Green American Dream!

12:15
Umieszczając na stronie zakładkę "podróże" byłam przekonana, że to będzie główny temat mojego bloga. Tymczasem, 14 tekstów później... ani słowa o podróżach!

W moich wersjach roboczych jest kilkanaście rozpoczętych opisów różnych miast, krajów, miejsc. Leżą tam samotne i niedokończone.
Powody są dwa i chyba wynikają z siebie wzajemnie. Pierwszy jest taki, że nie wiem jak opisać to w sposób, który by Was zainteresował. Nie chcę by były to typowo podróżnicze wpisy na zasadzie: byłam tu i tu, widziałam to i to, kosztowało tyle i tyle, polecam lub nie polecam. Takich wpisów na przeróżnych blogach są setki i zapewne w większości są lepsze od tego, co ja bym mogła przekazać, bo autorzy z góry autorzy przewidzieli, że będą to spisywać.

Ja natomiast chciałabym pokazać dane miejsca jako przeżycie, uczucie, wspomnienie. Jako stan umysłu, nie zbiór zabytków i atrakcji.
Przychodzi mi to jednak o wiele ciężej, niż się spodziewałam, zapewne przez to, że...

Od 13 miesięcy nie byłam dłużej niż 3 dni za granicą. To drugi powód. I każde pisanie o podróżach, nie dość, że jest dla mnie bolesne, bo przypomina mi, jak długo siedziałam na miejscu, to jeszcze jest po prostu ciężkie, bo pisanie o podróżach na "podróżniczym haju" jest najnaturalniejszą rzeczą na świecie, natomiast pisanie o podróżach na "podróżniczym detoksie" to zupełnie inna historia.

Nigdy nie brałam twardych narkotyków, ale wyobrażam sobie, że odczuwam coś podobnego do tego, co odczuwa się na okropnym zjeździe, połączonym z przytłaczającym poczuciem, że przez następne wiele miesięcy nie będzie mnie stać na żadne narkotyki, a co dopiero dobre.
Dlatego postanowiłam wrócić do tematu po ślubie, gdy nasze konto przestanie cierpieć z powodu przygotowań, a zostanie przyjemnie połechtane ślubnymi kopertami, które planujemy w całości przeznaczyć na podróże, przeprowadzki i tego typu przedsięwzięcia.

Czekając na przyszłość i pieniądze, podjęliśmy się pomysłu, z którego myślę, że warto skorzystać i którym chciałabym się z Wami podzielić.

Po podróży poślubnej planujemy przeprowadzić się do Stanów. Przynajmniej na chwilę. Piotrek chce spróbować swojej szansy w mekce wszystkich programistów - San Francisco, a ja na Broadwayu. Nie, żartuję. Nie umiem ani tańczyć, ani śpiewać. Niemniej jednak, wizja mieszkania w Stanach - tych sławnych Stanach ze starych i nowych filmów, apple pie, białych ogrodzeń, surfowania, legalnej marihuany, coca coli i Taco Bell... zawsze była dla mnie nieodpartą pokusą, więc nie będę udawać wiernej żony gotowej na poświęcenia - będzie to spełnienie marzeń dla nas obojga.

Kto interesował się kiedykolwiek tematem, wie jak ciężko zorganizować sobie możliwość legalnej pracy w Stanach.

1. Z Polski musisz znaleźć kogoś (firmę), kto będzie chciał Cię zatrudnić w USA.
2. Twój przyszły pracodawca sam musi wystąpić o wizę pracowniczą dla Ciebie.
3. Nie da się jechać "w ciemno" i szukać pracy na miejscu.
4. Życie na tych wizach jest dość ryzykowne, bo zdaje Cię na łaskę pracodawcy - jeżeli Cię zwolni, wracasz do Polski.
5. Możesz na niej pracować tylko 3 lata, z ewentualnym przedłużeniem do 6, jeżeli ubiegasz się o Zieloną Kartę.
6. Jeżeli jedziecie jako małżeństwo, współmałżonek może się ubiegać o wizę pracowniczą dopiero na miejscu i nie wiadomo, czy ją dostanie.

Tak to mniej więcej wygląda na najbardziej popularnej wizie H-1B.
Niezbyt przyjemnie.

Dlatego też postanowiliśmy oboje spróbować ("bo co nam szkodzi?") swojego szczęścia w loterii o Zieloną Kartę.

Czym jest Zielona Karta?
Jej poprawna nazwa to Karta Stałego Pobytu Stanów Zjednoczonych - myślę, że nazwa zawiera definicję.

Plusy:
1.
Gwarantuje normalne życie w Ameryce.
2. Możesz robić wszystko, jak zwykły obywatel, poza głosowaniem w wyborach.
3. Po 5 latach możesz ubiegać się o obywatelstwo Amerykańskie.

Minusy:
1.
Nie wolno opuszczać Ameryki na okres dłuższy niż rok lub przy zdobyciu "re-entry permit", dłuższy niż dwa lata. W przypadku dłuższej nieobecności Zielona Karta jest anulowana. 

Dla mnie jest to ogromny minus, nie zaprzeczam. Liczę jednak, że Ameryka rzeczywiście jest tak piękna, unikalna i wielka, jak wszyscy mówią i będę miała się czym zająć i na co patrzeć przez te 5 lat.

Jeżeli to Was nie zniechęciło, przejdźmy do konkretów!

Jak się ubiegać o taką przyjemność?

Sposoby są trzy:
1.
Przez rodzinę
2. Przez wizy pracownicze
3. Przez loterię

Ja skupię się na 3, bo tylko ona jest dostępna dla wszystkich.
Prawie wszystkich.

Jakie warunki trzeba spełnić?
1. Trzeba skończyć liceum - 12-letni program nauczania.
2. Nie trzeba mieć matury, tylko dyplom ukończenia szkoły.
3. Nie chorować na rzeżączkę, trąd, kiłę, gruźlice, nie posiadać psychicznych/fizycznych zaburzeń, przez które jesteś zagrożeniem dla siebie lub innych, nie być uzależnionym od narkotyków.
4. Niekaralność.

Tyle!
Tylko takie wymogi trzeba spełniać by móc się ubiegać o Zieloną Kartę!


Jaki jest koszt brania udziału w loterii?
Zerowy!

Opłaty uiszcza się dopiero w Ambasadzie USA, tuż przed rozmową z konsulem (330$ opłata za rozpatrzenie wniosku), oraz na późniejszym etapie (220$ opłata imigracyjna) po otrzymaniu samej wizy.

Oczywiście ostateczna decyzja należy do konsula, jednak nawet wygranie loterii nie gwarantuje rozmowy z nim. Po drodze jest jeszcze kilka formularzy, badań, zaświadczeń, jak to bywa w urzędach, a ostatecznym wyznacznikiem jest numer CN (Case Numer). Określa on kolejność rozpatrywania wniosków. Wyczytałam, że statystycznie posiadanie numeru poniżej 17000 gwarantuje rozmowę, ale (ponieważ nie wszyscy dostają wizę) wyższe numery też mają szansę.
Z jakiegoś powodu dużo ludzi kłamie i nie spełniając podstawowych kryteriów, bierze udział w loterii, żeby zmarnować innym czas. W związku z tym losowanych jest x2 więcej osób niż dostępnych miejsc, co wydłuża niemiłosiernie cały proces.
Dlatego w 2017 organizuje się wizy na... 2019.

Jaka jest szansa na wygranie loterii?
Porównywalna do trójki w Totolotka.

Niemniej jednak! Uważam, że cała ta loteria jest mega okazją i super szansą.
Zawsze można zrezygnować z Zielonej Karty i nigdy nie wrócić, nikt w Stanach imigrantów nie trzyma na siłę. Powiedziałabym, że za rządów Trumpa - wręcz przeciwnie.
Też przez ten wzgląd warto się zainteresować tą loterią, bo w świetle antyimigracyjnych nastrojów w USA, można się spodziewać obostrzeń w prawie. Już w tym roku, była informacja, że loteria może być odwołana.

Dużo osób, na czele z moim tatą, mówiło mi, że Stany, jako miejsce do mieszkania, to duże rozczarowanie. Nie dość, że nie jest zbyt bezpiecznie, to takie rzeczy jak ubezpieczenie zdrowotne, opłaty za studia, czy ceny nieruchomości spędzają sen z oczu.
Czytałam też kiedyś artykuł o tym, że Stany to kraj fałszywego optymizmu, skrajnego konsumpcjonizmu (który przełożył się na ich kryzys w 2008) i "fake it till you make it" ("udawaj, aż stanie się to prawdą").
Moim wnioskiem było jednak: "może właśnie to dobrze!".
Może ta niefrasobliwość, odpowiadanie "I'm fine, thanks, how are you?", zamiast "O Boże, nie uwierzysz co mój szef/dziekan/sąsiad/ojciec mi znowu zrobił!" i zachowywanie się jak wersja siebie, którą chce się być, naprawdę jest przepisem na sukces?
Nie bez przyczyny to Amerykańska kultura zdominowała cały świat.

A jeżeli okaże się wielkim niewypałem i kolejnym stosem niespełnionych oczekiwań?
Cóż, warto było spróbować!

Kto wie, co będzie się działo na świecie w 2019? Może ta wiza wypadnie Ci z głowy i kręgu zainteresowań, do stopnia, w którym zignorujesz maila, który potwierdzi, że przechodzisz dalej.
A może da Ci szansę, która wszystko zmieni?
Szczęściu trzeba pomagać!

Formularz zgłoszeniowy możecie wypełnić na tej stronie:
https://www.dvlottery.state.gov/(S(3diusksnqes3crxtwlxh3ihf))/default.aspx
Po więcej informacji zapraszam na Wikipedię, angielskie hasła na ten temat są świetnie rozbudowane!

Czas jest do 22 listopada 2017!

PS
Jak wygracie i rzeczywiście wyjdziecie, przyjdźcie się tutaj pochwalić! Lub przy najszczęśliwszych wiatrach - do zobaczenia na miejscu!


Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.