Studia óczą.

12:21
Niedawno pisałam o tym, jak skrzywdziła mnie obowiązkowa edukacja - o czym możecie przeczytać w Szkoła óczy. Obiecałam wtedy, że w następnym tekście powiem więcej o tym, gdzie i czego uczę się obecnie, ale... historia jednak nie została wyczerpana. Dziś chciałabym pójść z moją państwową edukacją jeszcze dalej, wyczerpując temat i, miejmy nadzieję, go zamykając.

Jak rozczarowały mnie studia.
(I jaką znalazłam na to radę!)

Do historii, którą mogliście przeczytać w poprzednim tekście, warto dodać, że przez cały ten okres, wszyscy (od podstawówki po liceum), którym tylko na mnie zależało, mówili "Klara, nie przejmuj się, pójdziesz na studia - wszystko się zmieni".
Studia były ziemią obiecaną.
Nie tylko wiązały się z powrotem do Warszawy (żadnego innego miasta nawet nie rozważałam), a co za tym idzie, samodzielnym mieszkaniem, niezależnością, zmianą środowiska. Przede wszystkim, wiązały się z tym przełomowym momentem w moim życiu, kiedy wreszcie przestanę być gnębiona przez sfrustrowanych magistrów, a zacznę być doceniana przez poważanych profesorów.
W to, że na studiach okażę się wybitną jednostką, nikt nie miał wątpliwości. Od moich rodziców, przez ich przyjaciół, po życzliwych nauczycieli, wszyscy kibicowali mi gorąco, bym tylko się tam dostała, a reszta pójdzie jak z płatka.

Dostałam się. Uniwersytet Warszawski. Każdy kierunek, na jaki aplikowałam.

Moi rodzice uparcie popychali mnie w stronę dziennikarstwa, ja marzyłam o resocjalizacji, bardzo interesowała mnie też antropologia kulturowa... Wyboru było pod dostatkiem.
Ostatecznie zdecydowałam się pójść za swoim oryginalnym pomysłem i śladami mojej mamy wybrałam Resocjalizację w Instytucie Profilaktyki Społecznej i Resocjalizacji.

Wystarczył jeden semestr, by wszystkie moje marzenia legły w gruzach.
Pierwszą cegłą, która wypadła, było rozczarowanie związane z budynkiem, w którym mieścił się mój wydział. Chodzą legendy, że to stary poprawczak, na co mogłyby wskazywać długie korytarze bez okien i sale po obu ich stronach. Biorąc jednak pod uwagę, że podobne chodziły za czasów mojej mamy, 30 lat wcześniej, sądzę, że był to po prostu brzydki budynek, z założenia przeznaczony do dręczenia swoich rezydentów.
Drugą cegłą, taką z samego dołu, która poważnie osłabiła konstrukcję, były przedmioty. Oczywiście wiedziałam wcześniej jak się nazywają, ale gdy zrozumiałam, o co w nich chodzi, wiele z moich nadziei na uczenie się pożytecznych i ciekawych rzeczy - umarło.
Kulą, która przeszyła tę konstrukcję na wylot, byli wykładowcy. Znudzeni, niezainteresowani, poirytowani, niezbyt chętni do przekazywania swojej wiedzy w ciekawy sposób.
Chciałabym tu zaznaczyć, że program studiów tworzą ludzie, którzy na nich wykładają. Także ich dobór tematów był w 100% celowy i świadomy, co przeraziło i zraziło mnie najmocniej.

Na wiosnę pierwszego roku, stwierdziłam, że wrócę do domu, spędzę trochę czasu z babcią i zbiorę myśli. Co do tego, że obecne studia trzeba rzucić, nie miałam wątpliwości. Wśród kierunków, na których byli moi znajomi, nie widziałam nic, czemu chciałabym (lub mogłabym) się poświęcić. Jedynym ratunkiem była poprawa matury i dostanie się na Międzywydziałowe Interdyscyplinarne Studia Humanistyczne, które pozwalały na stosunkowo dowolny wybór przedmiotów, jakich się uczy.
Zanim dostałam wyniki matury, wiedziałam już, że MISH zdecydowanie nie jest miejscem dla mnie. Po rozmowie z kilkoma osobami realizującymi studia w takim trybie, schowałam swoją pracę kwalifikacyjną do szuflady i temat uznałam za zamknięty. Praca naukowa, jako taka, nigdy mnie nie interesowała, a MISH sam w sobie jest właściwie jedną, wielką pracą naukową.
Wpadłam w panikę. Co teraz? Moja oryginalna chęć zostania psychoterapeutką (tak, byłam w tej mniejszości, która idzie na studia, wiedząc co konkretnie chce po nich robić) pozostała niezmienna, ale moja droga tam, okazała się o wiele mniej atrakcyjna, i to na pierwszym etapie. By w ogóle móc podjąć naukę do takiego zawodu, w miejscu, które mnie interesowało, musiałabym skończyć: psychologię, pedagogikę lub resocjalizację. Pedagogika odpadała dla mnie w przedbiegach, psychologia wymagała dodatkowego zdania biologii, stanęłam więc przed faktem dokonanym, a dokonał go los, że muszę wrócić na resocjalizację.

Można się spodziewać, z jakim nastawieniem zaczęłam ponownie studia, które rzuciłam pół roku wcześniej... Brnęłam i wstydziłam się swoich piątek, bo wiedziałam, że na nie nie zasługuję. Nie uczyłam się prawie w ogóle, bo głównie nie zachodziła taka potrzeba. Dużą część materiału po prostu znałam. Znałam mój materiał ze studiów jako dział "ciekawostki" i "wiedza ogólna". Nie umiem nawet opisać uczucia, jakiego doznałam, gdy zrozumiałam, że moja edukacja wyższa to zbiór haseł do krzyżówek i historyjek, które można opowiadać znajomym.
Tym samym wróciłam do nawyków ze szkoły podstawowej - 5 za to, co umiem bez uczenia się i 3 za coś, co wymaga realnej nauki - wtedy była to matematyka, teraz było to prawo.

Letnia sesja na drugim roku zbiegła się z czasem kiedy, zachorowałam (ale o tym innym razem), dostałam urlop zdrowotny na cały następny semestr, ale nigdy już nie wróciłam.
Jeżeli to, co napisałam powyżej, nie tłumaczy dlaczego, to może mój osobisty post z fejsa (wprawdzie z innym kontekstem), bardziej to rozjaśni:

"(...) Kiedyś Uniwersytety rządziły się swoimi prawami, a ekscentryczność/porywczość/złośliwość profesorów nie była niczym oburzającym, bo za ich charakterem stała ogromna wiedza, ciężka do zastąpienia przez kogokolwiek innego.
Nie można było dostać magistra w 50000 miejscach w Polsce, a na studia nie wystarczył jeden pomyślny egzamin (matura). Studia były czymś elitarnym, wykładowcy ludźmi wybitnymi (...).
Najbardziej na Uniwersytecie rozczarowało mnie to, że, w większości, wykładowcy nie wzbudzali podziwu, nie byli autorytetem, ich wiedza nie sprawiała, że - niezależnie od charakteru - czułam respekt.
A w moim przypadku, mój kierunek, na moim Uniwersytecie, był najlepszym tego rodzaju w Polsce, więc nie mogłam po prostu pójść gdzieś, gdzie jest lepiej...
(O tym, że moje studia to żart najmocniej przekonałam się w czasie wizyty studentów z GB, gdy porównaliśmy poziom i zasady naszego kształcenia, ale to już inna historia).

Uczył mnie obecny wicemarszałek Sejmu - chociaż doktorat recenzował mu profesor z Yale, na zajęciach nie było po nim widać ani grama tej wiedzy - którą z pewnością ma, ale której nie umiał/nie chciał przekazać. Zamiast nas uczyć, kazał opracowywać naprawdę ciężkie socjologiczne teksty, prawie bez żadnego przygotowania, w domu.
Uczył mnie adwokat Dody (w jej starciu z Szulim) i tak bardzo chciał mnie oblać, że wziął siebie świadka na mój egzamin, żebym nie mogła się odwołać.
Uczyła mnie pani tłumacz (historia języka migowego), która moją przyjaciółkę, córkę niesłyszących rodziców, przyprawiała o śmiech i wywracanie oczami naprzemiennie.

I tak dalej.

Natomiast kwintesencją studiów, tym o czym marzyłam, idąc tam, był egzamin u profesora Rzeplińskiego (tak, tego), który po semestrze wykładów o 8 rano, z których nie dało się zrobić słowa notatki, egzaminował mnie z praw człowieka na Litwie, na podstawie litewskiej Konstytucji (SIC!). A mojej koleżance, która miała prawa kobiet w Iraku, bardzo szybko i elokwentnie wybił z głowy pomysł dyskryminacji kobiet tam, udowadniając jej, że jest seksistką.
I oczywiście profesor Kwaśniewski (nie ten), który egzaminował nas w 100% według swojego uznania (ocena po okładce "jaka to książka?", "w którym rozdziale było omawiane hasło?", jedną koleżankę oblał 7 razy, a potem bez słowa wpisał jej 3 do USOSa) na podstawie, między innymi, swoich własnych, wybitnych prac naukowych.

Oczywiście, było poza nimi też kilku świetnych ćwiczeniowców, ale w morzu przedmiotów to naprawdę mały %.

Może to tylko ja, ale idąc na studia, uważałam, że ma być przede wszystkim imponująco i stymulująco. Spodziewałam się wyzwań, wyjątkowych pedagogów, przeżyć, które, jak moja mama  mi, będę kiedyś opowiadała dzieciom - o tym jak studia różnią się od nudnej i przeciętnej szkoły.
A tymczasem UW w przeważającej większości okazało się zbiorem ludzi z przypadku, dla których uczenie na uczelni jest przymusowym szczeblem w karierze lub coroczną niezręcznością, bo ich kariera naukowa nie potoczyła się tak, jak o tym marzyli. Większość z nich dałoby się zstąpić... i to z łatwością.
(...)
Moi koledzy z roku śmiali się, że wiecznie nie chodzę na zajęcia, ale Boże, byłam tak do granic znudzona i rozczarowana.
Jednocześnie widząc, jak moje koleżanki po jakiś Wyższych Szkołach Byle Czego, kończyły dokładnie z tym samym tytułem, z którym ja bym skończyła.

I wiadomo - każdy ze studiów wyciągnie tyle, na ile zapracuje, ale nie o tym piszę.
(...)"

Ostatnio wspomniałam o złamanym sercu mojej mamy, gdy nie miałam świadectwa z wyróżnieniem. Możecie więc sobie wyobrazić, jak złamało jej serce, że rzuciłam studia.
Niepokój, jaki w niej budzi idea, że mogę nie mieć wyższego wykształcenia, jest dla mnie kompletnie niezrozumiały, ale szczery i często rodził we mnie myśli (jak u wielu moich rówieśników) "a może by się tak przemęczyć dla spokoju rodziców?". Aż do Wielkanocy '17, kiedy moja mama stwierdziła, że spróbuje mnie przekupić i zaoferowała, że sama napisze za mnie licencjat, bylebym ten ostatni rok wysiedziała na uczelni (SIC!) i od zdania do zdania doszła do słów:
- W naszej rodzinie jest tradycja uznawania edukacji za priorytet.
- Przecież się uczę, cały czas, po prostu nie na Uniwersytecie. 
- Przecież w studiach nie chodzi o naukę, tylko ten papier.
- Co.
- Kochanie, tyle razy mówiliśmy z tatą, że...
- Nie, nie mówiliście, mówiliście "studia to najlepszy czas w życiu, na studiach się rozwiniesz, na studiach będziesz najlepsza, musisz się dostać na studia".
- ... no mówiliśmy. Ale chodziło nam o to, że trzeba je skończyć. Trzeba mieć papier. Tylko o to w tym chodzi.
- ...
- ... chyba się nie zrozumiałyśmy.
- Chyba nie.

I wszystkie moje wyrzuty sumienia ucichły. Jednak to, co się obudziło, było o wiele gorsze. Głębokie poczucie bycia oszukaną przez dorosłych. Świadomość, że oni wiedzą, jak mało znaczenia i sensu to ma, a jednak całe dorastanie przekonują cię, że to coś ważnego, wręcz obowiązkowego. Bez studiów nie ma pracy, szczęścia, sukcesu. Nic nie ma.
Jako nastolatce nawet przez głowę mi nie przeszło, by nie iść na studia. By pójść zdobyć jakiś konkretny zawód. Ilość kierunków humanistycznych, które prowadzą do konkretnego zawodu, zawodu, który wymaga ukończenia studiów, by można go podjąć... można zliczyć na palcach jednej ręki. Cała reszta to poczekalnia. 5 dodatkowych lat "dzieciństwa", kiedy można odkładać dorosłość na później i nie przejmować się otaczającą rzeczywistością, która nieuchronnie zaczyna nas doganiać.


Tak, nie skończyłam studiów.
Tak, nie mam wyższego wykształcenia i muszę się w sobie krzywić wpisując przy różnych okazjach "wykształcenie średnie", jakbym ledwo zdała maturę i nigdzie się nie dostała.
Tak, nie mogę wrzucić na fejsa zdjęcia z podpisem "Pani Magister <3"
Nie, nie żałuję.

Nie żałuję, bo studia naprawdę okazały się przełomowym momentem w moim życiu, a ja, jak przepowiadali, "wybitną jednostką".
Moja wybitność nie polega na ocenach, tytułach, tym co moi rówieśnicy i nasi rodzice uważają za "sukces". Polega na bardzo wczesnym i w pełni świadomym wzięciu odpowiedzialności za swoje życie i swoją przyszłość - podejmując decyzje, które wszyscy krytykują, wszyscy źle oceniają. A jednak dla mnie są dobre i mi dają szczęście.
Życie jest zbyt krótkie, by uszczęśliwiać innych swoim kosztem, by podążać najbardziej uklepaną i bezpieczną trasą, gdy ma się możliwość wybrać coś więcej.
Rzucenie studiów było najlepszą decyzją dotyczącą mojej edukacji.
Dopiero gdy przestałam się bać, stresować, przymuszać i znosić nauki, jako zła koniecznego... zrozumiałam jakby na nowo (ale to wiedza, która tylko czekała, by móc się ujawnić) jak niesamowicie cudownie, jest się uczyć.

Pewnie wiele razy słyszeliście, żeby "znaleźć coś, w czym jesteś dobry i zacząć to robić, a sukces przyjdzie", ale cały efekt jaki to w Was wywołało to przewrócenie oczami. Bo nie można tak po prostu robić tego, co się chce. Trzeba skończyć studia, znaleźć pracę.
W Warszawie, fryzjerka w dobrym salonie zarabia więcej niż mgr księgowa w korpo.
Studia nie są gwarancją szczęścia ani pracy, ani pieniędzy. Ponad połowa Polaków nie pracuje w zawodzie, który ma cokolwiek wspólnego z ich wykształceniem. Domyślam się, że z tych, którzy mają to szczęście, zdecydowana większość to inżynierowie.
Wiem, że brzmi to naiwnie, ale tylko dlatego, że wszyscy coś robią, nie znaczy, że to dobra droga. Jeżeli pomyślicie o ludziach sukcesu, tych, którzy sami na niego zapracowali, nie znajdziecie tam ludzi, którzy poszli na studia, złapali umowę o pracę, zrobili sobie dzieci przed trzydziestką, wzięli kredyt na mieszkanie, kupili buldoga francuskiego i wtedy ten sukces spadł na nich, jako nagroda za postępowanie dokładnie tak jak należy.
Absolutnie nie uważam, że każdy ma być oportunistą i że "zwykłe życie" jest w czymkolwiek gorsze. Jednak wbrew temu, co wszyscy próbują nam wmówić, nie jest jedyną drogą, nie jest koniecznością, mamy wybór.
Tytuł naukowy nas nie definiuje. Definiują nas nasze wybory. I niezależnie od tego, czy chcemy odkrywać nowe lądy, czy nigdy nie opuścić rodzinnego miasta, czy chcemy zostać kosmetyczką, czy doktorem nauk, czy chcemy mieć piątkę dzieci, czy pięć licencjatów, a może jedno i drugie - to powinna być nasza, indywidualna i w pełni przemyślana decyzja. Nie narzucona oczywistość.

PS Bardzo rzadko jesteśmy na coś naprawdę za starzy...

Czego aktualnie się uczę?
I z jakich (zupełnie darmowych, profesjonalnych, przystępnych) źródeł?

O tym już naprawdę następnym razem!

fot. e-klerki
Brama Uniwersytetu Warszawskiego

Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.