Historia, którą opowiadam o miłości

09:31

Do tego tekstu zainspirowała mnie jedna z jednorożków, która napisała do mnie, z następującym problemem: chłopak powiedział, że jej nie kocha, w związku z czym, ona postanowiła czekać, czy będzie dalej o nią walczył.

Przeczytałam tę wiadomość z 5 razy, bo byłam pewna, że coś źle zrozumiałam. 

Powiedział jej, że jej nie kocha.
W związku z tym ona... czeka... żeby... zobaczyć... czy... będzie... o... nią... walczył?
Co?
Jak z "nie kocham Cię" można wyciągnąć wniosek "będę czekać, czy o mnie zawalczy"?
Przecież dosłownie powiedział, że jej nie kocha, dlaczego miałby walczyć.
Co mi tu umyka?

I zorientowałam się, że umyka mi to, że jestem głupia.

Przecież doskonale wiem, jak to jest reagować wyparciem i/lub nadzieją na jawne komunikaty odrzucenia. Dokładnie wiem, jak to jest, wierzyć bardziej swoim uczuciom, niż słowom obiektu tych uczuć.
To jeden z tych momentów "syty głodnego nie zrozumie", gdzie komfort Twojego położenia sprawia, że nie umiesz pojąć reakcji i emocji ludzi, w innej, często trudniejszej sytuacji.

Tak łatwo jest zapomnieć.

Pamiętacie Grześka z Heartbreaker Hotel?

CZĘŚĆ PIERWSZA


Kiedyś mój świat zaczynał się i kończył na tej piosence.
Na tym, co reprezentowała, o czym mi przypominała i osobie, która pierwszy raz mi ją puściła.

Miałam jakieś 15 lat, siedziałam na lodowatej ławeczce tuż obok zamarzniętego jeziora. Śnieg sięgał mi do kostek, delikatna mżawka przeszła w małą śnieżną zamieć, która uformowała na moich włosach sople lodu.
Mnie jednak było gorąco. Goręcej niż kiedykolwiek w życiu.
Rozgrzewała mnie ta piosenka, rozgrzewał mnie jej tekst, jednak najbardziej rozgrzewał mnie chłopak, który siedział tuż obok mnie na drugim końcu słuchawek.

Ten sam chłopak, który złamał mi dwa lata wcześniej serce, ten sam chłopak, o którym moja przyjaciółka powiedziała, że "może i jest miłością Twojego życia, ale wygląda na to, że Ty nie jesteś jego", ten sam chłopak, który przychodził do mojej szkoły co miesiąc, upewniając się, żebym nie mogła o nim zapomnieć.

Żadne z tych wspomnień nie miało jednak miejsca w mojej głowie, ani sercu. 
Całość wypełniał gorący żar nadziei i miłości, tak silnej, że oderwała mnie na tysiące kilometrów od mrozu, przemoczonych ubrań, kostniejących palców i ust nabierających niebieskawego odcienia.

Słuchaliśmy tej piosenki razem jeszcze milion razy.
Słuchaliśmy jej nad jeziorami i w górach. W moim pokoju, w mroku kolorowych światełek i w świetle dnia, karmiąc się malinami na kocu. Gdy czułam się, jakby świat leżał u moich stóp, a każde marzenie, było tylko na wyciągnięcie ręki stąd.

Słuchałam tej piosenki sama jeszcze milion razy.
Słuchałam jej za każdym razem, gdy łamał mi serce, gdy mnie zdradzał, okłamywał, gdy traktował mnie jak swoją własność. Gdy błagał mnie, żebym dała mu kolejne szanse, tylko po to, by raz za razem mnie zostawiać.

Przez całe lata trzymałam się tej piosenki, jak ostatniego haustu powietrza.
Czułam, że tylko ona łączy mnie z czasem, gdy wszystko było przede mną.
Gdy moje serce było zdrowe i silne. Nie złamane i zepsute.
Gdy miałam tyle życiodajnej nadziei, że byłam w stanie przenosić góry.
Była moją podróżą w czasie, do chwili, gdy wszystko było perfekcyjnie na swoim miejscu.

Dziś ją włączyłam i nie poczułam nic.
Żadnych motylków, uścisku w żołądku, żadnego sentymentu.
Było to dla mnie tak nienaturalne, że próbowałam nawet trochę coś wymusić - nic konkretnego, po prostu jakąkolwiek reakcję. Chciałam poczuć cokolwiek, bo jak to możliwe, żeby nie znaczyło to już dla mnie zupełnie nic?
Jednak nie znaczy.

Ksiądz Twardowski napisał kiedyś słowa, które idealnie to podsumowują:
"Jakie to dziwne - tak bolało, nie chciało się żyć.
A teraz takie nieważne, niemądre... jak nic."

Przysięgam Wam, że umierałam z tamtej miłości.
Fizycznie, psychicznie, emocjonalnie, spalała mnie od opuszków palców do szpiku kości.
Wypełniała każdą moją myśl, każdy mój sen, każdy mój plan, każdą moją fantazję.
A teraz jej nie ma.
Pozostały oczywiście wybiórcze wspomnienia, lecz poza tym - nie ma nic.
Nic z czegoś, co przez całe lata było dla mnie wszystkim.

Dawno temu napisałam "echo cichych gwałtów, jakie popełniłam na sobie, odbija się od moich wspomnień", w kontekście powyższej piosenki i tego, jak długo przypominała mi o tym, jak wiele byłam w stanie poświęcić, oddać, wyprzeć się i zrezygnować z samej siebie: szacunku do siebie, troski o siebie, tylko po to, bo łudziłam się, że dzięki temu chłopak, poza którym nie widzę świata, odzwzajemni, chociaż połowę moich uczuć.

A teraz to echo ucichło, nawet gdy próbuję je wywoływać z wnętrza swojej głowy.

Jestem autentycznie, 100% wolna.
Od tamtych wydarzeń, uczuć, przeżyć, wyrzutów - głównie do samej siebie.

Nie ma takiej emocjonalnej śmierci, z której nie da się zmartwychwstać.
Upadku, po którym nie da się podnieść.
Bólu, który w końcu nie przeminie.
Rany, która się nie zabliźni.
Czas naprawdę jest najlepszym lekarstwem.


CZĘŚĆ DRUGA

I najśmieszniejsze jest to, że gdyby ktoś powiedział 15-letniej mnie, co 25-letnia ja napisze o tym związku - wiem, że bym z niego nie zrezygnowała.
Wiem, że wciąż próbowałabym zrobić co w moich siłach, by zadziałał.

Ponieważ w mojej miłości do niego, nie chodziło o niego, chodziło o mnie.
O to, jak wyjątkową, oddaną, lojalną osobą jestem. Jak wiele potrafię znieść i dać z siebie, gdy kogoś kocham.
Moje zachowanie było odbiciem mojej miłości, nie tego, jak on mnie traktował.
Ludzie potrafią być bardzo okrutni wobec osób, które "zgadzają się" na złe traktowanie i wydaje się, że znoszą je bezrefleksyjnie.
Dla mnie miłość jest czymś większym niż my sami, czymś większym niż nasze wady i zalety, większym niż wielkie gesty i gorzkie błędy.
Będąc nastolatką, nie wierzyłam w Boga, ale wierzyłam w miłość. Wierzyłam, że jeżeli będę kochać dostatecznie mocno i długo, swoją miłością będę w stanie zmienić świat.
A co dopiero jednego chłopaka.
Złożyłam więc samą siebie na ołtarzu tej olbrzymiej miłości - swój spokój, swoją młodość, swoją godność. I innych ludzi.

Jednak to, co dla mnie było siłą i oddaniem, on traktował jak słabość i poddańczość.
Moja miłość rzeczywiście go zmieniała, jednak kierunek, w jakim szedł, był zgoła przeciwny, od tego, który zakładałam.

Mam wrażenie, że ludzie często stawiają znak równości między osobą, którą kochają i sposobem, w jaki tę osobą kochają.
Na przykład: kocham Piotrka, bo jest ambitny, bo mnie szanuje i przenigdy by mnie nie skrzywdził, dlatego moja miłość jest dobra i silna.
Kocham też Piotrka, chociaż jest cholerykiem, upartym, wybuchowym, umiejącym powiedzieć bolesne rzeczy w złości, dlatego, że to znoszę, moja miłość miałaby być toksyczna i słaba?

Jeżeli potrafi się powiedzieć "kocham Cię, tylko wtedy, gdy jesteś dobrą osobą" - to nie jest miłość.

Nikt z nas nie jest wyłącznie dobry lub zły, wszyscy jesteśmy paletą odcieni między tymi dwoma abstraktami.
Słabi i silni. Odważni i tchórzliwi. Altruistyczni i egoistyczni.
To, co z nas wychodzi to najczęściej kwestia naszego środowiska, gdy trochę dojrzejemy i przejmiemy kontrolę nad sobą, kwestia naszego nastawienia do życia.
Nigdy jednak nie jesteśmy w stanie zupełnie wyeliminować w nas tego "zła" lub "dobra" - to czyni nas ludźmi.

Czy miłość powinna się więc kończyć w momencie, gdy z ukochanej osoby wychodzi trochę tego "zła"?
Absolutnie nie.
Czy powinniśmy odejść, gdy to "zło", zaczyna nas przerastać?
Absolutnie tak.

Myślę, że to granica, którą każdy indywidualnie jest w stanie wyczuć.
W pierwszym odruchu oczywiście z nią walczymy, bo nie chcemy się pogodzić z myślą, że nasz związek może być zagrożony - jednak już sam fakt, że jest z czym walczyć, informuje nas, że problem jest żywy.
I nikt oprócz nas nie ma prawa oceniać, kiedy ta granica następuje.
Nikt nie wie, jak to jest być w cudzych butach, cudzym związku, wśród cudzych emocji.
To, co da się opowiedzieć mamie, siostrze czy przyjaciółce, nie pokrywa nawet 1/10000 wszystkich elementów, jakie składają się na obraz związku.
Wy jednak wiecie, jak wygląda pełen obraz. Wiecie najlepiej.
Jesteście też jedynymi osobami w pełni odpowiedzialnymi za siebie.

Przez to, że miłość potrafi nie tylko cieszyć się dobrem, ale i znosić zło, jest podatna na nadużycia.
Zdradzę Wam więc trzy sekrety, które chciałabym znać wcześniej, a które poznałam poprzez naprawdę długie, długie lata cierpienia.

1. Miłość to za mało
Za mało, by kogoś zmienić. Za mało, by być w związku. Za mało, by być szczęśliwą.
Tylko dlatego, że kogoś kochasz, wcale nie oznacza, że powinnaś z nim być. Wcale nie oznacza, że jest wart Twojej miłości i wcale nie oznacza, że czeka Was jakieś szczęśliwe zakończenie.
Nie panujemy nad tym, kogo kochamy. Panujemy jednak nad tym, z kim jesteśmy.
Jeżeli obiekt Twoich uczuć: nie traktuje Cię z szacunkiem, nie dba o Twoje potrzeby, ignoruje Twoje uwagi i prośby, sprawia, że czujesz się niekomfortowo we własnej skórze, oczekuje od Ciebie rzeczy, na które nie chcesz się zgodzić lub nie jesteś na nie gotowa - nie powinnaś się z tym wszystkim godzić, tylko dlatego, że go kochasz. Tylko dlatego, bo wierzysz, że on też kocha Ciebie.
Może kocha, może nie kocha - nie jesteś w stanie tego ocenić, po niczym więcej oprócz jego czynów. Nie słów - czynów.
Jeżeli czyny mówią, że nie kocha, najprawdopodobniej Cię nie kocha. Lub co gorsze, kocha, ale jest na tyle rozbitą osobą, że nie jest w stanie kochać Cię i Cię nie krzywdzić.
I nie, to nie jest Twoje zadanie, by go naprawiać, szczególnie że na 99% Ci się to nie uda, niezależnie od tego, jak gorąco będziesz się starać i próbować. Chociażby dlatego, że nie jesteś obiektywnym świadkiem, tylko zainteresowaną stroną.

2. Miłość nie trwa wiecznie
Od kogoś, kto był zakochany w jednej i tej samej osobie, odkąd miał 13 lat, aż do prawie 22, możecie mi uwierzyć - miłość nie trwa wiecznie.
Myślałam, że tak jest. Brałam to właściwie za pewnik.
Jednak się myliłam.
Jak pisałam powyżej, patrzyłam na miłość jak na coś większego od nas samych, wręcz odwiecznego. Może to kwestia skomplikowanych relacji z rodzicami, może książek, które czytałam, a może jest po prostu taki pierwiastek we mnie, ale od zawsze czułam potrzebę kochania bezwarunkowo.
Kochania niezależnie od wszystkiego: czasu, przestrzeni, wzlotów, upadków, cierpienia, radości.
Chciałam i potrzebowałam kogoś, kogo mogłabym tak kochać i kto kochałby tak mnie. Kogo mogłabym być pewna, jak siebie samej. Kto znałby mnie i kochał na wylot.
I wydawało mi się, że go znalazłam.
Czułam, że mogę być przy nim bardziej sobą niż wtedy, gdy jestem sama. Przez cykl rozstań i powrotów, wmówiłam sobie, że to przeznaczenie (a nie rzeczy, które doprowadzały do rozstań, w pierwszej kolejności), byśmy byli razem.
Szukałam znaków, dopatrywałam się potwierdzeń, ignorowałam fakty i dorabiałam ideologię do sytuacji, które w gruncie rzeczy były jasne.
Aż w końcu zorientowałam się, że mam czego chciałam - kocham kogoś bezwarunkowo.
Kochałam go na dobre i złe, na śmierć i życie, na zawsze i na wieczność.
Aż przestałam.
Miłość utrzymują przy życiu dwie rzeczy: bycie wrażliwym i bycie niewrażliwym.
Bycie wrażliwym w relacji, dbanie o kogoś, opiekowanie się nim, wspieranie się i napędzanie do realizacji swoich marzeń. Spędzanie razem czasu, próbowanie nowych rzeczy, cieszenie się swoim towarzystwem. Pokonywanie razem przeszkód i traktowanie siebie wzajemnie jako priorytetu.
Byciem niewrażliwym dla siebie, to podtrzymywanie uczucia, które przynosi Ci głównie ból, ale z jakiegoś powodu wolisz czuć ból niż nic. Wolisz taką miłość niż żadną. Wolisz próżną nadzieję niż pogodzenie się z tym, że to koniec.
Jeżeli nie robisz żadnej z powyższych rzeczy - miłość się kończy.

3. Miłość przydarza się więcej niż raz
Kocham Piotrka nad życie, chociaż gdyby 4-10 lat temu, ktoś mnie zapytał, czy wyobrażam sobie pokochać kogokolwiek innego, niż osobę, którą wtedy kochałam, powiedziałam głośne i stanowcze "nie", wierząc w to, z równą mocną, jak wierzę w to, że niebo jest niebieskie.
Byłam przyzwyczajona mówić ludziom, że ich kocham, zupełnie tego nie czując (Heartbreaker Hotel), szczere pokochanie Piotrka spadło więc na mnie, jak grom z jasnego nieba.
Powiedzieć, że się tego nie spodziewałam, to największa litota w historii słowa pisanego.
Nie szukałam w sobie objawów miłości, nie podejrzewałam, że może się coś takiego we mnie budować.
A jednak, gdy pewnego dnia lecieliśmy tysiące metrów nad surową Rosją, był środek nocy, wszyscy już właściwie spali, a ja oglądam "Odlot" i bezmyślenie odwróciłam się, by spojrzeć, czy Piotrek też śpi - nagle poczułam obezwładniające poczucie szczęścia i wdzięczności, że mam go przy sobie.
Nagle całe poprzednie 7 miesięcy wydało się tak oczywistą drogą, do tego momentu. Wszystkie mniejsze i większe momenty, na które nie zwracałam dostatecznej uwagi, których znaczenia nie rozumiałam, zaczęły składać się w wyraźny przyczynowo-skutkowy ciąg wydarzeń, który nie mógł skończyć się w żaden inny sposób. 
W trakcie tych miesięcy, było mnóstwo cudownych momentów, chwil, kiedy byłam tak szczęśliwa, że łzy cisnęły mi się do oczu, jednak dopiero w tamtym momencie dałam sobie pełne prawo, opuściłam gardę i pozwoliłam samej sobie, przyznać, że jestem zakochana.
Jak pisałam w Kazał mi schudnąć?!: "miłość zdarza się tyle razy, ile razy trafisz na kogoś, dla kogo jesteś gotowa się poświęcać i kto jest gotowy poświęcać się dla Ciebie. Poświęceniem, które nie przynosi strat - tylko zyski."

Teraz wejdziemy w pole abstrakcji, więc skupcie się i zostańcie ze mną:
Nasza przeszłość, teraźniejszość i przyszłość, to tylko historie, które sobie opowiadamy.
We wszystkich z tych trzech stanów dzieje się tak wiele rzeczy, że nie sposób uwzględnić wszystkiego. To my wybieramy, kim byliśmy, kim jesteśmy i kim chcemy być.

Moją historią była wizja wiecznej miłości, której dawałam władzę, by łamała mi życie i serce - chociaż mogłam wybrać historię o niespełnionej miłości, która nigdy nie mogła się zrealizować w związku i zamknąć ten etap życia, o wiele wcześniej.
Moją historią jest Klara, początkująca pisarka, która stara zmieniać świat i pomagać ludziom - chociaż mogłabym wybrać historię o bezrobociu, nieskończeniu studiów, nie staniu się viralem w ciągu pierwszego roku działalności i czuć się o wiele gorzej ze sobą.
Moją historią będzie wspaniała, silna i zgrana społeczność, mądrych, otwartych i wspierających się kobiet, pod hasłem #teamunicorn - chociaż mogę wybrać oglądanie seriali, wydawanie pieniędzy Piotrka i wrzucanie zdjęć drogich rzeczy na Instagram.

Te historie mają potężny wpływ na nasze życie. Bardzo często narrację wybieramy zupełnie nieświadomie, znajdując się nagle w środku wydarzeń, których wcale nie chciałyśmy być częścią.
Jeden z moich ulubionych cytatów:
"Dopomóż mi, Boże, żebym się dzisiaj nie wpakował w jakąś historię, która mnie raczej nie obchodzi".
- Stachura
To do nas należy przejęcie władzy nad tym, jak myślimy o naszym własnym życiu, jak brzmi nasza narracja, w jakim kierunku chcemy skierować naszą fabułę.

Moja historia, którą aktualnie sobie opowiadam, na temat mojego związku i miłości, która pozwala nam przejść przez wszystkie burze, pozwala się nie kłócić, pozwala mieć w drugiej stronie oparcie, brzmi następująco:

Zasługuję na to, by mnie kochać i traktować z szacunkiem.
Zasługuję na szczęście, wierność, zaufanie i oddanie.
Zasługuję na to, by walczono o mnie równie mocno, jak ja walczę o tych, których kocham.
Zasługuję na to, by nie było tak ciężko, by miłość kojarzyła mi się z radością i spokojem, a nie cierpieniem i niepokojem.

Ja i Piotrek, Ty i Twój chłopak lub dziewczyna, każda osoba na świecie, zasługujemy na taką historię - tak długo, jak działa w obie strony.

PS Część trzecia nastąpi!

fot. e-klerki
Porto '18

Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.