Jak to jest być utrzymanką?

12:22
Gdy poznałam mojego narzeczonego, miałam 22 lata. Byłam po drugim roku studiów, załatwiałam sobie urlop zdrowotny na cały następny semestr, brałam dużo leków, mało spałam i zastanawiałam się, jak mogłam dopuścić, by moje życie obróciło się w taki koszmar, jakim wówczas było.
On miał 24 i przeżywał swój własny koszmar, ale robił to w wynajętym mieszkaniu z widokiem na Pałac Kultury, mając już za sobą tytuł inżyniera, wysokie miejsce w prestiżowym międzynarodowym konkursie robotycznym i świetnie płatną pracę.
Gdy ja zastanawiałam się, jak przeżyję bez stypendium i rozpaczliwie szukałam współlokatora do mieszkania, on zastanawiał się, czy nie kupić sobie na spółkę z kolegą szybowca.

Byliśmy na skrajnie różnych etapach życia i kompletnie innej stopie finansowej, więc gdy powiedział "lubię, że dajesz za siebie płacić, zazwyczaj dziewczyny chcą płacić za wszystko na pół i przez to nic nie da się z nimi robić, bo na nic ich nie stać" (efekt uboczny spotykania się ze studentkami) po tym, jak skończyliśmy jeździć na gokartach, wydało mi się to najnormalniejszą rzeczą na świecie.
Nie widziałam tam seksizmu, czy prób podkreślania wyższości nad kobietami, z którymi się spotykał. Nie obudziła się we mnie feminazistka. Wręcz przeciwnie, pomyślałam "czemu miałabym nie dać za siebie zapłacić?", "czemu mielibyśmy płacić na pół, kiedy to on wychodzi z inicjatywą danego typu spędzania czasu?" i przede wszystkim "czemu mielibyśmy płacić na pół, skoro on chce zapłacić za całość?".

Dla mnie myśl o tym, że spotykam się z kimś, kto ma więcej pieniędzy była zupełnie naturalna, bo dosłownie w każdym poprzednim związku, to ja byłam stroną, która miała więcej pieniędzy, płaciła za wycieczki, kupowała prezenty i tak dalej, i nigdy nie czułam się z tym źle, nie czułam się wykorzystywana, nie czułam się "sponsorką". Po prostu byłam z kimś, kto miał mniej pieniędzy więc, zamiast obniżać własny standard życia i żyć "na pół", wolałam pociągnąć ich do swojego i dopłacać różnicę. Skoro było mnie stać, miałam taką ochotę i możliwość, to czemu nie? Logiczne?

Zależy.
Od czego? Od płci.

Nie ma nic złego w kobiecie, która jest z biedniejszym mężczyzną, ale jest wiele, wiele złego w kobiecie, która jest z bogatszym mężczyzną.

Gdy to ja byłam stroną, która ma mniej pieniędzy, nagle stałam się "utrzymanką", mój chłopak "sponsorem", jasne było, że się nie kochamy, tylko on płaci za moje zachcianki, a ja w zamian uprawiam z nim seks.
"Jak się mówi na taki układ?".
Przestałam być dziewczyną, która ma swoje własne mieszkanie, swoje dochody, swoje życie, która utrzymuje się sama i odkąd mieszka sama, utrzymywała obu swoich chłopaków. Stałam się dziewczyną, która leci na hajs, którą można kupić, która z pewnością szukała takiego faceta, a teraz wreszcie go znalazła.
I nie miało znaczenia, że nie mogłam wiedzieć ile Piotrek zarabia, zanim zaczęliśmy się spotykać, że nawet nie był najbogatszym chłopakiem, z jakim randkowałam. Ani, że nigdy w życiu nie zrobiłam czegokolwiek, co mogłoby świadczyć o tym, że w życiu jakkolwiek kieruję się pieniędzmi.
Jedyne co miało znaczenie, to, że on ma dużo więcej pieniędzy niż ja.

Jeden z wyżej wspomnianych byłych nawet śmiał mi powiedzieć
- Stać Cię na więcej niż bycie utrzymanką
- Ciebie też, a jakoś pasowała Ci na rola w naszym związku
- Bang. Wygrałaś. Ale ja nie chciałem w tym świadomie być.
- Ja też nie uważam się za utrzymankę.
- Dobrze, że przynajmniej tak o sobie myślisz, abstrahując od rzeczywistości.

Facet, który po kilku latach od rozstania wciąż jest mi dłużny kilka tysięcy. Nie mówiąc o wszystkich pieniądzach, jakie na niego wydałam i nie uważam ich "dług".

Przytaczam tę rozmowę, bo uważam, że jest znamienna.
Społeczeństwo ma sposób patrzenia na kobiety, który nawet facetowi, który naprawdę był utrzymankiem, nie dokładał się do budżetu nawet 1/10, wbrew moim prośbom i jego obietnicom nie chciał iść do pracy, czynsz płacili za niego rodzice i tak dalej - nawet on uważa, że ma prawo nazwać kobietę utrzymanką, tylko dlatego, że jej facet zarabia więcej.

I nie ma z tego dobrego wyjścia. Nawet gdybym dokładała się do budżetu teraz dwa razy więcej niż, na początku, gdy się poznaliśmy, to obecnie byłoby to wciąż 5 razy mniej niż on. Mój narzeczony robi karierę w zawrotnym tempie i nie mam szans go dogonić. Prawdopodobnie nigdy.
I co mam zrobić?
Powiedzieć
"Wybacz, Pio, musimy się rozstać, bo jesteś świetnym programistą, a ja dopiero początkującą pisarką i niedoszłą panią resocjalizator, także przepaść finansowa między nami sprawia, że nasz związek nie ma sensu."
czy lepiej
"Wybacz, Pio, ale musisz dostosować się do mnie, bo nie udało mi się osiągnąć takiego sukcesu jak Tobie, więc jeżeli mnie kochasz, musisz zrezygnować z wszystkiego, na co ciężko zapracowałeś i żyć razem ze mną na moim poziomie."
To z pewnością sprawi, że nasz związek będzie udany i zdrowy.


Gdy mówię "społeczeństwo" nie mam na myśli tylko sfrustrowanych ex i zawistnych koleżanek. Mówię o ludziach, którym na mnie zależy, przypadkowych rozmówców, gdy zapomnę, że to temat "tabu".
Którzy realnie czują jakąś złość, niechęć, irytację na samą myśl o tym, że godzę się na bycie w związku, w którym druga strona zarabia więcej i nie wypruwam sobie żył, by przywrócić finansową "równowagę".
Których oburza, że ani mi, ani Piotrkowi to nie przeszkadza.
Którzy w tym, że Piotrek woli, żebym siedziała w domu i uczyła się/robiła swoje rzeczy, zamiast biegać co rano do korpo, doszukują się jakiegoś podstępu, bo to przecież nienormalne i niemożliwe.

Gdy mówię kobietom, że mój przyszły mąż nie oczekuje ode mnie bym biegła do pracy, wracała z niej, sprzątała, gotowała, klękała, robiła pranie, prasowała jego koszule, zmywała perfekcyjny makijaż i o 24 wciąż miała piekielny temperament w łóżku, otwierają szeroko oczy, opadają im szczęki i nazywają mnie prostytutką (SIC!). Bo skoro nie jestem korpo-perfekcyjną-panią-domu, to kim właściwie jestem? Jak się wypłacam? Jak "zarabiam na siebie" w tym związku? Przecież nie można tak żyć, że on zarabia, a Ty się realizujesz w czymś, co przynosi satysfakcję i rozwój, ale nie pieniądze.

Dlaczego w XXI wieku wciąż tak ciężko sobie wyobrazić, że mężczyzna może oczekiwać od swojej wybranki czegoś innego niż bycia matką, kucharką czy sprzątaczką?

Mam wrażenie, że pewną "czkawką" jaką przeżywają kobiety po swojej emancypacji, jest to, że ich prawo do uczenia się, czy chodzenia do pracy zamieniło się w obowiązek. Teraz każda kobieta musi być wykształcona, musi mieć karierę, ale (zupełnie jak kiedyś) musi mieć też dzieci, musi być panią domu, musi być kucharką, sprzątaczką, oddaną żoną i tak dalej. Nie ma żadnego "albo". Albo kariera, albo rodzina, wybierz na co masz ochotę. Musisz być jednym i drugim, bo to nienaturalne nie chcieć mieć dzieci, to upokarzające nie chcieć mieć kariery.
Społeczeństwo tego od Ciebie oczekuje, prawdopodobnie Twój facet tego od Ciebie oczekuje, a co najgorsze, Ty sama od siebie tego oczekujesz. Nie dlatego, że realnie sprawia Ci przyjemność bycie robotem, który pracuje na najwyższych obrotach od 7 rano do 23 wieczorem, ale bo uważasz, że "tak powinno być". Zostałaś nauczona, od najmłodszych lat, że powinnaś być ładna, grzeczna, uprzejma, nie odzywać się niepytana, ale powinnaś być też zdecydowana, umieć walczyć o swoje, piąć się po szczeblach kariery. Tylko nie zbyt agresywnie, bo takich kobiet nikt nie lubi i żebyś przypadkiem nie zarabiała więcej niż swój mężczyzna, bo wiadomo, facet musi się czuć jak facet - musi nosić w domu spodnie, być głową rodziny. Nikt nie chce faceta-pantofla, faceta-słabeusza. Dlatego musisz dbać, żeby nie być lepsza od niego. Dla dobra związku.

Nic dziwnego, że w kobietach tyle złości, moje pytanie brzmi, dlaczego wyładowują ją na innych kobietach?
Dlaczego na każde przeciwieństwo samych siebie reagują jak na alergię?
W świecie, w którym musimy funkcjonować...w którym i tak założenia jesteśmy na słabszej pozycji. Wypadałoby się wspierać, łączyć się by coś zmieniać...

A wciąż żyjemy w schemacie "chcesz coś od mężczyzn - udawaj głupią". Mężczyźni lubią głupie kobiety, czują się przy nich lepsi, budzą ich współczucie i chęć opieki. Dlatego udawaj idiotkę, chociaż on sprzedaje Ci lodówkę, a Ty masz doktorat z astrofizyki. Proś, by otworzył Ci ten słoik, chociaż wiesz, że wystarczy uderzyć brzegiem zakrętki o blat i sam się rozszczelni.
Upewnij się, że jest z siebie dziś zadowolony, a gdy to będzie załatwione, wracaj zmywać naczynia, odrabiać zadania domowe za dzieci, dopinać własne projekty, niech mdli Cię ze zmęczenia, wtedy będziesz kobietą spełnioną. Prawdziwą kobietą. Która robi absolutnie wszystko.

Jestem kobietą, więc muszę udowadniać swoją wartość i przydatność.
Piotrek kiedyś powiedział mi "dlaczego ludzie zakładają, że jestem z Tobą dla seksu? Dlaczego to ja miałbym płacić za seks Tobie, a nie Ty mi?" i bardzo mnie to rozbawiło, bo to wyjątkowo prawdziwy problem - mężczyzn nie postrzega się przez pryzmat ich ciała, więc to oczywiste, że ja nie mogę być z nim dla seksu, a dla czegoś innego (pieniędzy). Ja natomiast, jako kobieta, jestem przede wszystkim ciałem, więc on chce ze mną być, nie dlatego, że jestem mądra, zabawna, nie dlatego, że można ze mną porozmawiać o inżynierii, genetyce, socjologii, filozofii i XVIII w literaturze... tylko dla seksu. Co czyni ze mnie prostytutkę.
Jestem kobietą, więc muszę zasłużyć na miłość, zapracować na nią i być opłacalna, bo samo bycie mną - Klarą, to za mało. Nie można kochać kobiety za to po prostu kim jest, jeżeli nie przynosi to zysków.

Mężczyzn z kolei trzeba kochać za to kim są, a absolutnie nie wolno za to co robią. Bo wtedy jest się gold diggerką. Pociągają Cię mężczyźni, którzy osiągnęli sukces, którzy zarabiają dobre pieniądze, bo chcesz partnera, a nie kogoś do ciągnięcia za sobą? Nieprawda. Pociągają Cię ich pieniądze. Nie kłam. Po prostu nie chcesz dobrego, uczciwego faceta, wolisz lans i życie na pokaz. Mężczyzna nie powinien musieć zapracować na miłość kobiety swoim zawodem czy pieniędzmi, materialistko, powinnaś go kochać za to jaki jest. Mężczyzna nie musi udowadniać czymkolwiek, że jest partnerem w związku, a nie tylko dodatkiem, bo z założenia, jest "spodniami w związku".

Mężczyzna zarabia mniej? Ma gorsze wykształcenie? Miłość. (ewentualnie desperacja kobiety)
Kobieta zarabia mniej? Ma gorsze wykształcenie? Złapała okazję.


W przyszłym roku polki będą mogły obchodzić stulecie bycia dopuszczonymi do wyborów. 

Kojarzycie Brzechwę albo Przerwę-Tetmajera, całkiem współcześni pisarze, prawda? Pisali w czasach, kiedy kobiety nie mogły głosować!
Kiedyś kobiety nie mogły studiować, nie mogły chodzić do pracy, nie uczono ich matematyki tylko gry na harfie, nie miały prawa głosu, nie miały możliwości robić prawie niczego oprócz bycia żoną i matką. Po nich przyszło wiele wspaniałych, mądrych i wyjątkowych kobiet, które, wciąż nie mogąc robić większości z tych rzeczy, wywalczyły każdą z nich. Nasza rodaczka była pierwszą kobietą w historii która wykładała na Uniwersytecie, i to nie byle co, bo przedmioty ścisłe. Wywalczyłyśmy większość rzeczy o jakich mogłyśmy jedynie marzyć dwa stulecia temu. Możemy być kim chcemy, robić co chcemy, nie musimy wychodzić za mąż żeby wyprowadzić się z domu, a gdy decydujemy się na małżeństwo jest to z kimś kogo my wybrałyśmy.
Jednak stworzyłyśmy zupełnie nowe więzienie - z kratami w postaci oczekiwań, które czujemy, że musimy spełnić.
Nie masz dzieci? Nie jesteś kobietą.
Nie masz pracy? Utrzymanka.
Zarabiasz więcej od męża? 'Mój by tak nie chciał!'.
Masz 5 dzieci? Głupia madka Polka.
Robisz doktorat? A kiedy prawdziwa praca? A kiedy mąż? A kiedy dzieci?
I tym razem, ludźmi którzy nas ograniczają nie są mężczyźni. Robimy to sobie same. Same okazujemy sobie tę pogardę, odbieramy sobie tę szansę na to, by móc żyć według własnego uznania. Każda która żyje inaczej - 'głupia', 'lewniwa', 'puszczalska', 'bez ambicji'...
Dlaczego?

150 lat temu jedyne czym mogłyśmy być to żonami, córkami, starymi pannami. Kobiece życie było w 100% zależne od ojców, braci lub mężów.
Czasy jednak się zmieniły, nastąpiła emancypacja, świat poszedł do przodu. Tak?
Jak widać nie do końca.

Moja babcia wyrwała się ze wsi, z grzania stóp w krowich odchodach mroźnymi porankami, bo buty były tylko do szkoły, do miasta, potem do stolicy, bez żadnych znajomości, pieniędzy i partyjnych układów sfinalizowała karierę pracując w Gabinecie Prezydenta Warszawy, a prawo skończyła mając ponad 40 lat. Pracowała ciężko i (co rzadkie w tamtych czasach) uczciwie. Bym ja nie musiała robić tego samego, bym mogła mieć mieszkanie, spokój i wybór. Poświęciła najlepsze i najgorsze lata swojego życia by zapewnić sobie, a tym samym mojej mamie i mi, niezależność.
Piotrek pracuje ciężko by zapewnić sobie rozwój, nam życie o którym marzymy, a mi czas na własny rozwój.
Ludzie, którzy mnie kochają, urabiali i wciąż urabiają się po łokcie, żebym dostała najlepsze szanse, a społeczeństwo i tak oczekuje ode mnie żebym je rzuciła, powiedziała "wszystko super, ale jeżeli nie zapracuję na wszystko od 0 sama, to się nie liczy, więc muszę odrzucić wszystko na co pracowaliście, żeby udowodnić światu, że nie jestem tylko słabą kobietą". To jest prawdziwa słabość.
Uginać się pod cudzą opinią, cudzą ideą tego co powinnam robić, cudzymi oczekiwaniami.
Nie zgadzam się.
Nie zgadzam się jako człowiek, a już napewno nie zgadzam się jako kobieta.

Jestem dumna z tego co osiągnęli moi dziadkowie, moi rodzice, mój narzeczony i mam nieskończony podziw dla nich, ale jednym z plusów ich walki, jest to, że ja już nie muszę.
Chcę osiągać wielkie rzeczy i pracuję nad tym, by mi się to udało, ale na moich własnych warunkach.
I nie będę walczyć z wiatrakami, tylko dlatego, że ktoś kto patrzy na mnie z boku myśli "nic nie robi, tylko paznokcie i wypisywanie głupot w internecie".

Cała ta wypowiedź, chociaż jest ciekawym zagadnieniem samym w sobie, z założenia była wstępem do tematu który chciałabym poruszyć niedługo - przemoc ekonomiczna wobec kobiet i tego, dlaczego ten problem w Polsce jest wyjątkowo trudny i żywy!

fot. mint look

A już naprawdę abstrahując od wszystkiego - nie oszukujmy się, nie jestem dość atrakcyjna, by ktokolwiek z ligii "suggar daddy" wybrał mnie...

Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.