Jak wychować swoich rodziców?

08:50
Dziś mam dla Was ostatnią część cyklu o rodzinach dysfunkcyjnych. W poprzednich tekstach:
1. Dobre dzieci złych rodziców - wstęp oraz rozwinięcie definicji "rodziny dysfunkcyjnej".
2. Dobrzy rodzice złych dzieci - opis realnego przykładu jak działa dysfunkcja w rodzinie.
3. Ranki na duszy - wprowadzenie do tematu terapii, jako pierwszego kroku do naprawiania relacji w swojej rodzinie i... wszystkiego innego.

Ten tekst dotknie absolutnego sedna problemu, czyli bezpośrednich relacji z rodzicami. Poruszymy temat, właściwie nieistniejący w przestrzeni publicznej i kompletnie surrealistyczny dla większości ludzi - wychowanie rodziców.
Naprawdę polecam, zalecam i proszę, by przed dalszą lekturą, przeczytać poprzednie trzy teksty, ponieważ, może nie widać tego na pierwszy rzut oka, ale tworzą całość. I czytanie tego tekstu bez poprzednich, jest jak czytanie ostatniego rozdziału książki.

Nie znam wielu osób, które mając 20-parę lat i z czystym sumieniem mogłyby powiedzieć "nie jestem zły na moich rodziców, dobrze mnie wychowali, jestem dobrą osobą". Większość z nas błąka się po świecie, patrząc na przemian na swoje ręce i odbicie w lustrze, zastanawiając się "co ja robię ze swoim życiem?".

A jednak, żyjemy w społeczeństwie, które oczekuje od nas oddawania bezwzględnej czci rodzicom. Ma to genezę nie tylko w religii (chociaż tam "czcij ojca swego i matkę swoją" występuje na 4 pozycji, tuż po Bogu), ale i w polskiej mentalności, która przez setki lat kultywowała model rodziny wielopokoleniowej. W jednym domu mieszkały 3 lub nawet 4 pokolenia, a nad wszystkim władzę trzymali najstarsi. Ogólnie pojęcie "starszyzny" jest popularne we wszystkich kulturach.
Jest to zrozumiałe, ponieważ można wyciągnąć logiczny wniosek, że im dłużej żyłaś, im więcej masz perspektywy, im więcej rzeczy doświadczyłaś i widziałaś, tym mądrzejsza jesteś.

Na takim rozumowaniu opierają się, na przykład, dolne granice wieku, który trzeba osiągnąć, by zyskać bierne prawo wyborcze do kandydowania na prezydenta Polski - 35 lat.
Jak widać mieć 25 lat i wywrzeć takie wrażenie na całym narodzie, by chciał Cię wybrać to za mało.

Estyma wobec rodziców ma oczywiście też sens z socjologicznego i psychologicznego punktu widzenia, ponieważ potrzebujemy kogoś, na kim możemy polegać, potrzebujemy więzów rodzinnych, potrzebujemy swojej "wioski", w której zawsze będziemy "swoi". Mamy nazwiska, z którymi się identyfikujemy, czujemy dumę, z tego, że nasi dziadkowie walczyli na wojnie. Rodzina, a za nią rodzice, są bardzo dużą częścią naszej tożsamości.
Nie zapominajmy też o całym aspekcie tego, że do około 10 roku życia, większość z nas postrzega rodziców jako wszechmocnych Bogów, od których zależy każdy aspekt naszego życia.

Mając to wszystko na uwadzę, mówię Wam - rodzice są zwykłymi ludźmi.
Są starszymi nami. Są Twoimi koleżankami, które zachodzą w ciążę, rodzą dzieci i wcale nie uważasz, by od tego doznały życiowego olśnienia. Są facetami tych koleżanek, którzy żyją od weekendu do weekendu.
Wiek niesie ze sobą wiele rzeczy. Doświadczenie zdecydowanie jest jedną z nich, jednak "doświadczenie" a "umiejętność wyciągania wniosków z doświadczeń", to dwie kompletnie różne rzeczy.

Rodzicom nie należy się więcej szacunku za bycie rodzicem, niż dziecku za bycie dzieckiem.

Moi rodzice akurat nie byli tym typem ludzi, ale przebywając w cudzych domach czy rozmawiając ze znajomymi, argument "jestem Twoim ojcem/matką, masz robić co mówię/okazywać szacunek" nigdy nie wychodził z mody. Tak jak zadręczanie wyrzutami w stylu "tyle dla Ciebie poświęciłam!", "tyle dla Ciebie robię, a Ty jesteś niewdzięczna!".
No dobrze, ale tak naprawdę nie zrobili tego dla Ciebie, jako osoby.

To była decyzja Twoich rodziców, żeby sprowadzić dziecko na ten świat, a wszystko, co przyszło potem to konsekwencje tej decyzji. Dzieci wymagają opieki i poświęceń - czy tego chcą, czy nie.
I jasne, super jest się urodzić, mieć szansę żyć i doświadczać wszystkich cudów, jakie życie ze sobą niesie, jednak nikt nas nie pytał, czy chcemy się urodzić i swoim istnieniem wymuszać na kimś poświęcenia.
Nie wspominając już o tym, że w zdecydowanej większości, nasi rodzice nie myśleli "chcę stworzyć człowieka i pokazać mu świat" tylko coś między "zróbmy sobie dziecko" a "...jestem w ciąży".

Mnie to osobiście bardzo mierzi i mam z tym ogromny problem - z zachowywaniem się jakby dzieci były coś winne rodzicom i jakby rodzice zrobili im jakiś ogromny prezent, rodząc je i wychowując. Nieprawda. Oni zrobili to dla siebie, bo chcieli mieć dziecko. Dziecko, nie Ciebie - dorosłą osobę, o własnym życiu i poglądach. Chcieli mieć coś co ich upamiętni, co poniesie dalej ich geny, co będzie można nosić na rękach i ubierać w kolorowe ubranka. Dziecko nie ma żadnego wpływu na to, czy będzie stworzone, czy nie. Nie ma żadnego wpływu na to, w jaki sposób jest wychowywane, jakie wzorce są mu przekazywane. Może tylko bierne egzystować i nasiąkać tym, co jest na niego wylewane.

Nie masz żadnego obowiązku postrzegać rodziców jako wzór do naśladowania czy autorytet. Nie masz obowiązku robić tego, czego od Ciebie oczekują, ani grać według ich reguł.

Uświadomienie sobie, że nie jestem rodzicom nic winna, a co za tym idzie - ściągnięcie ich z piedestału i spojrzenie na nich, jak na przeciętne osoby... było dla mnie szokującym momentem, przed którym moja psychika naprawdę się broniła.
Nagle okazało się, że potrafią być złośliwi, niekonsekwentni, uparci, zagubieni, sfrustrowani, przestraszeni, niesprawiedliwi.
Okazali się dokładnie tym, kim ja jestem. Kim są moi przyjaciele, moi nauczyciele i pani z warzywniaka - zwykłymi ludźmi. Ulegającymi złym pokusom, swojemu ego, niedającymi sobie rady z różnymi aspektami życia.
Jest coś takiego, co kultura w nas koduje, co sprawia, że o rodzicach trzeba myśleć jak o superbohaterach. A nimi nie są. I nie mają obowiązku być, bo nikt nie jest superbohaterem.
Problem polega na tym, że ta sama kultura sprawia, że oni naprawdę uważają się za superbohaterów, sprawiają, że myślisz o nich w ten sposób i często nieadekwatną dyscypliną, starają się ten obraz wielkości podtrzymać.
Co stawia Cię na przegranej pozycji w walce o siebie.

Dlatego też, jeżeli wciąż uważasz swoich rodziców za superbohaterów, którzy nie popełniają błędów, są bez skazy, ich motywacje zawsze są czyste i bez wyjątku mają na uwadze wyłącznie Twoje dobro - wyłącz ten tekst, zrób sobie herbatkę i poczekaj kilka lat.

Nie przeciągając dalej, przejdźmy do rzeczy.

Rodziców da się wychować. Tak jak dzieci.

Ostatnio usłyszałam, że "ludzie się nie zmieniają". Co to niby znaczy?
Od kiedy zaczyna się to zamrożenie? Gdy masz 10, 20, 30, 40 lat?
Nie znam ani jednej osoby, która, by powiedziała "10 lat temu, byłam dokładnie tą samą sobą, którą jestem teraz". Ludzie się zmieniają. Cały czas. Na gorsze, lepsze. Inne.

Gdy rozsuniesz kurtynę złudzeń i cała opadnie na ziemię - dostrzeżenie wad rodziców, wcale nie jest ciężkie.
Znasz przecież tych ludzi całe życie, widziałaś ich w każdym nastroju. Teraz, gdy nie musisz sobie wmawiać, że każde ich zachowanie jest na miejscu, z pewnością rzucą Ci się w oczy jakieś konkrety.
Może nadmiernie Cię krytykują? Nie reagują pozytywnie na Twoją spontaniczność? Nie przytulają Cię i nie całują? Aktywnie zwalczają Twoje związki? Krzyczą na Ciebie, chociaż ich złość nie ma z Tobą nic wspólnego? Przekłamują rzeczywistość? Nie potrafią przyznać się do błędu? Pod przykrywką troski wytykają Ci wszystkie Twoje potknięcia?
Może coś z tej listy, może coś zupełnie innego. Tak czy inaczej - zobaczysz to.

Wierzę w spisywanie rzeczy na kartkach, weź więc kartkę i wypisz wszystkie rzeczy, które robią Twoi rodzice, z którymi nie czujesz się komfortowo. Nie muszą to być wielkie rzeczy jak "biją mnie żelazkiem", wystarczy "nigdy nie przyznają mi racji".
Gdy będziesz miała tę listę, skorzystaj z modlitwy autorstwa Niebuhra "Boże! Proszę, daj mi siłę, abym pogodził się z tym, czego zmienić nie mogę; odwagę, abym zmienił to, co zmienić mogę i mądrość, abym potrafił odróżnić jedno od drugiego." i nie przejmuj się - ja dałam radę nawet bez Boga.

Otwórz się na najtrudniejszy moment. Teraz musisz zrzucić wszystkie swoje pancerze i tarcze, zakopać zasieki i wyłączyć mechanizmy obronne. Musisz być szczera ze sobą.
Zastanów się, co naprawdę sprawia, że czujesz się źle, a co jest tylko typowymi irytującymi cechami charakteru. Nie sprawisz, że Twoi rodzice staną się zupełnie innymi ludźmi, tylko dlatego, bo powinni. Niektóre rzeczy musisz więc odpuścić.
Co sprawia, że nie chce Ci się dzwonić, ani przyjeżdżać do domu? Co sprawia, że układasz sobie w głowie monologi, które mają utrzeć im nosa? Co sprawia, że boli Cię brzuch i szklą się oczy?

Sama ta kartka - fakt, że sobie to uświadomiłaś, zapisałaś i zobaczyłaś, zmieni Twoje podejście do rodziców. Bez żadnych moich rad, Twój mózg naturalnie przestawi się na traktowanie ich inaczej. "Inaczej", nie znaczy gorzej, użyłabym określenia "w większej zgodzie ze sobą".

Teraz musisz przeczekać wszystkie fale wściekłości, żalu i rozczarowania. Przeczekać chęć wcierania im błędów w twarz. Przeczekać chęć wymuszania na nich wytłumaczeń, dlaczego zachowywali się tak, a nie inaczej. Przeczekać chęć zemsty. Przeczekać poczucie wyższości.
Zasadniczo, przeczekać wszystko, co tylko zaogni sytuację.
Bardzo pomaga w tym terapia!

Konkretne postępowanie z rodzicami, zależy od konkretnych przypadków, jednak można podzielić oczekiwania na dwie grupy:

1. Oczekiwanie, że przestaną coś robić
"Mamo, przestań dzwonić do mnie z pretensjami, dlaczego nie dzwonię"
"Przestań twierdzić, że bicie mnie było dobre"
"Nie chcę dalej realizować Waszych marzeń, tylko swoje"

2. Oczekiwanie, że zaczną coś robić
"Tato, pogratuluj mi chociaż raz sukcesu, który osiągnęłam"
"Mamo, przytul mnie"
"Zacznijcie szanować moje wybory"


Na co oni najpewniej zareagują:

1. Wyparciem
"Nie, problemu nie ma. Nigdy nie było, nigdy nie będzie, a Tobie się po prostu wydaje."
"Daj spokój. Nie wymyślaj. Jesteśmy normalną rodziną"

2. Przerzuceniem winy
"Może i w jakiejś części tak było, ale gdybyś nie prowokowała/gdybyś nie była sobą/gdybyś była mądrzejsza/głupsza, ładniejsza/brzydsza, mniej/bardziej uparta/ambitna/asertywna itd. to wszystko byłoby inaczej. Także to nie nasza wina. Tylko Twoja."
3. Otwartością
"Masz rację, przepraszam"

Wszyscy liczymy na otwartość, ale chyba najczęściej pojawia się wyparcie.

Trzeba zrozumieć następującą rzecz: nikt nie lubi przyznawać się do błędów. Jakichkolwiek. A co dopiero wielkich, życiowych błędów, których dokonało się na własnym dziecku.
Niechęć do przyznania się do winy jest najbardziej naturalną reakcją i potrzeba naprawdę ogromnych ilości pokory, spokoju i akceptacji, żeby w konfrontacji przyznać się do pomyłki.

Dlatego też otwarta konfrontacja nie jest polecaną przeze mnie metodą. Przynajmniej nie na dłuższą metę. Jeżeli naprawdę czujesz, że potrzebujesz powiedzieć rodzicom, co masz do powiedzenia - zrób to. Jednak nie spodziewaj się, że sama ta rozmowa cokolwiek zmieni.

Ja przeżyłam okres wściekania się na rodziców, rzucania słuchawkami, histerycznych płaczów, nieodzywania się do siebie miesiącami i palącej mnie ze wszystkich stron potrzeby, żeby przyznali, co mi zrobili, ukorzyli się i przeprosili.
Niewiele tym zdziałałam.
Oczekiwania, by rodzice przeprosili lub otwarcie przyznali się do błędu, najpewniej zaowocują spektakularną porażką.
Przede wszystkim, z płytkiego powodu, jakim jest fakt, że dla nich wciąż jesteś dzieckiem, a oni są dorosłymi, więc racja musi być po ich stronie.
Głębszego powodu - wyrzutów sumienia, z którymi nie potrafią sobie poradzić, więc nie mogą (szczególnie sami przed sobą, a co dopiero przed Tobą) przyznać, że te Twoje racje naprawdę są na miejscu. Takich systemów obronnych nie masz szans przeskoczyć.
I najgłębszego powodu - takimi są ludźmi. To jacy są, jest wynikiem całego ich życia, doświadczeń, wychowania, poglądów, upadków i zwycięstw. I tak jak Tobie jest ciężko przyznać się przed sobą do swoich słabości charakteru, dokładnie tak samo ciężko, a może i ciężej, ze względu na wiek, jest im.
Nie umiem sobie nawet wyobrazić, jakie to uczucie, gdy masz 50 lat, a Twoje dziecko w klarowny i sensowny sposób, tłumaczy Ci dlaczego jesteś beznadziejną osobą i wszystko, co o sobie myślisz, jest tylko bajką, którą sobie opowiadasz od kilkudziesięciu lat.
Nawet jeżeli rozgryzłaś swoich rodziców od A do Z i patrzysz na nich, jak na dwójkę dzieci we mgle, okazywanie im tego, zdecydowanie nie jest dobrą drogą.

Jeżeli Twoi rodzice reagują przerzucaniem winy, jakiekolwiek otwarte konfrontacje mijają się z celem, bo będą ciągiem kłótni i przerzucania się wyrzutami. I niezależnie od tematu - to Ty wyjdziesz na tą złą.

Uzyskanie przeprosin jest praktycznie niemożliwe, jednak uzyskanie znośnej relacji, jak najbardziej jest w zasięgu.

Z moich obserwacji wynika, że jedyny skuteczny sposób na wychowywanie rodziców, niezależnie do tego, jak reagują, to bycie jak rzeka. Płynie powoli, konsekwentnie, spokojnie. Przy okazji formując krajobraz. Gołym okiem nie da się tego zauważyć, dopiero po jakimś czasie można ocenić, "o, przesunęła się 10 cm w lewo!".
Tak też trzeba postępować z rodzicami, w sprawach, które uważasz za szkodliwe dla siebie.

Są to zmiany, które nie zachodzą gwałtownie, w kłótniach i spektakularnych katharsis, tylko spokojnie, na przestrzeni lat.
Warto też o tym pamiętać - relacja z rodzicami, to relacja na całe życie. Nie ma więc powodów do pośpiechu i nadmiernego przyciskania.

Moje ulubione powiedzenie to "prawda nas wyzwoli". Na początku rozumiałam to opacznie, jako "muszą przyznać prawdę, bo inaczej im nie wybaczę", teraz rozumiem to jako "swoją szczerością kształtuję naszą relację".
Na przykład - nie oczekuję przeprosin od rodziców, ale jeżeli zaczynają mówić coś, co ma na celu jakieś ich usprawiedliwienie się, ucinam to od razu. Mówię "nie, było tak i tak". Nie krzyczę, nie kłócę się. Po prostu za każdym razem, gdy potrzeba, prostuję rzeczywistość.
I mam z tego chociażby tyle, że nie słyszę już historii z alternatywnych rzeczywistości, nie daję zrzucać na siebie żadnej winy, nie daję wejść sobie na głowę i sumienie.
Nauczyłam się odmawiać. Nauczyłam się nie czuć się za nich odpowiedzialna. Nauczyłam się wyznaczać własne granice.
I przede wszystkim, nauczyłam się ich o tym informować.

I czy oni prychną w reakcji, czy zażartują, czy zmienią temat, czy zrobią cokolwiek innego, co ich mózg każe im zrobić, żeby nie musieć radzić sobie z moją reakcją - ja mam spokój.
I ten właśnie spokój, zdecydowanie i konsekwencja jest kluczem do wychowywania rodziców.

Spokojnie, ale zdecydowanie domagaj się tego, czego potrzebujesz.
Twoi rodzice nigdy Cię nie przytulali? Sama się przytul.
Za pierwszymi kilkoma razami może to być dziwne i niezręczne, ale w końcu przyjdzie ten raz, kiedy odwzajemnią Twój uścisk.
Ciągle Cię krytykują? Powiedz "przykro mi, że tak sądzisz, ja jestem z siebie zadowolona", a jeżeli w konkretnym przytyku mają rację powiedz z uśmiechem "dzięki, tato, rzeczywiście muszę nad tym popracować".
Obie opcje zdziwią ich w równym stopniu!
Ciężko mi tu wymienić wszystkie możliwości, ale przepis jest jeden: znaj swoją wartość, bądź pewna siebie i twórz relacje, jaką chcesz mieć.
To, że Twoi rodzice nigdy nie zabrali Cię na wakacje, nie znaczy, że nie możesz zorganizować rodzinnego wyjazdu.
To, że nigdy nie mówili "kocham Cię" nie znaczy, że Ty nie możesz tego zacząć.
To, że zawsze wciągali Cię w swoje konflikty, nie znaczy, że nie możesz zacząć odmawiać, brać w nich udziału.

W przypadku relacji z rodzicami nie masz komfortu bycia starszą, nie masz komfortu (przynajmniej według nich) bycia mądrzejszą - ogólnie rzecz ujmując, jesteś na gorszej pozycji.
Niech to Cię jednak nie zniechęca!
Rzeczy, których oni Ci nie dają, albo którymi Cię krzywdzą, to rzeczy, których sami zostali nauczeni. I szansa, że sami z siebie się ich oduczą i wymienią na nowe/lepsze jest praktycznie zerowa.
Chcesz zmian - bądź zmianą. Silną, dobrą, spokojną.

Wbrew wszystkiemu, najprawdopodobniej Twoi rodzice kochają Cię najbardziej na świecie i oddaliby za Ciebie życie.
A to, że nie potrafią tego okazać i sprawiają Ci ból? Gdzieś, w głębi siebie, ich też to boli, ale po prostu nie potrafią, albo nie wiedzą co robić inaczej.
Mogą też być pewni, że to, co dla Ciebie robią, jest dobre i "gdy będziesz mieć dzieci to zrozumiesz" więc to Twoje zadanie, by postawić granice. By powiedzieć "stop", tam gdzie kończy się Twój komfort, a zaczyna poczucie zranienia, upokorzenia, opuszczenia.

Masz prawo, a wręcz obowiązek, by walczyć o siebie i jeżeli kochasz swoich rodziców, dla swojego własnego spokoju, powinnaś zrobić wszystko, co w Twoich siłach (ale nie więcej!), by walczyć o relację z nimi, która jest dla Ciebie atrakcyjna i komfortowa.

Jeżeli zrobisz wszystko, co możesz, a oni wciąż uparcie będą ciągnąć Cię w dół - masz pełne prawo, by odciąć się od takiej relacji. Nie jesteś ich workiem treningowym i nie masz żadnego obowiązku podawać im szklanki wody, gdy oni tą szklanką w Ciebie rzucają.
Brak relacji z rodzicami jest zdecydowanie lepszy niż toksyczna relacja z rodzicami.

A czas i rozłąka, mają naprawdę olbrzymią moc i czasem naprawdę rozumie się swoje błędy, po tym, gdy się kogoś straci. Rozłąka łagodzi zazwyczaj obie strony, więc kto wie? Może za kilka lat wrócicie do siebie - stęsknieni, otwarci i gotowi na wszystkie kompromisy.

Do dobrych relacji wiedzie tysiąc dróg, ale nie wejdziesz na żadną z nich, jeżeli nie zdecydujesz na się na pierwszy krok. I drugi. I trzeci.
Kroczek za kroczkiem, miesiąc za miesiącem, rok za rokiem. 


Walcz o tych, których kochasz.

Nie uginaj się pod tymi, którzy Cię krzywdzą.
Wybaczaj tym, którzy zasłużyli na wybaczenie.


fot. e-klerki
Łupków, Schronisko Na Końcu Świata

Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.