Ślub VI: Druhny i drużbowie

12:31

Od samego początku przygotowań, wiedziałam, że chcę znaleźć w tym wszystkim, jakieś wyjątkowe miejsce dla naszych przyjaciół.

Często słyszymy o naszym ślubie, że był taki "amerykański", to jednak zdecydowanie nie był wzór, do którego staraliśmy się dążyć.
Naszym głównym (i jedynym) wyznacznikiem tego, co chcemy, była długa lista rzeczy, które w życiu widzieliśmy i wydały nam się fajne, miłe i ładne.
Obstawa złożona z druhen i drużbów była właśnie jedną z takich obserwacji i moim pierwszym ślubnym "must have".



Przyznam szczerze, że gdy pierwszy raz pomyślałam o tym, kogo zaszczycić (udręczyć) tą szlachetną funkcją, uświadomiłam sobie, że byłoby mi o wiele łatwiej, gdybym miała mieć drużbów.
Przez większość życia dogadywanie się z mężczyznami, przychodziło mi o wiele, wiele łatwiej, niż z dziewczynami, nigdy się jednak głębiej nad tym nie zastanawiałam, aż do momentu, kiedy zadałam sobie pytanie: "czy ja w ogóle mam 5 przyjaciółek?".



Zacznę więc od końca i zanim przejdę do realnych ślubnych rad i informacji, opowiem Wam o tym, jak życie weryfikuje znajomości.

Pierwsze trzy druhny były oczywistym wyborem - moje trzy najbliższe przyjaciółki, które poznałam kolejno w podstawówce, liceum i na studiach.
Później zaczęły się schody, które jednak szybko przeszły w radosną zjeżdżalnię, gdy jedna z moich bliskich koleżanek, zaangażowała się z pełną mocą w przygotowania, pomagając, pocieszając, oglądając nieskończoną ilość sukien ślubnych i podnosząc mnie na duchu, na każdym etapie tej wyboistej drogi.


Została więc jedna.

Moim pierwszym pomysłem na to miejsce była "wspólna znajoma", którą mogłyście przelotnie poznać w Wciąż bywam złą osobą. Sama nie wiem, dlaczego chciałam, żeby to była akurat ona, chociaż do głowy przychodziło mi kilka bardziej adekwatnych osób. Może, jak pisałam w powyższym tekście, czułam, że to jakiś dobry uczynek z mojej strony, za który powinna mi być wdzięczna. Może, jak realnie mam nadzieję, że było, widziałam, że potrzebuje prawdziwych przyjaciół, którzy jej pomogą i sprawią, że się otworzy.

A może po prostu lubiłam ją bardziej, niż ona lubiła mnie.

Tak czy inaczej, przez jakieś sześć miesięcy była zgoda, że to ona będzie moją piątą druhną. Co znaczyło dla mnie bardzo wiele. To jedna z najlepszych cech mojego charakteru, że jestem naprawdę oddana ludziom, których uważam za swoich przyjaciół, a "wspólna znajoma" awansowała w mojej głowie na tę pozycję, gdy nie odmówiła zostania druhną - czego w sumie trochę się spodziewałam, bo z natury jest cicha i bardzo wycofana, więc bycie w centrum uwagi, zdecydowanie nie leżało w jej strefie komfortu.


To poczucie odpowiedzialności i chęci opieki nad moimi przyjaciółmi, popchnęło mnie do tego, by po dwóch lata, na nowo poruszyć z nią temat, który był dla niej wyjątkowo ciężki, a który z autopsji względnie rozumiałam, jakoś się z nim uporałam i byłam zdeterminowana, by pomóc jej w tym samym. Była to kwestia, która odciskała na niej naprawdę poważne piętno, a chociaż wiedzieli o tym wszyscy jej... przyjaciele, konsekwentnie umywali od tego ręce, twierdząc, że to jej sprawa, bo jest dorosła.
Gdy więc dwa lata po naszej ostatniej rozmowie, wciąż nie widziałam żadnej poprawy ani prób poprawy, poczułam, że to mój obowiązek, by okazać jej chociaż tyle, że ją wspieram i wciąż jestem gotowa jej pomóc.
Jeżeli znacie kogoś, kto ma poważny problem i jest w bardzo głębokim wyparciu, co do jego istnienia, możecie sobie wyobrazić, jak to się skończyło - nasze kontakty po tej rozmowie bardzo się ochłodziły.
Próbowałam jeszcze wyciągnąć do niej rękę na Boże Narodzenie, jednak zamiast odpowiedzi dostałam informację na poczucie, że nie odebrała Save The Date, które jej wysłałam.



Na początku byłam naprawdę zła i rozczarowana tą całą sytuacją.
Potem jednak zrozumiałam, że nie ma nic złego w tym, że "śmieci wynoszą się same" ("śmieciami" w tym powiedzeniu nie są konkretne osoby, a sytuacje i emocje, jakie generują) i zamiast rozdrapywać w sobie rozżalenie, powinnam skupić się na tym, by znaleźć wokół siebie ludzi, którzy nigdy by mnie tak nie potraktowali.



Jak pisał ks. Twardowski:
"(... )Nie pisz, że los Ciebie kopnął
nie ma sytuacji na ziemi bez wyjścia
kiedy Bóg drzwi zamyka - to otwiera okno
odetchnij
popatrz
spadają z obłoków małe wielkie nieszczęścia
potrzebne do szczęścia(...)"

Bardzo lubię ten wiersz, bo przypomina mi, że każde zdarzenie w życiu, ma tylko takie konsekwencje, na jakie reakcje się zdecydujemy.



I gdy "Bóg" = "los" zamknął mi drzwi do "wspólnej znajomej", otworzył mi okno do bardzo starej i bardzo dobrej przyjaciółki, z którą rozeszły się nam drogi, na pierwszych latach studiów. Okno, którego najpewniej nigdy bym nie zauważyła, gdybym dalej stała przy drzwiach. A za które jestem bardzo, bardzo wdzięczna. 

Tak właśnie zebrałam 5 druhen, przyjaciółek starych i zupełnie nowych, z którymi dzieliłam setki wspomnień i stworzyłam kolejne setki nowych.
Nie mogłabym sobie wymarzyć lepszego składu, niż kobiety, które towarzyszyły mi przy wszystkich najważniejszych momentach życia. Wszystkie mądre, piękne, szczere i otwarte.


Drugą sytuacją, którą chciałabym opisać, chociaż nie jestem pewna, czy powinnam, bo jest bardzo świeża, a perspektywa i czas to główni sprzymierzeńcy wyważonych wypowiedzi. Podejrzewam jednak, że motylowy zgrzyt na zdjęciach nie umknie niczyjej uwadze, a to właśnie o nim jest ta historia. 



Jak pisałam w Nasze zmyślone nazwisko zdecydowaliśmy, że najlepszym kompromisem dla nas, jako małżeństwa, będzie wzięcie zupełnie nowego nazwiska. 
Nasi świadkowie o tym wiedzieli, dokumenty, które podpisywaliśmy w czasie ceremonii, miały już nasze nowe dane, całość nie była więc żadną tajemnicą.


Gdy półtora miesiąca po ślubie zmieniliśmy nazwiska na fejsie, część ludzi zareagowała... specyficznie.
Jednak świadek Piotrka pobił absolutnie wszystkich, pisząc cykl naprawdę przykrych i obraźliwych komentarzy na ten temat, nie uginając się ani na moment, pod moim konsekwentnym usuwaniem ich. Gdy straciłam cierpliwość i napisałam mu prywatnie, żeby przestał, zarzucił mi cenzurę na e-klerki (to był mój prywatny profil) i lęk przed tym, że ludzie się z nim zgodzą i... dadzą mu lajki.
Na mój przydługi monolog o tym, jak może robić coś takiego Piotrkowi publicznie, jak może być taką osobą, jaką jest i jak może sprowadzać taką sytuację do lajków, odpisał mi najbardziej obraźliwą wiadomością, jaką kiedykolwiek dostałam, od kogokolwiek.
Obrażał tam mnie, Piotrka, moich rodziców, naszych przyjaciół, nazywając ich grupą "ćpunów, lesbijek, feministek, gejów i innych którzy mają coś z głową", porównując ich do plebsu, który spotkał się z arystokracją (SIC!), za którą uważał oczywiście siebie. 
Cała ta historia ma też inny, większy aspekt, którego jeszcze nie czas poruszać, bo jak wspominałam - czas i perspektywa.
Myślę jednak, że nawet ten skrawek historii daje całkiem niezły obraz tego, co się wydarzyło.


Gdy tak siedziałam z laptopem i czytałam jego wymiociny, uświadomiłam sobie dwie rzeczy:
1. Dorosłam do tego, by niektórzy ludzie naprawdę nie byli w stanie mnie obrazić, bo jeżeli nie zgadzam się fundamentalnie ze wszystkimi ich poglądami i wartościami, nie mogę przejmować się ich opinią na mój temat.
2. "Wspólna znajoma" była aniołem, a sposób, w jaki załatwiła nasz ślub, był najbardziej taktowną rzeczą na świecie. Przynajmniej w porównaniu do tego.


Moją pierwszą i właściwie jedyną myślą było: "jak śmiałeś przyjść na nasz ślub?".
Rozbite później na "jak śmiałeś zaśmiecić nam swoją twarzą tyle zdjęć?", "jak śmiałeś być naszym świadkiem?" i tak dalej.
Nie mieści mi się w głowie, jak można być tak... dwulicową osobą, żeby być czyimś świadkiem, jednocześnie nienawidząc (czego przenigdy wcześniej się nie okazało) żony, przyjaciół i teściów tej osoby.


Jeżeli jesteście w podobnej sytuacji i w głębi serca nienawidzicie kogoś, komu macie świadkować - nie róbcie tego. Po prostu tego nie róbcie. Nie zgadzajcie się na bycie chrzestnym, świadkiem, czymkolwiek ważnym dla ludzi, których nie kochacie lub przynajmniej nie szanujcie.

Najbardziej frustruje mnie to, jak łatwo byłoby tej sytuacji uniknąć, gdyby okazało się trochę godności i szczerości.
"Słuchaj stary, bardzo Cię lubię i szanuję, wybrałeś Klarę, nie rozumiem, ale to Twoja decyzja, będę dla niej uprzejmy, tak długo, jak będzie Twoją żoną, chętnie wpadnę na wesele, ale nie powinienem być świadkiem" - oszczędziłoby wszystkim kłopotów.
Powiedzenie tego, co miał do powiedzenia w komentarzach, prywatnie - nie byłoby całej sprawy.
Nawet najbardziej bolesną prawdę da się ubrać w słowa pełne szacunku.

Miejmy chociaż tyle honoru, by dać ludziom szansę na to, by wybrali na towarzyszy swoich ważnych chwil kogoś, komu autentycznie zależy.


Ta historia niesie też za sobą bardzo osobistą nauczkę - dla mnie.

Nic co napisał w tej obrzydliwej wiadomości, tak naprawdę mnie nie zdziwiło. Spodziewałam się tego po nim. Widziałam, jak kłamie swojej dziewczynie w twarz (przy naszym ślubnym stoliku!), że nie korzystał ze striptizerek na kawalerskim Pio - jednocześnie uważając się za prawego tradycjonalistę. Widziałam, jak mówi prosto w twarz moim przyjaciółkom, które opowiadały o tym, jak zostały zgwałcone i nie mogły tego zgłosić na policję, bo wiedziały, że nikt im nie pomoże - że to ich wina, a nie wymiaru sprawiedliwości. Widziałam, jak odgrażał się, że pobije mojego najlepszego przyjaciela, po tym, jak ten szturchnął go w kolano, bo wydawało mu się, że tylko dlatego, że przyjaciel jest gejem, jest nim jakkolwiek zainteresowany. Widziałam, jak z dumą twierdzi, że faceci mają prawo wykonywać seksualne "zaloty" do obcych kobiet, bo "na 1 ze 100 to zadziała, więc mogą próbować, jak jakaś nie jest zainteresowana, to niech nie reaguje".

Widziałam te i wiele innych rzeczy, które mnie obrzydzały, bulwersowały, o które kłóciłam się z Piotrkiem i miałam pretensje, że nie reaguje. Jednak ja sama też nie reagowałam.
Widziałam to wszystko, ale tłumaczyłam sobie w głowie "przynajmniej jest dobrym przyjacielem dla Pio", "trzeba dawać ludziom wolność myśli".
I dostałam to, na co zasłużyłam.
Potraktował mnie tak, jak od dawna widziałam, że traktuje wszystkich wokół siebie.

Tak mi wstyd za samą siebie, że byłam tak głupia i pozwalałam komuś takiemu, jak on, być w naszym życiu. Być częścią tak ważnego dla nas dnia, gdy już wtedy wiedziałam dokładnie, kim jest.



Piotrek przez ten cały czas twierdził, że albo tych sytuacji nie zanotował, albo źle go zrozumiałam, wyolbrzymiam, przesadzam. Twierdził tak, aż nie mógł już tak twierdzić, bo jak inaczej zinterpretować "lepiej nie miej dzieci i nie roznoś tych zjebanych genów".

I to nie jest pierwsza sytuacja w moim życiu, kiedy wiedziałam dokładnie, jaką ktoś jest osobą, ale ignorowałam to ze strachu, lenistwa, konformizmu. 
Może liczyłam, że będąc przy nas, patrząc na naszych przyjaciół i moją rodzinę, jego poglądy złagodnieją, znajdzie w sobie więcej szacunku i zrozumienia dla ludzi, którzy żyją inaczej, niż jego wyobrażenia o tym, co "słuszne". On jednak zobaczył tylko "plebs" i mogłam to przewidzieć.
Mogłam sobie tego wszystkiego zaoszczędzić.

Tylko o czym bym wtedy pisała?

Na 26 dni przed ślubem wrzuciłam na fanpage takie słowa:
"Życie nie daje nam ludzi, których chcemy, ale tych, których potrzebujemy;
Ludzi, którzy dadzą nam lekcje - którzy nas zranią, pokochają, uratują i zdradzą, którzy sprawią, że staniemy się ludźmi, jakimi mamy być."

Na które Pio odpisał:
"Nie możesz kontrolować kogo daje Ci życie, ale tylko Ty decydujesz kto w nim jest kim."

Człowiek - Boże igrzysko.
Życie byłoby o tyle łatwiejsze, gdybyśmy naprawdę potrafili egzekwować nasze własne przekonania.


Myślę, że można podsumować to tym, że prawdziwi przyjaciele zawsze znajdą sposób, by znaleźć się w Twoim życiu, a fałszywi przyjaciele, zawsze znajdą sposób, by jakoś Cię ukąsić.
Co jednak należy robić w takich sytuacjach, to zwracać się do tych, których kochamy i którym na nas zależy. Zamiast rozdrapywać w sobie złość, szukać pocieszenia i humoru u tych, którzy zawsze są gotowi nam go zaoferować.

Obie te sytuacji sprawiły, że o wiele bardziej doceniam naszych przyjaciół. Ich wierność, szczerość i lojalność. Chociaż nasze poglądy nie zawsze są w 100% zgodne, często wręcz przeciwne, zawsze obdarzamy się maksymalnym szacunkiem i zrozumieniem dla tej inności. 

Trzeba pozwolić sobie na to, by widzieć ludzi, jako dokładnie to, kim i czym są. Pozwolić sobie na ustalenie granic, których nie wolno innym przekraczać. Pozwolić sobie powiedzieć "nie chcę kogoś takiego w moim życiu", bez poczucia, że narusza się cudzą wolność słowa i myśli.

To ok nie chcieć być czyimś znajomym. I to ok, gdy ktoś nie chce być Twoim znajomym.


Wracając do ślubów per se!

Wśród drużbów Piotrka był jeszcze jego przyjaciel z gimnazjum, liceum i dwóch całkiem nowych, których poznał dzięki mnie.
Jednym z "moich" był Szymon (który notabene był właśnie tym gejem, który bezczelnie szturchnął kolano świadka), którego tu zachwalam od początku wszechświata. Nie da się zaliczyć, jak wiele razy ratował sytuacje, które stały na ostrzu noża. Po raz tysięczny dziękuję i polecam - cała graficzna szata naszego wesela, spoczęła w jego rękach!



Szlafroki, które widzicie na zdjęciach zamawiałam z HollyRosePrints na etsy.com. Dla druhen zdecydowałam się na kolor szary, dla mamy i teściowej - zielony, dla mnie - biały. Na każdym szlafroku było napisane imię i "funkcja" - "maid of honor", "mother of the bride", "bridesmaid", niestety żadna z ich ładnych czcionek nie miała polskich znaków, więc polskie wersje odpadały.


Sukienki dla druhen i muszki dla drużbów, z dokładnie tego samego materiału, szyła moja mama, razem ze swoją przyjaciółką. Sukienki były odszywane z mojej oryginalnej sukni, kupionej 3 lata temu w Tajlandii. Największym wyzwaniem było więc znalezienie odpowiedniego materiału - musiał być lekki, lejący się, odporny na zagniecenia. Finalnie, po porażkach w Internecie, znalazłyśmy go w małym, kilkunastotysięcznym miasteczku. Jedna belka w dokładnie takim kolorze, jaki sobie wymarzyłam.


Drużbom kazałam załatwić sobie białe koszule, a szelki z ModiniPl na allegro.pl i wyżej wspomniane muszki, dostali w prezencie.
Problematyczne okazały się spodnie, bo ciężko było przewidzieć, jaki ktoś może mieć rozmiar, wysłałam więc wszystkich na zakupy we własnym zakresie lub moim (zacnym) towarzystwie. Finalnie jedna osoba i tak kupiła zły kolor (granat zamiast czerni), a świadek stwierdził, że to rurki, a nie spodnie i kupił zupełnie inne. 


Dla moich druhen kupiłam dodatkowo kieliszki z ich imionami (dzień przed ślubem przyklejała je moja niezastąpiona świadkowa), które razem ze szlafrokiem, prezerwatywą (nie mogłam dopuścić, by ktoś wpadł na moim weselu!) i szklaną kulką (jako miły symbol dzieciństwa), wrzuciłam do pięknych pudełek z empiku, których niestety nie udało mi się znaleźć w Internecie, a w dniu ślubu, nie miałam pomysłu, by robić im zdjęcia.

Pio poszedł w klasykę i zafundował wszystkim ogromną whisky przed ślubem.


Podsumowując wszystko, to była najlepsza decyzja w moim życiu, żeby zaangażować naszych przyjaciół w takie przedsięwzięcie!

Prawda jest taka, że organizacja ślubu jest męcząca nie tylko dla nas, ale też dla ludzi, którzy muszą o tym słuchać. Im bliżsi, tym więcej słuchania. Przyjaciołom obrywa się naprawdę ogromem informacji, które nic ich nie interesują, warto więc wykrzesać z siebie coś ekstra, by pokazać im, jak są dla nas ważni w tym dniu.

Dodatkowo, chwile, które spędziliśmy na przygotowaniach, sesji zdjęciowej, samym weselu, były naprawdę o wiele bardziej wyjątkowe, dzięki ich obecności.

Polecam takie rozwiązanie absolutnie wszystkim!


Dziwnie przegląda się te roześmiane zdjęcia, snując takie przykre historie. Coś mi się w tym jednak podoba. Jakaś prawda o życiu, które nigdy nie jest perfekcyjne. Zawsze na szkle są jakieś rysy, nawet jeżeli w danym momencie ich nie dostrzegamy.
I wcale nie musi nam to przeszkadzać w byciu szczęśliwym, radosnym przeżywaniu dokładnie tego, co mamy. Lekcje, których udziela nam życie, zazwyczaj nie przychodzą z przyjemnych miejsc... Nawet jeżeli finalnie czujemy się po nich lepiej.
Dwie lekcje, które dziś opisałam, obie o podobnej tematyce - "jak odpuszczać?" są najlepszym dowodem na potwierdzenie tej tezy.

Nigdy nie dostrzeżemy otwartego okna, jeżeli będziemy się uparcie wpatrywać w zamknięte drzwi.

Jeżeli macie ochotę na więcej tekstów z tego cyklu, możecie przeczytać je tutaj:
Ślub I: Co się dzieje?
Ślub II: Konsultantka ślubna

Ślub III: Save the Date
Ślub IV: Zaproszenia
Ślub V: Lokalizacja i dekoracja
Ślub VI: Druhny i drużbowie


Natomiast teksty z tematyki około-ślubnej, możecie znaleźć na blogu w zakładce:
"ŚLUB"

wszystkie zdjęcia wykonała Ewa Lena Brzozowska
PS Chciałabym jeszcze raz, oficjalnie, podziękować wszystkim naszym przyjaciołom, którzy wzięli na siebie trudy znoszenia naszych ślubnych przygotowań. Tym, którzy się załapali na wyjątkowe ubrania i tym, którzy robili to incognito.
Kocham Was całym sercem i nie wyobrażam sobie świata, na którym Was nie ma!

Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.