O sierpniu, kiedy rozważałam aborcję

09:40
Gdy skończyłam opowiadać mojej mamie, to co tu zaraz opiszę, powiedziała tylko "opisz to na blogu!". A rozkaz mamy to rozkaz nad rozkazami.

Pierwsze pytanie brzmi: czy czujesz instynkt macierzyński?
Ja nie. Przynajmniej już nie. 

W sierpniu tego roku (2017 - dla ludzi z przyszłości), myślałam, że jestem w ciąży. Testy wprawdzie wychodziły negatywne, ale wszystkie objawy - bolesność piersi, jadłowstręt, brak okresu, wszystko było na miejscu. Nawet lekarka, do której wówczas poszłam powiedziała "wszystko się zgadza, ciekawe dlaczego paski wychodzą negatywne?". Ostatecznie zrobiłam testy z krwi i potwierdziły nieobecność ciąży, a całe zamieszanie okazało się jedynie nieprawidłową pracą jajników.
Wyniki przyszły jednak późnym wrześniem, a lęk zaczął się wczesnym sierpniem.
Dało mi to wiele czasu, by zadać sobie wiele ważnych pytań.


Od zwięzłych:

Czy w ogóle chcę być matką?

Czy czuję się gotowa do tej roli?

Co jeżeli nie?

Czy jestem zdolna do aborcji?

Po bardziej skomplikowane:

Czy aborcja jest dla mnie moralnie dopuszczalna, w sytuacji, w której stać mnie na dziecko i mogę mu zapewnić dobre życie, ale po prostu nie chcę?

Czy pozwoliłabym mu się urodzić, gdyby miało wady genetyczne?

Czy nie jest to moralne wobec moich przyszłych dzieci... tych, które będę chciała i będę planowała by nie "marnować" sobie teraz życia na wychowywanie dziecka, którego nie chcę?
Bo przecież kiedyś na pewno będę chciała dzieci, kiedyś, kiedy zrealizuję już swoje własne plany i marzenia. Kiedy będę miała im do zaoferowania o wiele więcej niż teraz - emocjonalnie i ekonomicznie. Kiedyś, kiedy będę gotowa na to poświęcenie, nie uważając go nawet za takie, a za dar i błogosławieństwo?

Czy jestem gotowa dzielić się z kimkolwiek miłością Piotrka?

Czy jestem dość dojrzała, by nie zazdrościć własnemu dziecku, tego, że życie ma mu do zaoferowania więcej, niż miało mi?


Szybko zrozumiałam, że nie ma prostych odpowiedzi na takie pytanie. Nie ma odpowiedzi dających ulgę, nie ma odpowiedzi, które oczyszczają sumienie z wątpliwości.

Najważniejsza rzecz, którą zrozumiałam z tego wszystkiego, to, że jest ogromna różnica pomiędzy chęcią zostania matką, bo ma się taką emocjonalną i biologiczną potrzebę - żeby mieć coś swojego, co będzie Cię kochało niezależnie od wszystkiego. A chęcią zostania matką, bo chcesz pomóc nowemu człowiekowi odkrywać świat.

Rozwińmy to jednak odrobinę.

Wszyscy mamy w sobie potrzebę miłości i akceptacji. 

Zgodnie z piramidą Maslowa, zaraz po tym, jak się najemy, wyśpimy i kogoś zaliczymy, zaczynamy się martwić o to, czy nasz świat się jutro nie zawali, czy mamy dach nad głową, pracę, bezpieczeństwo.
Gdy te podstawowe potrzeby zostaną zapewnione - dochodzimy do miłości i akceptacji. To najniższa z potrzeb wyższego rzędu, czyli najbardziej podstawowa potrzeba, która nie dotyczy dosłownego przetrwania.

O miłość i akceptację, jest jednak w życiu bardzo ciężko. Większość z nas nie ma szczęścia udanych relacji z rodzicami, zawsze kryją się pod nią stare rany i urazy, niewyjaśnione pretensje i rozczarowania. A nawet jeżeli dostajemy te uczucia od rodziców, to szybko przestają nam wystarczyć.
Potrzebujemy miłości od kogoś, kto nas wybrał, nie kto nas wychował. Kogoś, kto uzna właśnie nasz charakter, właśnie nasz wygląd, właśnie nasz umysł, za coś, bez czego nie może żyć.
Jak jednak wspominałam - o to ciężko. Związki nas rozczarowują, rodzice nas rozczarowują, małżeństwa nas rozczarowują.
I tak wiele z nas dochodzi do wniosku: dziecko nigdy mnie nie rozczaruje. Dziecko będzie mnie zawsze kochać, bezgranicznie. Dziecko nigdy mnie nie zostawi. Dziecko będzie tylko moje i nikt nie będzie mógł mi tej miłości odebrać.
Pragnąć więc zapewnić sobie całe życie pełne miłości i akceptacji, robi się dzieci.
Dla własnego dobra, dla dobra związku, bo kto wie, może dziecko wszystko naprawi?

Zupełnie inaczej wygląda sytuacja, gdy ma się spełnioną całą piramidę - ma się co jeść, z kim uprawiać seks, ma się stabilną pracę i piękne mieszkanie lub dom, bez żadnego wiszącego nad nim banku. Ma się pod dostatkiem miłości i akceptacji, osiągnęło się sukces w swoim życiu, czym by on nie był, może to praca dla Disneya, może to lamborghini pod domem, może to po prostu spokojne życie klasy średniej z wakacjami all inclusive w Egipcie raz do roku. Ma się swoje hobby, zainteresowania, czuje się spełnioną osobą. Osobą, której brakuje tylko jednego - kogoś, komu można by to wszystko przekazać. Kogo można by nauczyć jak osiągać takie rzeczy, komu można pokazać cały świat. Wtedy decyduje się na dziecko.
Nie dlatego, że się tego dziecka potrzebuje, ale dlatego, że się go chce. Nie jako swojej własności, ale jako dodatkowej osoby w życiu, z którą można się dzielić swoim szczęściem, swoją wiedzą, swoją pasją. Spędziło się większość swojego życia, dbając o siebie, więc teraz już nie trzeba, teraz można się oddać komuś innemu bez żadnego żalu. Oddać się komuś bez oczekiwania wdzięczności - podawania szklanki wody na starość. Nie potrzebuje się dziecka, by nadało sensu Twojemu życiu. Nie potrzebuje się siłą trzymać go w domu, żeby móc się nim cieszyć. Wręcz przeciwnie, wysyła się je na wyjazdy z rówieśnikami, wakacje, letnie szkoły, najlepsze uniwersytety na świecie. I nie czuje się strachu przed stratą tego dziecka, bo nigdy nie uważało się go za swoją własność. Zawsze było indywidualną osobą, która nie zjawiła się na tym świecie dla cudzej przyjemności, ale by żyć swoim życiem. A zadaniem rodzica jest otwierać przed nim najlepsze szanse i wspierać, gdy potrzebuje wsparcia.

Moje rozmyślania nad własnym macierzyństwem uświadomiły mi, jak niewdzięczna jest to praca.
Fizycznie, psychicznie, ekonomicznie.
Fizycznego i ekonomicznego wycieńczenia, chyba nie muszę nikomu tłumaczyć, niech ceny plastyki pochwy mówią same za siebie. Skupmy się więc na najważniejszym aspekcie: psychicznym.

Będąc matką przeżywasz wszystkie momenty życia swojego dziecka - od jego narodzin po przedszkole. Jesteś dosłownie przy wszystkim, co się dzieje. Każdym upadku, każdym odkryciu, każdym rozczarowaniu i każdym podnieceniu. Jesteś świadkiem numer jeden. Pamiętasz pierwsze obrócenie się na brzuszek, podniesienie główki, raczkowanie, pierwsze kroki, pierwsze słowo, pierwsze zdanie, pierwszy uśmiech, pierwszy buziak.
Twoje dziecko nie będzie pamiętało żadnej z tych rzeczy. Ani, że się wydarzyły, ani, że tam byłaś.

Potem przychodzi przedszkole, życie w grupie rówieśniczej i stajesz się osobą, której wszystko opowiada. Kto się z kim pobił, co powiedziała przedszkolanka, co jadł, co będą robić jutro. 
Tego też nie będzie pamiętało.

Wreszcie przychodzi szkoła i długie 12 lat edukacji. Większość dnia spędza poza domem, najpierw w szkole, potem na zajęciach, ewentualnie na podwórku, gdy wraca do domu, to chce mieć czas dla siebie raczej niż się przytulać. Wtedy Twoja rola sprowadza się do nadzorcy, czy wszystko idzie w porządku, czy nie jest smutny, chory, czy nie idzie mu źle w szkole, czy podobają mu się jego zajęcia.
Ten czas będzie pamiętało jak przez mgłę.

Potem zaczyna być nastolatkiem. Nie czuje się już jak dziecko, nie chce być traktowany jak dziecko. Przecież to zupełnie inny okres jego życia niż czas, kiedy przybiegał do mamy z płaczem. Teraz chce być dorosły. Sam o sobie decydować, sam spędzać czas, szukać miłości i akceptacji gdzie indziej. Twoja rola powinna sprowadzić się do słuchania i wspierania. Jednak nie zawsze lub wręcz zazwyczaj, tak nie jest.
Ten czas będzie pamiętało do końca życia.

Czas nastoletni jest swego rodzaju granicą. Granicą między życiem, które się pamięta a nie pamięta. Granicą między utożsamianiem się z rodzicami a z samym sobą. Granicą między podejmowaniem własnych decyzji, a podążaniem za cudzymi.
Dla rodzica jest kluczowym moment, który rozstrzyga kilka ważnych pytań:

Czy umiesz postrzegać swoje dziecko jako osobną istotę, która ma swoje życie, swoje emocje, swoje cele i pragnienia?
Nawet jeżeli są sprzeczne z Twoimi?
Czy umiesz je uszanować?

Czy jednak uważasz, że nie umie podjąć odpowiednich decyzji, bo jest tylko dzieckiem?
Twoją własnością, za którą masz obowiązek i prawo decydować.

Niezależnie od odpowiedzi, następna przychodzi dorosłość, która, jakby nie było, jest bezpośrednią kontynuacją bycia nastolatkiem.
Jeżeli jesteś rodzicem, który rozumie, że dziecko jest osobną osobą, w miarę łatwo zaakceptujesz to, że rzadko dzwoni, rzadko przyjeżdża i ogólnie nie ma za wiele czasu. To naturalna kolej rzeczy. Dziecko jest teraz zajęte budowaniem swojego życia, swojej przyszłości, swojej reszty życia. Teraz buduje fundamenty na których, ma postawić karierę, rodzinę, dom. Nie ma czasu dbać o emocjonalne potrzeby rodziców i też nie powinno musieć. To zadanie rodziców, by umieć zbudować z nim relację, która jest na tyle atrakcyjna, że chce z niej korzystać, chce dzwonić, chce przyjeżdżać. Nie musi.



Powyższe rozważania doprowadziły mnie do zgoła zaskakującej puenty:

Nasze relacje z rodzicami są czymś zupełnie innym niż... ich relacje z nami.

Wyobraźcie sobie jakie to uczucie, być z kimś w perfekcyjnym związku i musieć patrzeć jak osoba, którą kochacie najbardziej na świecie, dosłownie zapomina większość Waszej relacji.
Tak wygląda wychowywanie dziecka.

Nasi rodzice pamiętają czasy, sytuacje i momenty, które dla nas właściwie nie istnieją.

Na dodatek wychowywanie nas, przypadło na najlepsze lata ich życia - kiedy byli młodzi, szczęśliwi, często świeżo po ślubie, kiedy życie jeszcze aż tak ich nie przytłoczyło swoją monotonią i rutyną.
Romantyzują więc nasze dzieciństwo, które wówczas doprowadzało ich do furii z braku snu, jedzenia i natłoku obowiązków, tak jak romantyzują okres swoich studiów -"lepsze czasy". Lepsze dla kogo? Ich studia to strajki, komunizm, ocet na półkach i ZOMO.
W ich głowach wciąż jesteśmy małymi istotkami, zdanymi w 100% na ich opiekę i miłość, niezdolnymi do przeżycia bez nich. A komunizm miał swoje uroki.

To chyba największa tragedia w relacjach rodzic-dziecko.
Oni pamiętają głównie czas, kiedy byliśmy dziećmi, bo są to wspomnienia orbitujące wokół ich "lepszych czasów", a my głównie pamiętamy czas, kiedy byliśmy nastolatkami, bo wtedy tak naprawdę zaczęło się nasze życie.

A jeżeli okres nastoletni był zły, to nawet najlepsze dzieciństwo tego nie wynagrodzi.

Dlaczego tak jest?

Po części to wina amnezji dziecięcej, która sprawia, że koło 7 roku życia zaczyna się proces zapominania wszystkiego, co wydarzyło się do 3-5 roku życia. Także cały okres najbliższego zżycia z rodzicami rozpływa się w nicość i to bardzo wcześnie. Poza tym, w dużej mierze jest to po prostu kwestia czasu, który upłynął i ilości wspomnień, jakie da się przetrzymywać w łatwym dostępie.
Wydaje mi się jednak, że największe znaczenie, ma tu fakt, że życie przed byciem nastolatkiem, wygląda po prostu inaczej niż po. Okres nastoletni jest tak ciężki, między innymi dlatego, że wszystkie dorosłe sprawy i uczucia, z którymi do tej pory nie mieliśmy kontaktu, nagle stają się realne. A nas nikt nie ostrzegał, a często i nie wytłumaczył jak sobie z nimi radzić. Pieniądze, miłość, seks, presja społeczna, ambicje, rzeczy zupełnie abstrakcyjne dla dzieci, stają się nagle bardzo realne.
Mając naście lat, wchodzimy świat, w którym będziemy funkcjonować już do końca życia. Zupełnie inny od tego, w którym żyliśmy do tej pory.


Te wszystkie przemyślenia pomogły mi dojść do jakiegoś wewnętrznego spokoju na temat zgrzytu między mną a moją mamą.
Moje dorastanie było dosłownym koszmarem, którego nie powstydziłby się Poe, natomiast dzieciństwo było idyllą. Ona uważa, że nie mam podstaw do aż takich pretensji, skoro na całe 19 lat mojego mieszkania z nimi, tylko ostatnie 6 było złe. Mama głównie pamięta 13 lat zapewnienia mi całej możliwej uwagi, opieki, miłości, atrakcji, rozwoju, wyjazdów i wszystkiego, co najlepsze. A ja głównie pamiętam 6 lat bólu, rozczarowania, wstydu, samotności i złości. Obie mamy rację. Oba okresy się wydarzyły.

Dla mnie, moje szczęśliwe dzieciństwo to pocięte wspomnienia, pamiętniki i widokówki. Kilka dobrych cech mojego charakteru. Ogólny wewnętrzny spokój, że nie przeżyłam jako dziecko żadnych traum.
Niezbyt wiele.
Szczególnie że dorastanie przeżywałam w pełni świadomie, zapamiętując na lata każdy dzień, każde wydarzenie i każdą traumę. I muszę się teraz zmagać z całą gamą negatywnych cech charakteru, jakie ten okres na mnie odcisnął.

Dla niej, moje szczęśliwe dzieciństwo było niekończącą się pracą, poświęceniem, łzami wypłakanymi w poduszkę, żeby mnie nie obciążać, gryzieniem się w język, żeby nie wybuchnąć.
To bardzo wiele.
Natomiast moje dorastanie, szczególnie gdy miałam 13-15 lat było zapewne ciągiem powstrzymywania się, by nie wykrzyczeć mi w twarz "Ty głupia gówniaro, poświęciłam ci 13 lat życia, byłam na każdej akademii, uspokajałam po każdym koszmarze, całowałam każdego siniaka, rozmawiałam po nocach o każdej sympatii, a Ty masz do mnie pretensje, że idzie mi źle przez kilka miesięcy?!".
Moja mama nie jest typem osoby, która by powiedziała coś takiego na głos, ale swoim zachowaniem i na początku mojego dorastania i przez cały jego dalszy ciąg, dawała mi do zrozumienia, że moje pretensje i oczekiwania są przesadzone.

I teraz, w obliczu potencjalnego zostania matką, w jakiś sposób nawet to rozumiem, bo, gdy poświęcasz na coś 13 lat i wychodzi ci to świetnie, to powinno się mieć jakiś "pakiet ulgowy", gdy idzie ci beznadziejnie.
Tak jednak nie jest.  Dla niej nasze dobre wspomnienia były równie prawdziwe jak złe. Dla mnie były tylko nieistotnym już kontrastem dla tego, co przeżywałam.

I to jest ta tragedia, o której pisałam wcześniej - moja mama pamiętała ze mną 2x więcej dobrego czasu niż złego. Czasu, który dla mnie równie dobrze mógłby się nie wydarzyć.
Przez to, nasz stosunek do tych samych wydarzeń, jest zupełnie inny.

Piszę o tym, bo moja mama urodziła mnie, mając 32 lata, jako pierwsze dziecko. Mając świetną karierę, super życie, przyjaciół, podróże. Idealnie wpisywała się w opisany wyżej profil matki, która chce dziecka dla dobra dziecka. I rzeczywiście wychowywała mnie jak osobną istotę, pozwalała mi odkrywać świat na mój własny sposób. Pozwalała mi mieć inne poglądy i inne zainteresowania. Nie oceniała mnie, gdy żyłam w sposób, który w jakiś sposób nie zgadzał się z jej światopoglądem.
Jednak potem wydarzyło się życie, jej poczucie życiowego spełnienia pękło się jak mydlana bańka, razem z moim szczęśliwym dorastaniem i jakimkolwiek spokojnym. I z matki, która rozumie indywidualność swojego dziecka, stała się... kimś innym. To jednak historia na inny moment.


Puentą jest, że chociaż doszłam do tych mądrych wniosków na temat motywacji do posiadania dzieci, nie są one żadną gwarancją. Można zrobić sobie dziecko ze złych pobudek, a wyrosnąć na wspaniałą matkę, tak jak można zrobić z dobrych, a w kluczowym momencie nie dać rady.
Macierzyństwo jest najcięższą rolą na świecie. Ma się tak mało czasu, a trzeba zrobić tak wiele. Każdy błąd zostaje zapamiętany, podświadomie lub świadomie. Potem traci się jakąkolwiek kontrolę i można tylko obserwować - co dziecko wyciągnęło z tego krótkiego czasu.
I nigdy nie wiesz, czy dostaniesz na stare lata szklankę wody, czy tekst w Internecie, że nie poszło ci najlepiej.


8 minut później - i jak tam Wasz instynkt macierzyński?


fot. e-klerki

Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.