Heartbreaker Hotel

11:31
28.12 był bardzo wyjątkowym dniem! Dla mnie i Piotrka. Dzień, o którym z pewnością napiszę Wam nie jeden tekst. Jednak nie dziś.

Dziś nasz wyjątkowy dzień zainspirował mnie do opisania, jak długą drogę przeszłam, zanim udało mi się stworzyć coś tak wyjątkowego.

Dziś będzie o związkach i miłości, ale nie tych udanych. I ostrzegam - będzie gorzko.


Jestem pewna, że prawie każda z Was, chociaż raz w życiu zadała sobie pytanie "jak mógł?". Jak mógł powiedzieć, to co powiedział, jak mógł zdradzić, jak mógł odejść bez słowa, jak mógł się nie starać? "Jak mógł złamać mi serce"?

Nie jestem oczywiście wróżką i nie jestem w stanie podać Wam konkretnych powodów, dla których konkretni ludzie, zachowują się tak, a nie inaczej, ale swego czasu wpadłam na pewien podział, który przynajmniej w pewnym stopniu, rozwiązuje tajemnice łamaczy serc.
I nie mam tu na myśli ludzi, którzy na samym końcu związku zachowali się nie w porządku, albo takich, którym raz na 5 lat zdarza się zrobić coś złego.
Nie, nie, nie.
Dziś będzie o recydywistach. Ludziach, którzy ranią i ranią, i ranią, jakby nie mogli, lub z jakiś makabrycznych powodów nie chcieli przestać.

W jaki sposób wpadłam na ten podział? Jak już pewnie się domyślacie - jestem jedną z jego części.

Zanim przejdę do siebie i swojej części chciałabym krótko opisać dwie pozostałe.


1. Typ narcystyczny


Używam słowa "narcyzm", ale nie mam na myśli prawdziwych zaburzeń osobowości, którymi zajmuje się psychiatria i psychoterapia. No, może mam, ale nie głównie, a "również".
Między narcyzmem a narcystycznymi zaburzeniami osobowości jest, chociażby taka różnica, że przeciętna narcystyczna osoba, skonfrontowana z pewnymi faktami, powinna być w stanie dostrzec swój błąd, w przeciwieństwie do ludzi z zaburzeniami.
Jak wszyscy wiemy, są na tym świecie ludzie przekonani o własnej wyższości. Niezależnie od rzeczywistości, w jakiś sposób udaje im się utrzymać w swojej głowie wrażenie, że świat naprawdę kręci się wokół nich. I przekonanie o tym, że ich uczucia, ambicje i plany liczą się zdecydowanie bardziej niż czyjekolwiek inne.

Pierwszy przykład, jaki przychodzi mi do głowy, to facet z "13 powodów", który skrzywdził główną bohaterkę. Bardziej pozytywnym przykładem może być też tytułowy "dr House". Macocha Roszpunki z "Zaplątanych". Lisa z klasyku wszechczasów "The Room". Świetnym i dynamicznym przykładem jest też Eleanor z "The Good Place" (polecam!).

Czasami za narcyzmem stoją traumy dzieciństwa, kiedy było się zmuszonym do skupienia się wyłącznie na własnym interesie, bo nikt inny by o nas nie zadbał. Czasami wręcz przeciwnie, wynika z przyzwyczajenia do tego, że wszystko jest nam podawane na tacy, że wszystko się nam należy. Niezależnie od podstaw przejawia się tak samo - brakiem empatii, skupieniem na sobie i przede wszystkim, brakiem poczucia, że inni ludzie zasługują na taki sam szacunek, jakiego chce się dla siebie.

Chociaż powyższy opis brzmi raczej nieprzyjemnie, wiele kobiet ciągnie do narcyzów.
Do naturalnej pewności siebie, dbania o swój wygląd, bycia zdecydowanym, przebojowym i tak dalej. Jeżeli wpadłaś w oko narcyzowi, najpewniej będzie traktował Cię (aż do momentu "zdobycia") jak księżniczkę. Ty zinterpretujesz to jako uczucie i poważne intencje, ale dla niego to tylko droga do celu.

Dla narcyza, o wiele bardziej niż osobą samą w sobie, jesteś dodatkiem, który pasuje do jego wizji samego siebie. Jednak żaden dodatek nie jest wart aż tyle zachodu, ile wymaga udany związek. Zostaniesz więc prędzej czy później na lodzie, z oczami jak pięć złotych i absolutnym niezrozumieniem, jakim cudem rzeczy potoczyły się takim torem.

Potoczyły się tak, bo, gdy Ty myślałaś "my", on myślał "ja".

2. Typ autystyczny


Tutaj słowa "autystyczny" używam absolutnie potocznie i nawiązaniu do powyższej piosenki.

Tak, jak niektórzy ludzie uważają się za wcielenie Boga na ziemi i ekspresja swoich emocji, i myśli przychodzi im najnaturalniej na świecie... Tak dla innych powiedzenie "lubię Cię" jest jak przeskoczenie nad przepaścią.

Najstarsza historia świata - miły dobry chłopak i dziewczyna, która trzyma go we friendzonie.
Nie umiem nawet zliczyć, ile widziałam takich sytuacji, ludzi zakochanych w sobie na zabój, którzy nie umieli sobie tego powiedzieć, ani się przed sobą otworzyć. 
Ile widziałam złamanych serc, tylko dlatego, że druga strona nie umiała powiedzieć "kocham Cię", nie umiała powiedzieć "nie odchodź", "potrzebuję Cię".
Nie ma związku bez bliskości, nie ma bliskości bez kontaktu, nie ma kontaktu bez słów.

Chłopak, nazwijmy go Grzesiek, o którym wspomnę poniżej, był mieszanką narcyzmu i autyzmu (bo takie mam w życiu szczęście), nigdy nie zapomnę godzin spędzonych w ciszy, kiedy ja wyrzuciłam już z siebie 3 monologi po 45 minut, a on nie powiedział ani słowa, byłam więc tak psychicznie i fizycznie wykończona, że ostatecznie też się poddawałam. I milczeliśmy.

I wiedziałam, że ja muszę wyciągnąć pierwsza rękę, niezależnie od tego, co się wydarzyło, bo on nie będzie wiedział jak, mając do wyboru potencjalne odrzucenie albo brak próby, wybierze brak próby. Niezależnie od tego, jak bardzo chciałby móc być bohaterem sytuacji. Nie był nim. Nie mógł nim być, bo wszystko w nim wzbraniało się przed jakąkolwiek konfrontacją.

Mogłam więc patrzeć tylko w jego udręczone oczy i mieć nadzieję, że ta udręka oznacza strach przed straceniem mnie, nie strach przed powiedzeniem mi, że ma mnie dość.

Nie da się zbudować związku na zgadywankach.


No dobrze. Przechodząc do mnie.

Zdecydowana większość mojego bujnego życia uczuciowego przypadła, jak to zwykle bywa, na lata nastoletnie. Które, jak już wiecie, nie należały do przyjemnych.
Z każdego z moich związków, tych mniej i bardziej poważnych, dałoby się wyciągnąć tysiąc historii, kolejny tysiąc mądrych wniosków, ale nie chcę pisać o nich samych w sobie, a o tym, jak ja się w nich zachowywałam.
Mogłabym skrócić to do "źle", ale nie po to tu jesteśmy, prawda? Diabeł tkwi w szczegółach.

Najważniejszą informacją, którą trzeba posiadać, by zrozumieć moją historię, jest mój pierwszy poważny związek. Zanim poznałam Piotrka, byłam zakochana tylko raz w życiu. Miałam 13 lat (na temat nastoletnich miłości mam już cały tekst, który czeka na swój czas, więc proszę się z tego nie naśmiewać, bo mam solidne argumenty, dlaczego to nie na miejscu!), zaczęłam nową szkołę, był tam chłopak, który kompletnie zawrócił mi w głowie. Słyszałyście już o nim w Szkoła óczy, przy historii o pani z biologii. Wiecie więc już też, że złamał mi serce. Złamał mi je, dokładnie w momencie, kiedy mi złamało się życie.

Po dziś dzień zastanawiam się, czy to ten tragiczny zbieg okoliczności sprawił, że nie mogłam uwolnić się od niego przez kolejne 8 lat? Czy w tej beczce współuzależnienia była chociaż kropla prawdziwej miłości? I jak długo trwała? Nie wiem. I pewnie już nigdy się nie dowiem.
Wówczas jednak moje pojmowanie miłości do niego było czyste i transparentne jak łza. Dałabym uciąć sobie paznokcie, palce, dłonie i ręce za to, że go kocham, że jest miłością mojego życia, że jeżeli nie zestarzeję się z nim, to z nikim. Nie było rzeczy, której byłabym pewniejsza.
On to wiedział i momentami odwzajemniał, jednak gdy tylko przestawałam mu przypominać, znikałam z oczu - zapominał.
Nasz związek był więc ciągiem rozstań, bólu, powrotów, upokorzeń, zdrad i ogólnie rzecz biorąc wszystkiego co najgorsze. I jak to zazwyczaj w takich związkach bywa, nie mogliśmy żyć bez siebie.
Obiecuję opisać to innym razem szerzej i lepiej, da Wam to więcej zrozumienia, dlaczego byłam, jaka byłam, i jestem jaka jestem, ale na ten moment to powinno Wam wystarczyć, by zrozumieć ogólny zarys.

Byłam więc 13, 14, 15, 16, 17, 18, 19-letnią dziewczyną, z sercem pokruszonym na milion kawałków, z tuzinem facetów, którzy daliby się za mnie pokroić i jednym, dla którego ja przeszłam tysiąc kilometrów, a on zawsze wahał się na brzegu centymetrów. Jak śpiewała Peszek.
Nie wspominając o ogólnym marazmie w życiu, domu i szkole.

Nie umiem Wam nawet wytłumaczyć, jakie to uczucie mieć złamane serce, gdy wszystko, czego się w życiu doświadczyło to miłość, podziw, uznanie i adoracja. Wiem, że brzmi to okropnie egocentrycznie i oderwanie od rzeczywistości, ale taka była prawda. Moi rodzice mnie ubóstwiali, moi koledzy uważali, że jestem najfajniejszą dziewczyną na podwórku, miałam dopiero 13 lat, więc nie poznałam jeszcze za wiele z życia. Idea miłości bez wzajemności, porzucenia, odrzucenia i tak dalej, była dla mnie równie abstrakcyjna jak głód czy ubóstwo. Nie wspominając o tym, że chociaż był to mój pierwszy poważny chłopak, to ogółem był już 4. I chociaż całowałam się (co było wyznacznikiem poważności związku w tamtych czasach) tylko z 1, to czułam się już dość doświadczona. Nie muszę chyba mówić, kto skończył pozostałe 3 (ekhm) związki i wyszedł z tego bez szwanku. Byłam więc absolutnie zdruzgotana tym zderzeniem się z rzeczywistością.

Moje koleżanki, o niebo mniej doświadczone niż ja, ale biegłe w "Bravo Girl" i "13stce" poinformowały mnie, że jedyna metoda to "klin klinem". Znalazłam więc klin.

W ciągu tych 8 lat znalazłam 5 oficjalnych klinów i wielu, wielu nieoficjalnych klinów - którzy w przeciwieństwie do oficjalnych klinów, nie mieli mnie na wyłączność i musieli godzić się (głównie wbrew własnej woli) z tym że zdecydowanie nie będziemy razem, ale wyrażam zgodę na kręcenie się wokół mnie.


Jestem więc trzecim, najgorszym, typem, który łamie serca.

3. Typ ze złamanym sercem


Typ ze złamanym sercem to typ, który uważa, że nie jest już zdolny do miłości. Przynajmniej wobec innych osób niż Ta Jedna Osoba. Jak już jednak opisałam w O sierpniu, kiedy rozważałam aborcję, wszyscy potrzebujemy miłości. Jeżeli nie dawać, to chociaż dostawać.

Ja wiedziałam, że nie mogę jej dać nikomu, bo "ktoś tu był przed Tobą", mogę jednać udawać, że ją w sobie mam, mogę dawać nadzieję, mogę dawać złudzenie. Zakochani ludzie potrzebują tylko okruchów, by czuć się najedzeni.
Mówiłam więc "kocham Cię" wiele, wiele razy, ale za każdym razem znaczyło to jedynie "lubię Cię na tyle, by chcieć udawać, że Cię kocham, bo wiem, że tego potrzebujesz". I nawet to nie wychodziło mi najlepiej przez większość czasu.

Zapewne ludzie mają więcej pobudek, ale ja miałam głównie trzy.

a) Miłość, poza moją, nie jest prawdziwa.
Uważanie się za bardziej wyjątkową osobę niż inni to jakieś 95% bycia nastolatkiem. A uważanie, że nasze problemy są gorsze od problemów innych ludzi, to 95% bycia dorosłym.
Tu jednak chodziło o miłość.
A ja nie sądziłam by uczucia innych ludzi mogły być tak prawdziwe jak moje. Wręcz przeciwnie - wydawało mi się, że tylko moje uczucia są prawdziwe. No, moje i Grześka.
"Wszystkim innym tylko się wydaje, że są zakochani, ale tak naprawdę nie potrafią sobie nawet wyobrazić jak to jest kochać kogoś tak mocno, jak ja go kocham."
Poświęcanie więc innych, jednego za drugim, było moralnie usprawiedliwione. Przecież skoro nie są w stanie kochać tak mocno, jak ja to szybko im przejdzie. A mi nie przejdzie nigdy, więc muszę chwytać się każdej brzytwy.

I nawet gdy mijały lata od rozstania, a ich miłość nie gasła, czułam jedynie pomieszanie satysfakcji z pogardą. Pogardą, ponieważ...

b) Nie zasługuję na miłość.
Złamane serce można mieć nie tylko przez ukochanego mężczyznę, czy kobietę.
Życie potrafi złamać serce głębiej i boleśniej niż jakikolwiek kochanek.
Nie traktowałam więc cudzych uczuć do mnie poważnie, bo ze względu na wszystkie inne rzeczy, jakie przydarzyły mi się w życiu, głęboko wierzyłam, że na nie nie zasługuję.
Kochać mnie, pomimo wszystkiego, co zrobiłam, pomimo wszystkiego, czym jestem? To głupota. A życie karze głupców i naiwniaków. Tak jak ukarało mnie, gdy myślałam, że świat jest dobry, a dom bezpieczny.

c) Niech inni też cierpią.
Dlaczego miałabym być jedyną osobą, która nie może zaznać spokoju, bezpieczeństwa i miłości? Dlaczego tylko ja mam cierpieć?
Bywałam naprawdę okrutna. I gdy używałam słowa "okrutna", robię to w pełni świadomie.
Kiedyś pozwoliłam chłopakowi prawie zemdleć od obrażeń głowy, bo powiedział, że nie przestanie nią uderzać o metalową ściankę, dopóki się do niego nie odezwę. Stałam więc i patrzyłam, jak uderza, jak się zatacza, jak upada na ziemię i nie zrobiłam nawet kroku do przodu. Gdy był zbyt oszołomiony by kontynuować, odwróciłam się na pięcie i odeszłam.
Innym razem (swoją drogą, z najlepszym przyjacielem powyższego chłopaka) prowadziłam rozmowę, kiedy wślizgnął się przez okno do mojego pokoju, widocznie roztrzęsiony i zdeterminowany, popatrzył mi prosto w oczy i powiedział, że ma dość tego, jak go traktuję, że żąda ode mnie, żebym się na coś zdecydowała, że nie ma zamiaru w nieskończoność walczyć o moją uwagę z setką innych facetów. Wiedziałam, ile ta przemowa dla niego znaczy. Wiedziałam, jak bardzo się odsłonił mówiąc mi swoich uczuciach.
Zareagowałam głośnym, szczerym, szyderczym śmiechem.

Patrzyłam jak ci biedni, zakochani i boleśnie młodzi chłopcy się o mnie biją, kłócą, zrywają przyjaźnie. Patrzyłam, jak błagają, klękają, robią uderzeniami dziury w ścianach. Patrzyłam, jak płaczą.
I nic z tego nie robiło na mnie większego wrażenia. Życie stłumiło we mnie wszystkie ludzkie odruchy, a ja stłumiłam w sobie całe sumienie.
Patrzyłam, jak mężczyźni, którym przecież mówiłam, że kocham, którym obiecywałam całą przyszłość, jakiej chcieli, klęczeli przede mną i błagali mnie o odrobinę szacunku.
I nawet tego nie mogłam ani nie chciałam im dać.

Dosłownie teraz, pisząc, uświadomiłam sobie jeszcze jeden powód.

c) Strach przed nową miłością.
Nie pozwalałam się kochać.
W każdej wbitej szpilce była informacja "uciekaj". W pewien sposób jest to połączone z niezasługiwaniem na miłość, ale jest w tym coś więcej.
Dałam sobie raz złamać serce, dałam komuś całą siebie, a on to zgniótł, opluł i wyrzucił. Gdzieś w głębi siebie obiecałam sobie, że to się nie wydarzy z nikim innym.
Żadne poświęcenie, żadna uwaga, żadna obietnica, żadne działanie nie było dostatecznie dobre, by przekonać mnie, że tym razem moje serce nie zostanie złamane.
Czekanie latami (mając naście lat!), puszczanie fajerwerków pod oknem, pisanie wierszy, przynoszenie codziennie kwiatów, noszenie na rękach, wybaczanie mi wszystkiego, co robię. Nic nie było dość dobre. Dość przekonywujące. 

Każdemu facetowi, który był mną zainteresowany (100% poważnie, naprawdę to robiłam) mówiłam: "nie rób sobie tego, złamie Ci serce, cokolwiek ze mną przeżyjesz, nie będzie to warte bólu, jaki przyjdzie po tym". Każdemu. Nawet Piotrkowi to powiedziałam!
Kojarzycie ten oklepany tekst "jeżeli nie umiesz mnie znieść, gdy jestem najgorsza, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepsza"? Teraz myślę, że to było moje wewnętrzne motto, zrozumiane w zupełnie zły sposób. Ostrzegałam, że jestem najgorsza, byłam najgorsza, a potem, chociaż byli w stanie to znieść, wciąż im nie wierzyłam, wciąż ich przyciskałam. Przyciskałam ich tak długo, aż traciłam do nich szacunek, bo oni pod tym naciskiem się łamali. A ciężko jest w związku wrócić z momentu, w którym Twój facet rzuca się przed Tobą na kolana, płacze i błaga Cię o cokolwiek.

Wiecznie więc narzekałam na to, że potrzebuję faceta o równie silnym charakterze co ja, bo wszyscy stają się przy mnie miękcy.
Chociaż to nawet nie był sprawiedliwy pojedynek.
Na początku, oprócz przestróg, byłam naprawdę łatwa do kochania. Zawsze chciałam ich słuchać, nie stawałam między nimi a kolegami (nie to, żeby kiedykolwiek wybierali kolegów), umiałam ich rozśmieszyć, umiałam wyglądać jakbym cieszyła się życiem, uważali mnie za atrakcyjną, pewnie byłam ciekawsza niż moje rówieśniczki, przez tą całą tajemniczą aurę wokół mnie, która z zewnątrz wyglądała interesująco, a dla mnie była skrzętnie skrywaną traumą.
Pewnie w grę wchodziło też ego - każdy z nich chciał być tym pierwszym, który sprawi, że się znowu zakocham, z którym zostanę, którego w ten lub inny sposób nie wykorzystam i nie rzucę.
Tak czy inaczej, nic nie zapowiadało, że im lepiej idzie, tym gorsza się stanę, bo tym większy będzie mój stach.

Może nienawidziłam patrzeć na ich słabość, bo widziałam w nich siebie przy Grześku? Siebie wracającą, błagającą, płaczącą, żebrzącą o odrobinę miłości więcej, o parę chwil więcej.


Miałam kilka bardzo ciężkich chwil w życiu, ale specjalne miejsce zajął moment, kiedy sobie uświadomiłam, że nie kochałam Grześka od lat, po prostu utożsamiałam go z rzeczami, których nie byłam gotowa odpuścić. I na ołtarzu tej małej schizofrenii złożyłam tyle dobrych, kochających i wybaczających serc. Jedno po drugim. Bez mrugnięcia okiem. Niszczyłam innych ludzi tak jak Grzesiek niszczył mnie albo i gorzej. Tylko dlatego, bo nie umiałam skonfrontować się sama ze sobą. Ze swoimi lękami. Z tym jaki obrót przybrało moje życie.

Poświęciłam ich dla idei, która była kłamstwem.
Poświęciłam ich, bo w głębi siebie, szczerze się nienawidziłam, siebie i wszystkiego, czym się stałam.
Poświęciłam ich, bo mogłam. Nie miałam żadnej władzy nad własnym życiem, a nad nimi właściwie nieograniczoną.

Na całe lata złamałam życie ludziom, którzy chcieli być dla mnie dobrzy, którzy chcieli mi pomóc. Bo nie umiałam przyjąć pomocy, nie umiałam przyznać, że jej potrzebuję. Na wszystkie zapewnienia o miłości i wierności, o tym, że nigdy mnie nie skrzywdzą odpowiadałam tylko "nikt nie złamie mi serca".

Mam nawet tatuaż na obojczyku, który mówi "wild heart can't be broken"


Dwa dni temu był Sylwester i zobaczyłam na Snapie koleżanki mojego ex, którego zdecydowanie potraktowałam najgorzej. Gorzej niż kogokolwiek, kiedykolwiek, a miałam okresy, kiedy byłam naprawdę... niedobra, dla naprawdę wielu ludzi. Potraktowałam go najgorzej, tylko dlatego, bo on mnie traktował najlepiej. Im lepiej on mnie traktował, tym bardziej ja się broniłam przed pokochaniem go, zmuszając go swoim zachowaniem do tego, by mnie zostawił. A nigdy tego nie zrobił. Nigdy mnie nie zostawił.

Opisałam tu najbardziej dosadny przykład, ale z szacunku do niego, gdyby kiedykolwiek to zobaczył, usunęłam. Musicie mi więc uwierzyć na słowo, że patrzenie jak ktoś się fizycznie krzywdzi i śmianie z wyznań miłosnych, to jak dziecinna igraszka, w porównaniu z tym co psychicznie robiłam mu.

Zobaczyłam go więc na tym Snapie i zrozumiałam, że niektórych rzeczy bezpośrednio nigdy nie naprawię. Ostatnie lata spędziłam i wciąż spędzam na intensywnym naprawianiu relacji z ludźmi, których skrzywdziłam. I idzie mi całkiem nieźle. Są jednak rzeczy, których nigdy, przenigdy nie naprawię.
Nie ma słów, które mogłabym mu powiedzieć, żeby mi wybaczył. Nie ma słów, którymi mogłabym go przekonać, że nie jestem najgorszą osobą na świecie.
A przede wszystkim, że nie mam nawet prawa próbować. Wciąż pamiętam, kiedy ma urodziny, ale nie składam mu życzeń, bo czuję, że nie mam prawa przypominać mu o swoim istnieniu. Chociaż przeprowadzałam się kilka razy, wciąż mam jego rzeczy w mieszkaniu, które trzymam jak talizmany, by nigdy nie wrócić do tego, kim wtedy byłam.


Uf.
Podsumowując, oto dwie główne lekcje jakie dla Was mam, z tego całego emocjonalnego rollercoastera:


Dla tych, którzy padają ofiarą ludzi jak ja.

Zło nie jest wrodzone - jest nabyte. Opiera się na strasznych przeżyciach, traumach i cierpieniu.
Świat nie jest dobry i sprawiedliwy, dlatego niektórzy ludzie są źli. Zachowują się źle i sprawia im to przyjemność. Krzywdzą innych i nie żałują. Wyłączają swoje sumienia i serca.
Nie próbujcie ich ratować. Najprawdopodobniej tylko Was wykorzystają, porzucą i nawet nie zapamiętają Waszych twarzy. To nie Wasze zadanie by poświęcać swoje życie, uczucia i spokój, dla ludzi, którzy nie są nawet gotowi by z tego skorzystać.
Nie pomożecie nikomu, kto nie chce pomóc sam sobie. Nie zbawicie nikogo, kto nie chce być zbawiony.
To, że sama byłam poraniona i skrzywdzona, w żaden sposób nie usprawiedliwia tego, co robiłam innym. Miałam sumienie i mogłam go słuchać, ale wolałam, bo tak było łatwiej, ignorować je tak długo, jak byłam w stanie żyć sama ze sobą.
Nikt mnie nie naprawił. Tylu się starało i nie naprawili mnie nawet o milimetr. To musiała być moja decyzja.


Dla tych, którzy padają ofiarą samych siebie.

Spędziłam (i wciąż czasem z niej korzystam) 3 lata w terapii indywidualnej, w tym 2 tygodnie w zamkniętej. Miałam ochotę umrzeć dziesięć tysięcy razy w jej trakcie. Przez to, co zrobiłam, przez to, co zrobiono mi...
Wyszłam z poziomu, który poznaliście powyżej, by znaleźć się tu gdzie jestem teraz - w szczęśliwym, bezkonfliktowym, szczerym do granic bólu, narzeczeństwie. Nigdy Piotrka nie zdradziłam, nie wykorzystałam, nawet jeżeli zdarzało mi się skłamać, to zawsze, zawsze się przyznawałam i wyjaśniałam dlaczego to zrobiłam.
Mimo to, nie uważam bym była "inną osobą".
Jestem tą samą osobą, ale wybieram by kierowały mną inne cechy mojego charakteru. Zawsze jesteśmy wszystkim na raz - źli i dobrzy. Zła ja i dobra ja walczą we mnie każdego dnia. Wygrywa ta, której pomagam.
Dlatego, kimkolwiek jesteś.

Zasługujesz na miłość. Zasługujesz na szczęście. Zasługujesz na spokój.
Do końca jest jeszcze bardzo daleko. Jeszcze jest czas. Czas by się zrozumieć, czas by wydobrzeć, czas by coś zbudować i czas, by się tym cieszyć.
Czas by sobie wybaczyć. Nie ma win, których nie da się odkupić.
Niezależnie od tego, jak nisko upadłaś, niezależnie od tego, jak cierpisz i jak bardzo nie widzisz możliwości ucieczki - musisz o siebie walczyć.
O lepszą siebie, o spokojniejszą i szczęśliwszą siebie.
Jesteś wszystkim, czego potrzebujesz. Jesteś swoim księciem na białym koniu.
Jesteś wszystkim, o co warto walczyć.


fot. e-klerki
Na poprawę nastroju (mojego), nasza 1 rocznica na Santorini! 

Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.