Dobre dzieci złych rodziców

10:42
2017 był pierwszym rokiem w moim życiu, kiedy miałam czas i możliwość skupić się na sobie.

I nie zrozumcie mnie źle - zawsze byłam skupiona na sobie, zawsze spędzałam mnóstwo czasu na próbach rozsupłania swoich wewnętrznych supełków, zawsze chciałam zrozumieć, dlaczego dzieją się we mnie takie, a nie inne rzeczy.
Chodziłam długo na terapię, zarówno grupową jak i indywidualną, poszłam na studia, na których testy osobowościowe to norma, przeczytałam nieskończoną ilość książek, które miały mi pomóc zrozumieć samą siebie.

Jednak cały ten wysiłek tonął gdzieś w odmętach przeważającego w moim życiu chaosu. Moje misternie budowane wnioski, rozsypywały się jak domki z kart, przy najlżejszym podmuchu bieżących wydarzeń.
Wydawało mi się, że coś wiem, potem wydarzała się kolejna okropna rzecz, na którą ja reagowałam lepiej lub gorzej; inaczej niż bym się po sobie spodziewała. I znowu byłam w kropce. Znowu nie wiedziałam co robić, gdzie iść, kim jestem i co z tego wynika.

Ma to źródło w tym, że pochodzę z tak zwanej "rodziny dysfunkcyjnej".
Czym jest taka rodzina?
Zgodnie z najprostszą i najlogiczniejszą definicją - jest to rodzina, która nie spełnia swoich funkcji.

Bradshaw pisał „rodzina dysfunkcjonalna jest stworzona przez dysfunkcjonalne małżeństwo, takie małżeństwa zaś tworzą dysfunkcjonalne osoby, które odnajdują się wzajemnie i żenią ze sobą. Jednym z tragicznych faktów jest to, że osoby dysfunkcjonalne prawie zawsze znajdują inną osobę, która działa albo na tym samym, albo na większym poziomie dysfunkcji”. 
Prosta życiowa prawda, że ludzie z problemami, przyciągają ludzi z problemami. Jestem pewna, że widziałyście dziesiątki przypadków takich związków. On ma manię wielkości, ona ma daddy issues. On jest cichy i spokojny, ona agresywna i pomiata nim na wszystkie strony. On zdradza ją ze wszystkim co ma puls, ona twardo twierdzi, że wszystko jest w porządku, "skoro wraca zawsze do niej". On jest wpatrzony w nią jak w Matkę Boską, ona nie okazuje mu grama szacunku. On pije/ćpa, ona twierdzi, że go uratuje.
Ci i miliony innych ludzi (z mniej lub bardziej jaskrawymi problemami), biorą śluby i robią sobie dzieci. I nie, ani ślub ani urodzenie dziecka nie wywołuje magicznej transformacji charakteru i związku.

Jeżeli wygrałyście 6 w życiowego totka i nie macie pojęcia, o czym mówię, jesteście zapewne w 1%. I uważam, że jest to o wiele lepszy 1% niż ten, który ma wszystkie nasze pieniądze. To 1%, który daje szansę na absolutnie normalne, spokojne i szczęśliwe życie.
Jeżeli jesteście wśród reszty śmiertelników - wiecie, czujecie i widzicie po sobie, że z Waszymi rodzicami jest coś nie tak. Niezależnie od tego, czy jesteście w stanie określić i nazwać co.

Ponieważ to od nich wszystko się zaczyna. Rodziców.

Ludzi, którzy samym swoim istnieniem kształtują nasze mózgi.
Wszystkie ich słowa, zamierzone i niezamierzone gesty, mowa ciała, poglądy, relacje - nasiąkamy nimi jak gąbki.
Mając 10 lat, jesteśmy mini kopiami naszych rodziców i tego, co nam przekazali na temat świata.
Dość duzi, by zrozumieć większość konceptów, dość mali, by nie mieć jeszcze własnego zdania.

Pewnie teraz zastanawiacie się "czy z moją rodziną serio jest coś nie tak?", statystycznie patrząc - prawdopodobnie tak. Jednak żeby nie rzucać takich oskarżeń w eter - bo w statystyce, nigdy nie wiadomo, czy jest się po prawej, czy lewej stronie dwukropka, dam Wam podpowiedź.
Ludzie mają tendencje do wyparcia i automatycznego usprawiedliwiania wszystkiego więc, zamiast opisać przykłady dysfunkcji, podam przykłady rodziny, która funkcjonuje prawidłowo.

1. Problemy rodzinne oraz wszystkich jej indywidualnych członków są zauważane i rozwiązywane.
2. Wszyscy członkowie rodziny mogą wyrażać swoje spostrzeżenia, uczucia, myśli i pragnienia.
3. W domu panuje równość. Każdy jest tak samo ważny, a relacje buduje się na rozmowie i wzajemnym szacunku.
4. Dialog jest zrozumiały dla wszystkich stron, opiera się go na konkretnych, obserwowalnych faktach.
5. W rodzinie każdy może zaspokajać swoje własne potrzeby.
6. Każda osoba w rodzinie ma prawo mieć swoje własne poglądy, zainteresowania i podejmować własne decyzje.
7. Rodzice robią, to co mówią, że robią. Dbają o własną samodyscyplinę.
8. Role w rodzinie są wybierane i zmieniają się.
9. Atmosfera jest pogodna i spontaniczna.
10. Zasady panujące w domu wymagają uzasadnienia.
11. Naruszenie wartości drugiej osoby, wywołuje wyrzuty sumienia.
12. Błędy są wybaczane i traktowane jako okazja do uczenia się.

Tak, takie rodziny naprawdę istnieją.
Jeżeli wydaje Ci się to nierealne i utopijne - gratuluję, wychowałaś się w rodzinie dysfunkcyjnej.

Nie zbywajcie teraz dyskomfortu myślą "żadna rodzina nie jest idealna", "każda rodzina ma problemy", "przecież nie było tak źle", "przynajmniej mnie nie bili/gwałcili/okradali/wyrzucili z domu".
To nie jest przepis na idealną rodzinę. To przepis na normalną rodzinę.
I tutaj wyjątkowo "norma" nie jest większością.

Chcę w tym miejscu, z całą stanowczością, podkreślić, że nie chodzi mi o obwinianie za wszystko rodziców, obrażanie się na nich i stwierdzenie "wszystko przez moich rodziców, zepsuli mnie i teraz już nie mogę nic dobrze zrobić".
Nie ma tak łatwo!
Czegokolwiek by nie zrobili Wam rodzice - ktoś zrobił coś bardzo podobnego lub identycznego im.
Nie można tu nawet mówić o związku przyczynowo skutkowym, a raczej sprzężeniu zwrotnym.
To zasada co do rodziców, ale też co do wszystkich innych ludzi na świecie - krzywdzą ci, którzy sami byli krzywdzeni.

W zrozumieniu, przyznaniu i zaakceptowaniu faktu, że jest się z dysfunkcyjnej rodziny, nie chodzi o rodziców. Nawet nie chodzi aż tak o relacje z nimi.
Chodzi o nas.
O uświadomienie sobie tego co nam zrobili i w jaki sposób to zrobili.
Po pierwsze, by zatrzymać spiralę krzywdzenia się przez pokolenia i nie popełnić tych błędów na swoich dzieciach. A po drugie - by sobie z tym poradzić.

Jak wspominałam już wiele razy, miałam perfekcyjne dzieciństwo, więc zmiana, jaka zaszła w mojej rodzinie była dla mnie oczywista. To, że dzieje się źle, było oczywiste.
Nie musiałam czekać na samoistne przebudzenie, albo pomoc kogoś z zewnątrz, bo fakt, że mój dom jest nieustającą psychiczną traumą, był dla mnie oczywisty.

Dla większości ludzi nie jest.
Co więcej, im gorzej masz w domu, tym bardziej nie chcesz tego przyznać, szczególnie przed samym sobą.

Mi krytykowanie rodziców przychodzi stosunkowo łatwo, bo na każdą złą rzecz, którą zrobili, jest pięć dobrych. W żaden sposób nie neutralizuje to złych doświadczeń, ale daje komfort psychiczny, że nie są aż tak źli. Daje to mojej miłości i przywiązaniu "moralne" przyzwolenie na to by istniało.
Co jednak z rodzicami, którzy przez zdecydowaną większość czasu nie byli dobrzy?
Nie okazywali uczuć, nie rozmawiali, nie przytulali, nie całowali, nie nosili na rękach, nie sprawiali, że czułaś się jak najbardziej wyjątkowa osoba na świecie?
Jeżeli pod ich złym zachowaniem, leży tylko więcej milczenia, cierpienia lub upokorzenia?
Jak przyznać samemu przed sobą, że rodzice, których się kocha (bo nie da się nie kochać rodziców, nawet gdy się ich nienawidzi) po prostu nie są dobrymi ludźmi? Jak żyć z taką myślą?
Z możliwością, że Cię nie kochają. Albo co gorsze - że ich zachowanie to jedyny sposób, w jaki wiedzą jak okazywać miłość? To pytania z niemożliwymi odpowiedziami.
Dlatego łatwiej i przede wszystkim znośniej jest powiedzieć "żadna rodzina nie jest idealna".


Spróbujmy na przykładzie - rodzice Cię bili*.
Gdy dorastasz, wychodzisz z domu i dynamika Waszej relacji się zmienia, możesz zrobić trzy rzeczy:
1. Skonfrontować samą siebie, z tym jak złe to było. (może nawet skonfrontować ich)
2. Zacząć racjonalizować ich zachowanie. (wmawiać sobie, że zasłużyłaś na takie zachowanie bo "dowolny powód, którego używasz by ich usprawiedliwiać")
3. Wyprzeć cały ten aspekt Waszej relacji. (udawać, że nigdy żadna przemoc nie miała miejsca)
* alkoholizm, inne uzależnienia (hazard, narkotyki, religia), przemoc psychiczna, fizyczna lub seksualna, nieobecność emocjonalna i/lub fizyczna, odrzucenie, poniżanie, wmawianie obrazu, w którym rodzic jest ofiarą, a dziecko oprawcą, zaniżanie samooceny, ciągła krytyka, uczynienie powiernikiem spraw dorosłych, angażowanie dziecka przecież drugiemu rodzicowi, zawyżone oczekiwania, traktowanie nieadekwatnie do wieku, nadopiekuńczość i nadmierna kontrola, przerost wymagań nad uczuciami - można wstawić dowolne i wiele więcej.

Jak można się spodziewać, 2 i 3 opcja najprawdopodobniej doprowadzi Cię do bicia własnych dzieci - w najgorszym przypadku. W najlepszym do hodowania w sobie głębokiej urazy i poczucia skrzywdzenia. Co na sto procent odbije się czkawką, gdy będziesz mieć własne dzieci i Twoi rodzice będą je traktować lepiej niż Ciebie, kiedykolwiek. Co dziadkowie mają w zwyczaju.
Tak czy inaczej, perspektywy są nieciekawe.

Z kolei trudniejsza droga usłana jest rozdrapywaniem starych ran, uświadamianiem sobie obecności krzywd, z których wcześniej nie zdawało się sobie sprawy.
I długim okresem złych relacji z rodzicami.
Jednak, na końcu tej drogi, zamiast rozwidlenia, które oferuje wybór z kilku różnych schematów zachowań swoich rodziców - jest ratunek.
Jest zrozumienie ich zachowań, swoich własnych zachowań. Problemów, jakie się ma z jednym i drugim. Jest wybaczenie, szczególnie samemu sobie.


Jak więc mówiłam, w 2017 miałam dużo czasu dla siebie.
Głównie dzięki temu, że udało mi się ostatecznie przeciąć emocjonalną pępowinę, między mną a rodzicami, która ich problemy i zmartwienia, wprowadzała wprost do mojego krwiobiegu.
Nie oznacza to bynajmniej, że się nie kochamy, albo ze sobą nie rozmawiamy.
Bynajmniej, mamy najlepszy kontakt od lat. Ponieważ pierwszy raz w życiu, ustaliłam swoje granice i konsekwentnie wymagam od nich respektowania ich.

Myślałam, że po takiej zmianie będę czuła tylko ulgę.
Tak się jednak nie stało.

Ponieważ, ludzie są jak ogry i cebula - mają warstwy. Gdy zdejmiesz z siebie warstwę problemów z rodzicami, okazuje się, że jest pod nią zupełnie nowa warstwa. Warstwa problemów z samym sobą, jakie wywołały relacje z rodzicami. Yay!
Jak widać, karuzela nigdy nie przestaje się kręcić.

O tym jednak napisałam cały osobny tekst (próbując napisać zakończenie do tego) także, chociaż rzadko się to tutaj zdarza - ciąg dalszy nastąpi!

fot. e-klerki
Szukałam jakiegoś zdjęcia wyrażającego rozpacz i trafiłam 10/10. Ja. Rok 1995.
Ówczesny domek letni mojej mamy. Bieszczady.

Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.