Czy prawdziwe życie jest passé?

10:58
Poprzedni tydzień zabił we mnie obiektywizm i nie jestem w stanie wykrzesać z siebie niczego neutralnego.
Niezależnie od tego, czy próbowałam ruszyć temat nastoletnich miłości, przemocy finansowej, czy uzależnienia od Internetu, wszystko brzmiało jakbym miała osobisty problem, do każdego z tych tematów, a nie świeże i ciekawe podejście.

Postanowiłam więc napisać coś, z czym rzeczywiście mam problem i co nie wymaga specjalnego obiektywizmu.

Ostatnio na jednym ze znanych blogów przeczytałam, że sprzedawanie się jest częścią zawodu blogera. Oczywiście nie chodzi o pustą chęć zarabiania pieniędzy - nie, nie, nie. Robi się to dla czytelników. "Trzeba mieć pieniądze, by pokazać ludziom, to, co chcą zobaczyć."
"Co chcą zobaczyć", czyli fajnie życie na poziomie. "Poziom", jak rozumiem, oznacza tu "wysoki poziom".

I od tamtego czasu zaczęłam się zastanawiać: czy ludzie naprawdę najchętniej oglądają sztuczne, perfekcyjne, bogate życie?
Czy po prostu wraz z pieniędzmi sponsorów i realizowaniem tego wizerunku idą pieniądze na reklamę. I to reklama, a nie "perfekcyjny" styl życia przyciąga odbiorców?

Jeżeli włączycie insta albo fejsa topowych blogerek: Deynn, Maffashion, LittleMonster, MacademianGirl, Jessica Mercedes - to nawet nie wygląda jak platformy ludzi, tylko sztucznie wykreowanych produktów. Produktów do promowania produktów.
I absolutnie nie chodzi mi tu o to, że którejś z nich nie lubię, albo nie szanuję. Chcę raczej zwrócić uwagę na to, że one są czołówką i to do nich dążą wszystkie mniej lub bardziej znane blogerki.
Do tej ustawionej, wystylizowanej, wyphotoshopowanej, przemyślanej marketingowo wersji rzeczywistości, która nie istnieje.

Można by pomyśleć, że skoro tak to wygląda, to właśnie to się sprzedaje.
Jeżeli jednak popatrzymy na międzynarodowe gwiazdy, jak Jenna Marbles czy Zoella, które mają więcej obserwatorów niż wszystkie wymienione wyżej blogerki razem wzięte, widzimy zupełnie inny obraz. Normalnej, przeciętnej wręcz dziewczyny, wiodącej swoje zwykłe życie, poprzecinane krótkimi momentami blichtru, ścianek i dopracowanych stylizacji.
Bo przecież tak to właśnie wygląda. Sławni ludzie spędzają większość czasu robiąc dokładnie to samo, co reszta śmiertelników. Nawet dla prawdziwych gwiazd życie nie jest czerwonym dywanem 24/7 i większość z nich nie próbuje udawać, że tak jest.
Skąd więc forsowanie w Polsce takiego wizerunku?

Bardzo konkretnego wizerunku - podróże, pieniądze (oczywiście nie można mówić o nich wprost - ultra drogi hotel albo torebka za 40k mają mówić sam za siebie), idealnie skomponowana galeria na Instagramie, odmłodzone twarze, smukłe ciała, brak problemów, cieszenie się życiem, wdzięczność za wszystko, co się dostaje za darmo, ukrywanie promowania produktów, zachowywanie się jakby nie traktowało się swoich obserwatorów, jak kolejnych zer w umowach, pilnowanie się, by PR się zgadzał - alkohol czy nawet papieros, zdecydowanie na nie.

Przecież wszyscy wiemy, że życie tak nie wygląda.Nie obserwuję dosłownie żadnej z wyżej wymienionych polskich blogerek, bo czuję się, jakbym przeglądała magazyn. Patrzę na te zdjęcia i widzę tylko wizażystów, fotografów, naświetlenie, ustawianie itp., a przecież to nie jest gazeta. To social media i jak sama nazwa wskazuje, powinny być "social" - społecznościowe, towarzyskie. Nie marketingowe.
Te konta z założenia były tworzone po to, by być w kontakcie z fanami, obserwatorami, czytelnikami. Dzielić się z nimi odrobiną swojego życia.
Nie przedstawiać wymyślony świat, stworzony wyłącznie na potrzeby bycia atrakcyjnym dla reklamodawców.

I nie mam aż tak wielkiego problemu z lokowaniem produktów, bo fajna reklama, jak na przykład te, które robią ludzie z SuperStyler (chociaż niestety, już coraz mniej), gdzie można by wyjąć produkt ze zdjęcia, czy filmiku i wciąż byłby to ciekawy materiał, bo przekaz broni się sam - są jak najbardziej w porządku.
Chodzi mi raczej o absolutne zatracanie siebie w pędzie za reklamodawcami i totalną obojętność na to, że w ten sposób sprzedaje się swoich obserwatorów.
Zastanawiam się więc - czy to naturalny bieg rzeczy w polskiej blogosferze?
Robisz fajne rzeczy, ludzie do Ciebie lgną, bo Twój przekaz jest dla nich fajny i bliski, a gdy uzbierasz ich dostatecznie dużo, to po prostu zmieniasz się w maszynkę do robienia pieniędzy?

Nie mogę uwierzyć, jak łatwo ludziom przychodzi porzucenie swojej autentyczności dla pieniędzy.
Przecież w przypadku topowych osób, to nie jest kwestia być czy nie być, Deynn po 3 miesiącach bez współprac, wciąż jest w stanie urządzić sobie mieszkanie w Kalifornii i oddać 30k na cele charytatywne.
Tak olbrzymie pieniądze zarabiają Ci ludzie.
I absolutnie nie mam z tym problemu, każdy jest wart tyle, ile inni chcą za niego zapłacić, mam nadzieję, że też kiedyś będę mogła oddawać tyle pieniędzy na dobre cele, ale skoro mają taką niezależność finansową, mają pozycję, mają bezpieczeństwo, po co kontynuować powielanie tej zakłamanej rzeczywistości?
Równie ciężko mi uwierzyć, że uchodzi im to na sucho. Czy ludzie tego nie widzą? Czy im to nie przeszkadza? Czy po prostu wydaje im się, że tak musi być i muszą się z tym pogodzić?
Czy naprawdę w Polsce jest tak źle, że z własnej woli oglądamy szare bloki przemalowane na szklane domy i udajemy, że nie widzimy różnicy?

Przede wszystkim - czy to jest kierunek, w którym ja powinnam iść?
Czy teraz, jako niszowa blogera, zadowalam swoich czytelników swoim zwykłym życiem, ale przy 10k czy 100k, oczekiwania zupełnie się zmienią i nagle będę musiała stać się tą nierealistyczną osobą, która ze wszystkim sobie idealnie radzi, nie wkłada do ust niczego, co nie jest eko, ćwiczy z prywatnym trenerem i jeździ na wakacje do hoteli za 13k za noc?
Przeraża mnie to na tysiąc różnych powodów, bo wiem, że nie będę umiała być taką osobą.

Nie będę układać sobie włosów przez godzinę dziennie, nie spędzę kolejnej na robieniu makijażu. Nic na świecie mnie nie zmusi do kupienia sobie torebki za kilkadziesiąt tysięcy ani butów za drugie tyle. Nie będę spędzać godziny dziennie analizując kolorystykę mojego instagrama i rozważając, które z 500 zdjęć, które dziś zrobiłam, najlepiej dopełni tę kompozycję. Nie będę udawała, że mam neutralne poglądy, po to, by nie oburzać jakiejś grupy odbiorców.

To nie jestem ja.



Czy to znaczy, że jestem skazana na komercyjną porażkę?
Skazana na dobicie do pewnej ilości ludzi, po której już nie ruszę dalej, bo zainteresowanie osobami, które nie dążą do show-biznesowej wersji perfekcji, absolutnej polityczno-społecznej neutralności, nie jest dostatecznie duże, więc nikt nie jest gotowy tych osób promować?

Czy istnieje w ogóle szansa na sukces, bez promowania?
Sukces realnie wynikający z grupy fanów, a nie kupionych lajków, bycia na plakatach i oddania siebie w zamian za tą rozpoznawalność?

I przyznam się Wam, że dostałam już jakieś propozycje współpracy, ale każda z nich wydawała mi się (to zabrzmi głupio, ale...) niegodna Was.
Jesteście jedynym powodem, dla którego tu jestem.
Nie znam się na kosmetykach, nie jestem fanką mody, nie mogłabym z czystym sumieniem stanąć przed Wami i z uśmiechem na ustach zachwalać produkty, które nic mnie nie obchodzą lub na których się nie znam.
Widzę jednak, że coś dla Was znaczą takie rzeczy, jak występy w śniadaniówkach, więc może to jest właśnie to, czego chcecie?
Może moje sumienie jest po prostu brakiem zrozumienia rynku i praw, jakie się nim rządzą?

Z ręką na sercu - wierzę, że nikt w sieci nie ma lepszej, bardziej otwartej i mądrej grupy odbiorców, niż ja.
Ilość wsparcia, komentarzy, zrozumienia, sympatii i cierpliwości, jaką mi okazujecie, szokuje i napędza mnie każdego dnia.
Widzę, jak Kluska Wyzwanie zaczyna żyć swoim życiem, bez mojego nakręcania jej, jak pomocne i cudowne jesteście dla siebie wzajemnie.
Rozmarzonymi oczami widzę jak #teamunicorn rośnie w siłę w ciągu następnych miesięcy i lat. I przeraża mnie myśl, że mogę to wszystko zepsuć, przez upieranie się przy swojej wersji życia, która, przynajmniej na pierwszy rzut oka, w polskim internecie się nie sprawdza.

Fejs tnie zasięgi jak szalony, zabrania mi promować posty, w których zwracam się do Was bezpośrednio - czyli jakieś 99%.
Ja upieram się przy tym, że to w porządku nie być idealną, nie prężyć się półnaga na insta i nie ganiać po świecie w szalonym tempie, byle by tylko zrobić dobre zdjęcie.
I tak naprawdę nie wiem, czy to jest to, czego chcecie? Czy po cichu liczycie, że jeszcze się zmienię?

Czuję straszną presję, by dać Wam od siebie coś więcej, stworzyć coś lepszego, niż to, co dostajecie w innych miejscach Internetu, tak jak Wy dajecie mi więcej, niż mógłby sobie zamarzyć jakikolwiek twórca.

fot. e-klerki
Łazienki, Warszawa, '17

Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.