Nie żyję po bożemu!

11:49
Gdy miałam 11 lat, ku rozpaczy moich rodziców, przeczytałam "Pannę Nikt" Tomka Tryzny i zebrałam w sobie odwagę, by oficjalnie powiedzieć, że nie wierzę w Boga.

Jest tam następująca wymiana zdań pomiędzy głównymi bohaterkami:

"- Tylko, że musisz zrozumieć, że jeśli chcesz poznać siebie i świat, to nie możesz mieć tylu klapek na oczach.
- Nie mam żadnych klapek.
- Masz ich pełno, jesteś przez nie ślepa jak kret. Wiem, że to nie twoja wina, że dałaś je sobie nałożyć, ale w końcu musisz je zerwać. Nikt tego za ciebie nie zrobi. (...) Chociażby ta twoja wiara w Boga… (...) Wyobraź sobie, że dostałaś od kogoś w prezencie ogromny i piękny pałac. Jasny, przestronny i ślicznie umeblowany. Pomyśl, czy nie obraziłabyś ofiarodawcy, gdybyś wlazła do zakurzonej komórki pod pałacowymi schodami i gnieździła się tam do końca życia? (...) Takim właśnie pałacem otrzymanym w darze od Boga jest ludzki umysł. Wspaniały, skomplikowany, niepojęty. A tobie się wydaje, że to zardzewiała puszka po śledziach. (... ) Traktujesz Boga tak, jakby był małym urzędasem od siódmej do piętnastej, któremu ciągle trzeba wsuwać łapówki do łapy.
- Wcale tak nie myślę, wcale nie daję żadnych łapówek!
- A jak nazwać to twoje latanie do kościoła co tydzień na mszę i odbębnianie wieczornych paciorków? Jak nazwać to zbieranie do kieszonki grzeszków, żeby je wysypać przed księdzem na ladę konfesjonału raz na miesiąc? Jak nazwać to odwalanie dziesięciu zdrowasiek na pokutę, i do widzenia!
- To co mam więcej robić? Ksiądz nie mówił, żeby na mszę przychodzić codziennie! (...)
- To nie ksiądz cię stworzył, to Bóg cię stworzył. Stworzył cię po to, żebyś próbowała dorównać Mu mądrością. A przede wszystkim stworzył cię po to, żebyś była wolna, także od Niego, rozumiesz? Wolna, wolna, wolna! Bo to wolność jest tą modlitwą, która przynosi Bogu największą radość. Módl się do Niego swoją wolnością."

To było 13 lat temu, a wciąż pamiętam to uczucie, które owładnęło mną niczym zaklęcie. Wolność.

Wychowałam się w katolickiej, praktykującej i dość uduchowionej rodzinie. Przez "uduchowiona" mam na myśli "wierzy refleksyjnie", bo szczerze sądzę, że większość ludzi wierzy absolutnie bezrefleksyjnie.
Moi rodzice siadali ze mną w kuchni, robili mi kakao i całymi godzinami rozmawiali ze mną o życiu, filozofii, religii i wszystkim innym, na co miałabym ochotę. Analizowali ze mną "Ojcze nasz", linijka po linijce, tłumacząc mi i pobudzając do dyskusji wszystkie możliwie sporne tematy. Do tej pory pamiętam jak moi rodzice spierali się, czy później jest tam "wiarę naszego Kościoła" czy "wiarę Twojego Kościoła", w kontekście czy chodzi tu o podkreślenie wspólnoty, czy oddania się Bogu. Gdy miałam z 8 lat.
Możecie więc sobie wyobrazić, że takie dogłębne pojmowanie religii, w tak młodym wieku, przyczyniło się do mojej bardzo silnej wiary. Nie chodziłam do żadnej Oazy, bo jednak wiara wiarą, a charakter.... charakterem, ale moja relacja z Panem Bogiem był zażyła. Gdy przyszedł czas Pierwszej Komunii, byłam święcie przekonana, że to najważniejszy i najszczęśliwszy moment w moim życiu.

Dwa lata po komunii, w okresie, kiedy zaczęłam interesować się biologią, mniej więcej pojmować pojęcie ewolucji, i oglądać Wiadomości z rodzicami bardziej świadomie, poczułam, że tracę ten kontakt.
A z nim swoją niewinność, spokój i poczucie, że świat jest pięknym miejscem.
To były dla mnie szokujące i bardzo bolesne chwile.
Nie wychowywałam się w żadnej bańce, wręcz przeciwnie, przez zawód mojej mamy, miałam ogromny kontakt z dziećmi z rodzin skażonych przemocą, uzależnieniami i tak dalej, zło na świecie nie było dla mnie szokiem. Szokowała mnie jednak jego skala.
Uzmysłowiłam sobie, że moje przyjemne, proste życie jest w absolutnej mniejszości i większość ludzi ma naprawdę, naprawdę ciężko...
To, w połączeniu z nauką, zaczęło rodzić w mojej głowie wiele pytań:
- Dlaczego na świecie jest cierpienie?
- Dlaczego Bóg pozwala na niesprawiedliwość?
- Kiedy powstała dusza?
- Dlaczego Kościół przez tyle lat historii kłamał i oszukiwał dla swoich zysków?
- Czy Bóg nas nienawidzi?
- Czy Bóg istnieje?

Te i wiele innych pytań, na które nie ma dobrych odpowiedzi dla 11-latki, która je zadaje.

Pamiętam jak w 5 klasie, po rekolekcjach wracaliśmy z siostrą zakonną do szkoły i w ostatecznym akcie desperacji zapytałam jej
- Co zrobić, gdy oddalam się od Boga?
- Jak to się oddalasz?
- Po prostu. Nie czuję tej wiary w to, że wszystko jest tak, jak powinno być.
- Musisz się modlić.
- Modlę się codziennie i nie dostaję żadnych odpowiedzi na moje pytania.
- Módl się gorliwiej. 


Więc modliłam się gorliwiej. Modliłam się w domu i w Kościołach. Modliłam się o odpowiedzi, a potem modliłam się już tylko o to by móc znowu wierzyć.
Nawet jako tak młoda osoba, czułam, że życie bez religii, będzie o wiele cięższe, niż mogłabym to sobie nawet wyobrazić.
Nie dostałam jednak ani odpowiedzi, ani wiary.

Zaczęłam więc szukać ich w innych miejscach - uczyłam się o buddyzmie i islamie, uczyłam się o judaizmie i odłamach chrześcijaństwa. Szukałam dla siebie miejsca, ale każde wydawało się w jakiś sposób absurdalne.
Odkrycie jak ogromna część wszystkich największych religii opiera się po prostu na starszych religiach, starszych legendach, starszych bajkach złamała mi serce. Czułam się oszukana przez rodziców, księży, wszystkich katechetów i siostry zakonne z jakimi kiedykolwiek rozmawiałam.

Gdy jesteś dzieckiem, uczą cię religii, jakby wszystko co jest opisane w Nowym czy Starym Testamencie było prawdą.
Gdy dorastasz i podejmujesz się przeczytania tych dzieł samemu, okazuje się, że większość z tego jest w oczywisty sposób zmyślona, część jest wprost zła... Uświadamiasz sobie, że to tylko drobne historyczne fakty, wymieszane z ogromną dozą fantazji. I to nie oryginalnej fantazji, a ściągniętej z innych kultur czy religii.

Przykład:
Historia o skuszeniu przez kobietę w raju i potop - sumaryjskie eposy o Gilgameszu
Księga Przysłów - egipskie Napomnienia Amenemopeta
10 Przykazań - egipska Księga Umarłych
Anioły, Demony, ich hierarchia i pochodzenie - Zaratusztrianizm
Trójca Święta - egipska, sumeryjska i babilońska mitologia

Gdy zdobyłam tę wiedzę, wszyscy zmieni śpiewkę. Okazało się, że tak naprawdę są to metafory, a nie realne zdarzenia. Eden, jabłko, przejście przez Morze Czerwone - wszystko metafory. A, że wcześniej mówili inaczej? "Dziecko by nie zrozumiało".
Byłam tak zła.
W jaki sposób okłamywanie mnie i budowanie we mnie wiary w coś, co w najgorszym przypadku jest kłamstwem, a najlepszym tylko metaforą, miało uczynić mi cokolwiek dobrego?

I moja wiara zniknęła.

Jak to bywa ze świeżo upieczonymi ateistami, miejsce, które wypełniała religia, zajęła złość, strach, rozczarowanie i poczucie wyższości nad całym wierzącym plebsem.
"Jak mogą być tak głupi i naiwni?"
A przede wszystkim
"Jak mogą nie wiedzieć oczywistej prawdy?"
Moi rodzice, jak wszyscy rodzice, uważali, że "to tylko faza", że z tego "wyrosnę, jak dorosnę", zmuszali mnie do chodzenia na religię i konsekwentnie przez pozostałe 8 lat mieszkania razem, co niedzielę pytali mnie, czy może bym z nimi nie poszła do kościoła.

Nienawidziłam tego, ale kochałam znęcać się nad księżmi. Każde rekolekcje i religia były właściwie czasem wolnym dla mojej klasy, bo podważałam i dyskutowałam na dosłownie każde zdanie, jakie wypowiadali księża.

- Nasze życie na ziemi jest zaledwie testem, na jaki wystawia nas pan Bóg.
- Po co Bóg ma nas testować?
- Żeby sprawdzić, czy zasługujemy na życie wieczne.
- Przecież to on nas stworzył, po co miałby nas tworzyć, jeżeli zasługujemy na piekło?
- Od tego mamy wolną wolę, Klara, możemy wybrać między złem a dobrem.
- Możemy, ale Bóg i tak zna ostateczny efekt naszych działań.
- Ale wybór jest nasz!
- Tak, ale Bóg jest wszechwiedzący, więc tworząc nas z góry wie, nawet jeżeli to nie on o tym decyduje, że skończymy w piekle.
- ...

- Tworzy ludzi tylko i wyłącznie po to żeby trafili do piekła.
- ...

- Chore.

[inna koleżanka] - Dlaczego dzieci umierają w Afryce, a Bóg nic z tym nie robi?
- Bo to od nas zależy co się dzieje na świecie.
- Ale dlaczego im nie pomoże, przecież one są niewinne!
- Więc pójdą do nieba. Bóg nie może nas wyręczać we wszystkim. Być może ból i cierpienie istnieją tylko po to, by sprawdzić co ludzie zrobią - czy mu zapobiegną, czy nie? To nasza szansa na zbawienie.
[ja] - Czyliii, Bóg tworzy małych murzynków, tylko po to żeby biali ludzie z Europy mogli się zbawić?
- Nie, Klara. Bóg daje nam szansę by pomóc bliźnim.
- A jeżeli z niej nie korzystamy, to skazuje tych "bliźnich" na całe życie w męczarniach.
- ...
- Okrutne.


- Skąd mamy wiedzieć, których ustępów Biblii słuchać, a których nie?
- Słucham? Biblii trzeba zawsze słuchać.
- Biblia akceptuje niewolnictwo.
- Oj, Klara, to co innego, czasy się zmieniły.
- A jednak wciąż każe nienawidzić homoseksualistów.
- ... nie "nienawidzić", Kościół jest otwarty dla wszystkich, homoseksualizm nie jest grzechem - dopiero akty homoseksualne.
- Może dlatego wśród księży jest tyle homoseksualistów - skoro idziesz do piekła za seks z facetem, to równie dobrze możesz zostać księdzem i zarabiać na swoim obowiązkowym celibacie.
- Klara!

- Słabe.

To mnie w religii od zawsze boli najbardziej. Hipokryzja.

Jedyni księża, których na przestrzeni swojego życia lubiłam, to ci, którzy byli naprawdę beznadziejni w swojej pracy. Ponieważ zadaniem księdza jest udawanie, że ukończenie seminarium i głoszenie kazań co niedzielę, to dostateczna ilość wiedzy by znać się na wszystkim. Taką mają rolę w społeczeństwie - pasterze dla owiec. Tłumacze z boskiego na ludzki.
Ja lubiłam tych, którzy zaczynali od słów "nie wiem jak macie żyć". Bo były szczere. Nikt tak naprawdę nie wie jak trzeba żyć. A już z pewnością nie faceci, którzy z przeciętnym życiem mają niewiele wspólnego.
Lubiłam jak dobrotliwie wzruszali ramionami, gdy mój cięty język i żelazna logika przyciskały ich do ściany
- Nie wiem dlaczego tak jest, Klara.
Od takich księży nauczyłam się najważniejszej rzeczy.

Czym jest prawdziwa wiara.
Za ich uśmiechem i gestami pokory dla swojej niewiedzy nie stała głupota, czy brak swoich własnych teorii. Stała wiara.
Wiara w to, że jest dokładnie tak, jak ma być. Nawet jeżeli oni tego nie rozumieją lub nawet się z tym moralnie nie zgadzają. Wiara, która nie potrzebowała dowodów ani cudów. Wiara, że jest jakiś większy plan, większa siła, która w niezrozumiały sposób, ale nad nami czuwa.
A, że oni nie są w stanie zobaczyć większego obrazu, który pozwoliłby na pojęcie tego umysłem? Trudno. To zadanie dla Boga, nie ich. Ich zadaniem jest wierzyć, starać się czynić jego wolę i być najlepszymi wersjami siebie.

Wiara, która nie chciała się narzucać, przekonywać, obalać i walczyć, chciała tylko istnieć.

Byłam oczarowana, ale zupełnie jej pozbawiona.
I przyszedł zupełnie nowy okres, którego się nie spodziewałam - tęsknoty.

Tęskniłam za Bogiem. Tęskniłam za poczuciem, że ktoś mnie kocha, troszczy się o mnie i czuwa nade mną. Za tym by mieć do kogo się zwrócić po pocieszenie, pomoc, nadzieję.
Wolność, z której byłam tak dumna, która stawiała mnie ponad masą naiwnych ludzi, teraz ciągnęła mnie jak kotwica i patrzyłam jak ci sami ludzie, oddalają się ode mnie w zawrotnym tempie, gdy ja lecę w dół.

Często słyszę, że ateizm to lenistwo. Bo nie chce się chodzić do kościoła i być dobrym dla ludzi.
Moim zdaniem, ateizm to najbardziej wymagająca droga. Nie ma się żadnych drogowskazów, żadnych "obiektywnych" kompasów moralnych. Tylko niewiadoma.

Jeżeli Bóg nie istnieje, to kim jestem, jaki jest mój cel, co się wydarzy po mojej śmierci?

I ten sam rygorystyczny porządek myślowy, który doprowadził mnie do ateizmu, "wolności", teraz przywiódł mnie do świadomości, że nie ma żadnego nieba. Która okazała się zupełnie nowym, przerażającym więzieniem.
Nie ma miejsca, gdzie spędzisz wieczność z bliskimi, żadnego szczęśliwego zakończenia. Nie ma piekła, nie ma sprawiedliwości dla niesprawiedliwych, kary dla okrutnych. Jest tylko to co mamy teraz, a później pustka, niebyt.

"Przestanę istnieć?" 

Ta myśl, najdłużej ze wszystkich, zwracała moje oczu ku religii, jak ku ostatniej desce ratunku. Nie mogłam się z tym pogodzić. Tym, że moja świadomość zostanie po prostu wyłączona.
Jakbym nigdy nie istniała.
(Później ta myśl wyewoluowała w pewien spokój i jakąś dozę pogodzenia się ze śmiercią, ale o tym może innym razem)

Jak żyć w świecie, który stworzył się sam z ciągu zupełnie przypadkowych reakcji chemicznych i fizyki?
Który nie ma żadnego celu, oprócz samego istnienia i ciągłego przeobrażania się w coś innego.
W świecie, w którym nie masz żadnej szansy na odkupienie?
Ateizm nie jest lenistwem. 

Tęsknota za wiarą wygląda dokładnie tak, jak tęsknota za bliskim, który zmarł. Pamiętasz to uczucie, gdy byliście razem, pamiętasz szczęście i spokój, ale wiesz, że nigdy go nie odzyskasz. I to wręcz surrealistycznie uczucie. Gdy naprawdę rozumie się słowo "nigdy".

Próbowałam walczyć o swoją wiarę - próbowałam się modlić, chodzić do kościoła, otwierać umysł, ale cała wiedza, którą zdobyłam do tego punktu, stała nad wszystkimi moimi nadziejami związanymi z wiarą i zgniatała je za każdym razem, gdy tylko podnosiły na mnie wzrok.

[ja]: Nie wiemy co wywołało Wielki Wybuch, może to Bóg?
[wewnętrzna ja]: Nie bądź głupia, to, że czegoś nie wiemy, nie znaczy, że możemy sobie zmyślić odpowiedź.

[ja]: Ludzie czasem zdrowieją, wbrew wszystkim przewidywaniom... po modlitwach!
[wewnętrzna ja]: Nie bądź głupia, to, że czegoś nie rozumiemy, nie znaczy, że możemy sobie zmyślić odpowiedź.

[ja]: Nie ma dowodu na nieistnienie Boga.
[wewnętrzna ja]: Sam fakt, że potrzebujesz jakiegoś racjonalnego powodu, myśli lub dowodu, żeby zacząć wierzyć - dyskwalifikuje Cię, bo wiara to nie logika. To zaprzeczenie logice.

I zrozumiałam najsmutniejszą prawdę - już nigdy nie uwierzę w Boga. Bo jestem osobą, która potrzebuje sensu, dowodów, spójności logicznej. Nie umiem opierać się na cudzym, niepotwierdzonym niczym, autorytecie.
Jednocześnie jestem zbyt szczera, szczególnie sama ze sobą, żeby móc żyć opierając się o Zakład Pascala (teoria, że niezależnie od tego, czy Bóg istnieje, czy nie, warto zachowywać się jakby istniał, bo jeżeli nie istnieje, to nic nie tracimy [no nie wiem], a jeżeli istnieje, to zyskujemy życie wieczne). Po pierwsze... nie sądzę żeby Bóg przyjmował do nieba ludzi, którzy wyznawali go w taki sposób "bo się opłaca". Dwa, religia jednak wymaga bardzo wielu osobistych poświęceń więc teza o tym, że "nic się nie traci" do mnie nie przemawia.

Mam jednak swój własny zakład - Zakład Klary.
Opiera się on na tezie, że jeżeli Bóg istnieje, jest dobry i przygotował dla nas karę lub nagrodę po śmierci, to nie będzie mu przeszkadzało, że w niego nie wierzyłam. Co za to będzie się liczyło to, że przeżyłam życie jako dobra osoba (lub przynajmniej dążąc do tego stanu) nie spodziewając się za to żadnej nagrody. Nie byłam dobra dla własnego szczęścia po śmierci. Byłam dobra, bo uważałam, że to najwłaściwsza droga.
I, że doceni, że miałam w sobie dość odwagi i szczerości, żeby powiedzieć
"Przepraszam, ale nie wierzę w urodzenie dziecka przez dziewicę, tak jak nie wierzę w urodzenie się w kwiecie lotosu"
"Przepraszam, ale Kościół, jaki zastałam, był przesiąknięty korupcją, ukrywaniem pedofilii i zbieraniem pieniędzy... i, szczerze mówiąc, w latach przed moim nastaniem, było jeszcze gorzej"
"Przepraszam, ale czuję, że jedyne, do czego służy religia to kontrolowanie ludzi, którzy mają za mało wiedzy, samoświadomości i refleksji, żeby decydować za siebie"
Bóg, który to zrozumie jest jedynym, w jakiego chciałabym wierzyć.
Jeżeli rzeczywiście jest tą wersją ze Starego Testamentu (co wydaje się być prawdopodobniejsze, biorąc pod uwagę, że ST jest podstawą judaizmu, islamu i chrześcijaństwa, więc coś musi w nim być), która topi światy, każde mordować swoje dzieci, sypiać z bratowymi, przepraszać za okres, kamienować, dręczy ludzi dla zabawy i pozwala na niewolnictwo... to dziękuję, wolę piekło, niż życie zgodnie z tymi zasadami.

Jeżeli wierzysz w Boga, połóż sobie rękę za sercu i wiedząc, że on wie, kiedy kłamiesz, więc nic się nie ukryje zapytaj siebie - naprawdę wierzysz w najważniejsze dogmaty swojej religii?
Czy wierzysz w piekło i niebo (wprowadzone do katolicyzmu w roku 543), że Maryja była dziewicą (wprowadzone w 649), że przy komunii świętej jesz dosłowne ciało i krew Jezusa (rok 1215), że tradycje przyjęte przez Kościół są równie ważne jak Biblia (rok 1545).
Wierzysz?
Czy "no nie wiem, może, tak zostałam wychowana, w coś chyba wierzę, po co drążyć temat?".

Moim zdaniem piekło, luka na "jak trwoga to do Boga" (bo zawsze jest miło mieć opcję się pomodlić i poczuć, że coś się zrobiło) lub finalnie - nieumiejętność szczerego przyznania przed sobą, że jednak potrafisz kłamać, oszukiwać, sypiać przed ślubem i tak dalej, nie bojąc się kary boskiej (chociaż powinna Cię przecież za to spotkać), to jedyne rzeczy, które trzymają większość ludzi przy religii. I rodzice.

Ten sam dyskomfort, który nie pozwala Wam powiedzieć na głos "nie wierzę", odpowiednio poprowadzony, odpowiednio umotywowany i osadzony w odpowiednich okolicznościach sprawia, że ludzie się wysadzają. Nie dlatego że religia jest zła. Po prostu ludźmi, szczególnie przy użyciu religii, jest wyjątkowo łatwo manipulować. Jeżeli ta tradycja potrafi trzymać Was tak mocno, nawet gdy ogólnie rzecz biorąc nie wierzycie, wyobraźcie sobie, co może zrobić z ludźmi, którzy naprawdę wierzą. Na dodatek są podatni na sugestie, a ktoś, kto twierdzi, że zna wolę Boga, mówi im, że jak się wysadzą, to spędzą wieczność w raju z dziewicami (jakby ktokolwiek, mając do wyboru doświadczoną kobietę, wolał dziewicę) i ich to przekonuje! Bo generalnie ludzie są głupi. Bam! Wielka tajemnica wyszła na jaw. Ludzie są głupi, wiara jest silna, a źli ludzie u władzy zawsze wiedzą jak to wykorzystać.


Patrząc na historię, można dojść do wniosku, że zarówno chrześcijanie, jak i muzułmanie po prostu wzięli sobie religię żydów, dołożyli sobie po własnej książce (Koran, Nowy Testament) i stwierdzili, że zaczynają swoją własną religię, która pasowała do ich własnych zamierzeń, planów i społecznych realiów.
W Starożytnym Rzymie, pełnym hedonizmu i politeizmu, religia ze Starego Testamentu nikogo by nie przekonała. Kto chciałby zrezygnować z Wenus czy Bachusa dla jednego, strasznego, surowego i okrutnego Boga żydów? Nikt.
Jednak dla dobrego, spokojnego, pełnego miłosierdzia Boga, który dosłownie zszedł na ziemię i umarł za nasze grzechy? I nie jest jeden, ale występuje w trzech postaciach? To już zdecydowanie bardziej.
Religia jest narzędziem.
Jak broń. Można nią kogoś skrzywdzić, ale można też obronić, to, do czego się jej użyje, w pełni zależy od posiadacza.
Prawdą jest, że przez tysiąclecia religia służyła głównie do panowania nad masami, odbierania im pieniędzy, przymuszania do swojej woli i własnego pojęcia porządku - przez groźbę kary, potępienia lub piekła. Każda duża religia ma na swoim sumieniu większe lub mniejsze grzechy. Możemy to dobrze zaobserwować na obecnym kryzysie w Islamie. Chrześcijaństwo przechodziło dokładnie to samo 500 lat temu. I bynajmniej nie dlatego, że oni są 500 lat za nami, a przez to, że historia zatacza koła, poglądy się radykalizują i liberalizują. U nas trwa czas liberalizacji, u nich radykalizacji. Jednak ich radykalizacja wywołują naszą radykalizację, a nasze liberalizacja ich liberalizację, więc to kwestia czasu, aż role znowu się odwrócą.
W imię każdej religii się mordowano, gwałcono i rabowano.
Wiecie dlaczego?
Bo jest narzędziem!

My żyjemy jednak w dobrych czasach i punkcie geograficznym. Czasach kiedy prawie każdy kończy te 12 lat edukacji. Czasach z internetem, ogólnodostępnymi bibliotekami i możliwością podjęcia dyskusji na każdy temat. Władza Watykanu zniknęła z większości Europy.
Widzę, jak zmienia to stosunek do Kościoła Katolickiego, jak ludzie się burzą, gdy widzą księży z dziećmi, lexusami i wielkimi brzuchami. I uważam to za fantastyczny postęp!
Bynajmniej nie dlatego, że kibicuję upadkowi religii, wręcz przeciwnie - kibicuję bardziej świadomej religii, religii opartej o realne społeczne normy, dynamicznej, wolnej, stworzonej przez ludzi dla ludzi. A przede wszystkim - dobrej.

Ostatnio wdałam się w taką dyskusję z innymi ateistkami, które rzucały hasłami "religia to nie szwedzki stół!". Emm, dlaczego? Dlaczego nie?
Dlaczego, jako ludzie z wolną wolą, własnym sumieniem i rozbudowanym systemem prawnym, który funduje nam instant-karmę, nie możemy wybierać co uznajemy za słuszne, a co nie?
"Bo jak jesteś częścią Kościoła to musisz się stosować do jego zasad!" doprawdy muszę? Bo ksiądz mi każe? Ksiądz, który jest takim samym grzesznikiem jak ja? Czy dlatego, że przez dwa tysiące lat i 21 soborów inni księża decydowali, co można, a co nie?

Sądzę, że religia jest wspaniałą rzeczą. Dającą poczucie bezpieczeństwa, siły, nadziei, wspólnoty. Jedną z niewielu rzeczy, która łączy ludzi w imię czegoś, nie przeciw czemuś. Łączy ich wszystkich przez miłość. Czyż to nie jest wspaniałe? Na dodatek miłość do istoty, która wybacza, kocha i może wszystkich zbawić. Zagwarantować wieczne szczęście. Lub wieczne potępienie, jeżeli się na nie zasłużyło. Miłość, sprawiedliwość, dobro. Lennon śpiewał
"Imagine there's no countries
It isn't hard to do
Nothing to kill or die for
And no religion too
Imagine all the people living life in peace"
A ja przekornie uważam, że religia jest właśnie drogą do tego. Oczywiście nie w takiej formie jak teraz - gdy jest zbudowana na strachu, poczuciu obowiązku i nienawiści. Bo tego potrzebują ludzie u władzy.
Gdy odrzuci się jednak całą instytucję, z jej rzeszą zakazów i nakazów - piekła, pokuty, odpustów, pielgrzymek, stawiania tysiącletnich książek jako podstawy do współczesnego życia. Te teksty napisali ludzie, którzy żyli 40 lat, nie mieli antybiotyków, kanalizacji a swoje mądrości spisywali na kamieniach! Większość z nas nawet na co dzień nie widuje kamieni.
Zostaje tylko to - bądź dobrym człowiekiem, nie czyń drugiemu co Tobie niemiłe.
Tylko to. W zupełności wystarczy.

Ja nie wierzę w Boga... ale wierzę w wiele innych rzeczy. Wierzę, że dobro kiedyś wygra, wierzę, że uda nam się osiągnąć pokój i spokój, jeszcze tutaj na Ziemi. Wierzę, że jeśli tylko otworzymy swoje serca na dobro, osiągniemy rzeczy, które nie śniły się najśmielszym filozofom. I czy nazwiemy to dobro miłością do Boga, do natury, do ludzi - nie ma znaczenia.

"You may say I'm a dreamer but I'm not the only one"


fot. e-klerki
Moja komunia. Mama wciąż nienawidzi mnie za to, że ścięłam swoje włosy do pasa, na pół roku przed.

Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.