Tolerancyjni ludzie powinni tolerować nietolerancję innych!

10:18
Moja przyjaciółka napisała mi wczoraj "obie wiemy, że zdajesz sobie naprawdę z czegoś sprawę, dopiero, jak to napiszesz". Roześmiałam się w duchu, jakie to prawdziwe!
Dlatego dziś chciałabym napisać kilka słów o moim aktualnym problemie, który można zaobserwować nawet na e-klerkach - szacunku do cudzych poglądów.

Kocham Internet.

To mój drugi dom, w którym często czuję się lepiej niż w prawdziwym świecie.
Nauka, którą mogę tu pobierać, bije na głowę, jakiekolwiek zajęcia, w jakich kiedykolwiek uczestniczyłam, w szkole czy na UW.
Daje mi możliwość bycia w ciągłym kontakcie z wszystkimi moimi przyjaciółmi, rozsianymi po mapie Polski i Europy.
Daje mi dostęp do ludzi każdej religii, kontynentu, kultury, ugrupowania, opcji politycznej. Gdzie indziej dałoby się w ogóle znaleźć takich przekrój potencjalnych rozmówców?
Daje mi Was.

Daje mi też czasem internetowego raka, wyciska mi łzy złości z oczu i sprawia, że mam ochotę wynieść się na inną planetę.

W prawdziwym świecie najczęściej obracamy się wśród ludzi, którzy mają podobne poglądy do naszych. A jeżeli nie poglądy, to chociaż wartości.
Internet to kompletnie inna historia.
Tutaj jest się skazanym na obcowania z ludźmi o kompletnie innych wartościach. Poglądach, które wywołują w nas dreszcze lub zaciskające się pięści i tak naprawdę, nic nie możemy z tym zrobić.
Ten sam fanpage z memami, mogą lubić neonaziści, feministki i ortodoksyjni katolicy.
I każdego z nich da się łatwo rozpoznać po treści komentarzy.

Ta różnorodność sprawia, że czasem wpada mi na tablicę jakiś prawicowy artykuł, który zrównuje homoseksualizm z pedofilią. Czytam o sprawie, gdzie pani prokurator uniewinnia faceta, który na cmentarzu zgwałcił niepełnosprawną intelektualnie dziewczynę, a ludzie temu przyklaskują. Ktoś pisze, że Korwin-Mikke ma celne spostrzeżenia na temat kobiet, które "zawsze się trochę gwałci"...
I palę się żywym ogniem.
Nie jestem w stanie nad tym zapanować. Gdy tylko widzę, że ktoś okrutnie nie ma racji i ten brak racji razi we wszystko, w co wierzę, potrafię spędzić całe godziny na kłótniach z ludźmi, którzy nigdy w życiu nie odpuszczą swojego stanowiska, nawet jakby sam Korwin-Mikke powiedział, że się mylił - oni i tak by powiedzieli, że lewica go do tego zmusiła.

Gdy ktoś naprawdę zajdzie mi za skórę, potrafię położyć się o 23 do łóżka i do 3 nad ranem obmyślać wszystkie możliwe monologi, dialogi i uszczypliwości, jakimi będę mogła się posłużyć przy następnym spotkaniu. Podobna ilość czasu schodzi mi na myśleniu o wszystkich rzeczach, które mogłam powiedzieć, a których nie powiedziałam. Nadrabiam je po fakcie w głowie i udaję sama przed sobą, że to się odrobinkę liczy.

Potrafię popłakać się ze złości, gdy rozmawiamy z Piotrkiem o jakimś problemie społecznym i/lub gospodarczym, a on ma zupełnie inne zdanie na ten temat niż ja. Nie po to żeby go zaszantażować, żeby zmienił swoje (to by nigdy nie zadziałało), ale po prostu ilość frustracji przytłacza mnie tak bardzo, że mój organizm szuka sposobu, by dać jej jakieś ujście. Z dwojga złego, lepiej płakać, niż krzyczeć.

Mam poważny problem z godzeniem się z niesprawiedliwością, przekonaniem o nieomylności, ignorancją, mizoginią i wszelkimi fobiami na tle rasy, orientacji, płci.
Można by pomyśleć "świetnie, przynajmniej na czymś Ci zależy, o coś dbasz...", tak jednak nie jest. Ilość energii, jaką zużywam na teraźniejsze przeżywanie złości, sprawia, że jestem wykończona, gdy tylko ta złość minie.
Nie przeradza się w nic pożytecznego, nie pobudza do działania. Po prostu mnie wypala.
Nie dość, że nie wynika z niej nic konstruktywnego, to odbierając mi energię, niszczy również tę część dnia, którą mogłabym spożytkować na dosłownie cokolwiek innego niż przeżywanie zdania innych ludzi.

Staram się oczywiście z tym walczyć, uświadomienie sobie, że mam z tym problem, jest ważnym krokiem, jednak dopiero pierwszym, z wielu, wielu, które będę musiała przejść, zanim uda mi się odrobinę ostudzić swój temperament.

Mając powyższe na uwadze - Internet nauczył mnie również olbrzymich ilości pokory.
Realnego zrozumienia, dlaczego ludzie myślą, w ten, a nie inny sposób.
Kiedyś potrafiłam kłócić się godzinami z wszystkimi członkami ruchów anty-choice, a teraz po prostu ich rozumiem. Nie zgadzam się z nimi, ale ich rozumiem.
Odkryłam, że gdy zamiast zbijać czyjeś argumenty, po prostu ich posłuchasz, możesz nie tylko się wiele dowiedzieć o temacie, ale też o danej osobie, czy grupie, jaką reprezentuje.
I chociaż nie zmieniło się moje zdanie na temat aborcji, tak podejście do niej - diametralnie. Podejście do ludzi, którzy są przeciwko niej - również.

Każdy człowiek na świecie uważa, że ma rację. To oczywiste, spędzamy sami ze sobą większość czasu, dużo myślimy o tym, w co wierzymy i na czym nam zależy.

Ostatnio na e-klerkach padły dwie wymiany zdań, które są idealnym przykładem mojego problemu.
W pierwszej, gdy powiedziałam dziewczynie, że to, co pisze, to wkładanie mi w usta słów, których nigdy nie napisałam, przekręcanie moich wypowiedzi i właściwie kłamanie, napisała:
"To może warto byłoby pisać tak, żeby czytelnik nie miał żadnych wątpliwości i nie "przekręcał". Kilkukrotnie analizuję fragmenty, które moim zdaniem wykluczają się. Nie pisałabym takich długich wiadomości, nie poświęcała mojego czasu i nie wystawiała się na krytykę, publikując nietrafne wnioski."


Poświęćmy chwilę na tę wypowiedź, bo moim zdaniem jest niesamowita.

Wierzmy sami sobie, ufamy w swój intelekt, nie przyjmujemy do wiadomości, że możemy się mylić, gdy mamy poczucie, że coś przemyśleliśmy.
"Muszę mieć rację, bo myślę, że mam rację" wydaje się być idiotycznym argumentem, ale w gruncie rzeczy jest bardzo szczerym i logicznym dla naszego ego.
Ostatnio układam puzzle i zauważyłam, że mój mózg przeżywa autentyczny bunt, przez przyznaniem się, że może nie działać na 100%. Za każdym razem, gdy szukałam konkretnego puzzla i nie mogłam go znaleźć mój mózg wyrzucał mi na pierwszy plan myśl "nie ma go, zgubił się". Nie "szukaj dalej, z pewnością gdzieś tu jest", tylko "nie ma". Poświęciłam na to 3 minuty, nie udało mi się, więc to nie może być moja wina. Nie mogę po prostu nie móc go znaleźć - musiał się zgubić.
Nie ma tu nawet drugiego człowieka, który może wziąć rację na swoją stronę, jest tylko martwa materia w postaci puzzla, który w jakiś sposób odnosi zwycięstwo nad moim zmysłem wzroku. A on nie może tego znieść.

Drugim przypadkiem była rozmowa, gdzie dziewczyny teza brzmiała "w związku nie wolno krytykować wyglądu drugiej osoby", zwykła opinia, ma prawo tak myśleć, podejrzewam, że wiele osób ma podobne poglądy.
Problem zaczął się wtedy, gdy ja weszłam w retorykę "ok, masz prawo tak uważać, ale to Twoja własna opinia i nie aplikuje się do wszystkich ludzi na świecie - niektórzy nie mają problemu z tym, żeby ich partner komentował ich wygląd", a ona twardo twierdziła, że nie, że tego po prostu nie wolno robić i kropka.

Mam w swojej głowie metody na to, by radzić sobie z opiniami, które przeczą moim poglądom - o których wspomnę za chwilę. Jednak te dwa przypadki, totalnie mnie rozbroiły.

Co zrobić, jeżeli ktoś wprost kłamie i próbuje manipulować Twoimi słowami?
Można to oczywiście zignorować, po prostu się nie odezwać, jednak jak się na to zdobyć, mając świadomość, że są osoby, które odbiorą milczenie za przyznanie się do "winy"?
Co zrobić, jeżeli czyjaś "prawda" fundamentalnie godzi w Twoje wartości?
Ludzie mówili mi "odpuść, nie odpisuj", ale jak odpuścić, gdy czyjeś poglądy nie dość, że odbierają wolność innym, to jeszcze stawiają Cię w roli złej osoby?

Dla mnie problemem nie było to, że one się ze mną nie zgadzają.

W jednym przypadku nie mogłam odpuścić, bo czułam, że ktoś wkłada mi do ust słowa, których nie wypowiedziałam.
A w drugim, nie mogłam znieść, że można nie umieć przyznać, że nie jest się alfą i omegą.

Z pewnością słyszałyście nie raz słynny cytat pana Tocqueville "wolność człowieka kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego człowieka". Mam wrażenie, że każdy myśli o nim z perspektywy "mogę robić co chce, tak długo jak nie krzywdzę innych", ja jednak patrzę na to "mogę żyć jak chcę, dlatego powinienem dać prawo innym żyć tak, jak oni chcą". Żyć, czyli: czuć, myśleć, postrzegać, interpretować, przyjmować, odmawiać i godzić się.

Nie bądźmy ludźmi, którym się wydaje, że świat jest czarno-biały i istnieje tylko jeden konkretny system zachowań, który jest w porządku.

I nie wciskajcie mi teraz tekstów "Ty jej nie dajesz żyć, jak chce, bo mówisz, że musi zaakceptować to, że inni ludzie myślą inaczej", bo to ten sam poziom logiki co "tolerancyjni ludzie powinni tolerować nietolerancję innych!". Nie. To intelektualne szambo.

Im więcej o tym myślę, tym bardziej dochodzę do wniosku, że dualizm - koncepcja "dobra" i "zła" zostały wymyślone tylko po to, by łatwiej było manipulować ludźmi, przez wymuszanie na nich wybierania stron, utożsamiania się z nimi i walczenia za nie.
W imię interesów ludzi, którzy wyznaczają, co jest dobre, a co złe.

Moja obecna metoda, na radzenie sobie z poglądami, które są kompletnie niezgodne z moimi, to nauczenie się myśleć o tym co "dobre", jako czymś absolutnie subiektywnym.

Wspominałam wcześniej o ruchach anty-choice.
Nie rozumiem konceptu, traktowania poczętego życia, szczególnie skazanego na śmierć lub całe życie kalectwa, jak czegoś ważniejszego niż życie, które ma już świadomość, przyszło na świat i potrzebuje pomocy.
Nie rozumiem.
Rozumiem jednak ludzi, dla których każde życie, niezależnie od przyszłości, jaką los dla niego pisze, jest nadrzędną wartością. I zajmują się tymi poczętymi istotami, bo już urodzonych dzieci nikt nie zabija. Gdyby była legalna eutanazja, najpewniej mieliby z nią równie duży problem. A, że nie poczuwają się do odpowiedzialności za ich przyszłość, za ich leczenie, utrzymanie, opiekę psychologiczną, rodziców i tak dalej? To też rozumiem. Ponieważ oni nie walczą o dobre życie, tylko życie ogólnie.

Czy się z tym zgadzam?
Zdecydowanie nie.
Czy rozumiem ich logikę?
Zdecydowanie tak!

Mój problem z kimkolwiek zaczyna się w dwóch momentach: kłamstw i manipulacji, by osiągnąć swoje cele i/lub udowodnić swoją rację, oraz przekonania o własnej nieomylności i oczekiwania, że inni dostosują się do tego, co my uważamy za słuszne. Wymagania tego!
Tymczasem nasze poglądy nie mają żadnego globalnego znaczenia. Nie jesteśmy nawet w 1/100 tak mądrzy, jak nam się wydaje.
I to w porządku! To w porządku zaakceptować, że nie pozjadaliśmy wszystkich rozumów, nie znamy wszystkich kontekstów, nie rozumiemy każdego toku myślowego.

Moja przyjaciółka miała chyba rację, bo pisząc teraz ten tekst, uświadomiłam sobie, że te spalające mnie emocje, są jednak dobre.
I, mimo wszystko, wynika z nich coś pożytecznego - jak ten tekst.

Wolność i prawda.
Do tego się to wszystko sprowadza, to mnie najbardziej oburza, tego nie potrafię odpuścić.
I wiem, że według wielu ludzi, którzy mnie kochają i troszczą się o mnie, powinnam nauczyć się nie wchodzić w te wielogodzinne dysputy, powinnam zebrać w sobie siłę, by przemilczeć pewne sprawy.

Jednak... jeżeli nie my będziemy walczyć o indywidualną wolność myśli i sumienia, o piętnowanie manipulacji i kłamstwa, to kto?
Jak nie teraz, to kiedy?
Jak nie tutaj, to gdzie?


Nikt nie ma monopolu na rację.
Nikt nie ma prawa tworzyć obligatoryjnego światopoglądu dla innych ludzi.

Wszyscy mamy prawo być kim chcemy. Robić, co chcemy. Oczekiwać, czego chcemy. Zgadzać się, na co chcemy. Odmawiać, czemu chcemy. Żyć tak, jak chcemy.
Tak długo, jak dajemy zgodę innym, na dokładnie to samo.


PS
Na e-klerkach trwa aktualnie konkurs! Aż do 18.05 - czasu jest więc dużo, nagrody (jak widać na załączonym obrazku) piękne, przeszłam dla nich ponad 100 stron na Etsy! A i temat bardzo przystępny!

fot. e-klerki
Ja i lodowate Włoskie morze, '18

Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.