Growing up is a trap

Słownik tłumaczy koncept dorosłości dość enigmatycznie.

Dorosły
1. «taki, który osiągnął odpowiedni wiek i stopień rozwoju»
2. «właściwy dojrzałemu człowiekowi»
- słownik języka polskiego PWN

Dojrzałość też nie wypada specjalnie zrozumiale.

Dojrzały
1. «o zjawiskach społecznych, kulturowych: w pełni ukształtowany, mający wszystkie typowe cechy»
- słownik języka polskiego PWN

Skoro z określeniem tych zjawisk mają problemy nawet autorzy słowników, ciężko dziwić się temu, jaką absolutną rozbieżność interpretacyjną przybierają wśród zwykłych ludzi.

Gdy byłam nastolatką, dorosłość postrzegałam jako pełnoletniość.

Pełnoletni
1. «mający wiek, w którym nabywa się pełnię praw obywatelskich oraz ponosi odpowiedzialność za swoje czyny»
- słownik języka polskiego PWN

Ciężko zgodzić mi się z tym, żebyśmy przed 18 rokiem życia nie podnosili odpowiedzialności za swoje czyny, ale niech będzie.

Najprawdopodobniej swoje przekonanie o więzi między dorosłością a pełnoletnością zbudowałam, wysłuchując wszystkich tych idiotycznych uwag w stylu: "gdy będziesz mieć 18 lat to pogadamy", "gdy będziesz pełnoletnia, będziesz robić co chcesz", "będziesz decydować o sobie po 18 urodzinach, teraz my się Tobą opiekujemy".
Nie wiem jak u Was, ale u mnie w domu po 18 urodzinach nie zmieniło się praktycznie nic.
Zawsze byłam wychowywana liberalnie, raczej nie stosowano wobec mnie kar, miałam dość luźne obowiązki, a spis nakazów i zakazów streszczał się do "nie umrzyj, przejdź do następnej klasy i dostań się na studia".
Jak większość osób, piłam, paliłam, próbowałam al dente narkotyków - przed 18stką. Także wieść, że mogę teraz robić część z tego legalnie, nie zrobiła na mnie większego wrażenia.
Właściwie osiągnięcie pełnoletności było momentem, kiedy ograniczyłam każdą z tych rzeczy do minimum.
Moi rodzice wcale nie przeszli w tryb "jesteś dorosła, decyduj o sobie", jak się wielokrotnie odgrażali. Wciąż byli tymi samymi "ucz się, bo nie dostaniesz się na studia i Twoje życie się skończy" ludźmi, którymi byli przed tymi wyjątkowymi urodzinami.
W szkole też się nic nie zmieniło - wciąż nie miałam wyboru, na jakie lekcje chodzę, nie mogłam usprawiedliwiać swoich nieobecności, wciąż musiałam pytać obcych ludzi o zgodę, czy mogę wyjść do toalety (SIC!).
Szybko więc zrozumiałam, że pełnoletniość nie ma wiele wspólnego z dorosłością.

Ciężko mi nawet opisać, jak bardzo bałam się pełnoletności.
Swoje 18 urodziny spędziłam... wymiotując ze stresu. Mój ówczesny chłopak musiał nosić mnie na rękach po Bieszczadzkich górach, bym mogła przejść z wymiotowania na łące, do wymiotowania w łazience mojej przyjaciółki.
Swoją drogą, jej rodzice, których uwielbiam, byli wtedy przekonani, że po prostu upiłam się do tego stopnia. Co złamało mi serce, bo nigdy w życiu nie doprowadziłabym się (przy nich) do takiego stanu i tej nocy nie piłam nic oprócz dosłownie kilku łyków wina.
Nigdy nie lubiłam swoich urodzin, idea dorastania zawsze wywoływała we mnie jakiś wewnętrzny bunt i niepokój, ale 18stka miała w sobie coś, co napawało mnie autentycznym przerażeniem.
Jakiś wewnętrzny instynkt, niczym pajęczy zmysł, ostrzegał mnie, że dorosłość to pułapka. W której czeka mnie tylko ból, dodatkowa odpowiedzialność, rozczarowania i roszczeniowość innych ludzi.
Wiedziałam, że wydarzą się złe rzeczy, nie umiałam powiedzieć, jakie i kiedy, ale wiedziałam, że czekają na moje osiemnaste urodziny, jak klątwa.
I tak właśnie było.
Miałam w swoim życiu trzy okresy, które mogłabym nazwać "najgorszymi w życiu" i były to wakacje, gdy rozpoczynałam gimnazjum. Wakacje, gdy kończyłam 18 lat. I wakacje w 2015.
Chyba nie mam szczęścia do wakacji.

Oczywiście wydarzenia, które miały miejsce, nie miały nic wspólnego z moimi urodzinami, były nieuniknioną wypadkową wydarzeń, które działy się w moim życiu i nawet gdybym miała wtedy 15 lat, wszystko potoczyłoby się w ten sam sposób.
Wtedy jednak widziałam to kompletnie inaczej.
Dostrzegałam w tym większy dowód, znak od  Wszechświata, że tak będzie wyglądała już reszta mojego życia. Tak wygląda dorosłość.
Ludzie próbują Cię pogrążać, budując na Tobie swoją samoocenę. Ci, których kochasz, zostawiają Cię samą. Jesteś niekończącym się rozczarowaniem. Dość młoda, żeby nie traktować Cię poważnie, dość stara, żeby oczekiwać od Ciebie stłamszenia wszystkich swoich uczuć i wpasowania się w szufladki, w których chcą Cię zamknąć.
I przyjmowałam to z chłodnym spokojem, bo dokładnie tak wyobrażam sobie, że będzie to wyglądać.
Odczuwałam nawet nutę satysfakcji, gdy wbrew przewidywaniom wszystkich ludzi, mogłam powiedzieć "a nie mówiłam".

To jednak nie była dorosłość. Okres mieszkania z rodzicami jest tak daleki od dorosłości, jak tylko może być. Chyba że jesteście w sytuacji, gdzie to Wy musicie pełnić rolę rodzica, dla samych rodziców lub rodzeństwa, wtedy to taka ułomna dorosłość w wersji demo.
To było bardzo złe dorastanie. Nic więcej.

Powiem Wam, co ja uważam o tym, co to oznacza być "dorosłym"...

1. Nie utrzymują Cię rodzice - ani Twojego: jedzenia, mieszkania, samochodu, wakacji.
2. Nie jesteś już w szkole - studia to wciąż szkoła.

Tylko tyle.
Mało?
Większość moich znajomych nie spełnia któregoś z tych warunków, a za chwilę będę miała 25 lat.

"Dorosłość" nie mówi o człowieku nic więcej, oprócz tego, że jest finansowo samodzielny, funkcjonuje w świecie płacenia rachunków, kupowania Ajaxa i narzekania na swoją formę zatrudnienia.

I tu przeżywam pierwszy zgrzyt kulturowy.
Ponieważ wszyscy wmawiają nam, że dorosłe życie jest o wiele, wiele trudniejsze, niż bycie nastolatkiem.

Moim zdaniem nie jest.
Bycie dorosłym jest super.

Weźmy na tapetę najczęstszy argument:

Praca - trzeba do niej chodzić, nie ma się wyjścia, jest ciężka, od niej zależy przeżycie, ma się szefa, którego zazwyczaj się nie lubi.

Prawda, jednak...

Szkoła - trzeba do niej chodzić, nie ma się wyjścia (zmusza Cię do tego prawo!), jest ciężka, od niej zależy cała Twoja przyszłość, ma się kilkunastu szefów, od każdego przedmiotu i masz szczęście jak lubisz chociaż 3 z nich.

Pracę wybierasz sobie sam. Sam wybierasz sobie zawód. Sam wybierasz firmę.
I zawsze ma się wybór. Nie każdy da ci super pieniądze, prestiż i wygodę, ale jak masz dość bycia księgowym w korpo, zawsze możesz iść pracować na budowie. To skrajny przykład, ale prezentuje jak duże pole do zmian się ma. Nawet w zakresie jednej firmy, możesz zajmować się 5 kompletnie różnymi rzeczami.

Szkołę wybierają Ci rodzice, przedmioty wybiera MEN, program jacyś przypadkowi ludzie, którzy akurat są ideologicznie na rękę władzy. Nie masz żadnego wyboru. Zero.
Nie możesz powiedzieć "ten sposób nauczania matematyki mi nie pasuje, chcę spróbować czegoś innego". Nie. Masz 12 lat obligatoryjnego programu nauczania, na który nie masz absolutnie żadnego wpływu.

Gdy jest się dorosłym, ma się wolność ograniczoną tylko tym, co się na swoje ograniczenia wybierze.
Będąc nastolatkiem ogranicza Cię dosłownie wszystko: rodzice, nauczyciele, brak pełnej zdolności do czynności prawnych, niemożność podjęcia legalnej pracy - a więc brak pieniędzy, nie można wyprowadzić się z domu, niezależnie od tego jak źle tam jest.

Niepełnoletność ciąży jak kula u nogi.
W dorosłości jak kula u nogi ciążą tylko własne decyzje.

I nie twierdzę, że jest to prostsze, w jakikolwiek sposób, ale jest nasze, własne.
Mieć możliwość przeżywania tylko swoich własnych błędów, kontra błędów rodzeństwa, rodziców, nauczycieli - to prawdziwy luksus.

I tu pojawia się zasadnicze pytanie: czy tylko dlatego, że ktoś jest dorosły, ma prawo mówić młodszym od siebie ludziom, jak mają żyć, co jest "złe", a co "dobre"?
Moim zdaniem nie.
Do tego potrzebna jest jeszcze dojrzałość.

Czym dla mnie jest "dojrzałość"?

1. Nie uzależniasz swoich decyzji od tego, jak zareagują na nie rodzice.
2. Rozumiesz, że świat nie kręci się wokół Ciebie i są na nim ważniejsze sprawy niż Ty.
3. Czujesz poczucie odpowiedzialności za coś więcej niż samego siebie.
4. Wiesz, że Twoje poglądy nie są jedynymi słusznymi i jesteś gotowy przyznać innym rację.
5. Szanujesz ludzi, niezależnie od ich wieku, płci, orientacji czy rasy.
6. Dbasz o innych, pamiętając przy tym, by dbać o siebie.
7. Czujesz potrzebę poszerzania swoich horyzontów i uczenia się.
8. Wiesz kim jesteś, kim byłeś, kim chcesz być.
9. Nigdy się nie poddajesz w walce o lepsze jutro dla siebie i innych.
10. Chcesz i starasz się być dobrą osobą, niezależnie od tego, czy jest to opłacalne.

Nie mówię, że ja taka jestem. Niestety pomiędzy zdawaniem sobie z czegoś sprawy, a praktykowaniem tego, rozpościera się wielka przepaść.
Tak jednak wyobrażam sobie dojrzałość.
Do tego staram się dążyć każdego dnia.

Nie ma to wiele wspólnego z dorosłością.
Wiele z tych cech, można osiągnąć będąc bardzo młodym.
Właściwie czasem mam wrażenie, że to właśnie dorosłość i dostosowywanie się do zasad panujących w tym świecie, zabija w nas wiele z tych cech.
I to nasza ciężka praca, by pomóc im zmartwychwstać.

Nie mam dzieci, więc być może słynne "dorośniesz to zrozumiesz" jeszcze na mnie spadnie, ale nie rozumiałam, nie rozumiem i nie zanosi się żebym w najbliższym czasie zrozumiała, dorosłych ludzi, którzy traktują nastolatków jak podludzi.

Jakby ich uczucia, były mniej istotne, mniej na miejscu, mniej prawdziwe.
Jakby ich plany, były śmieszne, mniej ważne niż te, które mają dla nich rodzice, nieosiągalne.
Jakby ich reakcje, były nieadekwatne, infantylne, głupie.

Kiedy oni przeżywają pełnię uczuć.
Kochają miłością, która nigdy nie zaznała zranienia.
Cierpią bólem, który nigdy nie zaznał ulgi, jaką daje czas.
Marzą o przyszłości, która jeszcze nigdy ich nie rozczarowała.
Unoszą się gniewem, który nie zna pojęcia kontroli we własnym interesie.

Przeżywają to wszystko, tyle pierwszych uczuć, tyle pierwszych doznań, tyle sprzecznych sygnałów i oczekiwań, a wszystko, co mają w zanadrzu, by sobie z nimi poradzić, to narzędzia, które my - dorośli, im zaoferujemy.
A większość z nas nie jest dojrzała, nie umiemy przekazać im tych niezbędnych narzędzi, bo sami ich nie posiadamy.
Oczekujemy od nich cech, jak odpowiedzialność, rozwaga, opanowanie, konsekwencja, chociaż sami tacy nie jesteśmy.

Przechodząc do puenty.

1. Będąc młodzi, często nie zdajemy sobie z tego sprawy, ale większość ludzi, która ma nad nami jakąś władzę, wcale nie jest dojrzalsza od nas.
Jeżeli jesteście teraz w liceum albo gimnazjum, a Wasi nauczyciele są przed 30stką - gwarantuję Wam, że są tak samo zagubieni, sfrustrowani i przerażeni jak Wy. Są dziećmi we mgle, które ledwo co skończyły studia, nie mają o niczym pojęcia, cała ich wiedza jest czysto teoretyczna, a mają nagle nauczyć 30 osób wiedzy, od której zależy ich edukacja.

2. Przymus, kary, zastraszanie, szantaże, zakazy i nakazy, to narzędzia których używają dorośli ludzie, którzy nie mają w zanadrzu nic innego.
Nie mają empatii, współczucia, zrozumienia, konsekwencji, akceptacji, kreatywności.
Nie potrafią zbudować relacji opartej na szacunku i zaufaniu, budują więc opartą na strachu i władzy.

I nie chodzi mi tu o przesłanie w stylu Chylińskiej:
Tylko pewną refleksję nad narzuconymi nam konwenansami, które wcale nie muszą być prawdziwe, dobre czy słuszne.

I jednym z takich konwenansów jest odgórnie narzucony obowiązek posłuszeństwa wobec starszych, automatycznego traktowania ich jak autorytetów.
Niezależnie czy to nauczyciel, rodzic, czy przypadkowa osoba na ulicy.
Jest ogromna różnica między szacunkiem a posłuszeństwem.

Większość dorosłych nie rozgryzła życia.
Ogromna część z nich, nie ma pojęcia co robi.
Popełniają idiotyczne błędy. Obgadują się i plotkują. Zdradzają i kłamią.

A przede wszystkim, mają nad Wami tylko tyle władzy, ile same im dacie.

Dlatego następnym razem, gdy Wasz nauczyciel, mama albo wścibska sąsiadka powie Wam coś okropnego, zignoruje Wasze uczucia albo potraktuje Was jak noworodka, który świat widzi trzeci raz i nic z niego nie zrozumie - nie bierzcie tego do siebie. To w żaden sposób nie świadczy o Was. 
Dorośli nie mają monopolu na rację. Tylko dlatego, że coś mówią, nie znaczy, że musi być to prawdą.
Nie myślcie o nich, jak o mistycznych postaciach, myślcie o nich, jak o zwykłych ludziach, jak o Waszych koleżankach i kolegach.
Ludziach podatnych na złość, zazdrość, zawiść, gniew, zmęczenie, cierpienie, zniecierpliwienie.
W głębi siebie okażcie im trochę tego pobłażania, które oni okazują Wam.

Myślę, że jeżeli same postaracie się wznieść na wyżyny Waszej dojrzałości - będziecie miały otwarte serca i umysły, z łatwością dostrzeżecie różnicę miedzy dojrzałymi dorosłymi a zwykłymi dorosłymi.

Różnicę między radą a przymuszeniem.
Sugestią a nakazem.
Pomocą a karą.

PS Jeżeli chciałybyście przeczytać więcej podobnej tematyki, tylko w kontekście rodziców, zapraszam do Jak wychować rodziców?

fot. e-klerki
Ja, 24 lata, Lublana

Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.