Ranki na duszy

12:45
Po tekstach Dobre dzieci złych rodziców oraz Dobrzy rodzice złych dzieci najczęściej zadawałyście dwa pytania:

1. Jak dogadać się z rodzicami na własnych warunkach?
2. Jak dojść z samą sobą do porządku?


Myślę, że na drugie pytanie powinnam odpowiedzieć jako pierwsze, ponieważ ciężko zajmować się czymkolwiek, gdy nie zajęło się dobrze sobą.

Jeżeli odpowiedź na to pytanie w ogóle Cię interesuje, to gratuluję, jesteś już w połowie drogi. Uświadomienie sobie, że ma się problem i pogodzenie się z tym faktem - to najtrudniejszy etap. Z oczywistych względów, jeżeli nie widzisz i/lub zaprzeczasz, że coś Cię dotyczy, to nie masz żadnych szans, by sobie z tym poradzić.

Wyobraź sobie, że Twoja psychika nie jest abstraktem wewnątrz Twojej głowy, tylko czymś namacalnym, jak powierzchnia skóry. A na niej tysiące małych, fizycznych ranek.
Każda ranka reprezentuje coś innego: wspomnienia jak mama nie docenia Twojego rysunku albo jak nauczycielka wyśmiewa Cię przy całej klasie. Ciężar odpowiedzialności za swoje młodsze rodzeństw, za rodziców, za partnera, dziecko, firmę. Strach przed porażką, przed rozczarowaniem ludzi, na których zdaniu Ci zależy. Przekonanie, że nie jesteś się dość dobra, dość atrakcyjna, dość mądra. Rezygnację, że nie umiesz się przed nikim otworzyć i wszystkich odpychasz. Ciągłe napięcie. Niezdolność do odczuwania satysfakcji z własnych sukcesów.
Niektóre ranki są zupełnie świeże i wciąż pieką, na innych zrobiły się już strupki i tylko od czasu do czasu swędzą, a inne wyglądają na zabliźnione.
Łączy je jedna rzecz - każda z nich wywołuje ból pod naciskiem.
Dlatego naklejamy na nie plasterki, ubieramy bieliznę, spodnie, skarpetki, buty i bluzki, żeby odgrodzić je od świata. Ukrywamy je przed ciekawskimi spojrzeniami, przed oceniającymi uwagami, przed tymi, którzy chcieliby je przeciw nam wykorzystać. Staramy się chronić je od ciągłego ocierania, rozdrapywania i bólu. Udajemy, że wszystko jest w porządku.
A gdy przychodzi moment, kiedy trzeba się przed kimś rozebrać albo zrobić coś, co wymaga dużo wysiłku, uciekamy, wymigujemy się, tłumaczymy sami sobie, elokwentnymi monologami, dlaczego odwrót lub stagnacja to najlepsze wyjście.
Jednak pod każdym z tych argumentów, jest tylko jeden fundament - strach.
Strach przed zajęciem się z naszymi rankami, strach przed tym, że ktoś je zobaczy, strach przed bólem, jaki mogą wywołać. Dopóki udajesz, że ranki nie istnieją, nawet jeżeli kosztuje Cię to ogrom wysiłku, możesz żyć jakby nie istniały.
Co, jednak gdy przyznasz przed sobą, że je masz?
Przecież nie jesteś w stanie wyleczyć ich sama. Musiałabyś poprosić o pomoc. Ale kogo? I co powiedzieć? Co jeżeli wszystko, co zrobią, to wyrażą pogardę, jak można było dorobić się tylu ranek? Albo wyrażą pogardę, bo inni ludzie mają o wiele większe ranki i nie powinnaś narzekać?


Przeżywam tutaj poważny dylemat, ponieważ, jak wiecie, nie jestem mgr psycholożką, zresztą, nawet gdybym była - nie jestem terapeutką.
Nie chcę więc otwierać przed Wami drzwi, przez które nie mogę pomóc Wam przejść, a które raz otworzone, nie zamykają się łatwo.

Zacznę więc od opowiedzenia, jak ja zaczęłam się układać.

Jak wiecie lub nie, moja mama jest psychoterapeutką. W związku z tym, od wczesnych lat życia miałam świadomość, że istnieje coś takiego jak higiena psychiczna, zdrowie psychiczne, czym różni się psychiatra, od psychologa, od terapeuty. Całe podstawy miałam opanowane dość dobrze, dość wcześnie.
Dlatego mając 14 lat, byłam już absolutnie pewna, że muszę iść na terapię. Jednak wszystko, co miasteczko miało mi do zaoferowania to niekompetentne pedagożki i żenujące poradnie psychologiczne.
Co więcej, moi rodzice płynnie przeszli z "jeżeli widzisz, że u kogoś w domu, dzieje się coś złego, pamiętaj, że zawsze powinnaś powiedzieć o tym nam i swojej pani pedagog" do "nie rozmawiaj z obcymi, o tym, co dzieje się w domu!". Także, jeżeli kiedykolwiek byście się zastanawiały czy terapeuci są świetnymi rodzicami z samego faktu wykształcenia - nie. Z pewnością to pomaga, ale nic nie gwarantuje.
Spędziłam więc kolejne 5 lat, pogrążając się coraz głębiej i głębiej we wszystkich wyparciach, racjonalizacjach i traumach, aż przeprowadziłam się z powrotem do Warszawy.

Pierwsza terapia, na jakiej byłam w życiu, była terapią w zamkniętym ośrodku, grupową, z jednym terapeutą. Wszyscy byliśmy tam z jednym celu: by poradzić sobie z tym, co zrobili, kim są i jak nas traktują nasi rodzice.
Ponieważ jestem sobą i takie rzeczy dzieją się zawsze mi - byłam najmłodsza w swojej grupie. Dzięki czemu wszyscy starsi ode mnie uczestnicy patrzyli na mnie, jakbym była głosem ich dzieci. I nie podobało im się to, co mam do powiedzenia.
Grupa składała się z kilkunastu osób w wieku 19-65 lat. Rozstrzał wiekowy nie był nawet w połowie tak szokujący, jak rozstrzał problemów.
Ja plasowałam się gdzieś w połowie, między byciem molestowaną przez konkubentów matki, a pretensjami, że rodzice mówili "jedz, bo nie będę Cię kochać".
Dzień składał się ze śniadania, porannej grupy, obiadu, chwili przerwy, popołudniowej grupy, kolacji, wieczornego podsumowania i snu.
I tak dzień w dzień, przez dwa tygodnie. Będąc 19-latką, byłam naprawdę skrajnie zmęczona życiem, ale to, co przeżyłam na tej terapii, nie da się tego porównać z niczym innym.

Sam proces terapeutyczny zależy od terapeuty. Jest mnóstwo sposobów na prowadzenie grupy, najczęściej różnice wynikają z nurtów, w jakich pracują dani terapeuci - nie będę się jednak nad tym rozwodzić, chcę tylko zaznaczyć, że nie zawsze wygląda to dokładnie w ten sam sposób.
W naszym przypadku, wyglądało to tak, że wszyscy mieliśmy narysować "drzewo genealogiczne", na którym umieściliśmy najważniejsze osoby w naszym życiu, następnie stawaliśmy na środku stali i opowiadaliśmy nasze najmroczniejsze sekrety przed kilkunastoma zupełnie obcymi osobami.
Brzmi jak szaleństwo, prawda?
W każdym szaleństwie jest jednak metoda.
Przede wszystkim, jest coś wyzwalającego w możliwości mówienia otwarcie o tym, co czujesz, przeżyłaś i myślisz, po wielu latach ukrywania swojego życia przed kimkolwiek. Po drugie, właściwie jedyną zasadą, jaka tam panuje, jest zakaz oceniania - możesz więc powiedzieć szczerze, wszystko, co czujesz, bez lęku, że ludzie zmieszają Cię z błotem. I po trzecie, najważniejsze, dostajesz informacje zwrotne. Nie mogliśmy mówić, co myślimy o cudzej historii, ale byliśmy proszeni, by powiedzieć, co na jej temat czujemy. Na przykład, nie wolno było powiedzieć "jak mogłeś zostawić swoje dzieci na długie godziny, by uprawiać hazard, jesteś złym człowiekiem", można było jednak powiedzieć "czuję złość, bo wiem jak to jest być opuszczonym dzieckiem", "czuję się bezsilny, bo wiem jak to jest robić coś i nienawidzić siebie za to".

Było coś groteskowego, przytłaczającego i nieskończenie ludzkiego, gdy przedpołudniem słuchałam od jednej osoby, o tym, jak rodzice kazali jej jeść tak długo, aż zaczynała wymiotować, a wtedy kazali jeść wymiociny. By po popołudniu słuchać od kogoś innego, o tym, jak rodzice byli nadopiekuńczy, załatwili miejsce na studiach, prowadzili całe życie za rączkę, a teraz jest uzależniony od 3 różnych rzeczy, bo nie umie podejmować własnych decyzji.

Nigdy w życiu nie przeżyłam większej lekcji pokory, empatii i zrozumienia niż wtedy. Nie wystarczyłoby miejsca w tym tekście, by wypisać wszystkie rzeczy, jakich się wtedy nauczyłam. Przede wszystkim, całe to doświadczenie dało mi niesamowitą okazję, by naprawdę zobaczyć, jak różni są od siebie ludzie. Jak różne są ich reakcje, motywacje, emocje - jak unikalni jesteśmy. I jak nie mam absolutnie żadnego prawa, kiedykolwiek, oceniać jak inni radzą sobie w życiu. Nigdy tak naprawdę nie wiemy, co przeżyła druga osoba, co leży u podstaw jej zachowań, co musiała przeżyć, by znaleźć się w tym miejscu.



Po skończeniu tej terapii, nie odzywałam się do rodziców przez kilka miesięcy. Potem poszłam na terapię indywidualną, która zmieniła dla mnie wszystko.
Przez dwa lata chodziłam regularnie, co tydzień, potem (czyli ostatnie 3 lata), tylko gdy czuję potrzebę, bo jestem w słabszej formie, coś złego się dzieje lub po prostu czuję, że nie radzę sobie tak dobrze, jakbym mogła.
Osobiście nie mogę przecenić wartości terapii. Uratowała mi życie.
Gdy pierwszy raz trafiłam do mojej terapeutki miałam 20 lat, włączone non stop wszystkie możliwe mechanizmy obronne, skłonności do psychicznej agresji (w tym autoagresji), problemy moich rodziców stanowiły jakieś 70% mojego życia, mimo, że rok wcześniej wyprowadziłam się na studia. Potrafiłam aktywnie i świadomie sabotować swoje własne życie, tylko i wyłącznie po to, żeby więcej się działo - więcej adrenaliny, więc akcji, więcej stymulacji. Dosłownie nie byłam w stanie funkcjonować jak zdrowa osoba. Przykład: jako nastolatka miałam fejkowe konto na fejsie, które było niby "kolegą", którego używałam tylko i wyłącznie po to... by nakręcać dramaty w swoich własnych związkach. Nie dlatego, bo chciałam się znęcać nad moimi chłopakami, ale dlatego, bo nie mogłam wytrzymać, gdy nic się nie działo i żyliśmy po prostu normalnym życiem. Byłam w tym tak dobra, że minął ogrom czasu, zanim ktoś mnie przyłapał na tym, że tak naprawdę, to nie bucowaty-macho-przypadkowy-facet-Eryk, tylko ja, ogromne-problemy-ze-sobą-Klara.

Wiem, że to ciężkie do pojęcia dla kogoś, kto nie dorastał w spirali traum, ale gdy żyjesz w warunkach, gdzie cały czas musisz być gotowy, na właściwie wszystko, od śmierci po więzienie. I Twoja adrenalina cały czas jest na najwyższym poziomie, Twoje ciało jest nastawione nie na życie, ale na przetrwanie. Na wypełnianie zadań specjalnych, na ogromne poświęcenia i ogromne ciosy.
Nie na zwykłe życie. Dla Ciebie "zwykła" jak walka, nie relaks.
Gdy więc nagle oczekuje się od Ciebie, żebyś się uspokoiła i rozluźniła - wpadasz w panikę. Ponieważ nie umiesz żyć spokojnie, nie umiesz żyć "normalnie", wszystko do czego Twój umysł i ciało przygotowywało się od lat, to walka!

Terapia nauczyła mnie przestać walczyć o przetrwanie, a zacząć żyć.
I nie będę Was oszukiwała - wciąż nie jest idealnie. Wciąż wychodzą ze mnie coraz to nowe rzeczy, z którymi muszę sobie radzić, a są pokłosiem starych czasów.
Dosłownie tydzień temu, w trakcie terapii, uświadomiłam sobie, że nie umiem się cieszyć przyszłością, nawet rzeczami, które są pewne, ale są osadzone w przyszłości.
Przez długie lata dorastania nauczyłam się, że nie warto jest mieć nadziei. Nie warto myśleć ani cieszyć się na rzeczy z przyszłości, bo najpewniej się nie wydarzą. Dlatego to forma dbania o siebie - nienarażanie się na dodatkowe rozczarowania.
Także, jakbyście były ciekawe, co właśnie przerabiam na terapii, to właśnie to.

Chciałabym polecieć Wam terapię z czystym sercem, ale mam olbrzymi zgrzyt.
Mam bowiem świadomość, że na tym pięknym świecie, jest ogrom niekompetentnych terapeutów. Naprawdę głupich, narcystycznych i pozbawionych empatii ludzi, którzy prześlizgnęli się jakoś przez studia, zrobili byle jaką specjalizację i teraz biorą 180zł/h.
Myślę, że mając wybór między złym terapeutą, a brakiem terapii, lepszy już jest brak terapii.

Nie idźcie do byle kogo. Terapeuta to osoba, której musicie ufać, której nie możecie okłamywać, co do której musicie mieć pewność i poczucie, że chce Waszego dobra, nawet jeżeli to, co jest dobre dla Was, jest sprzecznego z jej poglądami.
Wybór terapeuty jest skrajnie indywidualną kwestią, ciężko mi napisać cokolwiek uniwersalnego na ten temat, gdybyście jednak rozważały terapeutę, piszcie do mnie śmiało chętnie podzielę się wskazówkami czym się kierować.

Tak czy inaczej, terapia jest tylko godziną w tygodniu, całą resztę pracy, trzeba wykonać samemu.
Zaczęłam ten tekst od mechanizmów obronnych, nie bez powodu.

Żeby wziąć się w garść, pójść na terapię, móc ułożyć po swojemu relacje z rodzicami, chłopakiem czy naprawić cokolwiek innego - trzeba uświadomić sobie, że coś jest zepsute.
Racjonalizacja, wyparcie, zaprzeczenie, wszystkie stoją na straży Twojego poczucia, że "wszystko jest w porządku", "nic, co się wydarzyło, nie było aż tak złe", "inni mają gorzej", "nikt nie ma idealnej rodziny/związku/pracy", "wszyscy popełniamy błędy" i tak dalej.
Dopuszczenie do siebie myśli, że nie jesteśmy "normalni", że spotkały nas ciężkie (według jedynej oceny jaka się liczy - naszej własnej) rzeczy, że mamy ciężkie charaktery, że chcielibyśmy być lepszą wersją siebie, żyć inaczej, mieć inne relacje - to wymaga, przeolbrzymiej odwagi i siły woli.
Zostaliśmy wychowani w takiej a nie innej kulturze, pewne wzorce są nam wpajane dosłownie od kołyski. Zburzyć wszystkie bezpieczne fundamenty, po to, by wydobyć spod nich siebie - nie ma wielu ludzi, którzy się na to decydują.


Terapia daje dostęp do kogoś, kto wie jak korzystać ze skalpela, który może oczyścić i wyleczyć wszystkie Twoje ranki. Jednak ostatecznie chirurgiem jesteś Ty, nie terapeuta. To Ty będziesz musiała wziąć skalpel do ręki, włożyć go w każdą ranę po kolei i oczyścić ją. Terapeuta będzie, co najwyżej, delikatnie dotykał Twojej dłoni, by przypomnieć Ci, że musisz iść dalej. A potem pomoże Ci wszystko zabandażować.
Dlatego ramię w ramię z terapią idzie powiedzenie, że "klient musi naprawdę chcieć". Terapeuta nic za Ciebie nie zrobi, może tylko dać Ci narzędzia, bezpieczną przestrzeń i wsparcie. Jeżeli Ty nie będziesz chciała i nie będziesz robiła nacięć, nic na sali się nie wydarzy.
Dobry terapeuta zadba o to, żebyś się nie skrzywdziła, pokieruje Cię tak, byś odczuwała jak najmniej bólu i żeby ten nieunikniony, trwał jak najkrócej.

Nie musisz wiedzieć konkretnie, z czym masz problem, by iść na terapię.
Nie musisz być ani w lepszym ani w gorszym stanie, by iść na terapię.
Wszystko, czego potrzebujesz to wola walki o samą siebie.

A w to, że trzeba o siebie walczyć, wierzę jak w nic innego!
Jak nie o siebie - to o kogo?
Jak nie teraz - to kiedy?

A odpowiedź na pierwsze pytanie, pozostawiam na deser!

fot. e-klerki

Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.