Nie umiem sobie wybaczyć

10:21
Napisałam o tym już dwa posty na e-klerki, trzeba więc wziąć się za ten temat na poważnie.

Wspominałam Wam ostatnio o zapachach, piosenkach, miejscach, które działają jak wehikuł czasu. I o umiejętności wybaczania samej sobie.

Dziś chciałabym rozwinąć ten temat odrobinę bardziej.

Jak słusznie zauważyłyście po moim Instagramie, powyższe refleksje wywołał u mnie pobyt w "domu". Miejscu, gdzie chodziłam do szkoły i, gdzie mieszkają moi rodzice. Domem to nigdy nie było.

Jak można się spodziewać po takim wstępie - nie przepadam za jeżdżeniem na Podkarpacie.

Kocham widywać się z rodzicami, kocham Bieszczady, kocham nasze malutkie miasteczko przy najcieplejszej rzece w Polsce (fakt!) i nasz cudowny domek z bali, który moi rodzice przenieśli z jakiejś zapomnianej przez Boga wsi - deska po desce, bala po bali, okno po oknie, dokładnie tymi samymi standardami, jakimi przenosi się domy do skansenów, na naszą działkę.
Kocham Łupków i Wielką Pętlę Bieszczadzką. Kocham zalew Soliński i żeglowanie z moim tatą.

Mając powyższe pod uwagą, nienawidzę miasta, w którym odbyła się cała moja obowiązkowa edukacja, nienawidzę nienawiścią szczerą, gorącą i nieprzemijającą.
Ludzi, którzy tam mieszkają, mentalności, jaką reprezentują, polityki, jaka jest tam uprawiana.
Szkół, które na każdym kroku miały swój własny styl zabija mnie (Szkoła óczy) i ludzi, którzy w nich uczą.
Nienawidzę tego, że po całym dorastaniu złożonym z przeróżnych form łamania mnie, teraz ci sami ludzie, uśmiechają się do mnie serdecznie, bo byłam w TVP.
Nienawidzę religijnego zakłamania, jakie tam panuje, nienawidzę ciągłej, wszechobecnej presji, by zrównać się do poziomu ludzi, których nie lubisz i nie szanujesz.

Jednocześnie, zdaję sobie sprawę, że moje postrzeganie tego miasta jest skrzywione, przez krzywdy, jakich tam doznałam, a moje wspomnienia przesiane są przez sito czasu, które rozbija wszystko na malutkie fragmenciki, pozbawione większego kontekstu.

Chociaż polityka wciąż jest oburzająca, kolesiostwo i niekompetencja wiodą swój prym, tak nie mam pojęcia, kim są ludzie, którzy tam obecnie żyją.

Co robi teraz kobieta, która za moich czasów opowiadała mojej nauczycielce, że próbuję złapać jej syna na dziecko, bo marzę, żeby w tym pięknym mieście zostać (SIC!), czym zafundowała mi 3 z geografii (SIC!) i ogólną pogardę w pokoju nauczycielskim (SIC!), że chcę zmarnować chłopakowi życie?

Czym obecnie zajmuje się sąsiadka, która 8-letnią mnie nazywała "warszawską lampucyną" (SIC!)?

Co tam u mojego wuefisty, który w klasie maturalnej chciał mnie oblać z wf-u, wpisując mi nieobecności na zajęciach, na które sam nie przychodził (SIC!) i po prostu założył, że mnie tam nie było (SIC!)?

Czy ktoś w końcu odebrał prawo do wykonywania zawodu pedagożce, która na moich "sesjach" płakała (SIC!) i opowiadała mi o swoim ciężkim życiu, a potem przekonywała mnie, że zamiast opowiadać jej o swoich problemach, powinnam być bardziej pozytywna (SIC!) i lepiej się reklamować (SIC!). By następnie wyżej wspomniane problemy opowiedzieć dosłownie każdej osobie (SIC!), która chciała słuchać?

Kto uczy w moich byłych szkołach, jak teraz traktują tam uczniów?
Czy ludzie, którzy wciąż sprawiają, że krew buzuje mi w żyłach, w ogóle jeszcze żyją?
Czy może się zmienili - dokładnie tak jak ja?
Czy są kompletnie innymi ludźmi, a moja złość jest wycelowana w duchy przeszłości?

Dlaczego w ogóle mnie to obchodzi?

Oto i gorzka refleksja, jaką mam na ten temat:

Chociaż 8 z 10 najgorszych rzeczy w moim życiu, wydarzyło się w tym mieście, a o całej niesprawiedliwości, bezduszności i głupocie, jakiej tam doświadczyłam, mogłabym napisać trylogię - jedna część na każdy etap edukacji, to nie miasta samego w sobie nienawidzę.

Przede wszystkim nienawidzę tam siebie. Tego, kim byłam, gdy tam mieszkałam, tego, jak to miasto na mnie działa, co ze mnie wyciąga... jakby leżało w jakimś puncie mentalnej grawitacji, która zakłóca czasoprzestrzeń i za każdym razem sprawia, że cofam się 10 lat w tył, a wszystko, co mam na sumieniu zaczyna ważyć tysiąc kilogramów.

Nagle wszystkie cechy charakteru, które tak pilnie w sobie pielęgnuję - jak bycie dobrą, wrażliwą, empatyczną, uważną na uczucia innych - pękają jak bańki mydlane.
Wchodzę w to grawitacyjne pole i nagle znowu jestem złośliwą, nieostrożną, przestraszoną i zirytowaną 16-latką. Jakbym nigdy się stamtąd nie wydostała, jakbym nigdy się nie zmieniła, jakbym nigdy nie stała się lepszą osobą.

Jakbym od zawsze, na zawsze, była tą samą wersją siebie, zamkniętą wśród tych samych 30 tysięcy ludzi, których nie znoszę i, na których towarzystwo jestem skazana, przez czas, który zdaje się wiecznością.

Niezależnie od tego, czy jestem tam na 4 dni, czy przejeżdżam przez 4 minuty. Miasto wyciąga po mnie swoje ręce, rozszarpuje mi żebra, wyrywa wnętrzności i wkłada tam bombę, która tylko czeka, by rozerwać mnie od środka.

Zwykły spacer zmienia się w 8 milę, gdy każde miejsce, przypomina mi o wszystkich okropnych rzeczach, jakie się tu wydarzyły.
Widzę stół do ping ponga, ławki, mostki, schody, barierki - świadków najlepszych i najromantyczniejszych chwil mojej młodości, lecz zanim uśmiech zdąży rozwinąć się na mojej twarzy, już stają mi przed oczami cudze łzy, prośby, błagania, spojrzenia pełne cierpienia i rozczarowania, moje własne załamania nerwowe i wszystkie traumy, jakie działy się w tamtym okresie.
Wszystkie miłe momenty pokryte są grubą warstwą wspomnień, o tym, co przyszło potem.

Idę do sklepu i myślę, jak fajnie było urywać się z przerw w podstawówce i kupować tu rzeczy, niedostępne w sklepiku, lecz gdy z niego wychodzę, patrzę na ścianę, w której mój chłopak zrobił ręką z wściekłości dziurę, bo zrobiłam coś w swoim stylu.
Chcę pójść nad rzekę, ale wszystko, co widzę przy przejściu, to mnie leżącą na ziemi w spazmatycznym szlochu i mojego przyjaciela, którego wezwali znajomi, by mnie ogarnął, leżącego obok mnie na trawie i głaszczącego mnie po włosach, gdy ja leżałam zwinięta w kłębek.
Wychodzę z głupiej klatki schodowej i pierwsza rzecz, jaką widzę to przekrzywiony znak, który oberwał w trakcie bójki "o mnie", której nawet nie próbowałam zatrzymać, bo cała sytuacja łechtała moje ego.

Chodzę więc tymi ulicami, czując ciągły niepokój, wyrzuty sumienia przeplatane pretensjami do samej siebie i mrowienie w żołądku. Chociaż ostatnia "zła rzecz", jaką tam zrobiłam, miała miejsce w 2014.

Wróciłam do domu i zaczęłam się zastanawiać nad tymi miażdżącymi wyrzutami sumienia, które odbierają mi wszystkie dobre wspomnienia.

Przede wszystkim, doszłam do wniosku, że dyskomfort, który czuję, jest stworzony z przepaści, jaka powstała między teraźniejszą i ówczesną mną. Moje życie, wybory, priorytety, relacje - w niczym nie przypominają tych z czasów liceum czy gimnazjum.
I dla obecnej mnie, moje ówczesne poczynania są szokujące, smutne i okropne - wyrzuty sumienia wydają się więc jak najbardziej na miejscu.
Tak chyba działa sumienie - zachowujesz się źle, wobec innych i/lub siebie, bo taką osobą jesteś. Jeżeli jednak masz szczęście, by zauważyć, że musisz nad sobą pracować, Twoje sumienie się rozwija. I właśnie wtedy przychodzą jego wyrzuty, bo wcześniej akceptowalne rzeczy, teraz okazują się ciężkie do zniesienia.

Niby wszystko słusznie i na miejscu, jednak ta moja droga ponoszenia konsekwencji wydaje się ciągać po horyzont. I przeczuwam, że dokładnie jak do tej pory, na jej końcu zamiast ulgi niechybnie czeka na mnie nieumiejętność wybaczenia. Sobie.

Po wstępie można by podejrzewać, że nie umiem wybaczyć sobie, bo nie umiem wybaczać ogólnie, ale nie jest to prawda.
W swoim życiu wybaczyłam ludziom, których kochałam, o wiele gorsze rzeczy, niż cokolwiek, co kiedykolwiek zrobiłam sama.
Wybaczałam kłamstwa, manipulacje, wymuszenia, wykorzystania, łamanie mi: serca, zaufania, bezpieczeństwa.
Wybaczałam opuszczenie mnie w potrzebie, złamane obietnice, celowe ignorowanie mojego cierpienia.
Wybaczyłam to wszystko i o wiele więcej.

Nawet teraz wybaczanie ludziom przychodzi mi z łatwością, właściwie większą niż kiedykolwiek, bo w 9 przypadkach na 10, rozumiem ich motywacje. Rozumiem kontekst uzależnień, depresji, stresu, presji, problemów z samym sobą - tym czego się chce, czego się oczekuje, jak o to walczyć.
Życie jest trudne.

Dlaczego więc nie umiem wybaczyć sobie?
Wszystkie moje najgorsze uczynki, może z kilkoma wyjątkami, kiedy chorowałam w '15 i wspomnianym wyżej epizodzie z '14, przypadły na lata '07-'13 (Heartbreaker Hotel). Minęło od nich 5-11 lat!
Byłam wtedy praktycznie dzieckiem, postawionym w niemożliwej sytuacji, zagubionym, skrzywdzonym, przytłoczonym. W tym niemożliwym do życia mieście, gdzie wszyscy dorośli zachowywali się jakbym była nieszczęśliwa, żeby zrobić im na złość.
Nigdy w życiu nie oceniłabym żadnej nastolatki tak surowo, jak oceniam siebie.
Dlaczego więc nie umiem wybaczyć sobie?

Moja terapeutka prawie 2 miesiące temu kazała mi zrobić listę rzeczy, które mam/chcę/powinnam sobie wybaczyć. Od "nie traktowałam matematyki i swojej własnej edukacji poważnie", przez "byłam beznadziejną dziewczyną", po "nie chce mi się chodzić codziennie biegać".
I wiecie, jak mi poszło?
Beznadziejnie. Nawet nie zaczęłam tej listy.
Te 3 rzeczy, które tu wypisałam, to najodważniejsza próba do tej pory.
Nie umiem o tym myśleć. Mój mózg przeżywa autentyczny bunt przed podjęciem tematu.
A sam pomysł nie wyszedł z "ooo, nie mamy co robić, może by tak pogrzebać w Twoim sumieniu", tylko z diagnozy sposobów, jakimi podświadomie karzę samą siebie. Bo uważam, że zasługuję na karę.

W głębi siebie, Klary, która ma prawie 25 lat, za 2 miesiące bierze ślub ze swoim najlepszym przyjacielem/miłością życia/bratnią duszą, ma dobre życie, poukładane relacje z rodzicami, realizuje swoje pasje, pomaga innym, podróżuje i zasadniczo jest najlepszą wersją siebie, jaka kiedykolwiek istniała.
W głębi tej osoby, wciąż uważam, że powinnam czuć się źle ze sobą, bo mając 15 lat, mieszałam w głowie dobrym chłopakom, albo nie umiałam nagle z nicości wymyślić zdrowych wzorców zachowań, czy walczyć o siebie, tak jak powinnam.
Moja podświadomość zmusza mnie do różnych pokut, za krzywdy wyrządzone ludziom, dla których nie ma to już nawet znaczenia. Mieszkają za granicą, moją swoje życie, swoje związki, jestem dla nich tylko wspomnieniem z przeszłości.
I za krzywdy wyrządzone sobie, chociaż finalnie każda z nich doprowadziła mnie do miejsca, w którym jestem obecnie - czyli tego, gdzie zawsze chciałam być.
Wycierpiałam się swoje, za każdą z niefortunnych decyzji, jakie podjęłam, po co karać się dalej?
Dlaczego?

Naprawdę muszę i chcę sobie wybaczyć.
Dla mojego związku, częstotliwości odwiedzania rodziców, ale przede wszystkim - dla siebie.
Bo wiecie co?
Zasługuję na to.
Wynagrodziłam, co mogłam, komu mogłam.
Zmieniłam swoje priorytety, światopogląd, podejście do ludzi, hierarchię wartości, poszłam w długie lata terapii - zrobiłam wszystko, co w moich siłach, by naprawić swoje błędy.
Zasługuję na wybaczenie.
Zasługuję na to, by moje błędy stały się lekcją, a nie pokutą.

Zasługuję na to, by być szczęśliwa i cieszyć się wszystkim, co udało mi się zbudować.

I jeżeli jesteście w podobnej sytuacji do mojej, gdy błędy zostały naprawione, a wyrzuty wciąż ciągnął Was w dół - zasługujecie na dokładnie to samo!

Mam nadzieję, że poczułyście chociaż delikatne, mrowiące uczucie nadziei i/lub motywacji, bo mam dla Was (i siebie) zadanie na dzisiejszy wieczór!
Potrzebna będzie: kartka papieru i długopis.
Bierzemy oba te narzędzia, siadamy w miejscu, gdzie jest święty spokój i wypisujemy wszystkie możliwe rzeczy, nawet z najdalszych krańców głowy, te wielkie i zupełnie małe, jakie możemy/powinnyśmy/chcemy sobie wybaczyć.
Następnie patrzymy na tę listę i stawiamy serduszka przy tym, co możemy i chcemy jeszcze naprawić (i lepiej, żeby to nie było 5 podejście do związku, z tym samym facetem!).
Na całej reszcie rzeczy, na wszystkim, co leży daleko w przeszłości, na co nie mamy już wpływu, co nie zasługuje na nasz czas lub co już naprawiałyśmy - stawiamy grubą kreskę.
To już przeszłość, z którą zrobiłyśmy co mogłyśmy i czas dać jej odejść.


Czas dać samym sobie szansę na życie, na które zasługujemy!


fot. e-klerki
Budapeszt '18

Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.