Wciąż bywam złą osobą...

10:50
Zaczynałam ten tekst z pięć razy, na dziesięć różnych sposobów, nigdy jednak nie udało mi się go dokończyć.

Zazwyczaj piszę tu o kwestiach, które już w sobie poukładałam, zrozumiałam, przetrawiłam i wyciągnęłam wnioski. Natomiast z tym tematem, jest zupełnie inaczej.
Jak pisałam w jednej z prób, już ponad miesiąc temu: "czuję się ostatnio kłębkiem niewyjaśnionych pretensji".

Myślę, że nie jestem wyjątkowa w tym, że nie przepadam za uczuciem konfliktu w sobie. Za emocjami, które odbijają się od ścian czaszki, kolidują ze sobą, wzajemnie się wykluczają, uderzają w coraz to nowe obszary mózgu, tworząc coraz to nowe problemy i frustracje.
W języku angielskim jest takie słowo "overthinking", które można by neologizmem przetłumaczyć jako "nadmyślenie" - gdy po prostu myślisz o czymś zdecydowanie za dużo.
Ja jednak, w przeciwieństwie do większości ludzi, których znam, naprawdę korzystam na nadmyśleniu. Lata terapii nauczyły mnie wyłapywać z chaosu myśli te, które naprawdę mają znaczenie, układać je, niczym puzzle, w większe obrazy, a dzięki temu lepiej rozumieć siebie i swoje zachowanie.
A gdy je rozumiem - mogę je zmienić.

Mając jakieś 23 lata, weszłam na tor myślowy, który każe mi dążyć do pogodzenia się i wybaczenia.
Słynne "*Wyższa moc, w którą wierzysz*! Proszę, daj mi siłę, abym pogodziła się z tym, czego zmienić nie mogę; odwagę, abym zmieniła to, co zmienić mogę i mądrość, abym potrafiła odróżnić jedno od drugiego."
Ostatnio jednak zrozumiałam, że jest w tym jakaś powierzchowna płytkość, przez którą nie mogę się przebić do tego, co naprawdę ważne.

Nigdy nie należałam do ludzi, którzy potrafią nienawidzić.
Bywałam okrutna, złośliwa, mściwa, jednak nigdy nie chowałam urazy. Moje reakcje zawsze były impulsywne i nigdy nie hodowałam w sobie uczuć jak niechęć, nienawiść, zawiść.

Ostatnio jednak zrozumiałam, że są w moim życiu trzy osoby, do których czuję całą paletę nienawistnych emocji.
A jeden z tych przypadków jest na tyle silny, że czuję jak niechęć zalewa mi umysł, przejmuje władzę nad palcami i wylewa się na zewnątrz.

Konkurs z nagrodą, którą był prezent od mojego ex.

W pierwszym odruchu wydał mi się to po prostu zabawny pomysł, bez żadnej głębi czy innej motywacji, jak chęć pozbycia się rzeczy, których nigdy nie lubiłam.
Jednak, gdy już kilka dni później przeczytałam jego treść, uświadomiłam sobie, w jakie słowa ubrałam całą tę sytuację i złapałam się na tym, że chyba rzeczywiście czuję do niego aktywną niechęć.
Niechęć, z którą nie umiem sobie poradzić.

(Jest to niechęć, która zaczęła się dwa lata po naszym rozstaniu, nie ma więc nic wspólnego z nim, jako moim facetem, a nim, jako osobą - szerzej naszą sytuację opisałam w Somebody that I used to know.)

Nie jest to uczucie, które roznosi mnie każdego dnia, ale wystarczy mały stresor, jak przypadkowo znaleziony prezent, żartobliwe pytanie od znajomych "co tam u Dawida, oddał Ci hajs?", czy coś równie prozaicznego, a ja zapalam się żywym ogniem.
Cały ten konkurs (chociaż odpowiedzi na niego były prześmieszne) był moją chęcią publicznego upokorzenia go. I uświadomiłam sobie, że łącznie na tym fanpagu może 1% osób wie, o kogo chodzi, zna jego imię i nazwisko, kojarzy jego twarz... to nie jest więc nawet chęć upokorzenia go przed innymi. Tylko upokorzenia go przede mną.

Mam to świetne, otwarte, pełne akceptacji i wsparcia miejsce, a sposób, w jaki je wykorzystuję... to znęcanie się nad anonimowym ex?
Poważnie? Naprawdę jestem taką osobą?

Nienawiść, wrogość, niechęć to taka dziwna gama uczuć...

Wpadłam ostatnio na zdjęcie naszej wspólnej znajomej, z jego dziewczyną.

Poczułam coś między zdegustowaniem a irytacją.
Słowo "przyjaciółka" jest tu dużym nadużyciem, ale zdecydowanie byłyśmy przez pewien czas więcej niż koleżankami, a gdy pierwszy (oraz każdy kolejny) raz, rozmawiałyśmy o tej dziewczynie, obie ze zdziwieniem i politowaniem wypowiadałyśmy się o jej zachowaniu i wpływie, jaki ma na Dawida.
O tym, jak smutne to jest, że za jej pomocą próbuje wzbudzić we mnie zazdrość, zachęcając ją, by wysłała mi swoje zdjęcia.
O tym, jak żałosne jest to, że żeby nie oddać mi pieniędzy, próbuje zrobić ze mnie zazdrosną ex, gdy tymczasem ja jestem już zaręczona z kimś innym.
I pamiętając te rozmowy, chociaż nie mam ani z nią, ani nim kontaktu od miesięcy, poczułam się osobiście dotknięta.

Oszukana. To chyba najlepsze słowo.

I uświadomiłam sobie, że nie umiem ani wybaczyć, ani pogodzić się z ludźmi, którzy mnie oszukali. Nie chodzi nawet o realną poprawę kontaktów, tylko wybaczenie w samej sobie. Odpuszczenie. Nie rozdrapywanie ran.
Nie umiem wybaczyć mojej Socjopatycznej Byłej Przyjaciółce ze Szkoła óczy, chociaż nie widziałam jej na oczy od 6 lat, wciąż czuję realną niechęć i obrzydzenie, na myśl o niej.
Nie umiem wybaczyć Grześkowi z Heartbreaker Hotel.
Nie umiem wybaczyć Dawidowi i, jak się dowiedziałam sama o sobie, nie umiem wybaczyć naszej wspólnej znajomej.

Zastanawiam się: dlaczego?

Każda z tych osób jest maksymalnie odseparowana od mojego życia - od fizycznych kontaktów, przez wspólnych znajomych, po miejsca jak fejs czy Instagram.
Równie dobrze mogliby nie istnieć i dosłownie bym tego nie zauważyła.
Dlaczego odczuwam tyle agresji?

Czy problem jest we mnie, czy to ja wybieram nieodpowiednich ludzi?

To ja, wbrew wszystkim ludziom naokoło mnie, którzy kiedykolwiek znali nas obie, uparcie chciałam traktować SBP jak siostrę.
To ja, wbrew wszystkim sytuacjom, które działy się całymi latami i zwiastowały katastrofę, która finalnie się wydarzyła, uparcie chciałam traktować Grześka, jak miłość mojego życia.
To ja, wbrew wszystkim kręcącym się głowom przyjaciół i nazywaniu go "akcją charytatywną", uparcie chciałam traktować Dawida, jak materiał na mojego faceta.
To ja, wbrew wszystkim sygnałom braku dobrej woli, uparcie chciałam pomóc naszej wspólnej znajomej i traktować ją jak przyjaciółkę.

(Może istotnie zachodzi we mnie jakiś dobry proces, bo napisałam to początkiem lipca i okazuje się, że obecnie temat naszej wspólnej znajomej już mnie ani nie obchodzi, ani denerwuje, ani nie myślałam o niej od tak dawna, że rzeczywiście jest trochę tak, jakby nie istniała - jest nadzieja!)

Dużo nad tym myślałam i to, co teraz napiszę, będzie w dużej mierze okropne i prawdopodobnie nie powinnam się przyznawać do takich uczuć, bo stoją w niezłej kontrze do mojego obecnego wizerunku nowo narodzonej zbawczyni świata...
Jednak chcę być szczera i chcę być przykładem.
Wierzę, że wszyscy mamy mocne i słabe strony, walka z własnym charakterem to praca na całe życie, nie coś, co można odhaczyć i przejść dalej.
Lepiej jest przyznać się do swoich ułomności, niż udawać, że nie istnieją i nic z nimi nie zrobić.

Oto i gorzka prawda, co do Dawida, powód mojej nieustającej niechęci, mojego nieodpartego pociągu do upokarzania go i karania - to nie kwestia realnej złości na finansowe szkody, jakie poniosłam, ale ambicji. A godzi w nią jak tysiąc batów, że ktoś taki jak on mnie oszukał.

Gdy nasz związek kiełkował, wszyscy, od moich rodziców, przez przyjaciół po zwykłych znajomych z uczelni uważali, że Dawid jest pod każdym względem - wizualnym, intelektualnym, finansowym, charakterologicznym gorszy ode mnie.
Jeden z naszych wspólnych znajomych skomentował mój podlinkowany wyżej post w następujący sposób: "wątła moralność, wątła męskość, wątły honor i klasa. To nie Dawid. Powinnaś nazwać go Wątły. Do aparycji też pasuje. Z resztą przeze mnie był przejrzany od początku, ale motyle z brzucha przeleciały Ci do uszu i nic nie słyszałaś".
Moi bliscy uważali go za gorszego ode mnie, ale przede wszystkim ja go za takiego uważałam.
Nie świadomie, nie z premedytacją, opierałam się przed takimi tezami rękami i nogami, ale z perspektywy czasu, to jasne, jak słońce, że nigdy nie traktowałam go jak równego sobie.
Dlatego też ostatnia rzecz na świecie, jakiej się spodziewałam, to, że byłby w stanie mnie oszukać.
W trakcie związku, po nim, kiedykolwiek.
A teraz boli mnie w ego, jak realny fizyczny ból, że wszyscy moi przyjaciele i bliscy, byli naocznymi świadkami, jak "akcja charytatywna" mnie okradł, a ja nie potrafię nic z tym zrobić.

Czuję tyle złości, agresji, frustracji, poczucia niesprawiedliwości i irytacji na ten temat.
A całość jest napędzana przez mojego ego, przez moją próżność, przez moje stawianie siebie ponad innymi. Krzywdzę samą siebie, swoim własnym charakterem.

Dalej też nie jest lepiej - myśląc o SBP czy wspólnej znajomej, zorientowałam się, że nie umiem wybaczyć nawet nie samego faktu, oszukania mnie, w ten lub inny sposób, ale faktu, że byłam dla nich dobra, a one mnie oszukały.
Nie mogę wybaczyć, że wznosiłam się dla nich, na wyżyny mojego charakteru i wbrew wszystkim naturalnym odruchom, traktowałam je dobrze, a one potraktowały mnie źle - w świecie, gdzie to mnie ludzie traktują dobrze, a ja ich źle.

Mam w sobie mega silne przekonanie, chociaż nieuświadomione, że moja dobroć jest jakąś formą łaski, która spotyka wybranych i za którą trzeba być wdzięcznym, bo inaczej trzeba się liczyć z jakąś formą boskiego gniewu.

Nie umiem im wybaczyć, bo w mojej własnej głowie, uważam ich za gorszych od siebie i mój umysł nie jest w stanie pogodzić się z tym, że ktoś gorszy ode mnie, mógłby mnie oszukać, zdradzić czy opuścić.
Oczywiście mogę to ubrać w przyjemniejsze argumenty i historie, o tym, że wykorzystali moją dobroć, że, jakby nie było, oszukali mnie, zranili, zawiedli moje zaufanie i tak dalej - wszystko to prawda, jednak co z tego, skoro to co mnie autentycznie boli najbardziej, to zraniona duma i poczucie wyższości?

To naprawdę fascynujące zjawisko, bo gdyby ktoś mnie zapytał, czy jestem taką osobą, jak opisałam powyżej, że jestem, bez namysłu powiedziałabym - "nie".
I nawet bym nie kłamała, bo w teraźniejszym życiu, rzeczywiście taka nie jestem. Nie uważam się za lepszą od kogokolwiek. Nie planuję zemsty, za każdym razem, gdy ktoś nie okaże mi wdzięczności.
A jednak jest wciąż żywa cząstka mnie, mnie z relacji z Dawidem, mnie z relacji z SBP, z tą nieszczęsną wspólną znajomą, która jest dokładnie taka, jak opisałam.

Ja megalomanka i obecna ja - żyją we mnie równocześnie.
Echo przeszłości, które słychać tak samo realnie, jak teraźniejsze dźwięki.
To bardzo, bardzo konfundujące uczucie.

Zaczęłam ten tekst dawno temu, jako formę autoterapii - "przeleję na papier, co czuję i może zrobi mi się lepiej".
Jednak pisząc go, zrozumiałam, że problem leży zupełnie gdzie indziej, nagle ten tekst stał się płótnem, na którym zupełnie nieświadomie malowałam wszystkie swoje stare wady, o których istnieniu już prawie zapomniałam.

Gdy robi się tyle zła, takiego oczywistego zła, które każdy nazwałby "złem", tak łatwo jest stracić czujność na zupełnie inne jego wymiary. Bardziej subtelne, mniej oczywiste.

Nie ma nic gorszego, niż postawić siebie ponad innym człowiekiem.
Nie ma nic gorszego, niż uwierzyć, że z jakiegokolwiek powodu, ktoś zasługuje na mniej szacunku, empatii i wyrozumiałości, niż Ty.
Nie ma nic gorszego, niż wykorzystywanie innych ludzi, jako rekwizytów w swoim własnym życiu.

To ja jestem osobą, która przez cały związek z Dawidem pozwalała wszystkim na około traktować go, jakby był gorszy od nas.
To ja jestem osobą, która mówiła o SBP, że dzielimy ten sam mózg, ale to ja mam mądrzejszą część.
To ja jestem osobą, która go zdradziła, nigdy się nie przyznała, a potem oczekiwała wdzięczności za to, że pierwszy raz w życiu, zaczęłam traktować jakiś związek poważnie, bo wyrzuty sumienia zaczęły mnie dławić.
To ja jestem osobą, która odbijała SBP każdego faceta, w jakim kiedykolwiek była zakochana.

To ja jestem osobą, która zostawiła to wszystko za sobą, znalazła miłość życia, wyszła za mąż, jakby nigdy się nie wydarzyło, z uśmiechem na ustach powtarzając, że to problem innych ludzi, że zachowują się tak, a nie inaczej.

I to ja się wściekam, bo ukradł mi kilka tysięcy? Których nieobecności nawet nie odczułam.
I to ja się wściekam, bo pokazała mój dziennik ludziom z klasy? Którzy nic dla mnie nie znaczą.
I to ja się wściekam, bo nie okazał mi szacunku. Którego ja nigdy nie okazałam mu.

I to ja roszczę sobie prawo, by ich za te śmieszne i nic już dla mnie nieznaczące przewinienia ciągać po Internecie?

Gdy ukradł mi te pieniądze, powinnam była powiedzieć "no trudno, chociaż tyle mu zostanie z tego związku", zamiast próbować ciągać go po sądach i udawać, że to on jest złą osobą.
Zresztą - może i jest. Może oboje mają gorsze charaktery ode mnie.
Czy daje mi to prawo czyszczenia swojego sumienia, na ich złych uczynkach?
Co to za chora logika?

Często czytam w komentarzach i wiadomościach od Was, jak mnie podziwiacie, szanujecie, jaką jestem świetną osobą, motywacją i modelem do naśladowania.
Tymczasem ja jestem dokładnie tak samo nieidealną, ułomną i naszpikowaną wadami osobą, jak każdy na świecie.
Wciąż są we mnie rzeczy, które są brudne, brzydkie i obślizgłe. Rzeczy, z których nigdy nie zdawałam sobie sprawy lub które myślałam, że mam dawno za sobą.

Nasze charaktery są tak skomplikowaną budowlą... Trochę jak dom, w którym żyjesz, układasz sobie rzeczy na półkach, myjesz podłogę, zawieszasz firanki i nawet przez sekundę nie myślisz o tym wszystkim, co się dzieje w ścianach, fundamentach, dachu - chociaż to kluczowe części Twojego domu.
I ja dałam się na jakiś czas zwieść moim wyprasowanym firankom i idealnie złożonym ręcznikom, nie zauważając, że mój dach przecieka, że w piwnicy są szczury i instalacja elektryczna też już nie jest pierwszej świeżości.
Dałam rosnąć w sobie temu poczuciu wyższości, które napędzało nienawiść do ludzi, którzy w relacji ze mną, byli w równym stopniu ofiarami, jak ja.

Nie mam żadnej konstruktywnej albo motywacyjnej puenty.
Może tylko taką, żebyście nigdy nie zapominały, że każdy ma wady, każdy ma swoje złe strony, każdy ma rzeczy, nad którymi powinien pracować.
I gdy patrzycie na mnie, gdy czytacie moje historie, o rzeczach, które poukładałam, pamiętajcie proszę, że ja wciąż się mierzę sama za sobą - dokładnie tak jak Wy.

Nie jestem gotowym produktem.
Nie jestem przepisem na sukces.
Nie jestem świętą.
Jestem wciąż bardzo młodą i bardzo głupią dziewczyną, która próbuje nauczyć Was na swoich własnych błędach, czegokolwiek o życiu, co może Wam się przydać i uchronić Was przed cierpieniem, które ja czułam.


Niczym więcej.


fot. e-klerki
2018, Lublana
Wybrałam to zdjęcie, zamiast jakiegoś smutnego lub poważnego, bo moja zła strona nie przybiera min, nie staje się czarno-biała, nie ostrzega w żaden sposób o swoim istnieniu. Po prostu jest.

Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.