Nasz zmyślony ślub

11:14

Główne elementy tego, co zaraz tu przeczytacie, wcale nie miały być tekstem na blogu, a bardzo emocjonalną przemową na naszym ślubie.

Niestety czas naprawdę płynie aż tak szybko, nie ma się wolnej nawet sekundy i moment na zrobienie pewnych rzeczy mija, zanim w ogóle zdąży się sobie przypomnieć, że miał nastać.
Brak tego momentu to zdecydowanie rzecz, której żałuję najbardziej i którą było mi naprawdę ciężko przeboleć.

Jednak nic straconego! Może to nawet i lepiej, że mogę powiedzieć to przed większą publicznością niż 80 weselnych gości.
Zarówno nasz ślub, jak i wesele, miały kilka swoich oryginalnych momentów, jednak najoryginalniejszym z nich była ceremonia - sama w sobie.

Jeżeli macie ochotę na więcej tekstów z tego cyklu, możecie przeczytać je tutaj:
Ślub I: Co się dzieje?
Ślub II: Konsultantka ślubna

Ślub III: Save the Date
Ślub IV: Zaproszenia
Ślub V: Lokalizacja i dekoracja
Ślub VI: Druhny i drużbowie


Natomiast teksty z tematyki około-ślubnej, możecie znaleźć na blogu w zakładce:
"ŚLUB"



Nie jestem fanką hipokryzji, moralnych wymiocin i rodzinnych opresji, w związku z tym, ślub kościelny, odpadł dla nas w przedbiegach.
Oczywiście jego odrzuceniu towarzyszyło oburzenie, niedowierzanie i pretensje ze strony przynajmniej jednego rodzica, uniesione brwi ciotek, wyrzucane do góry ręce z pytaniem "nie możecie chociaż jednej rzeczy zrobić, jak należy?" i temu podobne reakcje. Jednak nie po to jesteśmy dorosłymi, niezależnymi osobami, które opłacają swój ślub w 100% sami, by się pod czymś takim uginać.

Czuję, że to odpowiedni czas i miejsce, by odpowiedzieć na pytanie, które w ramach przygotowań do ślubu, ludzie zadawali mi dość często: "dlaczego nie weźmiesz kościelnego, dla ładnej oprawy?".
Moje podejście do religii mogłyście poznać w Nie żyję po bożemu! chociaż według mnie samej, jest dość wyważone, sądzę, że można mnie nazwać antyklerykałem.

"Antyklerykalizm (od „anty” i gr. klerikos, „mający władzę religijną”) – ideologia społeczno-polityczna i postawa życiowa wyrażająca się w niechętnym lub wrogim stosunku do udziału kleru w życiu społecznym i politycznym. Antyklerykalizm często mylnie utożsamiany jest z ateizmem.
Antyklerykalizm nie jest postawą niechętną wobec wiary czy religii jako takiej. Sprzeciw dotyczy wpływów hierarchów religijnych na zbyt luźno związane z religią i teologią dziedziny życia, takie jak polityka, kultura, edukacja i jest związany przede wszystkim z filozoficznymi i moralnymi podstawami determinującymi określone działania w tych dziedzinach."
- Wikipedia
Wrzucam to wytłumaczenie, bo w Polsce słowa "antyklerykał" używa się zamiennie z "antychryst" lub "zdrajca narodu".

Moim osobistym poglądem jest, że miejsce kleru jest w Kościele, na misjach, plebaniach, szkółkach niedzielnych. Nie w publicznych szkołach, komisjach sejmowych, telewizji i konferencjach na temat praw kobiet. Nie w moim związku, nie w moim łóżku, nie w mojej macicy.
Idea pójścia do Kościoła, który ma tyle na sumieniu, któremu jest tyle do zarzucenia, który, jako instytucja, aktywnie działa na rzecz ograniczenia moich praw do decydowania o własnym ciele, który przyczynił się do wychowywania mnie w poczuciu, że naturalne rzeczy są grzechem, że powinnam się wstydzić tego, co we mnie piękne, seksualne i kobiecie - pójść tam, zignorować to wszystko, tylko po to, by mieć... ładny budynek na swoją ceremonię ślubną?
Czy on naprawdę jest warty tego, by ze swojego ślubu uczynić jedno wielkie kłamstwo, gdzie przysięga się, wyświechtaną formułką, przed Bogiem, w którego się nie wierzy i księdzem, którego zwierzchnictwa się nie uznaje, że będzie się kochać aż do śmierci...
To tak chora, zakłamana i przedziwna sytuacja, że nie jestem w stanie objąć rozumem, jakim cudem, tyle osób się na nią decyduje.
Nie mam tu na myśli, oczywiście, wierzących katolików, dla których KK jest czymś kompletnie innym niż dla ateistów czy agnostyków, co absolutnie rozumiem i szanuję.
Mam tu na myśli, tych wszystkich ludzi, którzy do kościoła wchodzą tylko na ślubach, komuniach i pogrzebach, którzy nie pamiętają nawet, kiedy ostatni raz w życiu się spowiadali, którzy na co dzień krytykują KK, nie są jego częścią, nie wierzą w jego dogmaty, nie uważają księży za swoich pasterzy.
A jednak, na ten "najważniejszy dzień w życiu", wybierają właśnie kościół.
Nawet jeżeli, w przeciwieństwie do mnie, ma się neutralny stosunek do Kościoła, nie myśli się o tych wszystkich rzeczach, które wypisałam powyżej, po prostu się do niego nie chodzi, bezrefleksyjnie - jak olbrzymim brakiem szacunku dla ludzi, którzy autentycznie wierzą, w to wszystko co się tam dzieje, jest branie takiego ślubu. Brakiem szacunku dla księży, wiernych, rodziny, dla wszystkich, którzy będąc w Kościele, czują bliskość Boga.
"Tradycja", "rodzice", "tak wypada", "jak inaczej?" - argumentów jest mnóstwo, a w mojej ocenie, każdy groszy od następnego.


Tak czy inaczej, oboje się zgodziliśmy, że ślub kościelny nie jest dla nas i nie mamy w sobie dość cynizmu i pogardy dla cudzych oraz własnych wartości, by móc tam wejść, kłamać, udawać, że ta cała oprawa cokolwiek dla nas znaczy, wyjść i czuć się ze sobą dobrze.
Chcieliśmy, by nasz ślub był kompletnie, absolutnie, na wskroś nasz. By rzeczywiście mieć w jego trakcie poczucie, że chodzi o nas. Nas - Klarę i Piotrka. Nie nas - nowożeńców.
Większość ślubów cywilnych, jakie oboje widzieliśmy, była równie bez polotu, bez głębi i bez realnego odniesienia się do tego kim nowożeńcy są, jako ludzie, jak śluby kościelne.
Cóż urzędnik może o Was wiedzieć? Was, jako związku, Was, jako jednostkach, Was, jako rodzinie, Was, jako dwójce młodych, zakochanych ludzi.
Niewiele.
Jeżeli zobaczycie się z nim dwa razy w życiu - podczas ustalania terminu i w dniu ślubu, to i tak sukces.
Taka wizja ślubu, też kompletnie nie przypadła nam do gustu.


I wtedy nasza konsultantka przyszła z następującym pomysłem - a może ślub humanistyczny?

"Ślub humanistyczny – jedna z form zawarcia małżeństwa zastępująca ceremonię religijną, popularna m.in. na Wyspach Brytyjskich; w Szkocji liczba zawieranych ślubów humanistycznych przekroczyła liczbę ślubów katolickich.
Ślub humanistyczny jest alternatywą dla osób, dla których ślub cywilny nie jest wystarczający i chcących nadać swojej uroczystości wymiar bardziej indywidualny. W Polsce ślub humanistyczny nie jest prawnie unormowany, przez co związek taki wymaga również rejestracji w Urzędzie Stanu Cywilnego."
- Wikipedia

Podsumowując, ślub humanistyczny w Polsce jest dokładnie tym, czym był ślub kościelny, przed podpisaniem konkordatu - bez wartości prawnej, jednak z ogromną wartością emocjonalną.


Gdy tylko dowiedzieliśmy się, że coś takiego funkcjonuje w Polsce i są ludzie, którzy się tym zawodowo zajmują, byliśmy wniebowzięci.
Taki rodzaj ślubu gwarantował nam wszystko, o czym marzyliśmy - spersonalizowaną uroczystość, możliwość wyboru formy, własne przysięgi.
Na miesiąc przed ślubem spotkaliśmy się z Asią i Szymonem ze Ślubów Humanistycznych, którzy okazali się przemiłymi ludźmi, z poczuciem humoru, ciepłem, w pełni otwartymi na wszystkie nasze pomysły.
Nasza współpraca była sprawna, gładka i do tego bardzo przyjemna.
Chociaż zdradzili nam, że bardzo dużo par woli w roli celebranta mężczyznę, my zdecydowaliśmy się na Asię i jestem z tego powodu bardzo, ale to bardzo zadowolona!

Oceniam ich na 10/10.


Domyślam się, że jesteście ciekawi, jak sama uroczystość przebiegała, bardzo chętnie Wam wszystko opowiem!
Trzeba zacząć od tego, że zdecydowaliśmy się na ślub plenerowy. Marzyłam o takim, odkąd pamiętam, gdy więc znaleźliśmy naszą perfekcyjną lokalizację, nie wyobrażałam sobie, żeby to marzenie miało się nie spełnić.
Wybraliśmy miejsce z widokiem na jezioro, gdzie było dość płasko, by móc wszystko ustawić, a jednocześnie, nie trzeba było żadnych specjalnych dekoracji za nami, by stworzyć cudowny klimat.

Sama uroczystość zaczęła się od orszaku ślubnego, który zawsze wydawał mi się przepięknym zwyczajem.
Najpierw szli nasi świadkowie, za nimi druhny z drużbami, następnie rodzice Pio, za nimi sam Pio z moją mamą, a na samym końcu, ja z moim tatą.

Ślub był podzielony na kilka aktów.



Pierwszym było powitanie gości:
"(...) Proszę usiąść wygodnie, gdyż już za chwilę będą Państwo uczestniczyć w wyjątkowej ceremonii humanistycznej, podczas której zakochani wyznają sobie miłość, a wszyscy będziemy świadkami rozpoczęcia nowego etapu w ich życiu.(...) "
Powitanie nas:
"(...) Wasze małżeństwo jest aktem wiary. Wasze dzisiejsze słowa będą wyrazem oddania. Dzisiaj wyznacie swoją wzajemną miłość w obecności rodziny i przyjaciół.(...) "
Przemowa o istocie małżeństwa:
"Szczęście w małżeństwie nie jest czymś, co się po prostu zdarza. Ono musi zostać wypracowane. (...) To nie tylko wybór właściwego partnera – to bycie właściwym partnerem. (...) "
Którą, notabene, uważam, za absolutnie cudowną!



Drugim, było opowiedzenie wszystkim zebranym o początkach naszej znajomości i miłości:
"(...) I tak, trzy miesiące po poznaniu się, opalali się na plażach Tajlandii, całowali na dachach wieżowców Malezji, trzymali za ręce na wyspach Grecji i cieszyli sobą, we wszystkich innych miejscach, które sprzyjały, by ich miłość rozwijała się i doprowadziła do miejsca, w którym stoją teraz."
Powiedzeniu kilku słów o istocie miłości:
"Prawdziwa miłość wymaga szczerości, takiej szczerości, w której bycie wiernym sobie oznacza bycie wiernym temu, kogo się kocha. Klara i Piotr znaleźli w sobie nawzajem kogoś, z kim mogą być szczerzy, przy kim mogą czuć się swobodnie i jak w domu."
Zwieńczone hawajską tradycją mieszania piasków.



"Dwa kolory piasku symbolizują dwa życia, które dziś łączą się w jedno."
Bardzo się cieszę, że się na to zdecydowaliśmy, bo teraz mamy cudowną pamiątkę! Włożyłam ten słoik do dużego, szklanego lampionu na świecie, gdzie dołożyłam światełka i teraz możemy co wieczór patrzeć, na ten ołtarzyk naszej miłości.


Trzecim, były nasze własnoręcznie napisane przysięgi.
Nie przytoczę ich tutaj, bo oprócz naszej jednorożkowej rodziny, czyta tego bloga o wiele, wiele więcej osób, a chciałabym zachować je, tylko dla nas i najbliższych.
Co jednak może Was zaskoczyć - przysięga Piotrka, była o wiele dłuższa od mojej!


Po których nastąpiła wymiana obrączek:
"Piotrze, czy bierzesz Klarę za żonę i ślubujesz jej miłość, wierność i uczciwość, póki śmierć Was nie rozłączy?"



I słynne:
"Ogłaszam Was teraz mężem i żoną. Możesz pocałować Pannę Młodą!"



Następnie razem ze świadkami podpisaliśmy pamiątkowe dokumenty i celebrantka podsumowała całość:
"Niechaj te dwa pierścionki przypominają, że miłość ma zarówno ciało, jak i duszę (...)
Zapraszam teraz do składania życzeń nowożeńcom.
Powitajmy Parę Młodą!"

Uwielbiam to zdjęcie! Taki cudowny moment, gdy możesz uściskać swoją przyszywaną siostrę i męża, w dzień swojego ślubu!
A my uciekliśmy pod dąb, mając nadzieję, że będzie tam odrobinę chłodniej!


Życzenia były prawdziwą udręką. Chociaż cudownie było porozmawiać ze wszystkimi, wyściskać się i wycałować, tak stanie bez ruchu, przez kolejne 40 minut, w piekle, jakim była ówczesna pogoda, było naprawdę ciężkie. Druhny co chwilę podawały mi wodę i upewniały się, że nie mdleję. Dosłownie.


Teraz chciałabym przejść do najważniejszej kwestii tego tekstu, czegoś, co chciałam powiedzieć na swoim weselu, a nie miałam szansy.
Nasza uroczystość ślubna nie miała żadnej mocy prawnej, ani religijnej. Nie została odnotowana w żadnych starych aktach, nie nadała nam żadnych przywilejów.
A jednak była prawdziwa.
Miłość, którą sobie wyznawaliśmy, wsparcie rodziny i przyjaciół, które odczuwaliśmy, poczucie, że stajemy się czymś więcej - to wszystko było w pełni prawdziwe.
O wiele pełniejsze, niż moment podpisywania dokumentów w urzędzie czy u notariusza.
Prawdziwa siła małżeństwa, nie kryje się w druczkach prawniczych, nie musi istnieć czarno na białym. Musi być silna w nas. W naszej rodzinie. Naszych przyjaciołach. Ludziach, którzy nas kochają i o nas dbają. 
Wierzę, że wszystko, co w naszym życiu robimy, ma tyle znaczenia, ile sami temu nadamy.

Dlatego chciałabym wykorzystać tę okazję, by wyrazić jak obrzydliwe, okrutne i homofobiczne, jest dla mnie odbieranie osobom homoseksualnym prawa do małżeństwa.
Praktycznie cały cywilizowany (chrześcijański!) świat, doszedł do wniosku, że to haniebna niesprawiedliwość, której należy położyć kres. Ale nie Polska. Tutaj wciąż 57% osób uważa, że sam fakt bycia innej orientacji, powinien odbierać prawo do dziedziczenia majątku, decydowania w swoich sprawach medycznych i bycia rodziną w świetle prawa.
Osoby homoseksualne przez setki lat cierpiały niewyobrażalne prześladowania. Nieustające widmo kary śmierci, tylko za to, kim są. I nawet w dzisiejszych czasach, są kraje, gdzie ich sytuacja wciąż wygląda dokładnie tak samo.
Nie dlatego, bo mordują ludzi, bo ich krzywdzą, albo okradają majątek państwa. Ich jedynym przewinieniem jest to, że kochają osobę, która nie odpowiada ogólnie przyjętym standardom. Tylko tyle. Kara śmierci za miłość. Dziś, sto lat temu, pięćset lat temu, tysiąc lat temu.
I wreszcie, gdy w końcu dożyliśmy do czasów, kiedy nauka wygrała, potwierdziła, że nie jest to żadna choroba, zaburzenie czy opętanie - wciąż są ludzie, którzy uważają, że miłość jest dostatecznym argumentem, by kogoś nienawidzić, by odebrać mu jego prawa, by obedrzeć go z godności.

Kontakty homoseksualne legalne
     Rejestrowane związki partnerskie lub konkubinaty
     Uznawanie małżeństw osób tej samej płci zawartych za granicą
     Ograniczone uznawanie małżeństw osób tej samej płci na poziomie federalnym (przyp. red. zapis o związku kobiety i mężczyzny w Konstytucji)
     Związki jednopłciowe nieuznawane prawnie
     Ograniczenie swobody wypowiedzi
     De iure nielegalne, de facto nie wszczyna się postępowania
     Kara więzienia
     Dożywotnie pozbawienie wolności
     Kara śmierci

Lubię taki eksperyment myślowy: wyobraź sobie, że żyjesz swoim życiem, wszystko jest dokładnie takie, jak zawsze, aż pewnego dnia budzisz się i wszyscy są homoseksualni. A Ty i Twój chłopak stanowicie tylko te 10% osób hetero. Wychodzicie z domu, jak zawsze trzymając się za ręce, ale teraz ludzie się krzywią, odwracają wzrok, wywracają oczami. Dajecie sobie buziaka przed rozejściem się w swoich kierunkach, a ktoś krzyczy za Wami "zboczeńcy!". Rodzice pytają Cię "a może gdybyś tylko tak spróbowała seksu z dziewczyną, to jednak by Ci się spodobało?". Dla Ciebie to chore - masz chłopaka, nigdy nie chciałabyś robić tego z kobietą, nie wyobrażasz sobie, jak mogłoby to w ogóle być, żeby czuć pociąg do kobiet, nie mężczyzn. A, że 90% kobiet czuje pociąg do kobiet? Co się to obchodzi, skoro dla Ciebie jest tylko jeden naturalny stan - Twój chłopak.
Nie możecie swobodnie trzymać się za ręce, nie możecie okazywać sobie uczuć w miejscach publicznych, nie możecie wziąć ślubu, nie możecie się wzajemnie ubezpieczyć. Ciągle pod gradobiciem stereotypów i uprzedzeń. Krzywych spojrzeń i ryzyka przemocy. Zawsze w mniejszości.

Jak napisałam wczoraj, pod tym okropnym tekstem o gwałcie na 13-latce"w ludziach nie ma empatii, tak długo, jak nie wyobrażą sobie, że coś dotyczy ich bezpośrednio. A nawet wtedy, bronią się przed tym współczuciem, rękami i nogami".
Bycie w większości trzymającej władzę, bycie "normą", to tak niewyobrażalny przywilej.
Nie wszyscy jednak mają ten komfort. A mieć go i wykorzystywać przeciwko mniejszościom, tylko po to, by uczynić ich życie jeszcze cięższym... Nie jestem w stanie tego pojąć. 

Nie jestem w stanie zmienić sama prawa, ale mam nadzieję, że uda mi się ugrać tutaj te kilka punktów procentowych w społeczeństwie, na korzyść wolności i równości. 

A do wszystkich moich przyjaciół, tych z Internetu i poza nim - nie mogę dać Wam wszystkich praw, na jakie zasługujecie, ale mogę dać Wam moje całkowite wsparcie i, jeżeli cokolwiek to dla Was znaczy, dla mnie każdy ślub, jaki weźmiecie, będzie prawdziwym.

Jak śpiewał Macklemore:
"I might not be the same
But that’s not important
No freedom ’til we’re equal
Damn right I support it" 

Jeżeli macie ochotę na więcej tekstów z tematyki około-ślubnej, możecie znaleźć na blogu w zakładce:
"ŚLUB"

wszystkie zdjęcia wykonała Ewa Lena Brzozowska
PS Kto nie dopilnował Pio, żeby zapiął marynarkę, w czasie ślubu?!

Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.