Walcząc z kompleksami jak z wiatrakami

10:28
Dziś opowiem Wam o moim największym kompleksie, jedynej obsesji i odwiecznym argumencie dlaczego czegoś nie zrobię.

Jak już wiecie z Komu warto się podobać? mój stosunek do wyglądu, ciała i fizyczności jest dość specyficzny.
Nigdy nie uważałam się za specjalnie ładną, ominęły mnie więc przygody z dopatrywaniem się w sobie malutkich mankamentów, na których temat można się użalać, bo gdybym miała myśleć w ten sposób - nigdy w życiu nie wyszłabym z domu. Moje ciało nigdy nie wymagało ode mnie wysiłku, by wyglądać "w formie", co się zaczęło dość intensywnie zmieniać po 24 urodzinach (Czy jesteś leniwą kluską?) jednak do tamtej pory nie przysparzało mi większych zmartwień.
Nigdy nie nauczyłam się malować, nie nauczyłam się układać włosów, ba, wciąż nie umiem zapinać stanika, gdy zapięcie jest na plecach.

Jest jednak jedna rzecz, która była dla mnie problemem odkąd się pojawiła. Moje stałe zęby.
Przede wszystkim, nie miałam nawet możliwości wygrać tej genetycznej ruletki, bo słabe zęby idą w mojej rodzinie przez pokolenia, z obu stron. Moja babcia straciła wszystkie zęby przed 50tką. Moja mama też już nie ma większości swoich zębów, chociaż od 16 roku życia nie jadła słodyczy, dbała o nie jak mogła i regularnie chodziła do dentysty. Może to kwestia słabego szkliwa, może generalnej podatności na próchnicę, albo jakichś wad w budowie zębów - nie wiem. Pewne jednak jest, że jeżeli dzieci odziedziczą zęby po mnie, czeka je ciężki los.

Moje mleczne zęby właściwie wyrzynały się z ubytkami, stomatologia nie była wtedy na obecnym poziomie, także mając 6-8 lat byłam już na etapie panicznego lęku przed dentystą. Zapach gabinetu, dźwięk wiertła, automatycznie wywoływały we mnie pocenie się, ból brzucha i mini ataki paniki.
Gdy wyszły mi stałe zęby, okazało się, że... nie mam trójek. W ogóle. Jedynki, dwójki, czwórki, wszystko zgrabnie obok siebie, ale po trójkach ani śladu. Gdy w końcu się pokazały, były na wysokości nosa - kliknijcie tutaj, jeżeli chcecie zobaczyć, o czym mniej więcej mówię. Moje były jeszcze wyżej.
Decyzja mojej mamy była natychmiastowa - zakładamy aparat.
Jako osoba, która naprawdę bała się dentystów, byłam bardziej niż sceptycznie nastawiona do wizji stawiania się u ortodonty co miesiąc. Miałam jednak wtedy tylko kilkanaście lat więc to, co działo się w moich ustach i z moim ciałem, nie było w mojej gestii.

Pierwsza wizyta u ortodonty skończyła się tym, że w milczeniu leżałam na fotelu i płakałam, gdy on mówił o 5 latach noszenia aparatu. Po wyjściu, w ramach wsparcia i zrozumienia dla mojego położenia, dostałam wykład od mamy o tym, że takim zachowaniem przynoszę jej wstyd. Wykład ten wyewoluował w 10 lat słuchania wyolbrzymionych historii o tym, jak rzekomo wpadłam tam w histerię i zrobiłam scenę.
Tak czy inaczej, obecny tam ortodonta, widząc moją niemą rozpacz, powiedział mamie, że aparat ortodontyczny to duże zobowiązanie i nie powinna mi go zakładać, dopóki nie jestem gotowa.
W odpowiedzi na to zabrała mnie do innego ortodonty, którego już nie obchodziło, jak się na ten temat czuję.

Na obronę mojej mamy powiem, że ona miała swoją własną traumę związaną z zębami - gdy była dzieckiem, mój dziadek zabronił zakładać jej aparat, ponieważ wymagało to usunięcia kilku zębów. Dziadek uparcie głosił "nikt mojemu dziecku zdrowych zębów wyrywać nie będzie!", a gdy ma się za małą szczękę, nie ma innej rady. Tak moja mama przeżyła życie ze swoimi krzywymi, ciemnymi od genetyki i papierosów zębami, mając na ich punkcie nie mniejsza obsesję niż moja obecna i (o ironio!) chciała mi oszczędzić tego samego losu.

Mając 14 lat założyłam więc aparat. Nienawidziłam go od pierwszej sekundy i wstydziłam się go jak niczego innego. To było w czasach kiedy aparaty nie były jeszcze modne i przezroczyste, gumki nie były kolorowe, przynajmniej nie na Podkarpaciu i zasadniczo aparat nie był postrzegany jako coś neutralnego.
Mój ortodonta był okropną osobą. Nie używał rękawiczek, szarpał mi zęby do łez i praktycznie zawsze znajdował jakiś powód, by na mnie nakrzyczeć.
Dzięki temu, w domu, do wszystkich problemów, jakie już mieliśmy - doszedł aparat. Niekończące się kłótnie, pretensje, wyrzuty, awantury o wizyty, z których się urywałam. W mojej nastoletniej głowie nie istniał jeszcze koncept przyszłości i "przemęczenia się dla własnego dobra", dlatego unikałam tych wizyt jak ognia.
Gdzieś po 3 latach noszenia aparatu moja mama pękła, powiedziała, że "ma to w dupie" i moje zęby to moja sprawa. W ten sposób przestałam chodzić do ortodonty na 2 lata.
Myślę, że nie trzeba być stomatologiem, by wyobrazić sobie, jakie szkody przynoszą zębom 24 miesiące w aparacie bez nadzoru.

Liceum się skończyło, wróciłam do Warszawy i po długich poszukiwaniach, pierwszy raz w życiu, poszłam do dentysty z własnej woli. Każda wizyta była wewnętrzną walką. Odwoływałam je w ostatniej minucie tak często, że zaczęli ode mnie brać zaliczki - i chociaż byłam wtedy studentką i za wszystko płaciłam sama, często wolałam nie jeść przez 4 dni i uniknąć tej wizyty, niż na nią pójść.
Bałam się bólu, dźwięków, zapachu. Wstydziłam się, że jako dorosła osoba, tak źle sobie z tym psychicznie radzę. Wstydziłam się, że jako młoda osoba, tak zaniedbałam swoje zęby.
Nawet wtedy wiedziałam, że to absurdalne, bo przecież od tego są stomatolodzy - żeby leczyć zęby. Jednak strach i wstyd brały górę raz po razie.
Finalnie strat nie było aż tak dużo jak się spodziewałam, dało mi to więc odrobinę odwagi, by wreszcie pójść do ortodonty.
Gdy ortodontka zapytała o mojego poprzedniego lekarza, bez mrugnięcia okiem powiedziałam, że "jego gabinet się spalił", by przypadkiem nie musieć czegoś stamtąd obierać.
Rok później ściągnęłam aparat. Łącznie nosząc go przez 7 lat.

Wizytę u ortodonty odkładałam nawet nie ze względu na strach przed bólem, a strach przed tym, jak będą wyglądały moje zęby pod nim. Kolor mojej kości już z samej natury jest dość ciemny, zawsze taki był, nawet kiedy zęby dopiero co wyszły z dziąseł, nie były białe. Pytałam o to często i stomatolodzy wzruszali ramionami, mówiąc mi, że to naturalne i, że kolor zdrowych zębów u zdrowych ludzi waha się od białego poprzez szaroniebieski do żółtawo-kremowego. Nijak się to jednak ma do tego, co widziałam w gazetach i telewizji, także wszystkie te uspokajające komentarze konsekwentnie ignorowałam.


W końcu jeden z ortodontów powiedział mi, że praktycznie żadna gwiazda, szczególnie z Hollywood, nie ma naturalnych zębów - wszyscy mają licówki albo korony.

Moja wyobraźnia rozpaliła się na wizję wymienienia wszystkich zębów na piękne, białe i błyszczące. Jednak, żeby realnie osiągnąć taki efekt, trzeba zrobić korony na dosłownie każdym zębie. Druzgocący minus tego wyboru, to absolutne i totalne zniszczenie własnych zębów, które trzeba spiłować aż do malutkiego słupka, na który nakłada się koronę. Nawet w tym momencie mam ciarki na myśl o opiłowywaniu każdego jednego zęba.
Licówki wydały się jednak całkiem zachęcającą opcją. Wszystkie dolne zęby mam zdrowie, na górnych problemem jest głównie popękane szkliwo, odwapniania, nierówny kolor i plomby - a więc natura czysto estetyczna.
Problem był tylko jeden - pieniądze.
Licówki porcelanowe nie są tanią zabawą i wahają się od 1400-2500/sztuka. Przed nimi trzeba jeszcze zęby oczyścić, wybielić - nic przyjemnego, dużo czasu i bardzo dużo pieniędzy.
Nadszedł jednak moment, w którym uświadomiłam sobie, że od 10 lat nie uśmiecham się do zdjęć, że robię dziwne sztuczki ustami, by ukryć zęby, gdy mówię, że nie umiem zachowywać się naturalnie, gdy czuję, że ktoś na mnie patrzy z bliska, że nie noszę białych ubrań i tak dalej. I, że to zdecydowanie nie jest klimat, w jakim chcę spędzić swój ślub.

Po miesiącach szukania, odwlekania i przekładania, poszłam na pierwszą wizytę. Usiadłam na fotelu, powiedziałam, że chcę licówki, bo biorę ślub i chociaż raz w życiu chciałabym się zrelaksować, że nikt nie ocenia moich zębów. Powiedział, że to bardzo miło, ale z pewnością przesadzam i poprosił żebym się uśmiechnęła - gdy się uśmiechnęłam przestał twierdzić, że przesadzam.

Byłyście bardzo ciekawe jak to wszystko przebiega więc w skrócie:

1. Pierwsza wizyta
Na niej ustalacie co mniej więcej chciałabyś osiągnąć, na ilu zębach, jakie są koszty itd.

2. Pobranie wycisków
Stomatolog pobiera wyciski, by zrobić wizualizację tego, jak mniej-więcej będą wyglądać zęby w licówkach.

3. Oczyszczanie zębów
Skaling i piaskowanie, które ma na celu oczyszczenie zębów z kamienia, osadów i wszystkich fujka rzeczy, jakie się na nich odkładają. Jeżeli macie ładne, białe zęby, które czas i papierosy trochę przygasiły - taki zabieg może zdziałać dla Was cuda. Poza tym warto go robić regularnie, przynajmniej raz na rok, bo kamień źle działa na zęby.

4. Wybielanie
Jak się okazało, popularne "wybielanie" nie ma nic z wybielaniem wspólnego. Celem tego zabiegu nie jest uzyskanie bieli, a jaśniejszego odcienia. Dlatego jeżeli Twoje zęby są naturalnie żółte/kremowe - po wybielaniu, w najlepszym wypadku, stają się jasno-żółte lub jasno-kremowe.
I boli. Mnie samo wybielanie nie bolało w ogóle, natomiast higienistka, która przy nim asystowała, powiedziała, że wytrzymała tylko 2 z 3 tur. Puściła mi też Kendrika, także jeżeli to czyta - pozdrawiam!
Najbardziej zęby bolą po zabiegu, bólem, który można porównać do zjedzenia czegoś zimnego albo gorącego, przy nadwrażliwości. Razy dziesięć.
Poza tym przez 24h nie można jeść nic nie-białego, a przez kolejne 14 dni jest zalecana dieta w kolorze beżowym. Dla kogoś, jak ja, ze skazą białkową, oznacza to głodówkę.

5. Piłowanie zębów + kolejne wyciski
Stomatolog finalnie obrabia ząb pod licówkę, w pełnym znieczuleniu. Następnie pobiera kolejne wyciski dla pracowni i zakłada osłonki na zęby, które mają je chronić aż do założenia licówek.

6. Założenie licówek
Zakłada licówki. Po 6 wizytach - koniec!

Wciąż czuję się zbyt niepewna siebie, by przedstawić tu jakieś przed-po zdjęcia, jeżeli jesteście ciekawe efektu i macie podobne problemy - napiszcie do mnie wiadomość, chętnie odpowiem na więcej pytań i pokażę czego można się spodziewać.
Efekt jest jednak zależny w dużym stopniu od naturalnego koloru zębów, rozjaśnianych czy nie (to pod ten kolor będą dobierane licówki), konkretnego stomatologa i pewnie kilku innych czynników, na które nie ma się żadnego wpływu, więc nie czujcie się ani specjalnie zachęcone, ani zniechęcone i najlepszym wyjściem jest wizyta u stomatologa.

Przyznam się szczerze, że żałuję, że w ogóle wspominałam o tym, że je robię, bo teraz wszyscy do mnie piszą i chcą je zobaczyć. A one wyglądają jak normalne zęby o przeciętnym kolorze! Nie są super równe, super białe ani super wyjątkowe. Chociaż taki był cel od samego początku, reakcje są skonfundowane i nikt nie wie co powiedzieć. Szczególnie, że nikt tak naprawdę nie widział moich zębów wcześniej, więc ciężko im o sensowne porównanie.
Nie będę ukrywać, że zepsuło mi to dużo radości z tej małej metamorfozy.

Dodatkowo, wcale nie czuję się dużo lepiej. Moim największym strachem było "a co jeżeli mi się nie spodobają" i zgadnijcie co? Wciąż nie lubię swoich zębów. Z tą jednak różnicą, że teraz po prostu mam takie "ech" a nie "chcę umrzeć". Czuję, że tak naprawdę nigdy ich nie polubię i gdy zacznę pukać w drzwi 50siątki, a moje zęby zgodnie z genetyczną koleją rzeczy, zaczną się sypać, powitam wizję wymiany ich na zupełnie nowy model, z otwartymi ramionami i bez śladu żalu.

Czy jestem zadowolona, że to zrobiłam?
Tak.
Czy zrobiłabym to jeszcze raz?
Tak.

Może gdybym nie miała tych osłonek po 5 kroku, byłabym teraz w innym nastroju i ten efekt "wow" by mi się udzielił, jednak cały okres w osłonkach jakoś rozwodnił efekt. Tak czy inaczej, obiektywnie wiem, że są teraz o wiele lepsze i liczę, że moja nienawiść do nich zacznie się powoli wyczerpywać, gdy nie będę musiała codziennie o nich myśleć.


A teraz przejdźmy do całej głębi, jaką byłam w stanie z tego doświadczenia wyciągnąć!

W 100% zrozumiałam aforyzm Poniedzielskiego: "kobiety nie zmienisz, możesz zmienić kobietę, ale to nic nie zmieni" w odniesieniu do samoakceptacji. Możesz coś w sobie zmienić, ale to tylko fizyczna zmiana, która tak naprawdę nie zmieni Twojego postrzegania siebie... więc podsumowując, nic się nie zmienia.

Fundamentalnym problemem jest to, że nie myślałam o sobie w wersji "po" jako "najlepszej wersji moich zębów", tylko jak o Miley Cyrus albo Krzysiu Ibiuszu.
Trochę jak dziewczyna, która ma grube, krzywe nogi. Chodzi więc na siłownię, korzysta z zabiegów wyszczuplających, robi co może, by finalnie się przekonać, że ma chude, krzywe nogi. Biologii nie da się oszukać, o ile nie jest się gotowym na naprawdę inwazyjne rozwiązania.

Kojarzycie z pewnością bohaterki Warsaw Shore albo kobiety w stylu Anelli, po których widać, że kompletnie straciły kontakt z rzeczywistością w sprawie swojego wyglądu.
Pierwszy raz w życiu empatycznie zrozumiałam, dlaczego tak się dzieje.
Wykonując swój 1-2-20 zabieg, te dziewczyny nie myślą o "najlepszej wersji siebie", myślą o jakiejś Angelinie Jolie, do której nigdy w życiu się nie upodobnią, nawet nieskończoną ilością zabiegów. A jednak po każdym z nich wydaje się im, że "jeszcze jeden", "tylko ta jedna rzecz" i będą do tego wzoru krok bliżej.
I nagle przestaje chodzić o tą jedną, konkretną nieidealną rzecz, którą można naprawić i czuć się lepiej. A zaczyna chodzić o to, że nic nigdy nie jest dostatecznie dobre.

Miałam to szczęście i możliwość pozbyć się mojego największego kompleksu i wcale nie jestem niesamowicie tym zachwycona, bo okazało się, że "najlepsza wersja mnie", jest o wiele gorsza niż przeciętna wersja kogokolwiek, kogo widzę w telewizji.

I myślę, że to cenna lekcja, której powinna nauczyć się każda z nas - jesteśmy realnie, fizycznie, namacalnie ograniczone przez naszą biologię i genetykę.
Nawet najlepsza dieta nie sprawi, że Twoje żebra się zwężą. Najintensywniejszy bieg, nie sprawi, że nogi się wydłużą. Najdroższe kremy, nie sprawią, że dłonie się wysmuklą.
Co czyni porównywanie się do innych ludzi jeszcze bardziej absurdalnym.
Jeżeli już skupiać się na pięknie i dbać o wygląd, to swój własny wygląd. Swoją własną najlepszą wersję siebie.

Jesteśmy otoczone przez niemożliwie piękne kobiety - patrzą na nas ze zdjęć na przystankach i wielkich billboardach, uśmiechają się ze spotów i filmów, machają z ekranów komputerów, gdy włączamy YouTube. Firmy PRowe i wszelkiej maści producenci stają na głowie, by zbudować w nas poczucie, że chcemy i powinnyśmy być jak one. Ponieważ tylko w ten sposób są w stanie użyć ich, by sprzedawać nam kosmetyki, ubrania i wszystko inne co da się spakować w pudełko i nabić na paragon.
Kult piękna i jego wszystkich uzurpatorskich ideałów ma tylko jeden cel - sprawić żebyśmy czuły się źle ze sobą i chciały wydawać pieniądze, by poczuć się lepiej. A potem nie czuć się lepiej, bo jesteśmy sobą, a nie Angeliną Jolie i takie usta nigdy nie będą wyglądały na nas dobrze. Trzeba więc wydać więcej pieniędzy na kolejną rzecz, by poczuć się lepiej... po poczuciu się gorzej.
I tak w kółko.

Dziewczyny, wydałam kilkanaście tysięcy, by powiedzieć to z czystym sercem: jedyna droga do piękna, to zaakceptowanie siebie.
Nie chodzi mi tu o truizmy, że nie wolno nic w sobie zmieniać, bo "naturalne piękno", ale żadna zmiana, którą w sobie przeprowadzicie, nie będzie satysfakcjonująca, dopóki nie zrozumiecie, że nigdy, przenigdy, nie będziecie wyglądać jak dziewczyny z Instagrama.

I powiem Wam więcej - to cudowna wolność. Ponieważ one wszystkie muszą być plus/minus takie same.
A my? My możemy być kimkolwiek tylko zechcemy.

fot. e-klerki
#nomakeup #nohairdo #noshame

Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.