Ślub IX: Poprawiny i podsumowanie

12:07

Nadszedł ten ostatni post!

Wszystko, co wydarzyło się do tego momentu, możecie przeczytać tutaj:
Ślub I: Co się dzieje?
Ślub II: Konsultantka ślubna
Ślub III: Save the Date
Ślub IV: Zaproszenia
Ślub V: Lokalizacja i dekoracja
Ślub VI: Druhny i drużbowie 

Ślub VII: Oprawa Państwa Młodych 
Ślub VIII: Atrakcje 

Natomiast teksty z tematyki około-ślubnej, możecie znaleźć na blogu w zakładce:
"ŚLUB" 


Na początku nie miałam żadnego konkretnego planu na poprawiny, oprócz tego, że nie chcę, by wyglądały jak wesele - w formie zespołu/DJ, siedzenia przy stolikach, zerowania wódki, bujania się na parkiecie.
Na tym została oparta całkiem kontrowersyjna (przynajmniej według dziewczyn z grup dla panien młodych) decyzja, że na poprawiny zaprosimy tylko naszych przyjaciół i kuzynostwo. Bez ciotek, wujków, babć, przyjaciół rodziców i tym podobnych ludzi po 40 roku życia.
Oprócz, oczywiście, samych rodziców, którym się łaskawie upiekło.

Moim pierwszym pomysłem był grill, piknik, poduszki, kocyki, gry plenerowe, piwko, winko, kanapki (HIMYM)słowem kulturalna rozrywka, na adekwatnym dla nas poziomie.
Ten pomysł funkcjonował w mojej głowie, tak długo, aż nie okazało się, że na terenie naszego obiektu jest basen!
Basen był przepyszną wisienką na torcie Jaworowego Dworu, która momentalnie przesądziła o tym, że to miejsce musi być nasze!

Od pierwszego spojrzenia, widziałam w głowie cały obraz tej imprezy:
1. Coolery
A w nich piwko i winko.
2. Tęczowe kubki
A w nich drinki własnej, nieudolnej, roboty.
3. Miski
A w nich owoce, słodycze i słone przekąski, porozstawiane w strategicznych miejscach, wokół basenu.
4. Kostiumy kąpielowe
A w nich nasze walczące z kacem ciała.
5. Fancy koła ratunkowe
A w nich wszyscy nasi przyjaciele.
6. Głośniki
A w nich przypadkowa, drażniąca 50% słuchaczy i satysfakcjonująca kolejne 50% muzyka.
7. Gry plenerowe
A wśród nich ogromna jenga, frisbee, gra, której nazwy nikt nie zna, ale polega na rzucaniu dwoma kulkami na sznurku do celu. 

Możliwość kompletnego i absolutnego zrelaksowania się, po wszystkich stresach ubiegłych dni, tygodni i miesięcy.

Ten plan udało nam się zrealizować w 100%.

O 16.00 był też etap bardziej uroczystego obiadu w namiocie, jednak wszyscy czuli się już na tyle dobrze i swobodnie, że część ludzi wybrała się na niego w kostiumach kąpielowych.
W trakcie obiadu ludzie zaczęli się już żegnać, rozjeżdżać i pakować, na co miała wpływ olbrzymia ulewa, która w końcu (po dwóch dniach 30 stopniowego upału) się ziściła oraz fakt, że z góry zapowiadaliśmy poprawiny do godziny 18.00.
Gdybym miała określić w dwóch słowach, jak oceniam nasze poprawiny, powiedziałabym "best ever".

Na początku byłam kłębkiem stresu, bez grama poczucia humoru, który rzucał przekleństwami na prawo i lewo, gdy tylko ktoś próbował oblać mnie wodą, ale zjadłam trochę kanapek, uświadomiłam sobie, że jest już po wszystkim, już mogę się zrelaksować i wyszła z tego jedna z najlepszych imprez w moim życiu.


Chociaż na weselu starałam się zrelaksować i nie przejmować, skupić się na własnej rozrywce i samopoczuciu, było to praktycznie niemożliwe.
Nieustannie myślałam o tym, co mnie omija, o czym zapomniałam, gdzie powinnam być, co powinnam robić, z kim porozmawiać. Miałam wyrzuty sumienia, że nie spędzam więcej czasu w namiocie, na parkiecie, nie tańczę z wszystkimi wujkami i kuzynami, jednak, gdy już tam byłam, myślałam o tym, co się dzieje przy basenie, słyszałam wykrzykiwane piosenki i chciałam do nich dołączyć.

Będę chyba pierwszą panną młodą w historii świata, która się do tego otwarcie przyzna, ale ten dzień zdecydowanie nie był najlepszym w moim życiu.
Był w pierwszej piątce, ale zdecydowanie nie trójce.
Nie był nawet najromantyczniejszym dniem, jaki przeżyliśmy z Piotrkiem, bo sumarycznie, spędziliśmy ze sobą dość mało czasu, w trakcie wesela.

Może opiera się to trochę na tym, że żadne z nas nie wierzy za bardzo w instytucjonalny sens małżeństwa i tak naprawdę nigdy nie patrzyliśmy na nie, jako na jakąś przełomową zmianę w życiu, a raczej prawne załatwienie wielu kwestii.

Moje podejście do małżeństwa można podsumować w "jeżeli nie czujecie się małżeństwem, wspólnotą, jednością, jeszcze przed ślubem, nie powinniście go brać, bo samo wypowiedzenie słów, nałożenie obrączek i posypanie ryżem, nie czyni małżeństwem" - nie jest to prawdą z religijnego czy prawnego punktu widzenia, ale emocjonalnego, jak najbardziej. O tym może jednak innym razem.

Nie powiedzieliśmy sobie tego dnia niczego więcej, niż to, co powtarzamy sobie każdego dnia. Nasz moment przysięgania sobie całego życia razem, wydarzył się o wiele, wiele wcześniej, niż ślub, przygotowania do niego, czy w ogóle rozmowy o nim. Nie potrzebowaliśmy do tego świadków, księdza, urzędnika, celebranta. Żadne z nas nie potrzebuje aprobaty innych ludzi, by czuć, że nasze decyzje są słuszne i wartościowe, więc chociaż cudownie było świętować naszą miłość przed bliskimi, nie miało to żadnej dodatkowej mocy potwierdzającej prawdziwość i siłę naszego związku.
Dlatego od samego początku myśleliśmy o tym, jak o super imprezie, którą chcemy zorganizować dla siebie i bliskich, nie uroczystości, która ma znaczenie dla nas, jako związku.

Przez cały okres przygotowań narzekałam, że gdybym naprawdę rozumiała, ile będzie to kosztowało pracy, znoju, łez, wyrzeczeń i pieniędzy, zrobiłabym to wszystko zupełnie inaczej i (ku oburzeniu mojego męża) podtrzymuję to zdanie.


Każdy medal ma dwie strony.

Jedną stroną
 był nasz perfekcyjny ślub, idealne wesele, super poprawiny. Dopracowane szczegóły, możliwość zaoferowania naszym bliskim fajnej atmosfery, pięknego otoczenia, pysznego jedzenia. Niesamowite zdjęcia, które są wspaniałą pamiątką dla nas, dla naszych dzieci, na całe życie.
Niewątpliwe wrażenie, jakie zrobiło to wszystko na naszych gościach, właścicielach obiektu i całym Internecie, któremu to pokazałam.
Zrealizowane marzenie z dzieciństwa, by wszystko wyglądało dokładnie tak, jak wyglądało.

Drugą stroną, jest rok naprawdę olbrzymich wyrzeczeń, które doprowadziły do poważnego pogorszenia mojego zdrowia psychicznego w tamtym czasie. Kłótni, stresu, obwiniania się. Nie powiedziałabym "problemów w związku", bo tak daleko to nie zaszło, ale zdecydowanego obniżenia naszego regularnego szczęścia. Nie wspominając o kredycie, który niby nie jest ani uciążliwy, ani w zasadzie odczuwalny, ale jednak jest, a który musieliśmy wziąć, by zapłacić za ślub sami i ominąć oszczędzanie/czekanie na niego przez 2-3 lata.

Miałam marzenie. Gdybym wiedziała, ile będzie mnie ono kosztowało, zmieniłabym je na inne - równie piękne, równie satysfakcjonujące, ale z 50% tańsze, bez problemu.
Cały paradoks polega jednak na tym, że gdybym nie zaczęła organizować oryginalnego marzenia, nie dowiedziałabym się, ile kosztuje, a co za tym idzie, nie chciałabym go zmienić na żadne inne, bo przecież wymarzyłam je sobie mając 8 lat, co mogłoby to przebić?
Rok udręki, oto co.

Także nie było żadnej innej drogi, niż ta, którą przeszłam.

Jednakowoż, gdyby ktoś miał ochotę uczyć się na moich błędach - teraz podzieliłabym ten budżet na pół, jedną połowę wykorzystałabym na organizację, a drugą na 3 albo 4 miesiące podróży po świecie, spania w fajnych hotelach, robienia ciekawych rzeczy i cieszenia się życiem.
Naprawdę bym to zrobiła.
I jestem pewna, że przysporzyłoby to naszemu związkowi więcej szczęścia, dobrych wspomnień i wrażeń niż 10 wystawnych wesel.

To zabawne, bo ludzie zawsze mówią "wolałabym już te pieniądze wydać na fajne podróże niż jedną imprezę", ale finalnie praktycznie nikt nie bierze kredytu, pieniędzy od rodziców ani nie oszczędza na najwyższym poziomie, po to, żeby pojechać w podróż, zamiast ślubu. Konkretnie zamiast ślubu.


Jak już omawiam porażki, to naprawdę słabym pomysłem, było zorganizowanie kolacji w Jaworowym Dworze, na dzień przed ślubem.

Bardzo często dostaję od Was pytania o moje relacje z teściami, szczególnie, gdy wspominam o tym, że Piotrek pochodzi z tradycjonalistycznej, katolickiej rodziny.
Nie piszę o tym, nie dlatego, że nie mam nic do powiedzenie, bo mam naprawdę wiele. A z szacunku do Piotrka, który nie czuje się ani chętny, ani gotowy na takie teksty. Dopóki on nie da mi zielonego światła (co, z góry zaznaczam, może się nigdy nie wydarzyć), dopóty ja będę szanować jego decyzję.

Jednakowoż, kto jest tutaj ze mną od początku, ten czytał mój absolutnie pierwszy tekst Ta druga kobieta w jego życiu, gdzie wspięłam się na Himalaje tolerancji, pokory, wyrozumiałości i chęci bycia dobrą osobą, który opisuje wszystkie najważniejsze aspekty moich relacji z teściową i został zainspirowany radosnym dniem, gdy powiedzieliśmy im, że się pobieramy.

Mając to wszystko na uwadze, gdzie nawet bez szczegółów, można sobie wyobrazić klarowny zarys sytuacji, wbrew wszelkiemu rozsądkowi i wcześniejszym doświadczeniom, zorganizowaliśmy tę kolację.

Jak do tego doszło - nie wiem.

Nasi rodzice nie mieli okazji poznać się przed ślubem. Mieszkają po dwóch przeciwnych stronach Polski, ciężko było znaleźć moment, by w ciągu tych niecałych 3 lat mojej i Piotrka znajomości, zebrać ich w jednym miejscu. Stwierdziliśmy więc, że zaproszenie ich, oraz naszych świadków z partnerami, na kolację i nocleg w dniu poprzedzającym ślub, będzie dobrym rozwiązaniem...

Nie spodziewałam się po tej kolacji wiele, a i tak się rozczarowałam.
Cały ten czas był preludium do zrozumienia większej życiowej prawdy, która w pełni objawiła się przede mną następnego dnia, a brzmi ona: "nie spodziewaj się cudów tam, gdzie nic nie zwiastuje ich pojawienia się".
Wbrew wszystkim przeciwieństwom losu, wciąż mam w sobie mnóstwo dziecięcej wiary w ludzi, świat, zmiany. Czasem ta wiara doprowadza mnie w piękne i wartościowe miejsca, czasem łamie mi serce. To w porządku. Wszystko ma swoją cenę.

Jednak ten wieczór był autentycznie najgorszą rzeczą, jaką mogłam sobie zrobić.
Moi teściowie nie odezwali się do nas praktycznie słowem, ani do mnie, ani do Piotrka. Od czasu do czasu odpowiadali na zagadywania moich rodziców, głównie jednak całą swoją energię poświęcili na... świadka Piotrka i jego dziewczynę. Co, jak później się okazało, miało niebagatelne znaczenie w zerwaniu kontaktów z nim, półtora miesiąca później.
Nie mogłam nic zjeść, siedziałam na wprost Piotrka, przy długim stole, otoczonym najbliższymi nam ludźmi i pierwszy raz w życiu słyszałam w głosie moich teściów realne zaciekawienie. I bynajmniej nie dotyczyło ono nas, naszego jutrzejszego ślubu, naszych planów, naszego samopoczucia, ani moich rodziców, dotyczyło tego, jaką kuchnię je się u Świadka w domu, gdy on jest z Polski, a jego dziewczyna ze wschodu. Widziałam w Piotrka oczach, że każda ich zabawna uwaga, uprzejmość i zainteresowanie, którego nigdy nie okazali ani mi, ani naszemu życiu, a nagle mają tego pod dostatkiem dla dwójki właściwie obcych sobie osób, w wigilię naszego ślubu, boli go jak seria uderzeń w twarz.
I wściekłość narastała we mnie z każdą minutą, każde danie odsyłałam praktycznie nietknięte.
W końcu pękłam, powiedziałam, że przepraszam, ale muszę zająć się przygotowaniami i po jakiś 25 minutach opuściłam stół na dobre.

Moja mama i świadkowa ruszyły tuż za mną. Mama była tak oburzona obrotem wydarzeń, że chodziła z zaciśniętymi pięściami i mruczącym monologiem pod nosem na temat tego, jak okropnym typem jest Świadek - który zdążył wygłosić już przynajmniej 3 skrajnie seksistowskie uwagi przy stole. Świadkowa chodziła za mną i jak mantrę powtarzała, żebym się tym nie przejmowała, nie dała zniszczyć sobie humoru i skupiła się na sobie. Obie co 5 minut podchodziły do mnie z "idzie Ci świetnie" na otuchę, jakbym właśnie siedziała w narożniku ringu do boksu, nie kolacji przed ślubem.

Finalnie wieczór (który sam w sobie był niesamowity, bo to była ta noc, kiedy wystąpiło pełne zaćmienie czerwonego księżyca) skończył się tym, że uciekliśmy z Piotrkiem na huśtawkę w głębi ogrodu, walcząc o to, żeby poprawić sobie humor i wzajemnie się pocieszając.

Chciałam tak bardzo, żeby ten wieczór coś zmienił, nie mówię wszystko, ale coś, cokolwiek.
Chciałam tego tak bardzo, że wygłuszyłam w sobie całą rozsądną, racjonalną część mnie, która od pierwszego momentu tego pomysłu mówiła mi "to się nie uda", "pożałujesz", "będziesz płakać".

"Nie spodziewaj się cudów tam, gdzie nic nie zwiastuje ich pojawienia się".
Nie ma takiej ilości dobrej woli jednej strony, która nadrobiłaby kompletny brak dobrej woli drugiej strony. I naprawdę nie da się zrobić nic gorszego, niż wmówić sobie odpowiedzialność za rzeczy, na które nie ma się wpływu. Takie skłonności kończą się takimi tekstami.

Chciałam napisać chociaż to, bo nie zliczę ile razy czytałam na różnych grupach płacz pod tytułem "moi teściowie mnie nienawidzą", jakby miał to być koniec świata, związku i szans na małżeństwo.
Tymczasem ja mam przy sobie żyjący, chodzący dowód, że da się kochać kompletnie, bezdennie i do utraty tchu, niezależnie od tego, co o związku, czy wybrance sądzą rodzice. A mama Piotrka znienawidziła mnie od pierwszego wejrzenia - jak w krzywym zwierciadle bajek Disneya.
Nie mamy wpływu na to, kim są nasi rodzice i/lub teściowie, mamy jednak 100% wpływ na to, kim jest nasz partner/ka. I tak długo, jak czujemy się dobrze i komfortowo z naszym wyborem, tak długo nie powinno mieć to znaczenia, co sądzą inni. To nie nasi rodzice będą się kłaść co wieczór z tą osobą do łóżka, to nie oni będą mieć z nią dzieci, kłócić się o pieluchy, rozrzucone skarpetki, rachunki i całą resztę codziennego życia.

Nie widziałam się z teściami od dnia poinformowania o ślubie, aż do tego feralnego wieczoru (kilkanaście miesięcy), ani od poprawin aż do teraz (nie zanosi się na zmiany*). I czuję się świetnie.
Piotrek ma swoją własną relację z nimi, od czasu do czasu ich odwiedza, ja trzymam się od tego z daleka i wszyscy są... nie-niezadowoleni. Ostatecznie najwięcej tracą oni, bo mogliby go widywać o wiele częściej, gdyby ich stosunek do mnie był inny, ponieważ, jak można było się spodziewać, Piotrek nie ma specjalnej ochoty jeździć tam sam... Jednak jeżeli ich niechęć do mnie, do tego, kim jestem i co wyznaję, lub raczej czego nie wyznaję, jest aż tak silna, by byli gotowi rezygnować z niego - to ich decyzja, którą oboje z Piotrkiem przyjmujemy. On ze smutkiem, ja z ulgą.
Nie jest to idealna sytuacja, ale zdecydowanie do przeżycia, bez większego wpływu na codzienność.

Wybór życiowego partnera to najważniejsza decyzja w dorosłym życiu i nikt nie ma prawa podejmować jej za nas.
Nikt nie ma też prawa oczekiwać od nas, byśmy naginali to, kim jesteśmy, w co wierzymy i jak postępujemy, tylko bo uzyskać ich aprobatę.

Jakkolwiek wierzę, że rodzice w zdecydowanej większości przypadków wtrącają się z miłości i autentycznej troski, tak na przestrzeni życia jest bardzo duże prawdopodobieństwo, że to, co oni uważają za "dobre" dla nas, nas kompletnie nie interesuje, bo mamy już zupełnie inne priorytety, niż oni.

Niestety nie czytają mnie 50-60'latkowie, ale gdyby tak było, chciałabym zaapelować do nich "dajcie swoim dzieciom żyć".

Dajcie nam popełniać nasze własne błędy.
Wspierajcie nas, gdy się po nich podnosimy.
Pozwólcie nam wybrać naszą własną drogę.
Podajcie nam rękę, gdy się na niej wywrócimy lub zabłądzimy.
Dostrzeżecie różnicę między chęcią opieki, a chęcią kontroli.
Kochajcie nas za to, kim jesteśmy.
Nie za to, kim chcielibyście, żebyśmy byli.

Zawsze będziemy Waszymi dziećmi, ale jesteśmy również dorosłymi ludźmi i mamy prawo sami decydować, co jest dla nas dobre i ważne.


Co zrobiłabym inaczej?

1. Zatrudniłabym inną konsultantkę 
2. Wydałabym mniej pieniędzy
3. Nie poświęciłabym roku życia, dla jednego weekendu
4. Nie miałabym obsesji na punkcie tego, jak bawią się moi goście i czego się ode mnie oczekuje
(próbowałam, ale nie wyszło)
5. Przyznałabym się krawcowej, że sukienka mnie uciska
6. Przeznaczyłabym część funduszy na podróż poślubną
7. Poprosiłabym Pio, żeby wybrał na świadka kogoś, kogo światopogląd nie przyprawia mnie o mdłości
8. Nie próbowałabym usunąć worków pod oczami, tuż przed ślubem
(lub w ogóle, ale to temat na inny moment)
9. Wpisywałabym każde najmniejsze ustne ustalenie do umów
10. Odpuściłabym pomysł kolacji dla świadków i rodziców w piątek, przed ślubem


Co zrobiłabym tak samo?

1. Całą resztę
(z uwzględnieniem powyższych uwag)


Cieszę się, że ten cykl już się oficjalnie zakończył, bo przyznam szczerze, że pisanie na ten sam temat, przez dwa miesiące, dało mi kreatywnie w kość.
Myślę jednak, że udało mi się wyczerpać cały ten olbrzymi temat, odpowiedzieć na wszystkie potencjalne pytania i zadowolić ciekawość wszystkich zainteresowanych!

Oficjalnie żegnam się więc z moim ślubem, przynajmniej do marca, kiedy to powinniśmy dostać film z wesela!

wszystkie zdjęcia wykonał Szymon Brygidyn

* 3 dni, po tym, jak opublikowałam ten tekst, spotkaliśmy się z rodzicami Pio, piekło zamarzło, a mój teść przeprosił mnie za to, jak do tej pory mnie traktował!
Teściowa wprawdzie się do tego nie podłączyła, ale jednak!
Czasami na cuda trzeba poczekać.

Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.