Dobrzy rodzice złych dzieci

10:43
Jak więc mówiłam, w 2017 miałam dużo czasu dla siebie.

Przede wszystkim, zachęcam do zapoznania się z pierwszą częścią: Dobre dzieci złych rodziców, dla lepszego kontekstu.

Mówiąc o dysfunkcjach trzeba pamiętać, że nie każda z nich jest patologią. Każda patologia jest dysfunkcją, ale nie odwrotnie. Jak z kwadratem i prostokątem.
Do patologii można zaliczyć przemoc fizyczną i psychiczną, gwałty, prostytucję, uzależnienia, przestępczość. Do dysfunkcji można zaliczyć nawet to, że rodzice nie mówią Ci "kocham Cię", tak często, jak tego potrzebujesz.

Patologie manifestują się w bardziej widowiskowy sposób. Sposób, któremu można zrobić zdjęcie, pokazać komukolwiek i każdy powie "tak, to patologia". Siniaki, porozbijane butelki, strzykawki, straszne warunki do życia, wymioty, potłuczone przedmioty, więzienie, ślady gwałtu. Tu filmik, tam probówka i wszystko da się udowodnić.
Dysfunkcje mają o wiele bardziej subtelny sposób działania. Ciężko jest tu o opis, więc po prostu opowiem Wam jedną z rzeczy, jaką moi rodzice, zrobili mi.

A moi rodzice zrobili mi wiele złych rzeczy. I za każdym razem, gdy myślę "ok, już koniec, poradziłam sobie ze wszystkim", wychodzi coś nowego.
Ostatnio, dosłownie miesiąc temu, wyszła następująca rzecz: moi rodzice zabili we mnie poczucie, że jestem w stanie osiągnąć swój własny sukces.
Ci sami rodzice, którzy od kiedy tylko sięgam pamięcią powtarzali mi, że jestem piękna, wyjątkowa i najzdolniejsza na świecie.

Jak się więc to wydarzyło?

Przez prawie 10 lat życia byłam w on&off związku z chłopakiem, którego większość dorosłych uważało za geniusza. A mnie za szczęściarę.
I oddam mu to - nawet trochę tym geniuszem był. Niemniej jednak.
Ja wtedy również przeżywałam okres swojego własnego geniuszu. Swoich własnych nagród, swoich własnych sukcesów, jednak przez wzgląd na to, że nie były to (jak w jego przypadku) przedmioty ścisłe - nie robiło to na nikim szczególnego wrażenia.

Moi rodzice urabiali się po łokcie, w urabianiu mnie, żebym za niego wyszła.
To długa historia na inny moment, ale puenta jest taka, że gdy rozmawiałam o przyszłości - z nim, z moimi rodzicami, z moimi ciotkami, zawsze, dla wszystkich, byłam jednym. Jego żoną.
On mnie zdradzał/okłamywał/zostawiał/łamał serce - moi rodzice stali za nim murem. "Jeszcze jest młody, nie wie co robi, musisz być mądrzejsza/cierpliwa/wyrozumiała". Był dwa lata starszy ode mnie, a argumenty pozostały te same, czy miał lat 17 czy 24.
Nie miałam w swojej przyszłości żadnych specjalnych ról, oprócz pilnowania żeby jego geniusz został dobrze spożytkowany. "On ma głowę, ale Ty masz charakter".
Jasne, musiałam iść na studia, musiałam mieć jakiś zawód w ręku, mogłam nawet napisać jakąś książkę, ale przede wszystkim - miałam być żoną.

Doszło to wszystko do punktu, w którym nie dość, że się poddałam jeżeli chodzi o oczekiwanie od niego traktowania mnie z szacunkiem, to kompletnie przestałam się interesować własnym rozwojem i całą energię poświęcałam na niego. Na wspieranie, odciążanie, doradzanie, pisanie prac w liceum, poprawianie pracy licencjackiej na studiach.
I dzięki rodzicom, zamiast czuć, że to toksyczna strata czasu, byłam święcie przekonana, że robię to dla siebie.

Robiłam to również w każdym innym związku. Nawet gdy nie chodziło już o geniusza, ani nawet kogoś, za kogo chciałabym wyjść, wciąż czułam, że moje zadanie to opiekowanie się cudzym potencjałem. Spędziłam więcej czasu ucząc mojego ówczesnego chłopaka do matury, niż samą siebie. Poświęciłam nieskończoną ilość czasu na mobilizowanie innego by poszedł do pracy, łącznie z utrzymywaniem go, by nie musiał brać byle jakiej. Polecam przeczytanie Somebody that I used to know dla podglądu, jak świetnie na tym wyszłam.

Gdy więc spotkałam Piotrka, który umiał realizować swój własny geniusz, sam, bez mojej pomocy - poczułam się zagubiona.
Jaka jest moja rola w tym wszystkim? Skoro nie muszę się nim opiekować, nie muszę pilnować, żeby podejmował odpowiednie decyzje? Na kim mam się skupić? O kogo mam dbać?
Padło na dzieci.
Skoro nie mogę być taką żoną jaką miałam być, to będę chociaż matką.
Kilka miesięcy temu, jechaliśmy w odwiedziny do rodziny i w toku rozmowy złapałam się na tym, że płaczę. Płaczę i mówię rzeczy typu "nie będę miała w życiu nic oprócz dzieci".
Ten moment był rysą na szkle, ale musiało minąć kolejne 10 miesięcy, żebym umiała nazwać całe to zjawisko.

Moi rodzice wmówili mi, że cudzy sukces jest ważniejszy niż mój własny. Że cudzy talent zasługuje na więcej uwagi niż mój. Że cudze marzenia są tym, za czym powinnam gonić, nie moje własne.

I chociaż wiem, że kochają mnie najbardziej na świecie i świadomie nigdy by mi czegoś takiego nie powiedzieli - zrobili mi to. Robili mi to przez lata.
A potem, gdy poszłam na studia i okazało się, że nie mam pojęcia co tam robię, co chcę robić po nich, co w ogóle robię ze swoim życiem - byli w zszokowani i rozczarowani.
Jednak skąd miałam wiedzieć co zrobić sama ze sobą, jeżeli przez lata nauczyli mnie, żeby patrzeć na swoją przyszłość przez pryzmat cudzych sukcesów?

Niedługo po tamtej pamiętnej rozmowie w samochodzie - założyłam bloga. Co było pierwszą rzeczą od lat, którą zrobiłam tylko i wyłącznie dla siebie.
W ostatnią niedzielę jedliśmy z Piotrkiem kolację i po butelce Prosecco zebrałam się na odwagę żeby powiedzieć "jeżeli będziesz chciał mieć dzieci w czasie, kiedy ja będę w kluczowym momencie swojej kariery, to licz się z tym, że to Ty zostaniesz z dzieckiem w domu". Coś, o czym nie pomyślałabym jeszcze rok temu, nawet w najśmielszych snach.

Odkąd się znamy, a ja mam dużo wolnego czasu, Piotrek zachęcał mnie, żebym robiła coś dla siebie - poszła na jakieś fajne kursy, zajęcia, zajęła się czymś co sprawia mi przyjemność. A ja nie mogłam. Czułam w sobie wewnętrzną blokadę przed robieniem rzeczy dla siebie, w jakiś sposób wydawało mi się to nie na miejscu.
Zajęło mi naprawdę dużo czasu uświadomienie sobie, że chodzi mi o dwie rzeczy:
1. Nie chcę niczego zaczynać, bo jeszcze to polubię, a skoro mamy mieć drużynę piłkarską dzieci, to i tak będę musiała to rzucić i zająć się wychowywaniem ich, w przeciągu najbliższych 5 lat.
2. Piotrek chce znaleźć pracę w Stanach, trzeba będzie się wtedy przeprowadzić...
Po co więc zaczynać? Po co się angażować?

Nawet nie brałam pod uwagę, że moje pasje, potrzeby i marzenia mogą być powodem, by on nagiął swoje.
Potrzeba poświęcania się była we mnie tak głęboko zakodowana, że nawet gdy trafiłam na kogoś, kto nie oczekuje ode mnie nawet sekundy poświęcenia, sama siebie wprowadzałam w ten stan. Stan oczekiwania aż przyjdzie przyszłość, w której będę mogła się poświęcić.

To trochę taki syndrom sztokholmski, gdzie na początku nienawidzisz sytuacji, w której się znalazłeś, ale z czasem zaczynasz się do niej przekonywać, aż w końcu nie umiesz żyć inaczej.

Myślę, że ta historia zszokuje każdą osobę, która mnie zna, bo na zewnątrz moje związki zawsze wyglądały jakbym to ja byłam w kontroli nad wszystkim. I, że nigdy nie dałabym zrobić ze swojego życia podstawki pod czyjąś poranną kawę.
A jednak.

Moja mama zdecydowanie uważa się za feministkę. Mój tata każdemu mojemu chłopakowi powtarzał "Klara jest taka zdolna, a w ogóle w siebie nie wierzy, przemów jej do rozsądku".
A jednak.

Wychowali mnie do bycia najbardziej stereotypową, zahukaną, kurą domową, w najgorszym tego słowa znaczeniu.
Bo chociaż ich słowa mówiły "zdolna", "wyjątkowa", "marnujesz swój talent", to ich czyny mówiły "wyjdź za mąż i zostań opiekunką", "to fajnie, że masz swoje marzenia, ale on robi doktorat".



O to chodzi w rodzinach dysfunkcyjnych - nie musisz być bita ani opluwana, nie musi nikt pić ani brać narkotyków. Mogą po prostu zabić w Tobie cechy, które zwiększają szanse na udane życie. Nie w jakiś okrutny, bezpośredni sposób. Po prostu delikatnie i konsekwentnie wpajać Ci swoje wizje na temat Twojego życia.

U mnie to potrzeba niezdrowego poświęcenia się i absolutny brak motywacji do realizowania własnych ambicji. U innych może to być zaburzony pogląd na własne ciało - bulimia/anoreksja, mogą to być problemy z zaangażowaniem się w związek, zawyżone oczekiwania wobec samego siebie, zaniżona samoocena, nieumiejętność okazywania emocji, problemy z własną seksualnością, życie w ciągłym napięciu emocjonalnym, nieumiejętność czerpania satysfakcji z własnych sukcesów.
I nieskończenie wiele innych opcji.

Znam moich rodziców i ich relacje z moimi dziadkami. Gdyby nic przy mnie nie zepsuli, byłabym w szoku. Oboje mieli wykształconych i bardzo wymagających rodziców, którzy nie okazywali za wiele emocji, wsparcia czy dumy.
Cała więc miłość i opieka jaką okazywali mi, to ich wyobrażenie o tym, co byłoby dobre dla nich, gdy byli w moim wieku.
I szczera chęć nie bycia swoimi rodzicami.

Wiem, że gdyby mogli zobaczyć 10 lat w przód, na to jakie efekty przyniosą ich działania - nie zrobiliby żadnej z rzeczy, które mnie skrzywdziły.
Jednak nie mogli.

I nie, nie uważam, że wszystko zależało ode mnie i mogłam podjąć inne wybory, niezależnie od moich rodziców. Bo nie mogłam. Jesteśmy sumą naszych doświadczeń - decyzje, które podejmujemy, są oparte o wszystko co do tej pory przeżyliśmy. Dlatego dopóki nie przeżyje się momentu "O mój Boże, właśnie sobie coś uświadomiłam!", to nie można podjąć innej decyzji, niż ta, na którą zostaliśmy zaprogramowani.
Niemniej jednak. Przeżyłam ten moment. Wiele, wiele takich momentów.
I teraz odpowiedzialność za wszystkie następne decyzje - jest moja.

I taka jest też puenta.

Wszyscy - my, nasi rodzice, dziadkowie, staramy się podejmować jak najlepsze decyzje. Czasem jednak, to co według nas jest "najlepsze", może być "najgorsze" dla innych. Nie ma ucieczki przed popełnianiem błędów. Będą nam towarzyszyć całe życie. Nie ma też ucieczki od tego, co rodzice zaprojektowali nam w głowach.
Jest jednak wybór - czy chcesz wziąć odpowiedzialność za siebie, za swoje własne życie, swoje własne poglądy, swoje własne decyzje? Czy chcesz płynąć w rodzinnym nurcie, który trwa przez pokolenia?

Jednym z powodów, dla których boję się mieć dzieci (O sierpniu, kiedy rozważałam aborcję), jest właśnie strach przed tym, co zrobię swoim.
Zanim jeszcze w moim domu rozpętało się piekło, zapytałam mamy, jak jej się udało mnie tak dobrze wychować, odpowiedziała mi "byłam o wiele bardziej zajęta kochaniem Cię, niż wychowywaniem".
I to najmądrzejsza i najbardziej optymistyczna rada, jakiej można udzielić.
Pewnie dlatego w późniejszych latach poszło jej tak rażąco gorzej - nastolatkę jest o wiele ciężej kochać niż dziecko. Szczególnie taką, która wsmarowuje Ci wszystkie Twoje błędy w twarz, cały czas. I chyba w pewnym momencie stwierdziła, że "czas ją wychować", jednak ja miałam już 16 lat, absolutny brak szacunku do jej własnych życiowych wyborów i równie nikłe zainteresowanie jej metodami wychowawczymi.
Co, o ironio, było najlepszym czasem żeby mnie kochać, a najgorszym żeby wychowywać.

Przygotowałam jeszcze trzecią część (zostawiam ją na marzec) tego tekstu, chyba najważniejszą - jak żyć z dysfunkcyjnymi rodzicami, tak by dbać o siebie? Czy da się ich zmienić? I jak bardzo da się zmienić samego siebie by nie przenosić ich zachowań, na swoje własne dzieci i związki?

fot. e-klerki
Majorka '15, ale miałam umięśnione plecy!!!

Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.