Jesienne depresje

11:41
Tłem do tego tekstu będzie mój niedawny post na e-klerki:


Zachęcam do zapoznania się z nim, zanim przejdę dalej.

"Życie jest trudne" powiedziała mi pewnego dnia przyjaciółka.
Prostota i prawdziwość tego stwierdzenia uderzyła mnie w twarz, jak lodowata listopadowa mżawka.
Życie naprawdę jest trudne.

Nikt nas przed tym nie ostrzega, nie ma żadnych lekcji z "przygotowania do życia", gdzie uczą, jak trudno może być, jak sobie z tym poradzić, jak zadbać o samego siebie.
Wprawdzie już jako nastolatkowie doświadczamy tego, że życie zaprawdę nie jest łatwe, jednak dorośli budują w nas poczucie, że po pierwsze, to tylko nasze nastoletnie histerie i fanaberie, a po drugie, jeżeli będzie się żyło zgodnie z wytyczonymi przez nich wskazówkami, będzie dobrze.

Skończysz szkołę, zdasz maturę, pójdziesz na studia, znajdziesz pracę, weźmiesz ślub, urodzisz dziecko, wychowasz je - to przepis na szczęście, na to by życie było łatwe.

Nikt nas nie ostrzega, że żadna z tych rzeczy nie przynosi szczęścia, nie ułatwia życia, nie sprawia, że nagle jest lżej. 
To tylko społeczny konstrukt, który został nam narzucony przez kulturę, którą kształtuje kapitalistyczna gospodarka zakochana w rodzinach i stabilnym życiu.
Zakochana w ludziach, którzy siedzą w domu, kupują telewizory, auta, roboty kuchenne, wózki. 
Zakochana w ludziach, którzy siedzą przez zdecydowaną większość dnia w pracy, pracując na cudzy sukces za pieniądze, które wymuszają na nich branie coraz to nowych kredytów.
Zakochana w ludziach, którzy są posłuszni, którzy nie zastanawiają się nad tym, czy to życie im służy, tylko konsumują, konsumują, konsumują.

W prezentowanym nam modelu życia nie chodzi o to, żeby być szczęśliwym. Nie chodzi o to, że ma być łatwiej. Chodzi o pieniądze.
Większość z nas dostrzega to koło 40stki, ale cóż wtedy począć? Młodość minęła, dzieci są w wieku szkolnym, ktoś musi je posłać na te wszystkie zajęcia pozalekcyjne, coś trzeba im przekazać, a przecież nic innego się nie zna. I wchodzi wtedy piękna racjonalizacja pod tytułem: "ja tak miałem i wyrosłem na ludzi"

Życie jest trudne.

Żyjemy w świecie, który jest nastawiony na konsumpcję i który walczy z całych sił, by wymusić ją na każdym z nas.
Przestawia nam te niemożliwe do osiągnięcia cele, złudne marzenia, wciera nam w twarz rzeczy, których nigdy nie doświadczymy, którymi nigdy nie będziemy.
A to przecież to w porządku! Nie musimy nimi być.

Nie musimy odnieść spektakularnego sukcesu.
Nie musimy mieć krągłości.
Nie musimy zarabiać mnóstwo pieniędzy.
Nie musimy być piękne.
Nie musimy podróżować po całym świecie.
Nie musimy obsesyjnie dbać o to, by wyglądać najmłodziej.
Nie musimy być seksowne.
Nie musimy ubierać się zgodnie z modą.
Nie musimy kończyć studiów tylko dla papierka.
Nie musimy mieć dzieci.
Nie musimy być w perfekcyjnej formie.
Nie musimy mieć 150 różnych hobby.
Nie musimy być wybitne.
Nie musimy być sławne.
Nie musimy wychodzić za mąż.
Nie musimy być panią domu.
Nie musimy być szczupłe.

To jednak pilnie strzeżona tajemnica, którą próbuje się ośmieszyć, obrzydzić i unicestwić, za każdym razem, gdy wypływa na powierzchnię.

Kto by siedział w korpo pracy przez 16h na dobę, gdyby wiedział, że materialny sukces nie da mu szczęścia?
Kto wcinałby suple, opłacał prywatnego trenera i catering, gdyby wiedział, że idealna figura, nie sprawi, że zaakceptuje swoje ciało?
Kto wydawałby miliony monet na kremy, mascary, podkłady, sera, gdyby wiedział, że można czuć się równie piękną, bez żadnych poprawek?
Kto spędzałby 5 lat na studiach, które go nie interesują, gdyby wiedział, że nie zagwarantują mu one ani szacunku, ani pracy?
Kto z rozmysłem decydowałby się na dzieci, zanim sam przestanie być dzieckiem, gdyby wiedział, że są inne sposoby na to, by doświadczyć pełnej miłości i akceptacji.

Kultura, w której żyjemy, wmawia nam tak wiele scenariuszy na temat tego, jak zdobyć szczęście... Wymusza na nas ciągłą pogoń za niedoścignionym. Jeszcze mililitr wypełniacza tu, jeszcze tysiąc złotych premii tam, jeszcze taka podróż, jeszcze taki tytuł, jeszcze tylko ta jedna rzecz i już na pewno będę szczęśliwa.
A jednak szczęście nie przychodzi.
Za to zmiata nas z nóg fala frustracji - przecież zrobiliśmy wszystko, co nam kazano!
Kupiliśmy, co było do kupienia. Zrobiliśmy, co było do zarobienia. Poprawiliśmy, co było do poprawienia.
Gdzie poczucie spełnienia? Gdzie satysfakcja? Gdzie ulga?

Zaczęłam takim przydługim wstępem, bo chciałam pokazać zarówno mój problem i skalę świadomości impasu, w którym się znalazłam.

Zdaję sobie sprawę z tego, co mnie krzywdzi, co mnie oszukuje, co mnie napędza w złym kierunku, a jednak nie umiem tego przerwać.
Największy problem, z jakim obecnie się mierzę, to ciągłe pretensje do samej siebie, że nie jestem kimś innym.
Kimś lepszym.
Nie jestem optymalną wersją siebie.
Nie jestem tak: pracowita, szczęśliwa, zmotywowana, ładna, odważna (mogłabym wymieniać w nieskończoność), jak powinnam.
Nie jestem tymi wszystkimi rzeczami, którymi mogłabym być.

Jak kochać siebie...
Jak akceptować siebie, gdy nie jest się niczym z tego, czym chciałoby się być?
Czym mogłoby się być?

Żaden sukces, który osiągam, nie jest dość duży, bym była z siebie zadowolona.
Żadna pochwała, nie jest dość przekonująca, bym w nią uwierzyła.
Żaden tekst, nie jest dość dobry, bym uważała, że ja jestem dobra.
(A pisanie jest jedyną praktyczną umiejętnością, w której jestem "dobra". )

Mam dosłownie (i używam tu słowa "dosłownie" z pełnym rozmysłem) wszystko, czego kiedykolwiek chciałam. Więcej, niż mogłabym sobie wymarzyć w najśmielszych snach.

I nie jestem szczęśliwa.

Cała moja duma z bloga, pęka jak mydlana bańka, pod naporem pretensji, jakie mam do siebie, że nie mogę się zebrać do nagrywania YT.
Jeżeli kiedyś w końcu wypuszczę ten film, będzie można na własne oczy zobaczyć i usłyszeć, jaką katorgą jest dla mnie nagrywanie i dlaczego.
Patrzę na rozstawiony sprzęt i wyrzucam sobie, jaka jestem tchórzliwa, leniwa, słaba, żałosna.
8-letnie dzieci to robią, a ja nie mogę?

Robię wszystko, co zawsze chciałam robić, mam chyba najbardziej satysfakcjonujące zajęcie na świecie, dostaję tyle ciepła, wsparcia i otuchy, na dosłownie każdym kroku, jaki wykonuję.

I nie jestem szczęśliwa.

Dostaję wiadomości, praktycznie każdego dnia, o tym, że zmieniłam czyjeś życie, że dzięki mnie ktoś zaczął szukać pomocy, przestał mieć myśli samobójcze, wybaczył sobie, zbudował w sobie wolę walki o siebie/innych/planetę i żadna z nich nie jest w stanie sprawić, żebym poczuła się, jakbym była coś warta.
Jakby moja praca była coś warta...
Bo gdzie są pieniążki? Kto jest utrzymanką bez ambicji? Kto uprawia ekshibicjonizm w Internecie, zamiast wziąć się za prawdziwą pracę?

Dosłownie płaczę, pisząc to, bo jestem tak zmęczona wiecznym czuciem się, jakbym nie była dość dobra.
Jakbym zawsze była dla siebie jakimś rozczarowaniem.

Mam rodziców, którzy mnie kochają, męża, który uważa mnie za najwspanialszą istotę na świecie, przyjaciół, którzy są dla mnie wsparciem, kibicują mi i chcą dla mnie jak najlepiej. Mam moje jednorożki, które każdego dnia przypominają mi o tym, jak mądra, ważna i pomocna jestem.

Dlaczego więc, gdy patrzę w lustro, widzę wszystkie rzeczy, którymi nie jestem?
Przeszłam tak długą drogę, by znaleźć się tu, gdzie jestem, tyle wycierpiałam, tyle pracowałam, tyle przeszkód pokonałam i barier przełamałam...
Dlaczego nie jestem z siebie dumna? Dlaczego nie umiem się tym cieszyć?

Po poście, który zamieściłam na samej górze, zalało mnie tsunami wiadomości. Chyba największa ilość do tej pory.
Każda z dziewczyn opowiadała swoją historię, z tą samą puentą "ale się cieszę, że to napisałaś, bo myślałam, że tylko ja tak mam".

Otóż zdradzę Wam sekret życia - większość ludzi jest nieszczęśliwa. W najgorszym wypadku aktywnie, w najlepszym w wyparciu "jak jest, tak jest".

Życie jest trudne.

Nie jesteście same w doświadczaniu tego.
Te wszystkie uśmiechnięte zdjęcia, pierścionki, motywacyjne wpisy, to tylko krótkie momenty. Najpewniej zmącone przez "zrobiliśmy już 50 ujęć, daj spokój", "Boże, przecież mówiłam mu, że nienawidzę bursztynów", "niech chociaż inni myślą, że jest mi super".

Nie twierdzę, oczywiście, że szczęście nie istnieje. Bynajmniej.
Jednak zazwyczaj najwięcej wspólnego mają z nim ludzi głupi, którzy nie mają ani specjalnych oczekiwań, ani ambicji, oraz ludzie, którzy, jakimś magicznym cudem, nauczyli się żyć w tak zwanym "tu i teraz", bez oczekiwania do siebie i życia bóg wie czego.
Oraz cała reszta z nas, której od czasu do czasu, zupełnym przypadkiem, uda się wnieść na górę życiowej sinusoidy.

Chociaż znam przepis na szczęście, nie umiem z niego nic ugotować.
W ciągu ostatniego miesiąca odkryłam jednak sposób na to, jak zmniejszyć nieszczęście.

Rozmawiać.

Rozmawiać z rodzicami, chłopakiem, przyjaciółmi. Rozmawiać na terapii indywidualnej, grupowej. Rozmawiać na anonimowych grupach wsparcia, forach internetowych, komentarzach pod postami na e-klerki.

Rozmawiać. Rozmawiać. Rozmawiać.

I nie chodzi mi tu o oczekiwanie od innych, że naprawią nasze problemy, dadzą nam gotowe rozwiązania, czy znajdą lekarstwa na wszystkie nasze bolączki. Nic bardziej mylnego.
Chodzi o możliwość wyrażenia się.
Ubrania w słowa tego, co nas boli, nazwanie naszych emocji, sytuacji, schematów, w jakich sie znajdujemy.

Ten blog i fanpage do niego, są dla mnie najlepszą terapią, jaką miałam w całym swoim życiu.
Ponieważ z jednej strony, muszę usiąść i realnie zmierzyć się z przeszłością, przyszłością, teraźniejszością, z tymi wszystkimi malutkimi jeżami, które błądzą między moimi wnętrznościami i nieustannie kłują mnie swoimi igiełkami. Muszę je zlokalizować, nazwać, opisać. A potem mogę na nie popatrzeć, czarno na białym, zobaczyć je, jako dokładnie to, czym są.
I nagle jestem w stanie pojąć, skąd się wzięły, co je karmi, gdzie zmierzają.
Niektóre żywią się moim stresem, inne wspomnieniami, jeszcze inne oczekiwaniami, jakie mam wobec siebie. Jedne są wielkie i żywią się mną od lat, a inne są malutkie i widać po nich, że wpadły tylko na chwilkę i zaraz znikną.
Dopóki jednak nie zdam sobie z nich sprawy, nie jestem w stanie ocenić, czy są duże, czy małe, czy chwilowe, czy wręcz odwieczne.

I mogę te wszystkie jeże rozłożyć przed Wami, moimi czytelnikami, powiedzieć "spójrzcie", a Wy naprawdę patrzycie. I dostrzegacie dokładnie to, co chciałam przekazać.

Wtedy pojawia się fundament terapeutycznych mocy - feedback.

Część z Was dzieli się ogólnymi przemyśleniami o tym, co napisałam. Część opowiada swoje historie. Część zastanawia się na głos, co mogłoby mi/nam pomóc. Część po prostu wyraża słowa wsparcia i otuchy.
Każda z tych reakcji jest równie ważna i każda daje mi równie wiele.
Czasami sama możliwość zobaczenia cudzymi oczami swoich własnych historii sprawia, że perspektywa zmienia się o 180 stopni.
Nigdy nie działało na mnie stwierdzenie "inni mają gorzej", bo to równie prawdziwe jak "inni mają lepiej"
Zobaczyć jednak, że nie jest się samemu, że są ludzie, którzy cię rozumieją i na swój własny sposób przechodzą przez podobne rzeczy lub emocje, działa dla mnie cuda.

Życie jest trudne.

Nie tylko dla mnie, nie tylko dla Ciebie. Nie tylko dla biednych, nie tylko dla chorych, nie tylko dla ofiar, nie tylko dla pokrzywdzonych przez los w jakikolwiek sposób.
Dla nas wszystkich.
Kultura, w której żyjemy, bardzo intensywnie stara się nam wmówić, że to problem, który dotyczy wyłącznie nas, jako jednostek. A wszyscy oprócz nas radzą sobie świetnie, są zachwyceni światem i mają świetne życie.
Dlatego, żeby móc być częścią kultury i społeczeństwa, mamy poczucie, że musimy udawać.
Musimy kupować i robić rzeczy, które sprawiają, że wyglądamy na szczęśliwych.
Nikt nie chce być tym smutnym typem w kącie pokoju, tą dziewczyną "z problemami", marudą, niewdzięcznikiem, "nie doceniasz tego, co masz".

Chociaż czuję się ostatnio niespecjalnie, jest jakaś część mnie, która naprawdę odżyła, gdy otworzyłam się na nowych przyjaciół i nowe spojrzenie na świat.
Czuję, że gdzieś w głębi mnie, buduje się akceptacja dla zdrowej dozy smutku, a nawet cierpienia. Tej, która przychodzi, bo czasem przyjść musi, nie da się jej ominąć, jednak w końcu odejdzie i na jej miejsce przyjdzie coś zupełnie innego.
Jak siedzenie nad brzegiem chłodnego morza w upalny dzień.
Fale przychodzą i odchodzą, czasem omiatają tylko Twoje stopy i jest Ci chłodno i przyjemnie, czasem dochodzą do łydek, sprawiając, że jest Ci odrobinę chłodno, a raz na jakiś czas, fala podchodzi aż do Twoich ud, mocząc strój kąpielowy lodowatą wodą, sprawiając, że jest Ci naprawdę zimno i nieprzyjemnie.
Nie oznacza to, że któraś z fal jest zła, a któraś dobra. Że jedną się kocha, a drugiej się nienawidzi. To tylko fale, nie mają żadnych intencji, żyją swoim naturalnym rytmem.
Myślę, że nasze życie ma podobny rytm.
Bardzo łatwo go jednak przeoczyć. Łatwo jest powiedzieć "czuję się okropnie od miesięcy" i pominąć wszystkie dobre momenty, jakie wydarzyły się przez ten czas.
Życie przez większość czasu jest neutralne, z lekkim odchyleniem na plus lub minus.


Dramat naszego życia, często polega na tym, że niezależnie, czy jesteśmy odrobinę nad kreską, czy odrobinę pod kreską, czy na kresce, każdy stan interpretujemy jako słaby okres, bo przecież nie doświadczamy tej pełni szczęścia.
Moja terapeutka powiedziała mi kiedyś, że przepis na satysfakcjonujące życie, to umiejętność realnego odczuwania tych drobnych drgań. Małych przyjemności, krótkich chwil, które wywołują uśmiech na twarzy. Drobnych niepowodzeń, ukłuć w sercu, które mówią nam, że spadliśmy pod kreskę i trzeba o siebie zadbać.

Przyznam szczerze, że nie znam jeszcze metody na to, jak wprowadzić to w życie.

Wiem jednak, że sama możliwość rozmowy i akceptacji tego, że jest się aktualnie pod kreską, naprawdę pomaga.
Mam teraz grupową konwersację z kilkoma przyjaciółkami, gdzie każda z nas opisuje, praktycznie non stop, co robi, jak się czuje, z czym się aktualnie mierzy i aż ciężko opisać mi słowami, jak bardzo mi to pomaga.
Wiedzieć, że jest kilka osób, od których w dowolnym momencie, w ciągu dosłownie kilku minut, dostanę tyle wsparcia i otuchy, ile tylko potrzebuję, daje mi ogromny komfort psychiczny. Emocjonalny bufor bezpieczeństwa.
Taka nasza mini grupa wsparcia.
Niewątpliwym kluczem do sukcesu jest to, że niczego się przed sobą nie wstydzimy, nigdy się nie oceniamy i, chociaż wiadomo, że zdarzają się gorsze dni, zawsze staramy się być dla siebie, jak bardziej empatyczne i wyrozumiałe.
I to nie są osoby, które znam od lat, wręcz przeciwnie, najdłuższej jedną znam 4 lata, najkrócej, dosłownie kilka miesięcy.
Znalezienie ludzi, którzy dają Ci prawo do tego, byś czuła się źle i nie wymuszają na Tobie konieczności natychmiastowej poprawy, daje pole i czas do tego, by się naprawdę zastanowić nad tym, dlaczego właściwie czujesz się źle?

Czy to brak tego wielkiego szczęścia?
Czy to jakieś konkretne wydarzenia?
Czy to brak pozytywnych elementów w Twoim życiu?
Czy to natłok trudnych doświadczeń?
Jakie ten smutek ma źródła? Jak się objawia? Jakie przynosi efekty?

Coraz bardziej dochodzę do wniosku, że smutek, wbrew temu, co próbuje się nam wmówić, nie jest niczym złym. Niczym, co trzeba wypierać. Niczym, przed czym trzeba za wszelką cenę uciekać.
Nie mówię tu oczywiście o rodzaju smutku, który przynosi depresja i uniemożliwia normalne funkcjonowanie, ale tym, który odczuwamy najczęściej, który po prostu siedzi nam na ramieniu i nieustannie daje znać o swoim istnieniu.
Bardzo często, by pozbyć się smutku, pozbywamy się też wszystkich innych emocji. Wchodząc w tryb "lepiej nie czuć nic, niż być ciągle przygnębionym", tylko po to, by po bardzo krótkim czasie zorientować się, że wszystko jest lepsze od nie czucia niczego.
Walczymy z nim, jak z wrogiem, a on jest tylko wysłańcem, który informuje nas, że coś jest nie tak.

Gdy łamiemy nogę, ból informuje nas o tym, że jest problem i potrzebujemy pomocy.
Gdy łamie nam się życie, związek, rodzina, szkoła, praca, czy cokolwiek innego, mamy "wziąć się w garść?" i udawać, że ból nie istnieje?
Nie.
Powinniśmy obdarzać nasze psychiczne zdrowie, taką samą troską, jak fizyczne.
Każdy ból, każdy smutek, ma jakieś źródło.
Nie można liczyć na uzdrowienie, jeżeli nie podejmie się żadnych działań w jego kierunku. 
A pierwszym krokiem zawsze jest diagnostyka.

Życie jest trudne.

Jest też piękne, straszne, oszałamiające, monotonne, zaskakujące, przytłaczające.
I to w porządku, bo to właśnie w tej całej gamie dynamiki kryje się jego splendor.

Miesiąc smutku przyniósł mi ten tekst i chociaż wiem, że wiele osób, by się ze mną nie zgodziło, dla mnie to niska cena. 
Wyniosłam z niego bardzo cenną lekcję, której nie byłabym w stanie nauczyć się w żaden inny sposób. A gdy tylko go zaakceptowałam, osłabł.
I słabnie dalej z każdym dniem, odsłaniając przede mną nieodkryte do tej pory jeżyki. 
Każdego z nich staram się traktować, jak przyjaciela, który wskazuje mi problem, nie wroga, który chce mnie ranić. A one, widząc moją uległość, chowają swoje kolce i odsłaniają przede mną to, co do tej pory było ukryte.

fot. e-klerki
Ta sama jesień, ta sama ja. Nastrój zupełnie inny. #sinusoida

Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.