Internetowy ekshibicjonizm...

13:35
To mój 10 post na blogu!

Zapewne wiele osób pomyśli "co to jest 10 tekstów?".
Obiektywnie? Pewnie niewiele.
Subiektywnie? Nieskończenie wiele.

Za każdym moim postem stoją godziny czytania, zastanawiania się, poprawek, rozterek, chwil, kiedy czuję się jak geniusz i momentów, w których czuję, że wychodzę na idiotkę.

Dziś odpowiem na pytanie, które zadało mi już ze sto osób: dlaczego założyłam bloga? 

1. Pisanie.

Kocham pisać. Odkąd tylko pojęłam, że mogę pisać dla siebie i własnej przyjemności, nie tylko dla pani z polskiego i mamy, pisałam prawie bez przerwy. Opowiadania, powieści, kartki, wiersze, fraszki, pamiętniki, dzienniki, haiku. Pisałam w zeszytach od przedmiotów ścisłych (ku złości nauczycieli, co niejednokrotnie kończyło się koniecznością przepisywania całych zeszytów), pisałam na obwolutach płyt, skrawkach papieru, chusteczkach higienicznych, pięknych ozdobnych zeszytach i zwykłych brulionach w kratkę.
(“Dlaczego nie pisałaś po prostu na laptopie lub komórce?” - bo w latach dwutysięcznych takich cudów nie było!)
Choć jak wspominałam w Szkoła óczy, moja miłość do pisania była brutalnie wykorzystywana, a co za tym idzie, przygaszona, nigdy nie umarła. Nawet wtedy, gdy w swojej głowie składałam kwiaty na jej grobie i gorzko ją opłakiwałam.

Każdy, kto miał w życiu jakiś talent, a potem go zaniedbał z pewnością zrozumie, dlaczego ciężko było mi do pisania wrócić. Gdy jesteś w czymś dobry, tak naprawdę dobry, po czym przerywasz tę rzecz i chcesz do niej wrócić… presja jest niemiłosierna.
Czy jestem wciąż dobra? Czy byłam dobra tylko na swoje lata, a teraz to wszystko minęło? Czy w ogóle warto, skoro moja szansa na młody debiut minęła?
Spędziłam kilka dobrych lat, nie pisząc ze strachu, że gdy do tego wrócę i nie okażę się dobra, nie będę miała już żadnych talentów - niczego co odróżnia mnie od innych. Niczego unikalnego.
A potem zrozumiałam, że niezależnie od tego, jak wielki i wyjątkowy jest talent, jest też jak ogród - gdy zostawisz go samemu sobie, zarośnie, rozsieją się w nim chwasty, straci cały swój blask. Niezależnie od tego, jak długo i intensywnie będziesz się zastanawiać, czy po uprzątnięciu będzie piękny czy nie, nie dowiesz się tego, dopóki nie zrobisz z nim porządku. I właśnie w tym procesie sprzątania okaże się, gdzie powstały braki, gdzie nastąpił samoistny rozwój, co należy poprawić, a co zupełnie wyplewić.

Jednak nawet teraz, mając na uwadze wszystko, co sama powyżej napisałam, wciąż nie umiem przełamać się do pisania wierszy czy prozy. Wciąż jest we mnie lęk, z którym walczę. Staram się go przełamywać, mniejszymi lub większymi krokami, bajkami, które wymyślam samej sobie na dobranoc. Wyobraźnia potrafi być wielkim sprzymierzeńcem, ale też bardzo groźnym wrogiem, nie napędza wprawdzie mieczy świetlnych, ale potrafi głęboko ranić tych, którzy nie potrafią z niej korzystać.

2. Ludzie

To moja osobista teza i, rzecz jasna, można się z nią nie zgadzać, jednak dla mnie nie ma ważniejszej rzeczy w życiu niż przekazywanie innym swojego doświadczenia i życiowej mądrości.

I bynajmniej nie mam tu na myśli mądrości starców i uczonych, profesorów i ludzi, którzy przeżyli tylko najważniejsze dla historii wydarzenia. Ani tego że moje doświadczenia i moja życiowa mądrość jest większa lub lepsza niż czyjakolwiek, dlatego jest warta opowiedzenia. Uważam, że absolutnie każda jest warta wypowiedzenia. Karyny po rozstaniu z Sebą, Perfekcyjnej Pani Domu po tym jak kot zwymiotował jej na perski dywan za kilka tysięcy, szarej myszki, która nigdy dla nikogo nie wydawała się interesującą osobą, fana sportów ekstremalnych, ludzi mądrych, głupich, grubych, silnych fizycznie, słabych psychicznie. Pani Zosi, co sprzedaje kiszoną kapustę w warzywniaku.
Każda z ich historii jest bezcenna. Każdy przeżył zupełnie różne rzeczy, na różny sposób, wyciągnął z nich różne wnioski. Każdy jest unikatowy.

Jednak zwyczajowo, gdy zwracamy się, by słuchać historii, patrzymy jedynie na ludzi, którzy nam imponują, którzy osiągnęli to, co my chcielibyśmy osiągnąć, którzy są dla nas w jakiś sposób atrakcyjni. Nikogo nie obchodzi historia Pana Żula z Centralnego, kasjerki, która sprzedaje ci bletki, kolegi z ławki, który rzadko chodzi na zajęcia. Tymczasem historie, które dostajemy od ludzi sukcesu, są tylko wyselekcjonowanym, zatwierdzonym przez menadżera wizerunkiem, który pozwoli im lepiej się Wam sprzedać.
Jak alkoholiczka, to tylko "była" i ciężko walcząca, jak niezdrowe odżywianie - to tylko po to by być bliżej ludzi, jak wypadek, to tylko jako źródło siły i motywacji. To nie są prawdziwe historie. To marketing. Od snapa Maffashion po wykłady Jakóbiaka.

Ja łaknę prawdziwych historii, prawdziwej mądrości, prawdziwych emocji. Opowieści, które nie mają końca, bo w życiu (o ile śmierć nie zdecyduje inaczej) nie ma żadnego zakończenia. Dlatego, gdy piję herbatkę we wrocławskiej Literatce i kilku starszych panów proponuje, że kupią mi drinka, jeżeli się przysiądę - mówię "chętnie". A za tą prostą uprzejmość dostaję nie tylko drinka, ale przede wszystkim wspaniałe historie o miłości, o zdradzie, o nadziejach, o emigracji. O prawdziwym życiu prawdziwych ludzi, którzy chcą się nim ze mną podzielić.

Zawsze słucham ludzi, którzy chcą mi coś powiedzieć. Z historiami jest jak z książkami. Bez nich żyjesz tylko swoim życiem, z nimi - żyjesz całymi tysiącami.

Tak jak w realnym świecie trzeba komuś coś dać (czas, pytanie, miejsce obok siebie), by opowiedział Ci swoją historię , tak w Internecie, trzeba odsłonić się samemu. W wirtualnym świecie nie ma miejsca na fizyczne gesty - nie pomożesz komuś ponieść zakupów, nie ustąpisz miejsca, nie kupisz bułki. Wejście na przypadkowy profil, przypadkowej osoby i zapytanie "co tam?" też wydaje się niedorzeczne. Dlatego trzeba dać coś z siebie. Zdradzić swoją historię, swoje poglądy, swoje doświadczenia. Obnażyć się przed milionami obcych ludzi, tylko po to, by mieć szansę dotrzeć do garstki, która w jakiś sposób Cię zrozumie, zaufa Ci i będzie chciała się z Tobą podzielić swoją perspektywą. Szalone? Być może. Jednak każdy z nas decyduje, na jaką dozę szaleństwa chce się zgodzić, by dostać to, czego chce.

Ostatnio wdałam się w dyskusję na jakiejś fejsbukowej stronie i w efekcie moi rozmówcy przegrzebali całego mojego prywatnego fejsa (a przynajmniej te publiczne treści) z ironią nazwali mnie "poważną blogerką" i zaczęli wyciągać jakieś fakty z mojego prywatnego życia. Napisałabym "(SIC!)", ale pewnie każdy z Was tego doświadczył lub chociaż zauważył. I pewnie wyda się Wam to dziwne, ale poczułam się w pewien sposób naga i osaczona. Myśl o tym, że ktoś czyta mojego bloga, po to żeby znaleźć tam coś, czym można by mnie, autorkę, upokorzyć, zastraszyć albo zawstydzić, nigdy nie przyszła mi do głowy, a nagle stanęła przede mną jako namacalna rzeczywistość.
Cena, którą jestem gotowa zapłacić.

I nie ma takiej ilości lajków, subskrybcji czy serduszek, która cieszyłaby mnie tak bardzo, jak Wasze komentarze lub wiadomości, w których dzielicie się ze mną swoim życiem i swoimi doświadczeniami. 

3. Praca

Prozaicznie - piniądze. Bardzo chciałabym móc za kilka lat zarabiać na tym blogu. Właściwie chciałabym zarabiać gdziekolwiek, o ile będzie się to opierało na pisaniu, na wybrane przeze mnie tematy.

Był czas, kiedy marzyłam, że będę jak Umberto Eco - swoją pierwszą książkę wydam na “starość”, zgarnę za nią nominację do Nobla i przejdę do klasyki za pierwszym podejściem.
Potem jednak dorosłam.

Internet daje prawie że nieograniczone możliwości prezentowania swoich umiejętności - malowania, pisania, śpiewania, tańczenia. Jednak tutaj nie ma żadnych wykształconych krytyków, większość opinii jest oparta na własnym widzimisię, a nie konstruktywnych przemyśleniach - możesz być słaby i zyskać sławę, możesz być świetny i pozostać niedoceniony. W internecie jesteś wart tyle, ile osób chce Cię czytać lub oglądać.

W dzisiejszych czasach książki wydają celebryci, wybitni pisarze i każdy, kto ma ilość lajków gwarantującą wyprzedanie nakładu. Osobiście chciałabym zaliczać się do tej drugiej grupy, ale reality check mówi mi, że największe szanse mam zacząć z pozycji trzeciej i mieć nadzieję, że prędzej lub później, przeniosę się do drugiej.

Gdy wrzuciłam swojego pierwszego posta, nie spodziewałam się niczego nadzwyczajnego, gdy po tygodniu zobaczyłam tam siedem tysięcy wyświetleń, adrenalina ścisnęła mi gardło.
Być może nic z tego nie wyjdzie, być może stracę motywację, ludzie stracą zainteresowanie, wszystko rozejdzie się po kościach. Jednak warto próbować. Zawsze warto próbować.
"Celuj w księżyc, bo nawet jeśli nie trafisz, będziesz między gwiazdami" (Patrick Süskind “Pachnidło. Historia pewnego mordercy” - bardzo polecam!), nawet jeżeli blog nie wyjdzie, może otworzy przede mną możliwości do tej pory nieosiągalne lub takie, o których nawet jeszcze nie myślałam.




Elvis został odkryty, bo stwierdził, że chciałby posłuchać jak brzmi na nagraniu i jednej z wytwórni poszedł i za 4$ nagrał sobie piosenkę. Przez przypadek usłyszała go sekretarka i od tego wszystko się zaczęło. Szczęściu należy pomagać, stwarzać okazje by mogło zadziałać. Niezależnie od tego co prezentujecie światu, zawsze znajdzie się ktoś, kto powie Wam, że jesteście beznadziejni, nie nadajecie się, nie jesteście dość dobrzy. Będziecie wystawieni na ocenę całego świata, a wielu ludzi będzie doszukiwało się w Was złych intencji, przerostu samooceny, ekshibicjonizmu i zasadniczo wszystkiego, co można tylko wymyślić. Ja jednak odmawiam poddaniu się takim opiniom. Odmawiam innym prawa do oceniania i krytykowania moich marzeń. Mamy tylko jedno życie, a w nim ograniczoną ilość szans. I szybciej skonam, niż nie spróbuję wykorzystać każdej z nich.
I właśnie dlatego, moi drodzy państwo, założyłam bloga.


PS Nowy sezon Bojack Horsman JUŻ NIEDŁUGO!


fot. e-klerki
Jezioro Bobrowe, Bieszczady, Polska

Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.