Komu warto się podobać?

11:11
Jest takie angielskie przysłowie "grass is always greener on the other side", które opisuje zabawny paradoks - niezależnie od tego gdzie jesteś, "gdzie indziej" zawsze wydaje się atrakcyjniejszym miejscem.
Czy to dla studenta rachunkowości, który marzy o amerykanistyce. Czy podróżnika, który całe życie chciał uciec od ojczyzny, a teraz tęskni za nią z odległości tysięcy kilometrów. Czy introwertyka, który z zazdrością spogląda z kąta pokoju na ekstrawertyków, brylujących w jego centrum.
Ostatnio na fanpagu zastanawiałam się, czy poczucie "normy" zabija poczucie "szczęścia", co całkiem dobrze wkomponowuje się w to powiedzenie, także zapraszam do lektury!


Dziś jednak chciałabym skupić się na czymś bardziej prozaicznym niż antyutopia.

Najpewniej każda z Was, chociaż raz w życiu, zastanawiała się jak by to było być ładniejszą - sprawiać, że ludzie chcą wyświadczać Ci przysługi i zwracają na Ciebie większą uwagę, móc umawiać się, z jakim tylko chłopakiem sobie zamarzysz, bo każdy z nich tylko czeka na odrobinę Twojej atencji. Tylko dlatego, że jesteś ładna.
A druga pula z Was zastanawiała się, jak by to było być brzydszą - kiedy nikt z góry nie zakłada, że jesteś głupia, kiedy ludzie słuchają tego, co mówisz, zamiast być skupieni na tym jak wyglądasz, kiedy interesują się Tobą tylko fajni faceci, których naprawdę interesujesz, a nie zgraja ćwoków, która jedyne czego chce, to się dobrać do Twoich majtek.

Dziś opowiem Wam historię o tym, jak doświadczyłam obu tych stron... i jak wyleczyłam się (powiedzmy) z aktywnego przeżywania kompleksów.

"Jak to obu stron?"
A obu.

To ciekawa historia na inny czas, ale przez całe swoje życie żyłam pomiędzy twardym poczuciem, że "nie jestem ładna, więc muszę być mądra", nieustającą atencją ze strony facetów i bezbrzeżnym zdziwieniem koleżanek.
Jeżeli jest fraza na mój temat, którą usłyszałam więcej niż 1000 razy, to z pewnością "nie jesteś nawet aż tak ładna!", "nie masz nawet tak dużych piersi!", "nawet nie umiesz się malować!". Od koleżanek, oczywiście. Zazdrosnych - zapewne. Sfrustrowanych - z pewnością.

Przez całe moje życie, większość moich kompanek była ładniejsza ode mnie. Zaczynając od mojej Socjopatycznej Byłej Przyjaciółki, z którą bardzo długo wyglądałyśmy jak bliźniaczki - i to ona była tą ładniejszą, przez koleżanki z podwórka, po dziewczyny z klasy. Zawsze w moim najbliższym otoczeniu były przynajmniej 3 kobiety, które na pierwszy (i kolejny też) rzut oka wyglądały o wiele, wiele lepiej ode mnie.
Miały ładniejsze włosy, ładniejsze twarze, ewidentnie bardziej im zależało na wyglądzie niż mi, ponieważ ja, jako nastolatka i jako dorosła raczej też, nigdy nie podjęłam żadnych konkretnych kroków w kierunku dbania o swój wygląd. Ale nawet gdybym podjęła, one wciąż byłyby ładniejsze.
Tak więc dorastałam wśród ładniejszych od siebie towarzyszek i zarówno ja, jak i one, zdawałyśmy sobie sprawę z różnic między nami - których nie omieszkały mi wytykać, gdy tylko czymś się im naraziłam.

Potem przyszło jednak dorastanie, które przyniosło zabawny plot twist w mojej historii brzydkiego kaczątka.
Moje koleżanki stały się jeszcze piękniejsze, ich włosy bardziej błyszczące, ich twarze gładsze niż kiedykolwiek wcześniej. A ja? Ja się dosłownie zmieniłam na gorsze.
Dorastanie było dla mnie ciągiem kremów przeciwtrądzikowych, bardzo (!) dziwnych ubrań, okropnych fryzur, za długich rąk, za chudych nóg, nieistniejącego biustu.

To co się jednak zmieniło, to stosunek chłopców do mnie. Ponieważ cały poprzedni etap spędziłam grając z nimi w piłkę, chodząc po drzewach i strzelając do siebie z jarzębinowych pukawek, ich obecność była dla mnie najnaturalniejszą rzeczą na świecie. Rozmawianie z nimi, dzielenie zainteresowań, traktowanie ich jak "swoich" było czymś, co większość moich pięknych koleżanek przerastało na wszystkich poziomach.
Kochały się w nich z daleka, z ukrycia, wzdychały i pisały SMSy w czasie, kiedy ja siedziałam z nimi na ławce i skubałam słonecznik.
O dziwo, okazało się, że bycie brzydszą, ale bardziej zainteresowaną "ich" światem, było przepisem na sukces, który zaczął się, gdy miałam 13 lat i... napisałabym "trwa do teraz", ale będąc zaręczoną już chyba nie wypada tak mówić. Także... trwał tak długo, jak było to konieczne, by znaleźć miłość swojego życia.

Pamiętam jak byłam kiedyś na spacerze z moją najlepszą przyjaciółką. W naszym miasteczku były przepiękne Błonia - długa polna dróżka ciągnęła się wzdłuż rzeki przez kilkaset metrów, po obu jej stronach rosły drzewa, a co jakiś czas wyłaniały się spośród nich ławeczki. Owa dróżka była swoistym odcięciem terenów zielonych, na których znajdowało się polne boisko do piłki nożnej, stoły na ping ponga i ogólnie masa wolnej przestrzeni, od płynącej 50 metrów poniżej dróżki rzeki. (ćwiczę opisy, dajcie znać, czy dał radę) Te stoły do ping ponga pamiętają wiele moich uniesień i upadków, wtedy jednak siedziała na nich tylko zgraja gimnazjalistów i udowadniała sobie wzajemnie swoją męskość i dorosłość, czyli to, co gimnazjaliści robią przez większość swojego wolnego czasu. Moja wspomniana przyjaciółka jest wprawdzie niższa ode mnie, ale pod każdym innym względem jest bardziej atrakcyjna i chociaż dwa lata młodsza ode mnie, nawet jako 14latka wyglądała dojrzalej niż ja. Dodatkowo była ubrana jak człowiek, a ja jak ja.
Jak to kobiety, wiedziałyśmy, że zwrócą na nas uwagę. Jak to nastolatki, byłyśmy tej uwagi spragnione. Niemałe było nasze zdziwienie, gdy ów gimnazjaliści, zaczęli krzyczeć... do mnie. Nie zdążyłam jeszcze w pełni uwolnić wszystkich endorfinek związanych z tym małym zwycięstwem, gdy usłyszałam
- Dlaczego?
- Co dlaczego?
- Wiesz co "dlaczego". Dlaczego krzyczeli do Ciebie. Spójrz na to jak wyglądasz, masz na sobie starą, dziwną, wyciągniętą bluzkę po Twojej mamie, która sprawia, że Twój biust wygląda jakby nie istniał w ogóle. Chyba nawet się dzisiaj nie uczesałaś. Dlaczego?
- Skąd mam wiedzieć dlaczego?

Zapewne pomyślicie, że to bardzo niegrzecznie z jej strony, że powiedziała do mnie coś takiego, ale ja naprawdę rozumiałam jej zdziwienie. I też zadawałam sobie pytanie "dlaczego?".
Dlaczego w przypadkowej sytuacji, z przypadkowymi ludźmi, będąc przy kimś kto wygląda lepiej ode mnie, dostaję więcej atencji?
Już nie chodziło o to, że jestem "dobrym ziomkiem" i rozumiem facetów, więc intuicyjnie lgną do mnie jako bardziej zrozumiałej opcji.
Wyglądało na to, że faceci po prostu... uważają, że jestem atrakcyjna.

To był szok. Nie żartuję, byłam w szoku. Pierwszy raz, odkąd zrozumiałam, że wygląd ma jakieś znaczenie, napotkałam się z sytuacją, kiedy działał na moją korzyść.

Staram się przy kobietach nie mówić nic na temat swojego wyglądu, bo albo mnie nienawidzą, za to, że jestem szczupła bez wysiłku, albo ubierają to w słowa w stylu "kochana, tak wyładniałaś przez ostatnie lata!", z mocnym naciskiem na "byłaś brzydka, a teraz jesteś trochę mniej brzydka". Czego nie mam ochoty słuchać.
Nie wiem czy jest większa zbrodnia przeciwko "wspólnocie jajników" niż bycie brzydszą z większym powodzeniem. Mam wrażenie, że to budzi jakąś prymarną niechęć i wyrzut. Działa na dwóch poziomach: świadomym i logicznym - bo to przecież bez sensu oraz pierwotnym i naturalnym - bo to przecież bez sensu. To wbrew rozsądkowi i naturze. Nie po to ewolucja przez setki tysięcy lat łączyła najlepszych samców z najlepszymi samicami by wydali na świat najlepsze potomstwo, by teraz to potomstwo marnowało się z przeciętnymi jednostkami. I wszystkie moje atrakcyjne koleżanki czują to od nierozdwojonych końcówek włosów, po idealny french na paznokciach stóp.

I absolutnie nie mam tu na myśli niczego w stylu "te beznadziejne, zazdrosne kobiety", bo gdybym to ja miała obcować z kimś, kto jest o wiele głupszy ode mnie, a jednak radzi sobie o wiele lepiej w, powiedzmy, środowisku naukowym, tylko dlatego, bo z jakiegoś irracjonalnego powodu, ludzie uważają tę osobę za mądrą, pewnie bym się przekręciła z frustracji i poczucia niesprawiedliwości.
Jestem też pewna, że każdy z nas ma/miał w swoim życiu kogoś, kto bił nas na głowę, w czymś, w czym obiektywnie byliśmy lepsi, ale nie miało to znaczenia, bo nikt się obiektywizmem nie przejmował. Także ja naprawdę rozumiem. Jednak! Rozumiem czy nie - kłuje tak samo.

Przy mężczyznach z kolei nie mogę poruszać nawet tego tematu, bo brzmi to jak nieszczere próby wyłudzenia komplementów.

Moi rodzice wychodzili z tego dyplomatycznie mówiąc, że mam "oryginalną urodę", która w zasadzie "nie ma znaczenia" skoro "mam to coś". Mistyczne "coś", które sprawia, że nie powinnam w ogóle myśleć nad swoim wyglądem, bo skoro "to" mam, to znaczy, że jest dobrze... jakby nie było.

Jednak, niezależnie od zdania mężczyzn i posiadania "tego", wciąż patrząc w lustro nie byłam w stanie zobaczyć nic pocieszającego, wciąż myślałam "jesteś brzydka, musisz być mądra".
Z czasem zaczynałam dostrzegać, że mam ładne nogi, że w ogóle mam ładną figurę, która z wiekiem robi się coraz lepsza. Że permanentne cienie pod oczami, to po prostu "taka moja uroda". Że zawsze lubiłam swoje piegi.
A, że cała reszta mi się absolutnie nie podoba? Czy to naprawdę ma aż takie znaczenie?
Doszłam do wniosku, że nie. Doszłam do wniosku, że mam to w nosie.

Zabrzmi to jak absolutny upadek feminizmu, ale czy naprawdę ma to jakiekolwiek znaczenie jak wyglądasz, jeżeli są mężczyźni, którym się podobasz? A tacy zawsze będą. To czy dasz im szansę by Ci to okazali, zależy w 100% od Twojego charakteru, nie wyglądu.
Z biologicznego punktu widzenia, tylko do tego potrzebny jest nam dobry wygląd - znalezienia równie atrakcyjnego partnera i zrobienia sobie atrakcyjnych dzieci.

Jeżeli jednak unosimy się ponad nasze zwierzęce instynkty, bo "nie jesteśmy zwierzętami, tylko ludźmi", to po co w ogóle przejmować się cielesną powłoką?
Jak głosi słynny cytat z Animatrixa "your flesh is a relic; a mere vessel" ("Twoje ciało to relikt; zaledwie naczynie" w domyśle - dla świadomości).
Jak to się stało, że ludzie, jako gatunek doszli do takich granic powierzchowności i narcyzmu, że już nie tylko musimy podobać się Tej Jednej Wyjątkowej Osobie, musimy podobać się wszystkim, cały czas, łącznie z samymi sobą.
Doprowadziliśmy się do stanu, w którym dosłownie potrafimy cierpieć, mieć zaburzenia psychiczne, depresję, tylko przez to jak wyglądamy.

Gdy mówię "wygląd nie ma znaczenia" naprawdę tak myślę. Nie tylko dlatego, że cenię wiedzę o wiele bardziej niż "powłokę", ale dlatego, że naprawdę nie ma.
Czy czułabyś się źle ze sobą, bo nie potrafisz śpiewać, albo grać? Nie. Dlaczego? Bo to nie ma aż takiego znaczenia, nie trzeba w życiu być muzykiem, ani aktorem.
Nie trzeba być też modelką.
Ale "jak Cię widzą, tak Cię piszą". I co? Jest tak ograniczona ilość rzeczy w życiu, która naprawdę wymaga bycia atrakcyjnym, że szokuje mnie jak powszechnym jest to tematem.
Większość ludzi nie jest atrakcyjna. Te wszystkie instagramowe modelki zwracają na siebie tyle uwagi, tylko dlatego, że się wyróżniają. Wyróżniają się, bo 99% kobiet nie wygląda i nigdy nie będzie wyglądało jak one.
I co z tego?
Zdajesz sobie sprawę ile głodu, zmęczenia, bólu musi przeżyć taka dziewczyna, żeby wyglądać dokładnie tak, cały czas? I jasne, dostanie za to dużo ładnych, darmowych rzeczy, ale przecież Ty nie musisz dostawać ich za darmo. Możesz być zupełnie zwykłą, przeciętną sobą i spokojnie je sobie kupić.

Te wszystkie bolesne zabiegi, depilacje, godziny przed lusterem, alergie, tylko po to żeby obcy ludzie, którzy generalnie w ogóle Cię nie obchodzą, mogli spojrzeć na Ciebie na ulicy przez ułamek sekundy i pomyśleli "o, nieźle".


"Nieprawda, chcę być piękna dla siebie, idealnie wydepilowane wargi sromowe, półtoragodzinny makijaż, stringi wpijające się w odbyt i 17cm szpilki - robię to tylko dla siebie". Serio? 
Pytam poważnie - serio? 
Mam wyjątkowo otwarty umysł na rzeczy, z którymi się nie zgadzam, ale naprawdę nie umiem sobie wyobrazić, jak wygląda taka potrzeba piękna dla samej siebie. Zupełnie odizolowana od tego, że tego oczekuje od Ciebie społeczeństwo i ludzie będą Cię pytać "jesteś chora?", gdy się nie pomalujesz.

Zdajecie sobie w ogóle sprawę z tego, że jedyny powód dla którego jest społeczna presja na malowanie się, czesanie, ubieranie "seksownie" (czy to w korpo obcisłą garsonkę, czy rurki, czy cokolwiek), jest fakt, że aż do 200 lat temu, kobiety generalnie służyły jedynie do ozdoby i robienia dzieci?
Oczekiwanie byście były zawsze piękne i seksualne wywodzi się z podziału na "mężczyzn" i "ozdoby".
Faceci się nie malują, w większości nie depilują, nie noszą zazwyczaj obcisłych rzeczy - a jeżeli robią którekolwiek z powyższych to "prawdziwi mężczyźni" przywołują ich do porządku, bo "nie od tego jest facet, żeby był ładny".

Bycie ładnym wiele w życiu ułatwia, ale nie daje nawet 1/100 takich możliwości, jakie daje bycie zdolnym, mądrym, inteligentnym. Uroda przemija, umiejętności i charakter - bardzo rzadko.

Nie będę Was tu okłamywać, że ja nigdy się nie maluję, nie ubieram w niewygodne ubrania i nie paraduję po świecie jak Bijons, bo oczywiście, że tak robię. Ale wyłącznie wtedy kiedy mam na to ochotę i robię to z pełną świadomością tego, po co to robię - żeby poczuć się pożądana, połaskotać swoje ego, przypomnieć sobie jak to jest, gdy idziesz ulicą i widzisz w witrynach jak faceci się za Tobą oglądają. Nie jestem jednak od tego uzależniona, nie potrzebuję tej aprobaty żeby czuć się ze sobą dobrze.
Bynajmniej nie dlatego, że "jestem piękna taka jaka jestem i kocham swoje nieidealne ciało", wręcz przeciwnie. Bo wiem, że ciało jest tylko naczyniem. O które muszę dbać - nawadniać, karmić, zapewniać mu odpowiednią dawkę snu i wysiłku fizycznego (co idzie mi umiarkowanie), żeby dobrze działało. Żeby było zdrowe, żebym mogła korzystać z pełni jego możliwości.

Jestem ofiarą wielu grymasów na własnej twarzy, gdy patrzę na swoje ciało, a ich źródła są w odległej przeszłości i złośliwych komentarzach koleżanek. Jestem powodem łez w oczach dorosłych mężczyzn, gdy pierwszy raz widzieli mnie nago, bo "nigdy nie wiedzieli niczego doskonalszego".
I żadne z tych wydarzeń mnie nie definiuje. Moje ciało mnie nie definiuje. 

Zapewne wiele z Was uzna, że jestem ładna i to wymyślony problem, a nawet jak nie jestem, to zupełnie co innego niż Wy, bo mnie ktoś chciał, czy cokolwiek co się myśli, gdy zbliża się do swojej granicy komfortu.
To jednak nie ma znaczenia, mnie do tej puenty popchnęły takie a nie inne przeżycia, Ciebie może popchnie ten blog, a kogoś innego jego zupełnie unikalne doświadczenia.
W tym przypadku nie chodzi o drogę a o cel - o ile jesteśmy w pełni sprawne, nasze ciała to tylko naczynia.
I możemy spędzać czas na ozdabianiu ich, dbaniu o nie i sprawianiu by inne naczynia uważały nasze naczynia za pociągające. Ale to tylko naczynia. Niezależnie od tego jak piękne będą, naprawdę liczy się tylko zawartość. Bo w czasie kiedy naczynia się zużywają ich zawartość nabiera wartości. A im więcej czasu poświęcisz na zatrzymanie tego nieuniknionego procesu, tym mniej będziesz go miała na wykorzystanie własnego potencjału.


PS Na deser, bardzo w temacie: https://youtu.be/wkri1NUq9ro

fot. wyżej wspomiana przyjaciółka, na wyżej wspomnianym spacerze

Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.