Stare dobre czasy!

12:43
Wpadłam ostatnio na fenomenalne myśli, którymi dziś się z Wami podzielę!

Ten rok upłynął/upływa mi pod hucznym hasłem "rozwój wewnętrzny". Zorientowałam się, że takie jest hasło we wrześniu, bo, jak wiadomo, gdy jest się "w procesie", zauważanie rzeczy przychodzi dość ciężko. Także zajęło mi 9 miesięcy, zorientowanie się co właściwie w tym roku robię i odpowiedź była dla mnie dość zaskakująca, ponieważ brzmiała "próbuję być lepszym człowiekiem".
"Czyż nie my wszyscy?" - wypadałoby zapytać. Wydaje mi się jednak, że nie, nie wszyscy.

Myślę, że ta chęć bycia lepszą, przyszła do mnie jako naturalna wynikowa bycia szczęśliwą. Szczęście wywołało poczucie wdzięczności, wdzięczność chęć pewnego... sama nie wiem, oddania dobra, które dostałam.

Dobro i szczęście idą przez życie za rękę, i sądzę, że tak długo jak trzyma się chociaż jedno z nich, drugie zawsze złapie za tą pustą dłoń i zamknie Cię w kręgu spokoju i bezpieczeństwa.

Tak czy inaczej, jak zapewne każda z Was, spędzam sporo czasu na zastanawianiu się co by tu zrobić, żeby być bardziej szczęśliwą.

"Jak kiedyś".

Jak w "starych dobrych czasach", kiedy życie było łatwe, przyjemne, a już na sto procent bardziej znośne, niż to z czym trzeba się użerać, będąc dorosłym.
Prawda?
Tylko że wcale nie było.

Nosiłam kiedyś w sobie tę ogromną tęsknotę za tymi sławnymi "starymi dobrymi czasami", niezależnie od tego, gdzie byłam i co robiłam, miałam w sobie to "ech, a jak byłam na 1 roku/w liceum/w gimnazjum/na wakacjach/na nartach/mając 17/20/22 lata to wtedy było!".

Kiedyś, wtedy, tam, zawsze było bardziej pociągające niż dziś, teraz, tu.

Pamiętam jak wrzuciłam kiedyś post w stylu
"Gdyby tylko istniał sposób, na zauważanie "starych dobrych czasów", w czasie kiedy się dzieją, a nie kiedy są już "starymi czasami"..."
Na co jeden z moich kumpli odpisał
"Klara, dosłownie tydzień temu wróciłaś z Majorki, zamknij ryj".

Cóż. Ta prosta prawda stała się rysą na szkle mojego postrzegania rzeczywistości, ale mój mózg szybko pokierował mnie w kierunku znanych i bezpiecznych myśli mówiących "noooo tak, może i teraz jest okej, powiedzmy, ale teraz to i to jest nie tak, nie to co wtedy!"
W jakiś sposób intuicyjnie czułam, że ten tok myślenia musi być słuszny, bo przecież, gdyby teraz było lepiej niż wtedy, to byłabym na tyle szczęśliwa, by nie tęsknić za tym co było. Logiczne.
Tak?

Zgodnie z tezą, którą chcę tu przedstawić - nie.

A oto i dlaczego: przeszłość to tylko suma naszych wspomnień.

Nasz mózg jest niesamowitym organem, który nie tylko utrzymuje nas przy życiu, ale też dba o to, by życie dało się znieść. Jednym z mechanizmów, dzięki którym udaje mu to osiągnąć, jest wyparcie. Cytując za Wikipedią "jest to usunięcie ze świadomości myśli, uczuć, wspomnień, impulsów, fantazji, pragnień itp., które przywołują bolesne skojarzenia lub w inny sposób zagrażają spójności osobowości danej jednostki". Co to oznacza w praktyce?

Przypomnij sobie najgorszy okres swojego życia. Poważnie, pomyśl o tym teraz, zanim przejdziesz dalej.

Czy bez specjalnych nakładów sił jesteś sobie w stanie przypomnieć więcej niż 5-6 złych sytuacji?

Z setek, a może i tysięcy, które się wtedy wydarzyły? Pojedynczych uderzeń, zaciskanych pięści, przepłakanych nocy, ściskającego żołądek wstydu i tak dalej?
O ile nie jesteś masochistką, która lubi odtwarzać w swojej głowie takie uczucia po tysiąckroć - zapewne nie.

Znacie powiedzenie "czas leczy rany", myślę, że o to właśnie w nim chodzi - wypieranie.
Nie jest to oczywiście perfekcyjny mechanizm. Jeżeli w danym okresie złych sytuacji było dość dużo - mózg po prostu wyprze cały okres, a z nim również dobre wspomnienia.
Ja, na przykład, nie pamiętam praktycznie nic okresu 13-20 lat. 7 lat rozpłynęło się w powietrzu. Wprawdzie niektóre sytuacje wyryły się na moim charakterze, kształtując to jaką osobą jestem teraz i w pewien sposób czuję je w sobie, ale większości z nich nie byłabym w stanie opowiedzieć, w więcej niż 3 zdaniach. Czas je rozmazał i okrył błogą mgłą zapomnienia, którą rozproszyć może tylko duża ilość skupienia i dobrej woli, której, jak można się domyślić, w tej dziedzinie nie mam.

Zmierzam jednak do tego - wspomnienia to tylko wyselekcjonowane, niedokładne, wypełnione poprawkami myśli na temat tego, co się wydarzyło. Nie dość, że są niekompletne, to z czasem mogą kompletnie zmienić wydźwięk.
Są rzeczy, które przez długi czas wspomniałam z satysfakcją, teraz są jednak dla mnie bardzo niekomfortowe, bo zmienił się moment, a z nim kontekst.

Wspomnienie kłótni o wychodzenie z domu, gdy miało się 16 lat, jest czymś zupełnie innym, gdy ma się 18 lat, a gdy ma się 24. Nie tylko zmienia się perspektywa i zapomina się przykre wrażenia, ale też zmienia się wyżej wspomniany kontekst.
Gdy ma się ponad 20 lat, kłótnie z rodzicami o odrabianie zadań domowych, wyjścia na imprezę i tak dalej, są zaledwie wspomnieniem i anegdotą... Wtedy były prawdziwym bólem, trzaskaniem drzwiami, wściekłością i bezsilnością. Wbiegało się z płaczem do pokoju, rzucało teatralnie na łóżko i krzyczało "wolałabym się nie urodzić!" czy jakąś inną patetyczną myśl, która wydawała się na miejscu i było to szczere! Naprawdę przeżywało się te wszystkie emocje na 100%.
A to, że z perspektywy czasu, wydaje się to głupie, a czasy świetne?
Wyparcie. Racjonalizacja. Perspektywa.

Nasze życie było dokładnie tak ciężkie i bolesne jak wtedy czuliśmy, nie było się "głupim nastolatkiem", którego teraz można w myślach wyśmiewać i wywracać na niego oczami, bo nie umiał sobie poradzić. Tamta osoba i Ty, to ta sama osoba, ilość doświadczeń to jedyna różnica. Wtedy ich nie miałeś, teraz je masz. Kiedyś będziesz miał te, które zdobywasz obecnie, zakładam, że to nie sprawia, że masz ochotę klepnąć się w plecy i powiedzieć "hehe, ale te Twoje problemy są dziecinnie proste do rozwiązania".

"Stare dobre czasy" wcale nie były takie dobre i tak różne od obecnych, po prostu wszystko, co było w nich złego, zdążyliśmy zapomnieć. Materiał w szkole wcale nie był "banalny", matura nie była "pestką", kłótnie z rodzicami nie były "fanaberią", związki nie były "infantylne" - to był szczyt naszych ówczesnych możliwości. To, że potem zdajemy sesje, które mają więcej materiału niż całe liceum, jest tylko tym, czym wtedy były klasówki - szczytem możliwości.
Będąc w gimnazjum, nie myślisz o tym, że zdrada może przybrać formę seksu z prostytutką, gdy macie 2 dzieci. To abstrakcja. Tak jak abstrakcją na studiach jest idea bycia bezdomnym, bo zainwestowało się wszystkie oszczędności w Amber Gold.

Wyparcie jest jednak mechanizmem, nad którym absolutnie nie panujemy. Możemy go w pewnym stopniu zatrzymać, powracając często myślami do danych wydarzeń, ale wiadomo, to bez sensu. Wszystko, co możemy więc zrobić to, gdy przyjdzie do nas ta tęsknota za "starymi dobrymi czasami", może nie grzebać w pamięci w poszukiwaniu dowodów na to, że to nieprawda, ale po prostu z góry pamiętać, że nie były aż tak dobre. A już na pewno nie tak idealne i łatwe, jak nam się obecnie wydaje.

Gdy tylko względnie wyleczyłam się tego myślenia, przyszło do mnie jego lustrzane odbicie.

Tęsknota za przyszłością.

Za tym czasem, kiedy Ta Jedna Rzecz zniknie z krajobrazu. Gdy rozmawiałam o tym z Pio, podałam mu ten przykład:
Wylądowaliśmy w Azji ze strasznym jetlagiem, nie mogliśmy się z niego otrząsnąć przez dobre dwa tygodnie, chodziliśmy spać koło 5 ranem, budziliśmy się o 14. "Gdy tylko skończy się nam jetlag, wtedy wszystko będzie idealnie!". Jetlag się skończył, ale wtedy Piotrek zachorował na ospę. "Gdy tylko wyzdrowiejesz, wtedy wszystko będzie idealnie!". W końcu wyzdrowiał, ale zrobiliśmy się już trochę zmęczeni spaniem co noc w innym hotelu. "Jak tylko znajdziemy idealne miejsce, wtedy wszystko będzie idealnie!". I tak dalej i tak dalej. Zawsze była Ta Jedna Rzecz, która dzieliła nas od pełnego szczęścia. Czekaliśmy na to lepsze jutro, które w pełni nigdy nie nadchodziło, bo na miejsce poprzedniej Jednej Rzeczy, pojawiała się następna.

Co za koszmar, prawda? Nigdy nie móc być w pełni szczęśliwym!

Szczęście chyba jednak tak nie działa. Jak w wierszu Twardowskiego "kocha się nie za cokolwiek, ale pomimo wszystko", tak jest się szczęśliwym, nie z powodu jakiegoś pozytywnego wydarzenia, a pomimo negatywnych wydarzeń.
Gdy szczęście ma pochodzić z zewnątrz, nigdy nie przyjdzie, bo nasza ludzka natura zawsze pcha nas do przodu, zawsze chcemy więcej, nigdy nic nie jest wystarczająco dobre. To czyni nas jedynym gatunkiem posiadającym cywilizację, jednak czyni nas też permanentnie nieusatysfakcjonowanymi.


Myślę, że szczęścia trzeba się nauczyć. Nauczyć się czerpać satysfakcję z tego, co dzieje się dziśteraztu, pomimo tych wszystkich rzeczy, które nam nie pasują. Tak jak uczymy się pisać, opowiadać kawały czy grać na instrumencie. Ciągłą praktyką.
Nasze "stare dobre czasy", nasza Tylko Jedna Rzecz, dzieje się teraz, dla naszych przeszłych i przyszłych nas. Ale nie dostrzegamy tego, bo nigdy nie jesteśmy przeszłymi lub przyszłymi nami, zawsze jesteśmy tylko teraźniejszą wersją.
Nie odczujemy ulgi z przeszłości, że Ta Jedna Rzecz została wyeliminowana, nie poczujemy satysfakcji z przyszłości, że żyjemy w "starych dobrych czasach".
Mamy tylko siebie, tu i teraz, przyszłość i przeszłość mogłaby równie dobrze nie istnieć z perspektywy wpływu na nasze szczęście.


Nadążacie jeszcze?

Nie ma żadnego idealnego miejsca i stanu, żadnego elitarnego klubu dla szczęśliwych ludzi, do którego można się dostać, a potem ma się już tam zagwarantowane miejsce do końca życia.
Nie ma ilości pieniędzy, dzieci, podróży, przeczytanych książek, po której myśli się "ok, gotowe, jestem szczęśliwy, teraz rozpoczynam resztę swojego szczęśliwego życia".

Szczęście jest bardziej jak wędkowanie - spędzasz 6 godzin, siedząc w jednym miejscu, nie robiąc nic konkretnego, pozornie tylko dla tych rzadkich momentów, w których udaje Ci się złapać rybę. Ale to w porządku, bo jesteś gotowy na to oczekiwanie. Jesteś przygotowany, że nie będziesz łapał ryb co minutę. Idziesz tam dla całego przeżycia, nie tylko dla tych kilku minut wyciągania ryby.
I tak chyba jest ze szczęściem - starasz się robić w życiu to, co sprawia Ci przyjemność, a szczęście dzięki temu od czasu do czasu pojawia się na horyzoncie i kto wie? Może nawet uda Ci się je złowić, oporządzić i zrobić z niego posiłek, który Cię nasyci i da energię na dłuższy czas?

Takie myśli zawsze potrzebują czasu żeby wsiąknąć.
Zauważyłam, że tak następują we mnie zmiany:
> Zauważam problem lub pole do zmian.
> Dochodzę do jakichś sensownych wniosków na ten temat.
> Mija sporo czasu.
> Wnioski zaczynają wsiąkać - przenikać moje myślenie, aż w końcu, powolutku, naturalnie zaczynam je wprowadzać w życie.

Mniej na zasadzie "od poniedziałku będę dobrą osobą", a bardziej "nie, nie odpowiem na ten komentarz, z pewnością ta osoba ma swoje problemy, skoro tyle w niej jadu".

Moją drogą do bycia dobrą osobą, ewidentnie jest bycie szczęśliwą. Im więcej pracuję nad swoim szczęściem, tym lepsza jestem.

Nauczyłam się dopuszczać do siebie myśli (jeszcze nie jestem niestety na etapie myślenia tak codziennie, ale pracuję nad tym!) "nie przejmuj się tymi niedogodnościami teraz, szykujesz ślub swoich marzeń, kiedyś nawet nie będziesz pamiętać jakie wyrzeczenia poniosłaś, a ślub z pewnością zapamiętasz na całe życie!", jako autentyczne odbicie mojego nastroju, nie tylko coś co mówi się do siebie, lub innych, by poczuć się lepiej. Myślę o tym, że teraz przeżywam czas, który będę z rozrzewnieniem wspominała przez całe lata. Moje "stare dobre czasy" kiedy byłam "młoda", "wszystko było łatwe", i tak dalej, chociaż subiektywnie, oczywiście się tak nie czuję. Jeszcze! Bo jak wspominałam - praca wre!

Czasy jednak potrafią być naprawdę ciężkie i trzeba też dać sobie możliwość przeżywania również takich emocji. To część procesu. Część radzenia sobie.
Jak jednak rozróżnić, kiedy w grę wchodzą "prawdziwe problemy" a kiedy tylko Ta Jedna Rzecz?

Wymyśliłam zasadę dwóch pytań:

  1. Czy za 5 lat będziesz o tym pamiętać?
  2. Czy będzie to wtedy anegdotą? 

Jeżeli odpowiedź na drugie pytanie brzmi "nie", wtedy masz prawdziwe problemy i czuj się w pełni uprawniona do przeżywania ich z najbardziej spektakularnym żalem, na jaki Cię stać.
Jeżeli odpowiedź na pierwsze brzmi "nie" lub na drugie "tak", skup się na przyjemnych rzeczach w swoim życiu, bo to tylko Ta Jedna Rzecz.

Takie rzeczy sobie ostatnio myślałam!
Dla mnie są absolutnie fantastyczne i nie mogę się doczekać, aż pewnego dnia rano obudzę się szczęśliwa bez absolutnie żadnego konkretnego powodu i pomyślę "Klara, naprawdę dałaś radę to przeforsować!"

I Wam życzę tego samego!


fot. e-klerki.
Oryginalna fotografia uwieczniająca mnie, nie wiedzącą kiedy trwają "stare dobre czasy". Na Majorce.

Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.