Dawno, dawno temu...

11:37
Jestem straszną serialoholiczką.

Od 2016 obejrzałam całe "Orange is the new black", "Przyjaciół" (nie wiem dlaczego nigdy wcześniej tego nie zrobiłam, ale nienawidzę związku Rachel i Rossa), "Rick and Morty" - drugi raz dla przyjemności, "Black Mirror" - drugi raz, bo musiałam pokazać wszystkie sezony Piotrkowi, "House of Cards", "Once Upon a Time""Westworld", "The Office", "The Crown", "OA", "Anne with an "E"" - luźną adaptację Ani z Zielonego Wzgórza, "Mindhunter""Big Mouth", nowy sezon "Stranger Things" łyknęłam w 2 dni, "BoJack Horsman".
Poza tym, jestem w trakcie oglądania "Glee" - po raz drugi, bo mam to szczęście, że Piotrek kocha musicale, "Ozark", "Madman" - po raz drugi, bo czemu nie? "Breaking Bad", które po raz drugi znudziło mi się w tym samym momencie, "Suits" i zachęcam Piotrka do "Gossip Girl".
Liczę tutaj oczywiście tylko te stricte rozrywkowe seriale, bo oglądamy też tony seriali dokumentalnych/naukowych jak "Story of God with Morgan Freeman", "Wild China", "Planet Earth I/II", "Abstract", "Cosmos: The Space Odyssey" i tak dalej.

PS Mamy też wykupione Cinema City Unlimited. 

Ciężko mi nawet zliczyć ile godzin spędziłam przed telewizorem, oglądając to wszystko i jakich wspaniałych rzeczy mogłabym się nauczyć, gdybym robiła coś innego - od malowania, przez szycie po JavaScript, a jednak wciąż oglądam te seriale.

Chciałabym móc powtórzyć za resztą społeczeństwa, że siedzenie przed telewizorem to strata czasu, ale wcale tego nie czuję. Wręcz przeciwnie, czuję, że część z tych seriali nauczyła mnie naprawdę wiele.
Niewątpliwie przyczynia się do tego fakt, że Piotrek ogląda je ze mną i każdy odcinek, każdego serialu jest przedyskutowany od A do Z, od oczywistych intencji scenarzystów, po małe niuanse i niejasności. Jednak myślę, że nawet gdybym oglądała je sama i przetwarzała je tylko w sobie, wciąż wniosłabym dostatecznie wiele, by było warte tego czasu.

Dziś chciałam wyróżnić jeden z nich i napisać o nim coś więcej, ponieważ uważam, że naprawdę warto!

"Once Upon a Time" w Polsce znany jako "Dawno, dawno temu".


Serial ma 7 sezonów, każdy po 22 odcinki, trwające 45 minut. Każdy sezon to jakby dwa sezony, bo zazwyczaj tak się rozkłada napięcie w serialu. Zapewne jest to związane z tym, że w trakcie emisji w TV producenci robią kilkumiesięczną przerwę w jego środku, jak w przypadku "Chirurgów".

Fabuła?

Zdradzę Wam tyle, ile sami byście się dowiedzieli po 1 odcinku: główna bohaterka, Emma, zostaje sprowadzona do miasteczka Storybrook przez swojego syna, którego 10 lat wcześniej oddała do adopcji. Na miejscu okazuje się, że całe miasto jest pod wpływem klątwy, która przeniosła cały naród z ich magicznego kraju do naszego świata i zamknęła w miasteczku do którego nikt nie ma wstępu, z którego nie da się wydostać i, w którym czas stanął w miejscu.

Wszystkie postacie w serialu są dobrze nam znanymi postaciami z bajek - Królewna Śnieżka, Czerwony Kapturek, Maleficent, Merida, Pinokio, Alladyn, Elsa, Arielka, Doktor Jekyll/pan Hyde i tak dalej. Jednak każda postać ma w sobie jakiś twist, który sprawia, że wcale nie są tym, kim wydawali się w naszych bajkach. Na przykład - Zła Królowa, która chciała zabić Śnieżkę, nie motywowała swoich działań zazdrością o jej urodę, a zemstą za to, że Śnieżka, jako dziecko, niechcąco przyczyniła się do wielkiej tragedii w życiu Złej Królowej.
Oczywiście nie występują wszyscy na raz, co sezon jedni odchodzą, inni przychodzą, obsada jest bardzo dynamiczna.
Aktorzy są niesamowici!

Dlaczego aż piszę o tym tekst na bloga, skoro wydaje się to być tylko infantylną bajką dla dzieci?

Bo nią nie jest. Wczoraj usłyszałam taki piękny cytat, z ust rabina, "Bible is a book of ideas", co oznacza, że Biblia, nie jest książką historyczną, nie jest zapisem prawdziwych zdarzeń, a sposobem na przekazanie pewnych prawd, które byłoby bardzo ciężko przekazać inaczej niż fikcją. Pojęcie zła, dobra, poświęcenia, oddania, wiary, ciężko jest opisać za pomocą zwykłych ludzi i zwykłych zdarzeń, tak by ktokolwiek chciał słuchać.
Gdy czytamy lub oglądamy ludzi, którzy żyją w zupełnie innym świecie niż nasz, w świecie pełnym magii, cudów i supermocy, nie czujemy potrzeby porównywania się do nich, nie czujemy, że ich dobre postępowanie w jakikolwiek sposób może przyćmić nasze dokonania, bo, wiadomo, są z innego świata.
Dlatego lubimy oglądać filmy o superbohaterach, a potem wrócić do domu i napisać kilka okrutnych komentarzy na profilach ludzi, którzy tymi bohaterami próbują być tutaj, na Ziemi. Dobrym przykładem na to jest Filip Chajzer, którego osobiście nie lubię, aczkolwiek widzę, jak co chwile organizuje naprawdę super akcje, które robią realną różnicę... A ludzie i tak go nienawidzą i zarzucają mu to i owo, próbują umniejszyć jego dokonania. Bo on jest prawdziwy, żyje tuż obok nas, a robi o niebo lepsze rzeczy niż my. Nie będą multimilionerem, nie będąc też specjalnie lubiany, po prostu robi dobro. A to więcej niż większość z nas może o sobie powiedzieć.
Tego nie lubimy. Nie to co fikcyjni bohaterowie, walczący z fikcyjnym złem, z nich można czerpać całymi garściami, nie czując się źle ze sobą nawet przez sekundę.

W świecie "Once Upon a Time" nikt nie jest wprost dobry lub zły. Nikt nie ma zupełnie czystego sumienia, nikt nie podejmuje wyłącznie złych lub dobrych wyborów. Myślę, że można w nim odnaleźć siebie i swoje własne słabości na sto różnych sposobów.
Moimi ulubionymi wątkami, ciągnącym się przez cały serial są motywy: szczęśliwego zakończenia, zemsty i egoizmu. Pewnie dlatego, że najbardziej się z nimi utożsamiam.

Serial dzieli postaci na złoczyńców i bohaterów, oczywiście jest to granica, która cały czas się przesuwa, podział zależy od ich wyborów, nie został nikomu narzucony, ale, jak możecie się domyślić, złoczyńcy to Ci, którzy postępują egoistycznie, szukając swojej zemsty, natomiast bohaterowie dążą do szczęśliwego zakończenia dla wszystkich.

Zemsta
Myślę, że pod podjęciem zemsty w serialu, można zmieścić wiele różnych pojęć - zazdrość, brak celu w życiu, żądza władzy, chciwość, zawiść, itd.
Wszystkie uczucia, które ostatecznie prowadzą do wewnętrznej i zewnętrznej destrukcji. Uczucia, którym się oddajemy, gdy nie mamy dość sił lub odwagi, by podjąć właściwą ale ciężką decyzję. Wielu bohaterów prowadziło osobistą vendettę przeciwko ludziom, którzy zabili ich bliskich. Sądzili, że zadanie im bólu, może nawet śmierci, będzie rodzajem sprawiedliwości, dzięki któremu ich "dusze" odzyskają spokój. Jednak chęć odwdzięczenia się komuś złem za zło, jest dowodem na to, że wciąż nie pozwoliło się sobie pogodzić z tym co się wydarzyło. Nie pozwoliło się ranom zagoić. Hodowanie w sobie złości wymaga ciągłego rozdrapywania i rozjątarzania dawnych ran... ciągłego myślenia, cierpienia, nakręcania się na rzeczy, które już dawno powinny odejść w zapomnienie. Śmierć winnych, nic by więc nie zmieniła. Ukazałaby jedynie pustkę, która zawsze tam była, przykryta chęcią zemsty. Pustkę, którą zostawiła utrata miłości, wiary i nadziei. Dopiero uświadomienie sobie, że zemsta jest złą drogą, pozwoliło im wejść na drogę, do prawdziwego uzdrowienia - stworzenia nowych relacji, zbudowania nowej nadziei, skierowanie wiary (w lepsze jutro, nie Boga) ku przyszłości, nie przeszłości.

Egozim
Ten motyw wywarł na mnie największe wrażenie. Zgodnie z definicją egoista, to osoba, która kieruje się wyłącznie własnym dobrem i własnymi interesami. Niezależnie od tego, czy jest to krzywdzące dla otoczenia.
Myślę, że w dużej mierze, każde z nas jest egoistą.
Od małych aktów egoizmu, jak to, że nie chce się odnieść przymierzonej rzeczy na miejsce, bo "komuś tu za to płacą", czy wzięcie dla siebie dwóch ulubionych części bułki, zamiast podzielenia się po równo, przez średnie jak nieustąpienie starszej osobie miejsca w autobusie, wyrzucanie śmieci na trawniki, po duże jak zignorowanie bezdomnego w ciężkim stanie, bo jak się zadzwoni po pogotowie, to będzie trzeba na nie czekać, tłumaczyć, a przecież ma się Tą Ważną Rzecz czy permanentne zapominanie o telefonach do dziadków, chociaż wiesz ile to dla nich znaczy, ale po prostu nie chce Ci się podjąć wysiłku, żeby zrobić powiadomienie w telefonie, które co dwa dni przypominałoby żeby zadzwonić na te kilka minut, które dla Ciebie są niczym, a im robią cały dzień.
Egoizm sprawia, że jest naprawdę ciężko robić coś dla kogokolwiek oprócz siebie. To szczególny rodzaj lenistwa, który łatwo jest usprawiedliwić swoim dobrem. A przecież sami dla siebie jesteśmy najważniejszą osobą we Wszechświecie.
"Once upon a Time" pokazuje jednak (co kiełkowało we mnie od jakiegoś czasu) że bycie altruistą jest o wiele skuteczniejszą postawą w uzyskiwaniu korzyści dla siebie, niż egoizm.

Zastanawiałam się ostatnio dlaczego "dobro" jest właśnie tym czym jest. Pomyślałam, że dobro zależy od tego co uznamy za cel, bo jeżeli celem jest przeżycie i zapewnienie potomkom najlepszych warunków, to zjawiska jak morderstwa i kradzieże są właściwie usprawiedliwione i "dobre".
Jednak potem zrozumiałam - w taki sposób nie da się stworzyć społeczeństwa. Gdyby wszyscy tylko kradli, gwałcili i mordowali się, nigdy nie zbudowalibyśmy żadnej cywilizacji. Dlatego "dobro" jest tym, czym jest - byciem szczerym, otwartym, prawym i altruistycznym. To daje największe szanse na przetrwanie, nie tylko dla jednostki, ale dla całego społeczeństwa.
Jednak, gdy jest się zatwardziałym egoistą, który nie przejawia żadnej chęci poprawy, zostanie się ostatecznie wykluczonym z tego dobrego środowiska i zepchniętym tam, gdzie żyje cała reszta egoistów. A życie wśród ludzi, którym zależy wyłącznie na sobie i niczym innym, jest największą karą samą w sobie. Ponieważ, w głębi duszy, ostatecznie każdy z nas chce tylko...

Szczęśliwe zakończenie
To kolejny fascynujący motyw, ponieważ chociaż dążyli do niego wszyscy, każdy na inny sposób. Złoczyńcy byli przekonani, że oni nigdy nie dostaną swojego "szczęśliwego zakończenia", ponieważ "nie jest im pisane/przeznaczone", nie myśleli o tym, czy na nie zasługują, czy może nie dostają go, bo podejmują złe decyzje? Czy może to ich własne zachowanie odbiera im szczęśliwe zakończenie, nie los..? Próbowali więc kradzieży, morderstw, porwań, nadużyć, wszystkiego co możliwe by oszukać przeznaczenie i dostać szczęśliwe zakończenie, jednak finalnie, zawsze się im w ostatnim momencie wymykało.
Z kolei dla bohaterów, szczęśliwe zakończenie nie oznaczało zabicie zła, a nawrócenie zła. Szczęśliwe zakończenie nie było konkretną sytuacją, do której dążyli, było stanem - spokojem dla wszystkich. Od samego początku, do samego końca starali się wywalczyć spokój i bezpieczeństwo, dla wszystkich, na którym i zależy, ale też dla tych, których nawet nie znają. Nie podejmowali decyzji, które odbywały się kosztem innych ludzi, nie szukali sławy ani bogactwa. I szczęśliwe zakończenia, zawsze znajdowały drogę, by się przed nimi otworzyć.

Oczywiście to nie jedyne wątki, jest tam ich o wiele, wiele więcej. Jednak te są moimi ulubionymi, bo czuję, że najlepiej oddają moje nastroje i rozterki w tym roku. Zachęcam Was jednak bardzo, bardzo gorąco, byście dały mu szansę, bo pod pozornie infantylną i naiwną fabułą, kryją się prawdziwe perełki. Do dziwnej grafiki też da się przyzwyczaić.

Jak wspomniałam na początku, łatwo jest inspirować się bohaterami, którzy biją się ze smokami, super-złoczyńcami, potworami i pół-bogami, bo nie porusza to w nas nuty "ja też powinienem coś ze sobą zrobić". "Once Upon a Time" sprawia, że chce się być bohaterem codzienności.
Wprawdzie nie mamy tu szansy zbawić świata w jednej walce, ani nie mamy dość czasu ani ochoty żeby kończyć medycynę i zostać Lekarzami bez Granic, są jednak rzeczy, które możemy zrobić.

Możemy wybrać odwagę i powiedzieć prawdę, zamiast skłamać. Możemy wybrać wdzięczność i przełknąć jedno słowo za dużo w stosunku do rodziców. Możemy wybrać siłę i zmusić się do tego wyjścia na siłownię, dla dobra naszego zdrowia, naszych przyszłych dzieci i wszystkich, którzy nas kochają, żebyśmy mogli być z nimi jak najdłużej. Możemy wybrać poświęcenie i zapukać do sąsiadki, czy nie potrzebowałaby zakupów.


Jeżeli zastanawiacie się, jak takie byciem bohaterem może zmienić życie na lepsze: moja relacja z rodzicami (z którymi przeszłam przez piekło i spowrotem) działa tylko dlatego, że wybieram bycie odważną i wybieram szczerość. Mówię na głos myśli, które łamią nam serca, ale te serca były tylko pozornie w całości, to co trzymało je w kupie to obrzydliwy śluz przeszłości, który kazał myśleć, że jedyny wybór to on lub kompletne rozsypanie się. A to nieprawda. Zawsze jest 3 droga. Moja odwaga by być szczerą, jest tym co powolutku skleja naszą rodzinę. Jest tym, co buduje moje przyszłe małżeństwo. Są rzeczy, których wolałabym Piotrkowi nie mówić, ale wiem, że zasługuje na szczerość, że ja zasługuję na to, by dać czemuś, co kocham najlepszą szansę. A kocham naszą miłość, kocham to co razem mamy i jestem gotowa ponieść największe ofiary by móc to utrzymać przy życiu. Jednak niesłychanie ważna lekcja jakiej się nauczyłam w tym roku, między innymi dzięki "Once Upon a Time" to, że jedyny sposób by zbudować trwałe szczęście, to dawać nie tylko swoim najbliższym, ale też innym. Być bohaterem codzienności, bez peleryny, bez supermocy, tylko z dobrym i otwartym sercem.


PS Zaspoileruję Wam, że końcówka 6 sezonu, to dosłownie wszystko co chciałam kiedykolwiek zobaczyć. Była równie dobra jak obserwowanie śmierci Joffreya. Nie wszyscy dostali swoje szczęśliwe zakończenie... ale dostali je wszyscy, którzy na nie zasłużyli.
Płakałam jak dziecko. A i Pio zakręciła się łezka. 


Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.