, by godzić się z przyszłymi niedogodnościami, zakładając, że coś, co generuje te niedogodności, będzie tego warte i w jakiś sposób je zneutralizuje.
Tymczasem szczęście czerpane z danej rzeczy, a dyskomfort, jaki wywołuje, to dwie kompletnie różne rzeczy, które w żaden sposób się nie równoważą. 
Dla mnie był to oczywiście ślub i wszystkie wyrzeczenia, jakie przyniósł.
Gdybym okazała odrobinę cierpliwości i odłożyła go o rok dalej, jednocześnie oszczędzając na niego w wymiarze, jaki był założony, szybko, by się okazało, że tańszy ślub byłby dla mnie równie satysfakcjonujący.
Jednak nie byłam cierpliwa i gdy informacje o tym, że trochę mnie to wszystko przerasta, doszły do mej świadomości, było już o wiele za późno by się wycofać z czegokolwiek.
Młoda i naiwna założyłam, że 1,5 roku wyrzeczeń i kilka lat z kredytem to nic w porównaniu z jednym takim dniem w moim życiu, który będę wspominać przez dziesięciolecia, co czyni go wartym wszystkich poświęceń. Myliłam się.
Oczywiście ślub był idealny, wymarzony i fantastyczny, ale trwał zaledwie 3 dni, a przez to, ile w niego zainwestowaliśmy, bolało mnie każde drobne niedociągnięcie. Bawiłam się świetnie, ale w żaden sposób nie unieważniło to całych miesięcy frustracji, łez i wyrzeczeń.
I możecie myśleć, że dziecko czy zwierze to co innego, bo oddaje Ci miłość, nadaje sensu życiu i tak dalej. To wszystko prawda, w większości przypadków, ale miłość nie neutralizuje tego, że przy -15C rano, trzeba iść na spacer, trzeba mieć wydzieloną, nienaruszalną sporą część budżetu, trzeba dostosować cały swój tryb życia do innej istoty.
Warto chociaż spróbować, jak to będzie w 30%, zanim się zdecyduje na 100% zobowiązanie.

8. Trzeba nauczyć się patrzeć na ludzi, jako to, kim są, nie kim chcielibyśmy, żeby byli lub mamy nadzieję, że się staną 
Chyba wszyscy moi czytelnicy wiedzą, do czego ten post nawiązuje, resztę odsyłam do źródeł Ślub VI: Druhny i drużbowie, które zainspirowały mnie do tego punktu.
To była bardzo bolesna lekcja, którą przeżywałam z pełną mocą, na kilku różnych osobach, przez cały 2018.
Nie chcę się teraz nad tym roztrząsać, bo wszystko, co jest na ten temat do powiedzenia, zostało już powiedziane, przytoczę więc puentę powyższego tekstu:
"Trzeba pozwolić sobie na to, by widzieć ludzi, jako dokładnie to, kim i czym są. Pozwolić sobie na ustalenie granic, których nie wolno innym przekraczać. Pozwolić sobie powiedzieć "nie chcę kogoś takiego w moim życiu", bez poczucia, że narusza się cudzą wolność słowa i myśli. To ok nie chcieć być czyimś znajomym. I to ok, gdy ktoś nie chce być Twoim znajomym."
Licząc, że oddaje najważniejsze przesłanie.

9. Przestań zwracać uwagę wyłącznie na to, co mogłoby być lepsze, zamiast patrzeć na to, co już jest dobre
Całkiem dobrze udało mi się to zrealizować w Tajlandii, po tym, jak we własnej głowie zarżnęłam swoje wesele, rozmyślając o wszystkim, co powinno być lepiej. Duży postęp w ciągu zaledwie kilku miesięcy. Bhawo ja.
Nie ma lepszej recepty na nieszczęście niż skupianie się na brakach.
Braki będą zawsze. Zawsze.
Nigdy nie znajdziemy się w sytuacji, w której wszystko jest perfekcyjnie, o nic nie trzeba się martwić, niczym nie trzeba się przejmować, wszystko toczy się swoim idealnym, niezakłóconym rytmem... przez dłużej niż godzinę.
Życie jest nieprzewidywalne, chaotyczne, przerastające i niespełniające naszych oczekiwań w tym samym czasie. Nie ma żadnego schematu zachowań, który chroniłby nas przez jego szalonymi zwrotami akcji.
Jedyne, co możemy zrobić, by czerpać jak najwięcej satysfakcji z czasu, jaki możemy tu spędzić, to skupiać się głównie na tym, co dobre.
I w pełni rozumiem, że brzmi to, jak truizm bez pokrycia, bo nie panujemy nad rzeczami, które wywołują w nas dyskomfort... Możemy je jednak ograniczyć, możemy się na nich nie skupiać, możemy nie poświęcać im większości naszej uwagi.
Miałam kiedyś taki zwyczaj, że wyobrażałam sobie scenariusze. Tego, co mogłoby się wydarzyć, tego, co już się wydarzyło. I jak można się spodziewać, zazwyczaj były ciekawsze i bardziej emocjonujące, niż prawdziwe życie. Gdy więc, powiedzmy, jechałam na konkurs, miałam już w głowie 500 wersji wydarzeń, jak wszystko się potoczy. Zazwyczaj toczyło się bez większych odchyleń od normy i nawet gdy wygrywałam, to nikt nie rzucał kwiatów na scenę, nikt nie proponował mi roli w filmie, nikt się we mnie nie zakochiwał pod wpływem mojego geniuszu. Nudy.
I tym sposobem rujnowałam sobie 70% życia, ciągle spodziewając się czegoś lepszego.
Aż pewnego dnia, córka przyjaciółki mojej mamy, zupełnie przypadkiem powiedziała mi, że jej życie się zmieniło, gdy przestała pisać w swojej głowie scenariusze. Świadomość, że nie jestem jedyną osobą z tym problemem i, że jest to coś, co da się wyeliminować z życia spadła na mnie jak grom.
Moim pierwszym odruchem była obrona: "przecież to tak duży fragment mojej osobowości, tego, kim jestem, kim bym była bez niej?". Później przyszło zwątpienie: "nie jestem w stanie nad tym zapanować, jak niby miałabym przestać?".
W końcu wypracowałam system, w którym zajmowałam się czymś konkretnym, albo mentalnie zmieniałam temat, gdy tylko łapałam się na snuciu prognoz na nadchodzące wydarzenia.
Obecnie jestem absolutnie wolna od tego typu skłonności.
I wierzę, że to dobry i skuteczny sposób na eliminowanie czegokolwiek, co dzieje się w naszej (zdrowej) głowie, utrudniając nam życie.
Niedopuszczanie do powielania się danych zachowań, myśli, konstruktów. Aż w końcu same wygasają i opuszczają naszą podręczną świadomość, jakby nigdy nie istniały.

10. Trudne decyzje, które podejmuje się w zgodzie ze sobą i dla swojego dobra, są warte społecznego ostracyzmu
Niby zawsze to wiedziałam, ale w tym roku pierwszy raz doświadczyłam tego, jako osoba, po której ludzie nie spodziewają się "nienormalnych" decyzji.
Wydaje mi się, że sprowadza się to do ponadczasowej prawdy, że każdy żyje swoim życiem, podejmuje swoje decyzje, by znosić wszystkie ich konsekwencje, zarówno pozytywne, jak i negatywne.
Nie ma nic gorszego, niż oddać władzę nad swoim życiem innym ludziom, którzy nie doświadczą nawet 1/100 konsekwencji, jakie ono za sobą niesie i tak naprawdę znają je tylko z doskoku.
Niezależnie od tego, czy to mama, siostra, przyjaciółka czy znajoma z pracy.
Ludzie nie mają obowiązku rozumieć i popierać wszystkich naszych planów i motywacji, dokładnie tak jak my nie mamy obowiązku słuchać ich rad i żyć według tego, co inni uważają za słuszne.
Wszystkie najlepsze decyzje w moim życiu były ogólnie krytykowane i może nie życzono mi źle, ale zdecydowanie czekano na swoją kolej do "a nie mówiłam?". Tymczasem większość z nich nigdy nie nadeszła.
Więcej o podejmowaniu decyzji, które burzą konwenanse piszę w Nasze zmyślone nazwisko.

11. To ok nie poddawać się społecznym oczekiwaniom wobec tego, co kobietom „wypada”, a co nie
Piszę to, mając włosy na nogach. I pod pachami.
Nieogolone od przynajmniej 3 tygodni! Mimo pobytu w ciepłych krajach!
Mając kolorowe włosy i nieogolone pachy, czuję, że wpadłam w jakiś stereotyp feministki, ale będąc w tym miejscu, mam świadomość, że opiera się to wyłącznie na tym, jak komfortowo czuję się w swoim ciele. 
Były czasy, gdy nieogolone nogi były dla mnie wystarczającą antykoncepcją (SIC!), a myśl o tym, że chłopak mógłby ich dotknąć i poczuć cokolwiek innego niż idealną gładkość wywoływała we mnie mini atak paniki. Pamiętam, jak moja przyjaciółka straciła dziewictwo, a moim pierwszym pytaniem było:
- A byłaś wydepilowana?
- Co? Nie. Dlaczego miałabym być? Nie planowałam tego.
- I nie wstydziłaś się być taka zarośnięta?
- Zarośnięta? A co ja jestem, człowiek-drzewo?
Wciąż śmieszy.
Ten obraz idealnie gładkiej kobiety, od szyi do stóp, był tak mocno wgrany w moją świadomość, że zaczęłam utożsamiać cudzy komfort, ze swoim własnym.
"Golę nogi, bo tak czuję się komfortowo", co naprawdę oznaczało "golę nogi, bo brak społecznego ostracyzmu wywołanego włosami na nogach, sprawia, że czuję się komfortowo".
Kulturze udało się jakoś wbić mi do głowy myśl, że ogolone ciało to wręcz kwestia higieny, a posiadanie włosów oznacza, że jest się brudną i zaniedbaną.
Oczywiście dotyczyło to tylko kobiet.
I to myśl, która funkcjonuje o wiele szerzej, niż tylko w mojej głowie, co widać doskonale, gdy 9GAG lub tego typu miejsce, wrzuca artykuł o jakiejś akcji na Tumblr czy Twitterze, gdzie dziewczyny przestają się golić i 90% komentarzy to gify, które przedstawiają wymiotujących ludzi i zwierzęta...
Jak można wymuszać na połowie populacji czucie się niekomfortowo z tym, jak naturalnie wygląda ich ciało? Jednocześnie dając 100% przyzwolenia na to, by druga część populacji czuła się z tymi samymi aspektami fizjonomii dobrze?
Dlaczego włosy na nogach u kobiet są obrzydliwe, a u mężczyzn wręcz pożądane ("golisz nogi jak baba, hehe?")?
Dlaczego włosy pod pachami u kobiet świadczą o zaniedbaniu, a u mężczyzn tylko o preferencji?
Dlaczego problemy z cerą u kobiet koniecznie muszą być przykryte, a u mężczyzn są akceptowane?
Dlaczego kobiety muszą nosić do pracy makijaż, by wyglądać atrakcyjniej, a mężczyźni nie?
Odpowiedzi na te i inne pytania znajdziecie w Feminizm doprowadza mnie do łez.

12. To Ty decydujesz, kiedy osiągasz sukces i co się na niego składa
Ostatnią pozycję możecie przeczytać w Kiedy wypada osiągnąć sukces?, którą zaczęłam pisać w tym miejscu, jednak długością przerosła możliwości jednego tekstu.

2018 postawił naprawdę wysoką poprzeczkę dla wszystkich następnych lat, a 2019 zaczął od prób zabicia mnie, nie podchodzę więc do niego z nastawieniem "TO BĘDZIE MÓJ ROK!!", ale kto wie?
Może taki właśnie będzie.


fot. e-klerki
Ko Phangan, najlepszy Sylwester ever!

Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.