Mój Pio

08:36
Myślę, że nie ma lepszej okazji, by napisać coś o swoim facecie, jak ślub z nim.

Dlatego dziś chciałabym napisać o Piotrku - moim mężu, przyjacielu, kochanku, powierniku, obrońcy.

Wszystko, co mamy zawdzięczam mu.

Chciałabym opisać to jako ładną, romantyczną historię, gdzie dwójka ludzi spotyka się, zakochuje, pokonuje przeszkody i z uśmiechem na ustach rusza w świat.
Mogłabym ją tak opisać, nie musząc nawet kłamać. Byłaby to jednak zaledwie jedna tysięczna prawdy.
A jeżeli w coś tutaj wierzę, to w to, że najgorsza prawda, potrafi nauczyć, pokazać i dać więcej, niż najpiękniejsze przemilczenie.

Gdy poznałam Piotrka, byłam dzieckiem we mgle.

Miałam ledwo skończone 22 lata, dwa miesiące wcześniej skończyłam półtoraroczny związek, tylko po to, by w swojej szczytowej formie naiwności i kretynizmu, kolejny raz spróbować z "miłością mojego życia" - co wystrzeliło mi twarz ciężką depresją.
Moja wiara w przyszłość, miłość i szczęście została zasypana grubą warstwą rozczarowań, przerażenia i cierpienia.
Wszystko to rozpłynęło się w płynne poczucie braku sensu, braku konsekwencji, braku zahamowań i braku lęku, gdy psychiatrzy nieudolnie próbowali wyciągać mnie farmakologicznie z naprzemiennych epizodów manii i melancholii.
Miałam w swoim życiu kilka okresów, które mogłabym nazwać "najgorszymi w życiu", ale to był pierwszy i jedyny raz, kiedy problemem byłam wyłącznie ja. Moja głowa. Moje zdrowie. Moje decyzje, które podejmowałam wbrew wszystkiemu, w czym zostałam wychowana i co uważałam za swoje wartości. Mój kompletny brak kontroli nad samą sobą.

W takim stanie zastał mnie Piotrek.
Gdy leżałam na absolutnym dnie, wszystkich den, jakie kiedykolwiek osiągnęłam i zamiast próbować się od niego odbić, wyciągałam zaciekawiona dłonie do góry, studiując swoje linie papilarne i zastanawiając się, czy to jest sposób, w jaki umrę.

Lipiec, sierpień, wrzesień i październik 2015 roku, zlewają mi się teraz w jeden wielki bełt wszystkich najgorszych decyzji, alkoholu, marihuany, ciągłej walki, by wytłumić ból i obrzydzenie do siebie, jakie wtedy czułam.

Dlatego lubię myśleć, że nasza pierwsza randka, była dla mnie jak zbudzenie się ze śpiączki. Wprawdzie tylko na kilka godzin, jednak kluczowych, by Piotrek pod całą warstwą chaosu, którym wtedy byłam, zdołał dostrzec i zakochać się w prawdziwej mnie.
Zabawnej, spontanicznej, pełnej marzeń i planów mnie, która na co dzień leżała zdławiona i pogrzebana pod dawkami leków i decyzji, których zdrowa ja, nigdy by nie podjęła.

Skala walki o mnie, do której zmuszałam Piotrka - swoją obojętnością, upartością i przekorą, przekracza wszystkie granice zdrowego rozsądku.
Zawsze wywracałam oczami z niedowierzaniem, gdy Piotrek mówił, że zakochał się we mnie od pierwszego wejrzenia, ale nie ma absolutnie żadnej innej logicznej argumentacji, dlaczego zniósł to wszystko, przez co go przeciągnęłam.
I nie chodzi tylko o prozaiczne rzeczy, jak to, że randkowałam z innymi ludźmi, w czasie, kiedy on robił co mógł, by przebić każdą randkę, na jakiej byłam, każdy prezent, jaki dostałam, każdą obietnicę, jaką mi ofiarowano. Gdy ktoś dawał mi nasiona mojego ulubionego kwiatu (bo dostanie go poza określonym czasem w roku, jest praktycznie niemożliwe), Piotrek sprowadzał cały okaz zza granicy. Gdy ktoś proponował mi weekend w Zakopanem, Piotrek zabierał mnie na ten sam weekend do Barcelony. Gdy ktoś wpadał w odwiedziny, gdy trafiłam do szpitala, Piotrek nie odstępował mojego łóżka na krok.
I nieprozaiczne rzeczy, jak to, że go po prostu nie kochałam. I nie chciałam pokochać.

Finalny cios, jaki zadała mi miłość (lub raczej to, co wtedy brałam za miłość) sprawił, że coś we mnie umarło. Jakaś część mnie, która wierzyła w szczęśliwe zakończenia, rycerzy na białych koniach i miłość aż po grób, zniknęła, jakby nigdy nie istniała.
Szczęśliwe zakończenie ustąpiło miejsca jedzeniu w drogich restauracjach. Rycerze byli przesuwani w prawo i ledwo na Tinderze. Miłość wymieniłam na Prosecco.

Warto tu zaznaczyć, że Piotrek był kompletnie nieprzyzwyczajony do konceptu starania się o kobietę. Nigdy nie był w poważnym (czy w zasadzie jakimkolwiek) związku. Wszystkie jego relacje kończyły się na maksymalnie 4 randce, a najczęściej na następnym poranku i mglistych obietnicach, że "zadzwoni". Ściany jego sypialni były pokryte setkami drobnych, kolorowych kreseczek, zostawionych przez niezliczone ilości kolorowych paznokci.
Gdy kiedyś zapytał mnie, dlaczego właściwie tak uparcie nie chcę z nim być, powiedziałam, bez sekundy zawahania, że "nie będę dziewczyną z 50 Twarzy Greya".
Myśląc o tym teraz, nie mieści mi się w głowie, jak bardzo musiał nienawidzić tamtej sytuacji, gdy role nagle się odwróciły i to on był stroną, która czeka na telefon, stroną, która musi dławić swoje ego, stroną, która nie ma kontroli nad sytuacją.
Grał w grę, którą na nim wymusiłam, ale widziałam, że chce ode mnie czegoś zupełnie innego.

Piotrek opowiadał ostatnio, tuż po poprawinach, naszemu wspólnemu przyjacielowi, o tym, jak pierwszy raz zorientował się, że jednak trochę mi zależy.
Siedzieliśmy w Słoiku, jedliśmy lunch, był już chyba listopad i w pewnym momencie jego historii, o tym, jak poprzedniej nocy, próbował związać jakąś dziewczynę, ale nie pamiętał żadnego z węzłów, jakich uczył go ojciec i nie szło mu najlepiej, dźgnęłam go widelcem i powiedziałam, że nie chcę o tym słuchać.
Wtedy był zupełnie spokojny, przekrzywił lekko głowę z uśmiechem i zapytał "dlaczego?".
Jednak w trakcie opowieści machał rękami i krzyczał "nie mogłem uwierzyć, że okazała jakieś uczucia!!".
Zaproponował mi tamtego popołudnia, po raz kolejny, że wystarczy bym powiedziała słowo i już żadna dziewczyna nie wejdzie do jego mieszkania, ale ja tylko pokręciłam głową i podtrzymałam swoje dotychczasowe zdanie, że może sypiać, z kim chce.

Żeby w pełni zrozumieć mój ówczesny tryb myślenia, wyjaśnię, że powodem, dla którego nie chciałam o tym słuchać, nie była zazdrość, że z kimś sypia, ale, zazdrość, że żartuje z kimś, o nieumiejętności wiązania węzłów.
Myślałam o tonie jego głosu i uśmiechu, który musiał mieć na twarzy, gdy to mówił. I zazdrość skręcała mi żołądek, bo wiedziałam, że sypiać może z kimkolwiek i nie ma to żadnego znaczenia, ale być słodkim, zabawnym sobą, może być tylko przy ludziach, przy których czujesz się komfortowo.
I chciałam, by było to zarezerwowane tylko dla mnie.

Takimi byliśmy wtedy ludźmi.

W końcu jednak Piotrek przestał grać.

Jedliśmy jakieś ślimaki w Różanej, gdy popatrzyłam mu prosto w oczy i powiedziałam:
- Będzie przykro, gdy już się Tobą znudzę i znajdę kogoś lepszego, co?
Na co Piotrek, uśmiechając się uprzejmie i nie odwracając wzroku ani na sekundę, odpowiedział:
- Powodzenia, w znalezieniu kogoś lepszego ode mnie.

Piotrek był jedynym z facetów, z którymi się wówczas spotykałam, który miał realne pojęcie o tym, w jakiej jest sytuacji. Z jednej strony to był doskonały chwyt, żeby go dręczyć, ponieważ nie miał ani sekundy komfortu "czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal", jednak z drugiej strony, jako jedyny był w pozycji, w której mógł cokolwiek zmienić, bo nie funkcjonował w świecie, który stworzyłam setką kłamstw, a w rzeczywistości, jakkolwiek nieprzyjemna by była.

Kilka tygodni później siedzieliśmy w Złotych Tarasach, gdy z niewinnym uśmieszkiem opowiedziałam mu, że facet, z którym randkuję, chce mnie zabrać gdzieś na Boże Narodzenie.
Piotrek najpierw zrobił minę, jakby chciał odpowiedzieć coś sarkastycznego, ale nagle zmieniła się w autentyczną wściekłość. Na środku tej wielkiej galerii, zaczął krzyczeć słowa, które pamiętam do teraz: "Ty idiotko! Gdybyś tylko chciała, zabrałbym Cię w dowolne miejsce na tej planecie. Dowolne. A Ty mówisz mi, że jedziesz gdzieś, z jakimś typem, od którego oboje wiemy, że nic nie chcesz, z którym nigdy nie będziesz, tylko po to, żeby mnie wkurwić? I co chcesz tym osiągnąć? Co chcesz mi pokazać? Ile mojego, swojego i tych wszystkich idiotów czasu chcesz zmarnować? Mam dość ścigania się z innymi ludźmi o Twoją uwagę. Napuszczasz nas na siebie i gramy w te Twoje gierki, ale to się skończy, szybciej niż Ci się wydaje."
I to był moment, kiedy postawił na swoim.
Nie mógł tego wiedzieć, bo ledwo się znaliśmy, ale wszystko, czego wtedy chciałam i potrzebowałam, to kogoś, kto by mnie zatrzymał. Kto powiedziałby "dość" na wszystkie idiotyczne decyzje, jakie podejmowałam, ale wszyscy bali się, że razem ze sprzeciwieniem się mi, przyjdzie koniec relacji. I nikt oprócz niego nie miał odwagi zaryzykować.

W ciągu tygodnia zerwałam wszystkie flirty i przeprowadziłam się do jego domu.
I było lepiej. Czułam się trochę lepiej, między nami zaczęło być o wiele, wiele lepiej.
Oboje jednak czuliśmy, że grawitacja Warszawy i wszystkich wspomnień, jakie wokół niej krążyły, ściąga mnie w dół i mój stan mimo wszystko się pogarsza.
Wtedy Piotrek posadził mnie na swoim kolanie i powiedział "gdzie byś chciała zamieszkać?" pokazując mi całą mapę świata.
Pokazałam Tajlandię, chociaż nie wiedziałam o tym kraju nic, oprócz tego, że brzmi egzotycznie i jest tam ciepło.
I tak kupiliśmy bilety w jedną stronę.

Moi rodzice nie przyjęli tych wieści z otwartymi ramionami.
Ani tajemniczego, bogatego faceta, który wziął się znikąd. Ani zamieszkania z nim. Ani przeprowadzenia się na inny kontynent.
Piotrek zaczął funkcjonować w wyobraźni wszystkich moich bliskich jako 40-letni facet potencjalnie po rozwodzie i z dwójką dzieci. Nawet gdy moja mama go wreszcie spotkała, powiedziała, że jest "najbardziej dojrzałym 30stolatkiem, jakiego poznała". Miał wtedy 24 lata.
Z jednej strony rozumiałam, że to, co mówią i robią, kierowane jest troską, z drugiej, nie mogłam im wybaczyć, że nie chcą dać mi spróbować sobie pomóc, na moich własnych warunkach.
Nasz konflikt eskalował, aż do punktu, w którym przestaliśmy się do siebie odzywać i pierwszy raz w życiu nie przyjechałam do domu na Boże Narodzenie.

Piotrek widząc, jak wiele bólu sprawia mi takie ochłodzenie relacji z rodzicami, zaproponował mi, żebym pojechała na święta do niego.
Nie musiałam znać jego rodziców, by domyślić się po Piotrka poglądach i zachowaniu, że są dość mocno prawicowymi katolikami. Wizja spędzania Świąt, w które nie wierzę, wśród obcych ludzi, którzy zdecydowanie w nie wierzą, odebrała mi całą ochotę na takie przedsięwzięcie.
Piotrek jednak naciskał, upierał się, że nie zostawi mnie samej i tak wylądowaliśmy w jego rodzinym domu.
Święta skończyły się tym, że leżałam w jego pokoju i płakałam w poduszkę, mając świadomość, że jego mama mnie nienawidzi. I nie mogłam zadzwonić do swojej, by wypłakać się jej na ten temat, bo się do siebie nie odzywałyśmy.
Chociaż Piotrek przytulał mnie, głaskał po głowie, przepraszał i uspokajał, ja czułam, że zostałam zupełnie sama. Nie rozumiałam, co się wydarzyło w przeciągu ostatnich 6 miesięcy, że znalazłam się w tym dziwnym miejscu, gdzie nie mam na świecie nikogo, oprócz tego chłopaka, którego poznałam trzy miesiące wcześniej.

Dwa tygodnie później wylecieliśmy do Tajlandii.
To już jednak historia na inny moment.

Jak możecie się domyślić to ogromny skrót, wszystkich szalonych, pięknych, strasznych i bolesnych rzeczy, jakie się wtedy wydarzyły, ale myślę, że dobrze oddaje klimat tamtych czasów.
Stan, w jakim oboje byliśmy. Reakcje otoczenia, z jakimi musieliśmy się zmierzyć. Próby, na jakie się wzajemnie wystawialiśmy...

Najważniejsze co można z tego wyciągnąć, to inni faceci, stare miłości, choroby, złamane serce, absolutny brak akceptacji rodziców, kłamstwa, nadużycia - wszystko w ciągu pierwszych 3 miesięcy znajomości, a Piotrek kochał mnie i walczył o mnie, jakby nie widział żadnej z tych rzeczy.
Tam, gdzie nawet moi najbliżsi widzieli zepsucie, on widział cierpienie.
Gdzie ludzie widzieli okrucieństwo, on widział wołanie o pomoc.
Gdzie ludzie widzieli pewność siebie, on widział złamanie.

Od pierwszego dnia, kiedy tylko mnie zobaczył, widział moją duszę na wylot.
Wszystkie moje lęki, nadzieje, paranoje, pragnienia - czytał w nich, jak w otwartej księdze, napisanej tylko jemu znanym językiem.
Znalazł mnie w absolutnie najgorszym momencie mojego życia i przyjął, taką, jaką byłam.
Pokochał we mnie to, co najlepsze. Zaakceptował to, co najgorsze.
Moje motywacje go nie szokowały, moje wybory, nawet najgorsze, nie odrzucały.

Jakby jakieś cząstki nas, znały się całą wieczność.

Byliśmy dwójką praktycznie obcych sobie osób, a jednak był jedynym człowiekiem, który naprawdę przy mnie wtedy był, jedynym, który mnie nie oceniał, jedynym, który był gotowy zrobić wszystko, by ściągnąć mnie z tej krawędzi nad przepaścią, gdzie balansowałam znudzona na jednej nodze.

Nigdy nie wierzyłam w przeznaczenie i sądziłam, że jesteśmy kowalami własnego losu, mamy takie życie, jakie sobie zbudujemy, niezależnie od tego, co los rzuca nam pod nogi.
Nie umiem jednak oprzeć się wrażeniu, że dosłownie cały wszechświat sprzyjał temu, żeby się nam udało. W tych skrajnie niesprzyjających warunkach, kiedy wszystko, co się działo, co robiliśmy, czym byliśmy, było zupełnie sprzeczne z naszą naturą.
Nie byliśmy tacy nigdy wcześniej ani nigdy później.

I nie lubię gdybać na ten temat, ale myślę, że umarłabym wtedy bez niego.
Pamiętam dokładnie to uczucie - braku lęku przed śmiercią, rozważania jej jako drogi do wolności. Wolności od siebie, mojego ciała, wszystkiego, co przeszło i czego nie umiałam zapomnieć.

Miłość Piotrka dała mi siłę, by pokochać na nowo samą siebie.
Jego bezgraniczna akceptacja dała mi czas, bym nauczyła się patrzeć na siebie jego oczami. Dostrzegać, to co on widzi - młodą, ambitną dziewczynę, przed którą jest całe, długie i piękne życie.
Życie, z którym możemy zrobić, cokolwiek zechcemy.
Jego oddanie sprawiło, że po raz pierwszy w życiu poczułam się bezpiecznie w związku.

To było 3 lata temu i w świetle wszystkich rzeczy, jakie się przez ten czas wydarzyły, cała ta historia, wydaje się tylko kroplą w oceanie.
I chociaż mam wrażenie, że zmieniło się od tamtego czasu absolutnie wszystko, we mnie, w moim życiu, w naszym życiu, które tworzymy razem, pewne rzeczy pozostały bez zmian.

Piotrek, moja miłość życia, mój fundament, niezachwiany, niestrudzony w przypominaniu mi każdego dnia, jak piękna, wyjątkowa, kochana i zdolna jestem.

Chciałabym, żeby każda osoba na świecie znalazła swojego Pio.

Swoją osobę, która jest gotowa o Ciebie walczyć, kochać Cię i nigdy się nie poddawać.
Osobę, która wyciąga z Ciebie całe dobro i potencjał, który tylko czekał, by wreszcie móc się ujawnić.
I wierzę, wierzę, jak w nic innego, że każdy z nas zasługuje na to, by czuć się bezpiecznym, akceptowanym i kochanym. Każdego dnia.

Każdy zasługuje na miłość, jak nasza.

fot. Ewa Lena Brzozowska (oryginał)
Nasz ślub! 
PS Na początku napisałam, że mogłabym to opisać jako ładną, romantyczną historię, bo gdyby obedrzeć ją ze wszystkiego, co brzydkie i ludzkie, zostałaby magiczna bajka.

O odważnym, ambitnym, lecz trochę lekkodusznym Księciu, który po długich latach nauk, wrócił wreszcie na dwór. Oszołomiony nowym życiem, rzucił się w wir uciech, zaszczytów i korzyści, płynących z jego tytułu.
I chociaż damy dworu wzdychały na każde jego spojrzenie, jego przyjaciele podziwiali jego umiejętności na polowaniach, a rodzice z dumą wyobrażali sobie jego przyszłe lata na tronie, on nie mógł odnaleźć szczęścia.
Serce jego wyrywało się do czegoś więcej, czegoś nieuchwytnego w jego świecie.
I tak na jednej z hucznych wypraw, zupełnie przypadkiem trafił do opuszczonej, srogiej i niebezpiecznej krainy. Chociaż panowała tam wieczna zima, poczuł jakieś ciepło, które pchało go coraz głębiej i głębiej w te mroźne tereny.
Gdy wspiął się na najwyższe wzgórze, by zobaczyć, co skrywa ten zimowy krajobraz, dostrzegł ogromny, potężnie ufortyfikowany zamek. Chociaż był już na wielu wojnach i podbojach, w przeróżnych krainach, nigdy nie widział czegoś takiego.
Zauważył też, że mimo pierwszego wrażenia, że cały ten świat i zamek, jest zupełnie martwy, w najwyższym oknie, na najwyższej wieży, płonie światło. Nie mógł wiedzieć tego na pewno, ale coś mówiło mu, że to stamtąd płynie ciepło, które cały czas popycha go do przodu.
Po długiej wędrówce udało mu się dostać do bram zamku. Bramy były jednak szczelnie zamknięte, a do tego pokryte grubą warstwą lodu. Nie miał innego wyjścia, jak zdecydować się na wspinaczkę.
Po martwych, lecz zamarzniętych, a przez to wciąż silnych winoroślach, wspinał się metr po metrze, a odległość do światła, zdawała się nie zmniejszać ani odrobinę.
W końcu jednak dotarł do rozświetlonego okna, a to, co zobaczył, zachwyciło i przeraziło go.
Na środku wielkiej kamiennej komnaty, stały ruiny ołtarza, a na głównym marmurowym stole, spoczywała Księżniczka.
Leżała spokojnie, z rękami złożonymi na brzuchu, a policzki jej lekko zapadały się do środka, sugerując wielkie osłabienie. Za to jej włosy unosiły się w powietrzu falując, jakby nie otaczało jej powietrze, a woda.
Najbardziej szokującym elementem tego obrazu, było jednak to, co zdawało się wypływać z jej włosów. Złote fale płynnie przechodziły w jakiś srebrny magiczny płyn lub dym, który układał się nad nią w przerażające obrazy.
Książe zrozumiał, że Księżniczka śpi, a obrazy nad jej głową muszą być formą klątwy.
Podszedł bliżej i z przerażeniem dostrzegł, że w miejscu, gdzie powinno być jej serce, jest tylko pusta przestrzeń. A obok niej wyryty w stole napis "życie za życie".
Nie, tego nie mógł zrobić. Pożałował Księżniczki, ale nie był gotowy umrzeć, za zupełnie obcą osobę. Odwrócił się, by wrócić drogą, którą przyszedł, lecz zorientował się, że okno, którym wszedł, już nie istnieje. Nie istnieją też żadne inne okna ani drzwi. Ściany ze wszystkich stron były zupełnie gładkie, tworząc razem z sufitem perfekcyjną kopułę.
Po wszystkich nieudanych próbach wydostania się, Książę położył się na podłodze, obok miejsca, gdzie spała Księżniczka i zaczął oglądać sceny tworzące się nad jej głową.
Niektóre trwały kilka minut, inne znikały w przeciągu sekund. Jedne były piękne, inne barbarzyńskie.
Po godzinie, a może tygodniu, zorientował się, że czas w tym miejscu nie istnieje. Nie odczuwał głodu ani senności, leżał w nieskończoność, która trwała może tylko kilka minut, oglądając niekończący się pokaz obrazów.
Widział ją uśmiechniętą, gdy biegła po łące, widział ją zapłakaną, gdy zwijała się z bólu w kłębek na łóżku. Widział jej rodziców i przyjaciół. Widział jej dzieciństwo i dorastanie. Wciąż jednak nie miał pojęcia, jak się tam znalazła.
Pewnego dnia, znając ją tysiąc lat, a może tylko jeden dzień, położył się na kamiennym stole, tuż obok niej. Dotknął miejsca, w którym powinno być serce i pierwszy raz, odkąd się tam znalazł, naprawdę zapragnął jej pomóc. Zwrócił uwagę na jej drżące rzęsy, na których niczym rosa osadziło się setki malutkich słonych kropel i zrozumiał, że jej sen nie należy do spokojnych.
Wtedy też doznał tej chwili olśnienia, jaka czasem do nas przychodzi, niczym rozsunięcie się szczelnej kurtyny, że istnieje tylko jedna droga ucieczki z tego miejsca, tylko jeden sposób, by ich oboje uratować.
Dotknął miejsca, gdzie leży jego serce i kilka czerwonych kropel, z materiału identycznego, jak obrazy, pojawiło mu się na dłoni. Piekły jego skórę i mroziły krew w żyłach. Mając bardziej nadzieję, niż pewność, delikatnie odłożył kulki w miejsce, gdzie powinno być jej serce. Cała kopuła zadrżała, a u szczytu sufitu, pojawiło się maleńkie, okrągłe okienko. Wyciągnął jeszcze kilka kropel, położył je tam, gdzie poprzednie i jej skóra zaczęła zmieniać kolor z szarego na różowy. Radość jego byłaby wielka, gdyby nie ból, którego doświadczał i osłabienie, jakie go ogarniało, z każdą taką transakcją.
Gdy w kopule były już setki, wielkich i jasnych okien, a skóra, policzki i ciało Księżniczki wyglądały, jakby już za moment miała się obudził, Książe usłyszał w swojej głowie głos, który nie był jego samego, ani żadnej osoby, którą znał, a jednak brzmiał przejrzyście i klarownie jakby słuchał go całe życie.
"Jeżeli oddasz jej jeszcze jedną kroplę, obudzi się. Lecz już nigdy nie będziesz wolny, Wasze dusze będą związane na wieczność, węzłem, którego nie rozdzieli nawet śmierć. Czy jesteś gotowy poświęcić wieczność, dla kogoś, kogo nie znasz? Spójrz na te wszystkie okna, możesz stąd wyjść, możesz być wolny i silny, wrócić do życia, które zostawiłeś."
Książe zamknął oczy, dotknął serca i przy odbijających się od ścian echach okrzyku jego bólu, oddał Księżnicze ostatnią kroplę, która dopełniała pełną połową jego serca.
Księżniczka gwałtownie otworzyła oczy, podniosła się jak porażona prądem i powiedziała:
- Lol, Pio, nie uwierzysz co mi się śniło! 

Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.