Ślub VIII: Atrakcje

12:05

Bez zbędnych wstępów!


1. Zespół

Do ślubu, życzeń, toastów i obiadu grali nam Grzeczni Chłopcy, których polecam całym sercem.

Byliśmy z Piotrkiem naprawdę zdeterminowani, żeby znaleźć kogoś, kto wykonuje ciekawe aranżacje znanych kawałków, najchętniej w klimatach swingu i jazzu.
Nie ma słów, by opisać, jak ciężko było znaleźć kogoś takiego.
I nie mam już na myśli samego swingu i jazzu, ale jakąkolwiek formę ciekawych aranżacji, odbiegającą od prób odtworzenia oryginału w najbliższej możliwej mu wersji.

Osobiście zakochałam się w nich od pierwszego usłyszenia w Harendzie. Od razu po koncercie podbiegłam do nich, by przyklepać naszą współpracę, która przebiegła bardzo fajnie, chłopcy dokładnie rozumieli, że się nie znam i nie mam żadnego własnego zdania na temat muzyki, wzięli sprawy w swoje ręce i efekt był zachwycający!

Jedyny ból, jaki przy tej okazji miałam, to fakt, że w planach był pokaz/kurs tańca swingowego, który finalnie się nie odbył, bo wszyscy byli absolutnie wykończeni po smażeniu się w słońcu, w czasie naszego ślubu i nie zregenerowali dostatecznie sił, by ruszyć na parkiet przed ich zejściem.


Koszt: 4500 zł
Chociaż moja konsultantka często narzekała na współpracę z nimi, tak nasz kontakt na fejsie, zawsze działał bez zarzutu, w związku z tym moja ocena to mocne 10/10


2. DJ i Wodzirej

Naszym absolutnie niesamowitym wodzirejem był Maciej Kowalczyk, nie mam pojęcia dlaczego, ale nie mogłam go znaleźć nigdzie w sieci, oprócz filmików na YT, gdzie prowadzi swoje animacje.


Przejął imprezę tuż po Grzecznych Chłopcach i zorganizował naprawdę świetną zabawę.
Jego pierwszym "numerem", był polonez, do którego zaprosił wszystkich gości, pod pretekstem wspólnego zdjęcia, tuż przed naszym pierwszym tańcem.
Mimo że żar lał się z nieba, dzięki jego charyzmie i humorowi, wszyscy podeszli do tego pomysłu z zaskakującym entuzjazmem.
Podejrzewam, że większość moich gości nie tańczyła poloneza aż od swojej studniówki, było więc naprawdę śmiesznie i miło, patrzeć jak wszyscy wczuwają się w melodię, trzymają sukienki i teatralnie dygają w rytm melodii.


Dodatkowym elementem poloneza była możliwość torowania ludziom drogi, którą dało się wykupić tylko pocałunkiem...


...co moi kreatywni przyjaciele rozwiązali na swój sposób!


Maciek cały wieczór spędził w smokingu!


Moje zachwyty, mają o tyle większe uzasadnienie, że nasze wesele naprawdę nie było standardową imprezą, gdzie wszyscy siedzą przy stolikach, bujające się ciotki robią sztuczny tłum na parkiecie, jest atmosfera "idziemy na jednego" i ciągłe zachęcanie do tańczenia.

Jak to bywa, na wszystkich innych naszych imprezach, nasi znajomi i przyjaciele, a także rodzina, rozeszli się po ogrodzie, strefie do chillu, cudzych stolikach, by w różnym towarzystwie cieszyć się tym dniem, w najbardziej komfortowy dla siebie sposób.
Z góry wiedziałam, że tak będzie i ostrzegałam, że tak będzie, bo tak jak sama nie przepadam za weselami, gdzie się mnie do czegokolwiek namawia, tak sama nie chciałam, żeby moje takie było.
Muzyka niosła się wszędzie, więc wychodząc z głównego namiotu, dało się zobaczyć mnóstwo większych lub mniejszych grupek ludzi, którzy tańczą, palą, rozmawiają, dosiadają się i odchodzą. Słowem, korzystają z dnia i towarzystwa, w lekkim oddaleniu od centrum wesela.
Ja sama spędziłam większość czasu, przemieszczając się między tymi grupkami i świętując z wszystkimi na nasz własny sposób.

To chyba najgorsza możliwa impreza dla kogoś, kto ma się zajmować animacją gości.
Państwo młodzi są nie do zlokalizowania, połowa stolików pusta, połowa parkietu pusta - co robić, do kogo mówić, jak kogokolwiek zachęcić do zabawy?
A jednak!
Nawet w takich warunkach, Maciej znalazł 3 czy 4 okazje do tego, by zwołać wszystkich na parkiet, zaangażować w super zabawę, wciągające układy - nie mogę się doczekać filmu ze ślubu, żeby zobaczyć ten moment, gdy kilkadziesiąt osób tańczy ten sam układ taneczny, jakbyśmy nauczyli się go specjalnie na tę okazję!

Grał naprawdę super muzykę. Ani przez sekundę nie miałam do niej żadnych zastrzeżeń, a jestem naprawdę wybredna. Gdziekolwiek bym nie była, z kim bym nie rozmawiała i czego bym nie robiła, cały czas się bujałam w rytm ulubionych kawałków, albo krzyczałam "to moja piosenka!" i biegłam szukać Piotrka, by zaciągnąć go na parkiet.
Współpraca z nim była cudowna, Maciek naprawdę jest przemiłą, profesjonalną i zabawną osobą.


Maciej zafundował nam też mój ulubiony moment wesela, gdy koło 4 nad ranem, został już tylko jeden stolik, przy nim około 16 osób, wszyscy zmęczeni, ale wciąż żywi i szczęśliwi... I wtedy zaczął puszczać nam wszystkie hity naszej później podstawówki/gimnazjum.
Straciłam wtedy resztki głosu, gdy przez dobrą godzinę, siedzieliśmy i na cały głos śpiewaliśmy wszystkie piosenki, które kiedyś były akompaniamentem naszych pierwszych pocałunków, złamanych serc, motylków w brzuchu, rozstań i powrotów.
Nie prosiłam go o to, nie mam pojęcia skąd przyszła mu do głowy taka perfekcyjna playlista, ale to było absolutnie idealne zakończenie tego dnia.

Koszt: 4200 zł

Ocena to najmocniejsze 10/10 z wszystkich, do tej pory wystawionych!


3. Pierwszy taniec

Wszystko, co mogłabym napisać o naszym pierwszym tańcu, zawiera się w "nie poszliśmy na kurs tańca".


Jestem gorącą przeciwniczką niezręcznych układów, liczenia kroków, sztywnych ruchów, a wiedziałam, że na więcej nas nie stać, stwierdziliśmy więc, że po co się zadręczać i traktować ten taniec inaczej niż... każdy inny taniec tej nocy?


Całość trwała dokładnie 1 minutę 25 sekund i był to początek piosenki Nick Cave & The Bad Seeds - Henry Lee

"You won't find a girl
in this damn world
that will compare with me"

Wybór był dla nas oczywisty, bo nie ma na świecie bardziej naszej piosenki, niż ta.
To właśnie ona unosiła się w powietrzu, gdy Piotrek po raz pierwszy poprosił mnie do tańca.
Gdy po raz pierwszy mnie rozebrał. 
Nie mówię, że była to jedna i ta sama sytuacja. Ale była. 

I chcieliśmy, żeby było dokładnie tak, jak za pierwszym razem - tylko my, nasze niezdarne kroki i obezwładniające uczucia. 


4. Taniec z tatą

Jeżeli zdzieranie głosu do "Aniele, tak wiele dla Ciebie bym zrobił" o 4 nad ranem, było moim ulubionym momentem, to taniec z moim tatą, musi być przynajmniej równie ulubionym!


W przeciwieństwie do Piotrka, mój tata jest świetnym tancerzem. Nigdy nie tańczyłam z nikim, tak jak potrafię tańczyć z nim. Może to kwestia tego głęboko zakorzenionego w moim głowie poczucia, że tylko tacie można pozwolić prowadzić się w całości.


Nie mieliśmy podziękowań dla rodziców, chciałam jednak dać mojemu tacie, ten jeden wyjątkowy moment wyróżnienia, za wszystkie lata jego miłości i opieki, których wcale nie musiał mi dawać, bo jak zapewne większość ludzi nie wie (twierdząc, że jestem do niego "taka podobna"), nie jest moim biologicznym ojcem.
Chętnie poruszę ten temat innym razem, bo często słyszę różne okropne rzeczy na temat dzieci z in vitro, adoptowanych, przysposobionych i tak dalej, jakoby "zawsze dało wyczuć się swoją własną krew"...
Cóż, może ktoś potrafi, ja jednak wiem, że mój tata kocha każdą kroplę krwi, jaka płynie w moich żyłach i każdą z nich uważa za równie swoją, jak mnie samą.
Dlatego bez zbędnych wstępów i przydługich przemów, poprosiłam pierwszą miłość mojego życia, mojego przyjaciela, powiernika, obrońcę - tatę, by zatańczył ze mną ten jeden taniec.

Zatańczyliśmy do Frank Sinatra - It had to be you.

"With all your faults
I love you still
It had to be you,
wonderful you"

Moja mama potrzebowała potężną dawkę wsparcia, od swoich przyszywanych dzieci, żeby znieść taką dawkę wzruszenia!


Koszt: bezcenne


5. Fotobudka

Na fotobudkę zdecydowaliśmy się... 3 dni przed weselem.


Z wesel, na których byłam wyniosłam przekonanie, że jest to w dużym stopniu strata pieniędzy. Ludzie albo narzekają, że nie wszyscy się dopchali, albo nikt nie korzystał.
U nas jednak sprawdziła się doskonale!

Wprawdzie przez cały czas miałam poczucie, że marnuję tam czas swojego wesela, tak po fakcie, żałowałam, że nie spędziłam tam więcej czasu, z większością ilością gości.
To typowe ślubne schizofrenie.


Wynajęliśmy ją, po promocyjnej cenie, od ludzi, którzy robili nam film. Dopiero w tym roku włączyli to do swojej oferty, więc udało mi się nieźle potargować!
Była w formie wielkiego, mówiącego lustra.

Koszt: 1500 zł


6. Oczepiny

Przyznam szczerze, że nie byłam pewna, czy je w ogóle chcę. Zawsze wydawały mi się strasznie przaśną tradycją.
Ostatecznie doszłam jednak do wniosku, że czasem tradycje muszą być przaśne.
Próbowałam coś zakombinować, na przykład ze zmianą formy (krążenie wokół mnie ze wstążkami) lub chociaż porą dnia (jeszcze przy słońcu, w ogrodzie), jednak finalnie odpuściłam i pogodziłam się z tym, co nieuniknione.
I rzuciłam bukietem za siebie, o północy.


Piotrek wybrał o wiele bardziej interesująca formę.
Jego część oczepin polegała na tym, że zmieniał swoje położenie, na 4 różnych krzesłach, a zadaniem facetów, było ustawić się, jak najprędzej za nim.
W dowolnym, wybranym przez Pio momencie, rzucał muszką, a ten kto ją złapał, wygrywał taniec ze szczęśliwą posiadaczką mojego bukietu.
Maciek jeszcze odrobinę podkręcił atmosferę, prosząc ją, by przez jakiś czas odmawiała tańca.
Jako że bukiet złapała moja siostra cioteczna, a muszkę jej facet (presja była poważna), było naprawdę mnóstwo śmiechu.


Oczepiny zakończyliśmy klasyczną grą "ona i on", przy akompaniamencie obraźliwych żartów wszystkich moich przyjaciół, pod moim adresem, oczywiście.
Żaden z nich mnie nie zraził nawet na moment, ponieważ odczuwałam błogą falę ulgi, gdy na pytanie "kto będzie częściej wstawał do dziecka?" zgodnie zostały podniesione w górę... buty Pio!



7. Przyjaciele

Moi przyjaciele. Najlepsze rodzeństwo, jakie mogłabym sobie wymarzyć!


O Szymonie pisałam tu już mnóstwo razy, zachwalając z każdej strony, wszystkie jego umiejętności.

Chyba nie ma większego potwierdzenia mojej wdzięczności i jego zasług, niż to, że jako jedyna osoba na całym weselu, zasłużył sobie na podziękowania na środku parkietu!

Jeżeli podobały się Wam moje zaproszenia, STD, logo lub cokolwiek innego, co wyszło spod jego uzdolnionej ręki - nie wahajcie się ani moment, by napisać do niego w tej, lub jakiejkolwiek innej animatorsko/graficznej sprawie przez jego fp Szymon Brygidyn Fotografie.


Adrian śpiewał mi tu cover Bruno Marsa - Locked out of heaven, którego możecie odsłuchać osobiście tutaj, popatrzeć na to zdjęcie i wczuć się w moment!
Byłam naprawdę zachwycona, gdy okazało się, że fotografce udało się uwiecznić tę chwilę.

Gdybyście miały ochotę na więcej, jego kanał na YT ma tego więcej! I Instagram też!

A jeżeli macie to szczęście i mieszkacie w Łodzi, koniecznie musicie pójść na niesamowitą musicalową wersję filmu Madagaskar, gdzie w zależności od dnia gra Marty'ego lub Kowalskiego!


Moja najlepsza przyjaciółka/najgorszy koszmar/świadkowa/siostra wygłosiła dla nas najpiękniejszą przemową, której w ogóle się nie spodziewałam.
Była już północ, mogłam więc sobie wreszcie pozwolić na to, by zalać się łzami.


Zmechacony Pio.


Po przemowie przyszedł czas na taniec świetlisty, który był absolutnie przepięknym widokiem i doświadczeniem, do którego Kasia śpiewała cover Leonard Cohen - Hallelujah, który możecie usłyszeć osobiście tutaj. Zgodnie z daną jej obietnicą zaznaczam, że sama o ten utwór poprosiłam! W jej wykonaniu to już klasyk.

Doszły mnie słuchy, że ludzie płakali w trakcie jej wykonania i wcale się im nie dziwię! Dla wielu osób był to najbardziej wzruszający moment wesela.

Jeżeli miałybyście posłuchać czegoś więcej w jej wykonaniu, możecie znaleźć coś na jej kanale na YT, story na Instagramie (chyba, że chcecie pooglądać jej zdjęcia, to tu), występach w Chórze Uniwersytetu Medycznego w Łodzi i pojęczeć w komentarzach, żeby wzięła się za siebie i zaczęła nagrywać na poważnie! 


Przy okazji, jeżeli mieszkacie w Warszawie i macie dziecko lub rodzeństwo, które opiera się wszystkim perswazjom utrzymywania porządku, koniecznie musicie odwiedzić profil Ani (z powyższego zdjęcia) Samodzielniaki, która prowadzi zajęcia dla dzieci, mające na celu nauczyć je utrzymywania porządku z przyjemności i głową!
Jako dorośli, z pewnością Wam za to podziękują!


8. Tort

Tort zamówiliśmy z Galerii Słodkości - ich prace są absolutnie niesamowite, nawet jeżeli nie planujecie ślubu, to polecam tam zajrzeć, dla samej przyjemności z oglądania.


Co najlepsze, nasz projekt bardzo się im spodobał, a nie ma nic bardziej uspokajającego, niż artysta, który realizuje Twoją wizję, w zgodzie ze sobą i swoim zmysłem estetycznym.
Finalnie byłam nim absolutnie zachwycona.
Gdy wjechał na salę, nie mogłam uwierzyć, że stworzyli coś tak pięknego, zdjęcia w ogóle tego nie oddają.
Całe górne piętro, mieniło się brokatem, tworząc najpiękniejszy obraz galaktyki, jaki kiedykolwiek widziałam, a co dopiero jadłam!


Degustacja były naprawdę ciężkim momentem, wszystkie smaki, jakie nam oferowali, były przepyszne. Okazało się, że w tej samej cenie, można wciąż dwa - zdecydowaliśmy się na to w 000.1 sekundy.
Wybraliśmy mango i marakuję oraz maliny z crème brûlée, oba były niesamowite, zdecydowanie najlepsze torty, jakie jadłam w całym swoim życiu.


Zadbali nawet o takie szczegóły, jak to, żeby czcionka, którą napisali nasze imiona, zgadzała się z tą, z zaproszeń!


Piotrek musiał po tym wziąć prysznic.

Koszt: 1440 zł

Zdecydowane, super mocne 10/10


9. Słodki bufet

Bufet również wyszedł spod rąk Galerii Słodkości.


Dosłownie nic z niego nie spróbowałam. Zero, null, nada. 
Uroki bycia Panną Młodą... A tak się zapierałam, że z pewnością tak nie będzie!


Z tego jednak, co słyszałam, wszystko było przepyszne.
Były eklerki! Specjalnie o to zadbałam.
Niektórzy goście nawet załapali.


Słyszałam bardzo podzielone opinie, na temat tego, czy taki bufet się opłaca, czy nie.
Do ostatniego tygodnia przed ślubem sądziłam, że nie, jednak, gdy się okazało, że wystarczy bym dołożyła 700 zł, do oryginalnego budżetu na tort, a będę miała też bufet - nie mogłam się powstrzymać.

Koszt: 1263 zł

Ponoć było pyszne, zdecydowanie wyglądało pysznie, więc wierząc na słowo dam 10/10


10. Bar

Stwierdziliśmy, że ludzie będą upijać się znacznie wolniej, jeżeli damy im drinki i... udało się!


Boho Bar poleciła nam nasza konsultantka i po pierwszym spojrzeniu na ich menu, wiedzieliśmy, że musimy ich zatrudnić.
Drinki z Prosecco były absolutną poezją. Robiłam pięć podejść do różnych opcji tam, żadnej nie udało mi się wypić do końca, ale każda była przepyszna!
Barmanów było dwóch, nie było więc mowy o kolejkach, wszyscy zachwalali smak i same przepisy - większość z nich była oparta o zioła i występujące w polskich ogrodach składniki.
Żałuję, że nie mam zdjęcia, jak wyglądał bar z przodu, bo był naprawdę piękny i idealnie wpasowywał się w klimat wesela.


Jeżeli chodzi o wtopy z nim związane, to chyba tylko to, że dobre wino było w ofercie baru, a z jakiegoś powodu, na stoły zostało wyłożone gorsze wino przeznaczone na... poprawiny nad basenem.
Co jednak w żadnym stopniu nie było ich winą.

Koszt: 6560 zł

Moja ocena, bez żadnych "ale" to 10/10


11. Zimne ognie

Zakończyliśmy klasykiem!


Jeżeli macie ochotę na więcej tekstów z tego cyklu, możecie przeczytać je tutaj:
Ślub I: Co się dzieje?
Ślub II: Konsultantka ślubna

Ślub III: Save the Date
Ślub IV: Zaproszenia
Ślub V: Lokalizacja i dekoracja
Ślub VI: Druhny i drużbowie

Ślub VII: Oprawa Państwa Młodych 

Natomiast teksty z tematyki około-ślubnej, możecie znaleźć na blogu w zakładce:
"ŚLUB"

wszystkie zdjęcia wykonała Ewa Lena Brzozowska

Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.