Czy jesteś leniwą kluską?

10:55
Wiecie jaki jest najzabawniejszy moment przeobrażania się w tak zwanego "dorosłego"?
Ten, gdy godzisz się psychicznie, mentalnie oraz duchowo z faktem, że czas przemija. Myślisz sobie "wszystko jest w porządku, wiek jest tylko liczbą, liczy się to, co robię i myślę, nie to ile pór roku minęło od czasu mojego urodzenia".
Osiągasz stan między poddaniem się a akceptacją, gdy nagle bum! Skóra na biodrach robi się wiotka. Bum! Rozstępy na pośladkach. Bum! Pierwsze zmarszczki pod oczami. Bum! Bóle w karku. Bum! Cellulit na brzuchu. Bum! Zadyszka przy wejściu na 4 piętro. Bum! Niestrawność po zjedzeniu dwóch 2 For You z Maca.

I dociera do Ciebie, że wiek jako liczba, którą musisz się posługiwać to bagatela w porównaniu z wiekiem, jako procesem starzenia się organizmu.

Nasze ciała się starzeją. Nie od czterdziestego czy pięćdziesiątego roku życia tylko odkąd przestają rosnąć, czyli teraz, albo nawet już kilka lat temu.
Po pierwszym szoku, jaki przeżyłam, gdy to sobie uświadomiłam, mój mózg gwałtownie zamkną tę myśl w szufladce "rzeczy do przejmowania się po 30stce", ponieważ, jak wiadomo, proces starzenia musi chwilę potrwać, zanim przestanie być problemem, który łatwo ignorować.
Otóż błąd!
Nasze ciała sypią się od razu! Kończysz proces dorastania i bum! Następnego dnia Twój organizm przechodzi w tryb "czas umierać".

Gdy oglądałam Animatrix i pierwszy raz usłyszałam słynne "your flesh is a relic; a mere vessel" - co zainspirowało mnie do postrzegania swojego ludzkiego ciała, jako mięsa, którego potrzebuję, by nosiło moją świadomość wszędzie gdzie trzeba - spadła na mnie bardzo nieprzyjemna metafora, że ciało to takie auto, które dostajesz na całe życie, tylko jedno, od urodzenia do śmierci i wyłącznie od Ciebie zależy jak będzie działało, jak będzie wyglądało i ile lat będzie Ci służyć.

Taka separacja okazała się bardzo problematyczna, bo gdy uważa się siebie za całość - Twoje ręce, nogi, myśli, krew, wspomnienia, wszystko jest dla Ciebie w tym samym stopniu Tobą, wtedy można ignorować swoje zdrowie, tak jak ignoruje się wszystko inne. W stylu: nie jem zdrowych rzeczy, ale też nie czytam rozwijających rzeczy, więc generalnie zaniedbuję się w równym stopniu, na wszystkich płaszczyznach, bo taką osobą jestem.

Gdy jednak myśli się o swojej świadomości jako czymś wyjątkowym, o potencjale, który jest ograniczony tylko i wyłącznie przez mięso, które je nosi, perspektywa zupełnie się zmienia.

Ja, jako całość, mogę umrzeć nawet jutro, na zawał serca, albo w wypadku Uberowym i nic nie mogę na to poradzić. Po co więc odmawiać sobie tego, co dobre, zmuszać się do tego, co nieprzyjemne i dbać o siebie w sposób, na który nie ma się ochoty?

Jednak ja, jako świadomość, mam poczucie odpowiedzialności za moje mięso, bo bez niego nie mogę istnieć. Gdy będzie uszkodzone, słabe, z niedoborem witamin, połamanymi kośćmi, czy czymkolwiek takim, nie będę mogła skupiać się na tym, na czym chcę - tylko na tych fizycznych dyskomfortach.
A przecież nikt nie lubi czuć swojego ciała. Czuć, że głowa jest ciężka, ręka boli, noga drętwieje. Optymalny stan to żyć i nie zaprzątać ani sekundy myśli tym, że jesteśmy tylko workiem pełnym podrobów, który można złamać i zniszczyć w ciągu kilku sekund, na milion sposobów.

Gdy rozdzielisz świadomość od ciała, uświadamiasz sobie, że to nie Ty jesteś leniwa, tylko Twoje ciało. To ono walczy by nie robić więcej przysiadów, trzęsie się po minucie planku, sprawia, że płuca palą żywym ogniem. Mięso jest tylko głupim mięsem i nie rozumie co jest dla niego dobre. Nie pojmuje idei przemijania czasu, nie kontroluje zmian jakie w nim zachodzą, nie zdaje sobie sprawy, że leżenie na kanapie ostatecznie doprowadzi je do poważnych problemów.
Ono chce tylko leżeć, jeść pizzę i oglądać Netflixa.
Ty nie jesteś leniwa. Gdyby ktoś Ciebie zapytał "czy chciałabyś biegać w maratonach, mieć tyłek jak Chodakowska i móc założyć sobie nogi za głowę?" odpowiedź z pewnością brzmiałaby "tak!". Problem polega na tym, że takie rzeczy nie zależą od naszej świadomości - nie możemy o tym po prostu pomyśleć i nagle staje się to rzeczywistością. Zależą od bezmyślnego mięsa.

Moje mięso nienawidzi ćwiczyć.

Nienawidzi się pocić, dyszeć, nienawidzi jak bolą mięśnie i naprawdę nienawidzi mieć zakwasów.
By upewnić się, że więcej mu tego nie zrobię, nie daje mi odczuć żadnych z hucznie zapowiadanych endorfinek, nie sprawia, że czuję się jakbym była jego panią, a już na pewno nie pozwala mi czuć satysfakcji.
A ja, moje drogie, nie jestem typem człowieka, o którym mówi się "zdeterminowany", "dążący do celu", "zmotywowany", rzekłabym, że jestem przeciwnością takiego typu. Moje mięso stawia bardzo otwarty i zdecydowany opór, gdy podejmuję próby robienia pożytecznych rzeczy, które nie sprawiają mu przyjemności. I biorąc pod uwagę mój brak determinacji, brak motywacji i raczej płynięcie z nurtem wydarzeń, niż dążenie do czegokolwiek, mięso zazwyczaj wygrywa.

Jednak! Postanowiłam obalić te totalitarne rządy. Odzyskać władzę nad swoim mięsem i przypomnieć mu kto tu rządzi!
Jakby nie było, to ja jestem tą 7latką, która wbrew wszystkim możliwym instynktom samozachowawczym wspinała się na drzewa, trzepaki, lampy i balkony na drugim piętrze. To ja dumnie nosiłam siniaki, obite kolana i obtarcia do krwi. To ja potrafiłam wpaść w taki kołowrotek na nartach by podbić sobie oko nartą i jeździłam dalej!
Żadne mięso nie będzie mi mówić, że nie mam na coś sił, coś mnie boli, albo mam za mało witaminy D, więc ogłasza depresyjne nastroje!

Niestety, nawet przy tak zdecydowanej mobilizacji moich psychicznych zastępów, mam świadomość, że mięso jest poważnym przeciwnikiem i w otwartej walce zapewne przegram. Tak jak przegrywałam już setki razy, próbując chodzić na siłownię, biegać czy jeździć na rowerze. Mięso dość szybko orientuje się, że ma do czynienia z realnym wysiłkiem fizycznym i nie mija 20 minut jak włącza a to ból w kolanie, a to zadyszkę, a to zawroty głowy.
Dlatego postanowiłam podejść do tematu jak prawdziwy strateg i obmyślić plan działania, który oszuka mięso, robiąc mu jednocześnie dobrze.

Warto wspomnieć, że mięso ma swojego wielkiego sojusznika w jelitach. Które to są małym wszechświatem dla bardzo wielu rodzajów bakterii - niektóre z nich są sprzymierzeńcami naszego mięsa i współpracują z nim, by było zdrowe i pełne energii, inne wręcz przeciwnie. Jeżeli macie ochotę dowiedzieć się więcej na ten temat, to gorąco polecam ten filmik:

 
ma polskie napisy!

Tak czy inaczej, mój plan genialnego stratega opiera się na pójściu na jogę.

Dlaczego joga?
Przede wszystkim, ponieważ nie ma nic wspólnego z kardio.
Poza tym, opiera się na świadomym korzystaniu ze swojego mięsa - trzymaniu go w ryzach i naginaniu do swoich celów. Joga uczy jak się wyciszać, odzyskiwać spokój i zwijać się w precla.
Czy można oczekiwać od aktywności fizycznej czegokolwiek więcej?
Nie sądzę.
Wprawdzie byłam w życiu tylko na jednych zajęciach, ale naprawdę ich nie nienawidziłam. To więcej niż mogłabym prosić, jestem więc bardzo optymistycznie nastawiona do tego pomysłu.

Najważniejszym pytaniem jest jednak: czy joga daje jakieś realne efekty, kiedy wiadomo, że nic oprócz niej nie będzie się robić (biegać, chodzić na siłownię, trzymać super diety)?
Odpowiedź brzmi: przekonajmy się!

Nie jestem fit-blogerką, nie jestem fit, w sumie nawet nie lubię jak ktoś nazywa mnie po prostu "blogerką", więc nie bójcie się i/lub nie liczcie na mnie w tej kwestii.
Jestem leniwą kluską, dla której spędzenie 40 min na ćwiczeniu do telewizora jest absolutną abstrakcją. Kluską, która nigdy w życiu nie była na żadnej diecie. Kluską, która nie lubi się męczyć.


Rzucam więc wyzwanie.
Sobie i Wam.

Sobie:
1.
Pić litr wody dziennie
2. Chodzić przynajmniej 3 razy w tygodniu na jogę
3. Używając apki Zdrowe Zakupy (nie, nie zapłacili mi za to) kupować tylko produkty, które nie mają złej, czerwonej buźki z powodu rakotwórczych składników

Wam:
1.
Jeżeli po zaledwie miesiącu moich minimalistycznych zmagań, okaże się, że dało to jakiekolwiek efekty, to Wy, moje siostry-kluski, zrobicie to samo.
(nie musicie nawet realnie chodzić na jogę, na YT są setki filmów dla wszystkich poziomów zaawansowania)

Jak widać, startuję z poziomu zera absolutnego, więc proszę nie zawracać mi 🍑 uwagami w stylu "oo, powinno się pić dwa litry wody", "uuu, 3 treningi tygodniowo to prawie nic", "buu, trzeba mieć zbilansowaną dietę". Ja to wszystko wiem. I nic mnie to na ten moment nie obchodzi, bo to dla mnie absolutnie nierealne.
Małe kroczki, dla małych kluseczek.

Chciałam tu wrzucić zdjęcia "przed" i "po", ale jestem obecnie wyjątkowo chuda, ponieważ od 7 dni prawie nic nie jem (wybielałam zęby), więc nie chcę wywoływać niezdrowego zainteresowania.
Co najważne - nie robię tego, by schudnąć. Robię to, by mieć czyste sumienie, że przynajmniej absolutne minimum, by moje mięso mogło nieść moją świadomość, przez jak najdłuższy czas, z jak najmniejszą ilością problemów. 
Swoją drogą, bycie chudym jest okrutną pułapką, bo zmusić się do ćwiczeń, gdy wszyscy mówią Ci jak drobna jesteś - jest super trudne. To jakiś kulturowy zgrzyt, że przyjęło się, że ćwiczy się dla wyglądu, a nie zdrowia.

Niemniej jednak, żeby jednak móc ocenić ewentualny progres, oto stan na 6.03.2018

Wymiary:
Łydki: 31cm
Uda: 48cm
Pupa: 90cm
Boczki: 80cm
Talia: 63cm
Bicki: 24cm

Subiektywna ocena innych rzeczy, na które mam nadzieję pomoże joga i minimalne zmiany w odżywianiu:Suchość skóry: 8/10
Sprężystość skóry: 6/10
Bóle karku: 7/10
Bóle kolan: 4/10
Degrengolada: 8/10

Podsumowując, zupełnie poważnie, martwię się o swoje zdrowie.
Martwię się, że mam dopiero 24 lata, a już odczuwam jakiekolwiek fizyczne dolegliwości. Martwię się o to, że nie umiem się zmusić do wypicia chociaz 0,5l wody dziennie. Martwię się, że nie mam pojęcia jakie jedzenie jest zdrowe, a jakie nie. Martwię się, że nikt we mnie nigdy nie zbudował żadnych nawyków, które pomogłyby mi utrzymywać się w chociaż względnym zdrowiu.
Większość życia przeżyłam nie dbając w najmniejszym nawet stopniu o swoją dietę, postawę czy poziom aktywności fizycznej.
Zawsze byłam szczupła, moja waga nigdy, nawet w najgorszym momencie objadania się i zupełnego braku ruchu, nie przekroczyła 54kg, czułam się więc zupełnie usprawiedliwiona by nie dbać o swoje ciało. Skoro nie jestem gruba, to wszystko jest ok. Byłam nawet dumna ze swoją BMI poniżej normy. I przede wszystkim "nawet nie wiem czy dożyję 40stki, może umrę szybciej i wszystkie te poświęcenia pójdą na marne?!".
Ugh.

Czas dorosnąć, zmusić 24-letnią siebie, by pomyślała o 32-letniej czy 44-letniej mnie. Ponieważ zgodnie z naturalnymi procesami zachodzącymi w naszych ciałach, im starsi jesteśmy, tym wyjście ze złej formy, drożej kosztuje. Dosłownie i w przenośni.
Niektórych zaniedbań nie da się naprawić, wszystko co jemy, okłada się w naszych organizmach na całe lata. Sposób w jaki teraz siedzimy, może okazać się przyczyną problemów za 5-10 lat.

Nasze mięso, nasz samochód, naprawdę jest tylko jeden. Czas skończyć ze zrzucaniem odpowiedzialności za własne zdrowie na przyszłą siebie. W końcu jak głoszą wszystkie motywacyjne obrazki w korpo "przyszłość zaczyna się teraz".
To jak, jesteście ze mną?

PS Zdaję sobie sprawę, że moje wyniki nie będą idealnym odwzorowaniem tego, jak zachowują się wszystkie kobiecy organizmy, dlatego, gdyby parę z Was poczuło od tego tekstu mrowienie w paluszkach, żeby może by tak się do mnie przyłączyć, to będę więcej niż absolutnie zachwycona! Ustalimy jakąś datę początkową i za miesiąc będziemy mogły porównać nasze wyniki, wrażenia i zaprezentować innym kluskom co joga, woda i nierakotwórcze składniki mają im potencjalnie do zaoferowania!

fot. e-klerki
Krótkie włosy, co powiecie?

Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.