Szkoła óczy.

13:04
Dziś kilka słów o etapie mojej obowiązkowej edukacji.

Zawsze byłam ciekawskim dzieckiem. To zaintrygowanie światem zaszczepiła we mnie mama, nigdy nie wyrywając mi z rączek brudnych patyków, którymi grzebałam w ziemi, cierpliwie siedząc i czekając, aż skończę obserwować ślimaki, lub spędzając godziny na łowieniu mi rybek w rzece, które później mogłam podziwiać.
Jestem jedynaczką, więc moi rodzice, szybko nauczyli mnie jak zajmować się samą sobą lub czuć komfortowo w towarzystwie dorosłych. Na moje szczęście, oboje są szalenie towarzyskimi osobami, więc całe moje dzieciństwo było wypełnione gronem mądrych, zabawnych i chętnych do poświęcania mi czasu ludzi. Moje pytania nigdy nie były zbywane czy wyśmiane, zawsze dostawałam złożone, ale adekwatne do mojego wieku odpowiedzi. Podsumowując, myślę, że nie mogłabym mieć lepszych warunków do rozwoju, niż te, które miałam.

Szkoła podstawowa.

Nigdy nie zapomnę złamanego serca mojej mamy, gdy okazało się, że w 1 klasie szkoły podstawowej nie dostałam świadectwa z wyróżnieniem. I nieskończony brak zrozumienia dla tego, od czego to zależało - w systemie, gdy dostajesz kropki i gwiazdki zamiast ocen, ani dlaczego to właściwie ma znaczenie?
Rozdźwięk między moimi ocenami/kropkami w szkole a tym, jak ludzie z zewnątrz oceniali moją wiedzę, był dla mnie (jako dziecka) wyjątkowo konfundującym zjawiskiem. Bo przecież wygrywałam te konkursy za wierszyki, rysunki, konstrukcje, przecież wszyscy chwalili moją mamę za to, jaka jestem mądra i elokwentna, przecież na pierwszy rzut oka wypadałam niebo lepiej od moich rówieśników z wiedzy ogólnej. Dlaczego to wszystko jest mniej ważne, niż to, że jedna kobieta zadecydowała, że nie zasługuję na wyróżnienie?
Przez kolejne pięć lat podstawowej edukacji dostałam kilka dyplomów z wyróżnieniem, ale brak pociągu i konkretnego zrozumienia dla nich pozostał.
Myślę, że większość nauczycieli postrzegała mnie jako bystre, ale niespecjalnie zainteresowane nauką dziecko. Co bynajmniej nie było prawdą, a opierało się na fundamentalnej różnicy zdań między tym, co oni uważali za odpowiedni tok nauki a moją opinią na ten temat.

Co dobrze reprezentuje przykład nauczyciela angielskiego, u którego konsekwentnie na każdej kartkówce z gramatyki, wszyscy dostawali jedynki i nie budziło w nim to żadnej autorefleksji. Chociaż był przemiłym człowiekiem i lubił dzieci, to sądzę, że wszystkie poniżej uznanego przez niego poziomu uznawał za stracone jednostki.

Aż do czwartej klasy nie przejawiałam w szkole żadnych specjalnych uzdolnień, nawet do klasy sportowej dostałam się z najgorszym kwalifikującym wynikiem - czego nauczyciel prowadzący nie omieszkał powiedzieć na cały głos, przy całej klasie. A wiadomo, że być w trzydziestce najlepszych dzieci w szkole, to o wiele mniej zapadające w pamięć kolegów i koleżanek niż bycie najgorszym z tej trzydziestki.

Jednocześnie wciągając do tej klasy swoją córkę, która była tak niezgrabna i miała tak ogromne problemy z aktywnością fizyczną, w porównaniu do nas, że ostatecznie zmieniła klasę. Natomiast wspomnienie uczucia bólu, gdy patrzyło się na jej próby robienia fikołków, pamiętam do dziś.

Nie kochałam szkoły, nie kochałam swojej klasy, ale tolerowałam jedno i drugie, aż do kluczowego momentu w mojej podstawówkowej karierze, kiedy to wygrałam swój pierwszy konkurs recytatorski i pokazałam mojej nauczycielce polskiego moją prozę i odrobinę poezji.
Nagle z przeciętnej uczennicy stałam się "złotym dzieckiem", nikt nie mógł uwierzyć, jak mogę być tak utalentowana w takim młodym wieku, jak mogę pisać tak dojrzale. Od tej pory wygrywałam wszystko - każde eliminacje i wszystkie finały konkursów recytatorskich, konkursy związane z prozą, poezją, nawet nie widziałam jak przychodzą i odchodzą, po prostu kazali mi coś napisać na jakiś temat i wysyłali.

Z tego okresu pamiętam również jednego nauczyciela, był bardzo wysokim mężczyzną koło 40stki. Z doktoratem i makabrycznym podejściem do dzieci. Dlaczego ktoś z doktoratem uczył w podstawówce? Nie mam pojęcia. Czy nauczył mnie czegoś wyjątkowego lub w jakiś wyjątkowy sposób? Nie. Co jednak pamiętam bardzo dobrze z jego lekcji? Czekanie aż się zaczną. Siedzenie przed klasą z lodowatymi ze strachu dłońmi i bólem brzucha. Na palcach jednej ręki mogę wymienić ludzi, którzy się go nie bali lub uważali za dobrego nauczyciela. Którym pewnie nawet był, ale jak się skupić, gdy mdli Cię ze strachu, że zaraz Cię weźmie pod tablicę i z całą pewnością za coś wyśmieje?

Jak na ironię, przedmioty humanistyczne nawet nie były moim głównym zainteresowaniem i gdyby nie intensywne pchanie mnie w tamtym kierunku, poszłabym w zupełnie innym - przyrody. Moja miłość do biologii była tak stara, jak moje najstarsze wspomnienia i chociaż konsekwentnie dostawałam szóstki i bezdyskusyjnie byłam najlepsza w klasie, nikt nie pomyślał by to jakkolwiek we mnie budować, bo wiadomo - "złote dziecko".

Muszę tu wspomnieć, o nauczycielce uczącej mnie wówczas przyrody, która jako jedyny nauczyciel, przez cały proces mojej edukacji, powiedziała nam cokolwiek o seksie. Łącznie z najważniejszą życiową prawdą - po każdym seksie trzeba się wysiusiać, żeby oczyścić kobiecy króciutki przewód moczowy z bakterii i zapobiec zapaleniom. Wtedy wywoływało to tylko chichoty, bo za moich czasów, seks wśród 13latków był czysta abstrakcją - większość z nas nawet się nie całowała. Niemniej jednak, była z nami szczera i chciała pomóc, to zdecydowanie więcej niż mogę powiedzieć o kimkolwiek, kto prowadził z nami jakiekolwiek lekcje na ten temat w późniejszych latach.

Na tej samej zasadzie moja wiedza z matematyki zaczęła umierać naturalną śmiercią braku ćwiczeń, braku odrabiania zadań domowych, a przede wszystkim, braku oczekiwania ode mnie bym się poprawiła, bo wiadomo - "złote dziecko", i tak nie będę matematykiem.

Wyjątkowym momentem dla mnie, jako dziecka, było, gdy w szale mojego wszechobecnego geniuszu, moja nauczycielka, uznana w regionie poetka, poprosiła mnie o oficjalną recenzję, moją recenzję (!) jej tomiku poezji. Zamieszczoną tuż obok prawdziwych, dorosłych recenzji, prawdziwych dorosłych poetów. Nasza szkoła była naprawdę duża, z dwoma skrzydłami, trzema salami gimnastycznymi, stołówką i olbrzymimi korytarzami - a moje ego wypełniało każdy jej centymetr sześcienny.

Nie będę kłamać, że bycie w centrum uwagi, na scenie, na podium, mi się nie podobało, podobało mi się bardzo i większość mojej późniejszej pewności siebie w szkole była oparta na tych czasach - świetnych ocen, nagród, przychodzących zewsząd zachwytów, propozycji tłumaczeń, wydawania i tak dalej. Chociaż moja oderwana od rzeczywistości natura, wszystkie większe plany zawsze ucinała stwierdzeniem, że "moja twórczość, to moje dzieci - a dzieci się nie sprzedaje". Poważnie. Myślę, że ta teza dobrze oddaje nastrój tego, jaką 11latką byłam.

Nauczycielki zaczęły wciskać mnie wszędzie, gdzie się da - w każdy apel, akademię, przedstawienie. Wszędzie musiałam wystąpić, najlepiej coś na daną okazję napisać. Nie do końca rozumiałam ideę wyzysku, ale tego właśnie doświadczałam - kompletnej eksploatacji. Nie dość, że wszyscy nagle zapomnieli, że jestem dzieckiem i potrafili mi po prostu powiedzieć "to jest złe, napisz coś innego", jakbym miała 20 lat więcej i ktoś mi za to płacił, to ilość tekstu, jakiej miałam się uczyć była irracjonalna.
Gdy została zaplanowana akademia z okazji zmiany oficjalnego numeru szkoły, praktycznie wszystko, co działo się na scenie było związane ze mną - przeze mnie mówione lub pisane, i dopiero ostateczny przesyt, dał moim nauczycielom do zrozumienia, że jednak trzeba większej różnorodności. Oczywiście po tym, gdy to wszystko napisałam i nauczyłam się na pamięć.

Szkoła podstawowa była zdecydowanie najlepszym okresem mojej edukacji, ale też tym, który najbardziej przyczynił się do moich późniejszych problemów, bezpośrednio z matematyką, a pośrednio z wyuczonym nawykiem, że nie muszę się uczyć niczego, z czego nie jestem świetna i bez nauki.

Gimnazjum

Gimnazjum było dla mnie mieszanką traumy, tragedii, pustego śmiechu i bezbrzeżnego rozczarowania.

Ten okres, oprócz oczywistej burzy hormonalnej i całego problemu ze zrozumieniem kim jestem i jaka jest moja rola we wszechświecie, wiązał się również z przygniatającą masą problemów osobistych. Byłam tą małą szczęśliwą dziewczynką, z niewielką tak naprawdę wiedzą na temat problemów, nieszczęść, chorób czy rozczarowań, na którą spadła każda z tych rzeczy. I każda ważyła kilka ton. Byłam wkurwiona, bo wszystko, co kochałam, zostało mi odebrane, byłam przerażona, bo nagle znalazłam się, w świecie którego nie rozumiałam, a przede wszystkim dotkliwie i dogłębnie cierpiałam. Definicja "trudnej młodzieży".
Oczywiście, wszyscy nauczyciele, którzy mnie znali, którzy by zrozumieli, że dzieje się ze mną coś złego, zostali w innej szkole. Tu nie byłam "złotym dzieckiem", byłam po prostu dzieckiem. Nowym, przemądrzałym i, z niewiadomych powodów, poirytowanym dzieckiem, któremu trzeba pokazać, kto tu rządzi.

Wyczerpującą historię mojej nauczycielki z jednego z przedmiotów ścisłych pominę, bo jest rodziną mojego przyjaciela, więc nie chcę robić mu przykrości, skrócę więc do tego: nie lubiłyśmy się. Ona nie lubiła mnie odrobinę bardziej i stwierdziła, że da temu wyraz, wpisując mi zamiast zagrożenia niedostateczny na koniec roku, długopisem, na koniec ostatniej klasy. Jako że właściwie blokuje to pójście do liceum, rozpętała się cała afera na ten temat, zaczynająca się od nauczycielek mówiących jej "daj spokój", po dyrektora i ostateczną interwencję moich rodziców, kiedy to powiedziała im, że miesiąc wcześniej dała mi materiały do zaliczenia, a ja się ich nie nauczyłam. Oczywiście nigdy nic takiego nie przeszło przez moje ręce. Ostatecznie, jako że dała mi same zagadnienia, a opracować kazała je sama, zdawałam je 3 razy, ponieważ, w zależności od nastroju, oblewała mnie na tym, czy (wciąż to pamiętam!) propan-butan jest trujący czy... nie.

Zawsze miałam specyficzny i raczej ciężki w obejściu charakter, ale towarzyszył mu jednak mój wrodzony optymizm i po prostu bycie szczęśliwą, gdy jednak został obdarty z tych pozytywnych aspektów... Weszłam na jakiś dziwny poziom egzystencji między fantazjowaniem, patologicznym kłamaniem, chorobami psychosomatycznymi, myślami samobójczymi, samookaleczeniami, a twardym postanowieniem, że nikt się nie dowie, co się u mnie dzieje.

Nieskończone wizyty u szkolnej pani pedagog napawały mnie mieszanką złości i beznadziei. Myśl, że jeżeli rzeczywiście ma jakiekolwiek wykształcenie, to dostała je za przysłowiową kiełbasę, przyszła mi bardzo szybko. Nasze spotkania w 1/4 opierały się na jej płaczu i opowiadaniu mi o jej trudnym dzieciństwie, w połowie na moim pustym spojrzeniu skierowanym w okno i niemym płaczu, i w 1/4 na jej próbach "pomocy" mi, które w najlepszych wypadach wywoływały wywrócenie oczu, a w najgorszych kopanie ścian tuż po wyjściu. Wyobraźcie sobie najgorszy moment Waszego życia, dosłownie - najgorszy. Nie możecie jeść, spać, myśleć, rozpaczliwie próbujecie znaleźć jakiś sposób na przeżycie kolejnego dnia i słyszycie od osoby, która powinna być wykwalifikowana do pomocy Wam: "Bo Ty zawsze mówisz takie smutne rzeczy i tak źle o sobie. Może powinnaś mi się bardziej reklamować, lepiej o sobie mówić. Tak nikogo do siebie nie przekonasz". Wciąż mam bliznę na ręce po tym, jak głęboko wciskałam w siebie paznokcie, żeby ból utrzymał mnie w świadomości i powstrzymał moją bezbrzeżną chęć wydrapania jej oczu.

Z drugiej strony, moja klasa - złożona z ludzi z najlepszymi wynikami z egzaminu kończącego podstawówkę (która w moim ówczesnym postrzeganiu świat wydarzyła się tysiąc lat wcześniej), wzorowymi zachowaniami, i ze zdecydowanie mniejszą ilością problemów, albo chociaż zdecydowanie lepszymi mechanizmami radzenia sobie z nimi. Większość z nich była szalenie ambitna, od pierwszego semestru mieliśmy najlepszą średnią w szkole, poziom był wyciągany do absolutnego maksimum mieszczącego się w programie. Odstawałam od nich swoim podejściem do szkoły i życia jak ogień od wody.

Moją pozycję w naszej klasie, z przedmiotów ścisłych, najlepiej oddawała ta sytuacja - nasza zadowolona ze swoich wybitnych uczniów nauczycielka matematyki rozdawała sprawdziany po klasie. W skrócie opowiadała co się na nich znajduje i czego możemy się spodziewać. Padło pytanie "czy jest trudny?", uśmiechnęła się uspokajająco i powiedziała, że "nikt z 5 czy 4, nie będzie miał z nim problemu", na moje pytanie "a dla kogoś kto ma 2?" odpowiedziała uprzejmym śmiechem który, wyrażał "to Twój problem". Najbardziej w tej sytuacji dobijało mnie to, że ona naprawdę była przemiłą kobietą, a w mojej klasie było mnóstwo piekielnie uzdolnionych ludzi, więc to nie była jej wina, że próbowała dać im jak najlepsze warunki do nauki. Ale to nie była też moja wina, że nie byłam tak uzdolniona jak oni, ani nie miałam takich możliwości do nauki jak oni, a jednak to ja na tym cierpiałam. Nie miałam przy nich szans nadążać z nowym materiałem, co dopiero tym rozszerzonym, nawet gdy próbowałam nadrabiać zaległości, to traciłam teraźniejszy program i tym sposobem zawsze miałam 2. I to w drugim terminie. 

Nauczyciele mnie nienawidzili. I używam słowa "nienawiść" w pełni świadomie. Nie będę tu zgadywać, co w moim charakterze najbardziej podburzało przeciwko mnie konkretne jednostki, ale robiło to wyjątkowo skutecznie. A rzeczy, które oni robili mi w odwecie, sprawiały, że nawet mój ostry i rozdwojony na końcu język, zalegał w ustach niczym łyżeczka cynamonu i nie dawał rady.
Wydaje mi się, że to w całej sytuacji było kluczowe, ja po prostu byłam nieszczęśliwą sobą, a każde z nich uważało, że prowadzę przeciw nim jakąś osobistą vendettę.

Wyjątkowym rodzajem nienawiści i chyba najbardziej otwartym, darzyła mnie moja nauczycielka biologii. To była niechęć od pierwszego wejrzenia. Nasze pierwsze spotkanie, na pierwszych zajęciach, ustaliło nasze kontakty na następne 3 lata, które, chociaż pewnie wydawało się to niemożliwe dla wielu, sukcesywnie się pogarszały. Wszystko zaczęło się od mojego "to nie Pani sprawa", gdy subtelnie próbowała wypytać mnie o to, ile zarabiają moi rodzice (SIC!), a skończyło się na jej przemowie pod koniec gimnazjum, że życzy moim kolegom i koleżankom, by wyrośli na lepszych ludzi niż ja. Po tym, gdy ja wyszłam z klasy.
Kulminacyjny moment naszej relacji nastąpił pod koniec 2 klasy, kiedy to kazała mi zostać po lekcjach, by zrugać mnie za moje bezczelne spojrzenia i nakręcając się swoim własnym monologiem, wypluła z siebie "nie wiem jak taki mądry chłopak, mógł chcieć z Tobą być, co on w Tobie widział?!". Poczułam jak moje żebra zapadają się w sobie, łamiąc się przebijają moje płuca i serce. Poczułam jak paznokcie przebijają mi skórę w zaciśniętych pięściach. Poczułam, że albo ja tu umrę, albo ją zabiję i nie ma żadnego innego wyjścia. "To, czego w Pani nikt nie zobaczył przez 30 lat", odwróciłam się na pięcie i wyszłam z klasy w akompaniamencie jej krzyków. Pobiegłam do mojej wychowawczyni, opowiedziałam jej sytuację, jestem przekonana, że sądziła przez duży fragment, że żartuję.
- Klara, wyrzucą Cię za to...
- Wiem.
Jednak nie wyrzucili. Na moje szczęście bycie starą panną było dla niej nawet większym bólem w dupie, niż ja i nikomu o tym nie wspomniała. Nienawidziłam jej wygrzebywania jedzenia z zębów, by je ponownie skonsumować. Nienawidziłam jej wąchania własnych butów i ciągłego podjadania w kantorku. Ale najbardziej nienawidziłam jej za to, że zabiła we mnie całą miłość do biologii, konsekwentnie zaniżając wszystkie moje oceny. Nie wiem czy kiedykolwiek dała mi za cokolwiek 5, ale pamiętam, że przy każdej okazji próbowała tego nie robić. Gdy dostaliśmy długoterminowe zadanie w postaci zielnika, czym wówczas całkiem się interesowałam i zrobiłam go na 50 roślin, z nazwą polską, łacińską, miejscem występowania, sposobem pylenia i tak dalej, dostałam 5+. Pamiętam dokładnie to uczucie, gdy chłopak, który oddawał zielnik przede mną, miał połowę tego co ja, ale dostał 6 za "taki ładny liść klonu".
Gdy innym razem zgłosiłam, że źle mi policzyła punkty na teście, bo nie uwzględniła odpowiedzi w kółkach (sposób zakreślania złych odpowiedzi), zapytała skąd ma wiedzieć, że teraz tego nie poprawiłam, na moją odpowiedź, że wszyscy poprawiają w ten sposób, powiedziała, że albo przyjmę tę ocenę, albo obniży oceny wszystkim którzy mają w ten sposób poprawione odpowiedzi.
Gdy zaoponowałam, że zgłoszę to dyrektorowi usłyszałam "spróbuj" i wiedziałam, że cokolwiek na tym zyskam, stracę o wiele więcej.

Moi rodzice mieli na głowie ważniejsze rzeczy niż moja szkoła, jednak nie umknęło ich uwadze, że moja średnia z semestru na semestr spada drastycznie w dół. Nie mogli mi wprawdzie zaoferować żadnej realniej, długofalowej pomocy, ale zawsze znaleźli czas na jakieś teatralne okazywanie swojego rozczarowania. Nie umiem tu opisać ilości szoku, jaką przeżywałam widząc, że moi rodzice oczekują ode mnie, w ówczesnych warunkach, czegokolwiek oprócz przeżycia. A co dopiero dobrych ocen? Nauki? Jak miałabym się uczyć?
Jednakże kochałam moich rodziców zdecydowanie za bardzo i podjęłam możliwe dla mnie kroki by oceny poprawić. Szybko okazało się, że nie jest to specjalnie możliwe, ponieważ w obecnej szkole byłam tylko tą złą, niegrzeczną uczennicą, która zasługuje na te złe oceny.

Pod koniec 3 klasy, pisałam jakiś finalny test z fizyki, trochę ściągnęłam, w połowie pomogli mi koledzy, 1/4 może rozumiałam. Dostałam z niego 4, co finalnie dawało mi średnią ocen 4, ale dostałam na koniec 3, bo "z pewnością na 4 nie umie". Gdy nawet moi koledzy zaoponowali, że to niesprawiedliwe, bo moje oceny wskazują na co innego, kazała dać jej spokój. To zabawna sytuacja, bo naprawdę nie umiałam na 4, ale oceny ewidentnie wskazywały na 4, a go nie dostałam. Kontra dziesiątki sytuacji, kiedy umiałam na 5, oceny wskazywały na 4, a dostawałam 3.
Tu niechęć do mnie została zaszczepiona rykoszetem, ponieważ mój chłopak (ten od pani z biologii) był wówczas wybitnym fizykiem, finalistą olimpiady już w 2 klasie i przy każdej możliwej okazji pokazywał tej nauczycielce, że umie zdecydowanie więcej niż ona. Co tylko w części było prawdą, ale jego cieszyło i ją bolało, jakby prawdy był w tym bezmiar. A ja byłam jego dziewczyną więc... 3.

Ilość jedynek, jakie zostawały mi wpisane w dziennik, jako ocena za wiedzę, a będące tak naprawdę karą za złe zachowanie była, przynajmniej mnie, przerażająca.
Biorąc pod uwagę zaistniałe okoliczności - z jednej strony niemożność poprawy ocen, z drugiej niemożność zadowolenia rodziców i głębokie przekonanie, że moja wiedza nijak się ma do moich ocen, postanowiłam przestać zawracać sobie tym głowę, skoro to problem poza zasięgiem moich możliwości.

Drugą klasę gimnazjum skończyłam ze średnią 2.9.

Była to klasa, w której dyrektor mojej szkoły dostał telefon od jury konkursu, w którym brałam udział, z pytaniem czy może udowodnić, że to 15latka napisała tę prozę, a on zapytał, czy chodzi o mnie, bo jeżeli tak, to z pewnością napisałam to sama. I oczywiście - każda możliwa akademia była mną obsadzona. I miałam najlepszy wynik z olimpiady z polskiego w szkole. A na świadectwie 3.
Moja wychowawczyni, wręczając mi świadectwo, powiedziała, że gdybym była w innej klasie, jest pewna, że miałabym pasek.

Wspomnę tu szybko klasyk jak nauczycielka ucząca mnie geografii, gdy brakowało mi 0,2 do lepszej oceny, powiedziała mi, cytuję "choćby skały srały nie dam Ci 4" (SIC!).
Jeszcze inna podała mojej koleżance z klasy wyniki do olimpiady, zanim ta do niej podeszła. Biedna dziewczyna była tak uczciwa, że się popłakała i nie wiedziała co z tym zrobić. 

Być może są jacyś ludzie, którzy nie wykształcają w sobie po takich przeżyciach gruber warstwy obojętności, ale ja do nich nie należę.
Trzecią klasę przewegetowałam w połowie na zwolnieniu lekarskim w domu, w połowie czytając na lekcjach książki z biblioteki - ostatecznie zabroniono pani bibliotekarce wypożyczać mi książek przed 14.00, bo wszyscy nauczyciele skarżyli się na to, że je czytam, zamiast słuchać.

Fizyka i chemia weszły dla mnie w obszar czarnej magii, z którego wciąż, mimo moich nieśmiałych prób, nie wyszły. Miłość do biologii zabiła nauczycielka tego przedmiotu. Miłość do języka polskiego, obie nauczycielki tego przedmiotu - z czego jestem prawie pewna, że jedna nawet nie miała odpowiedniego wykształcenia, gdy z uśmiechem na ustach mówiła mi, że jestem "nieoszlifowanym diamentem", wpisując mi wyżej wspomniane 3 na świadectwo.

Chcę też wspomnieć, o najlepszym nauczycielu, jakiego kiedykolwiek miałam, nie wiem czy była nim z powołania, bo zawsze uważałam, że jej intelekt musi się boleśnie dławić w jej zawodzie, niemniej była świetnym pedagogiem. Była też jedyną osobą, przez cały okres mojej edukacji, która naprawdę chciała mi pomóc i widziała we mnie o wiele więcej niż tylko moją złość. Nigdy nie zapomnę jak na przełomie 2 i 3 klasy, wzięła mnie na jakiejś przerwie do pokoju nauczycielskiego i z prawdziwą, szczerą troską w oczach powiedziała, że ona ode mnie nie oczekuje nauki, że ona mnie przez to idiotyczne gimnazjum przepchnie, tylko żebym zaczęła dbać o siebie i spróbowała jakoś sobie pomóc. To był pierwszy raz od bardzo, bardzo długiego czasu kiedy poczułam coś na kształt ulgi. Pamiętam też dzień, kiedy wychodząc do szkoły, nie miałam pojęcia, czy zobaczę moją mamę po powrocie. Pierwsze kroki w szkole skierowałam do niej, wybuchnęłam płaczem, a ona zaprowadziła mnie na tyły szkolnej biblioteki, kazała zrobić herbatę, cały dzień czytać, na co mam ochotę i spróbować się uspokoić. I powiedziała, z mieszanką zawstydzenia i bezsilności, żebym spróbowała przestać płakać, bo niektórych nauczycieli bardzo drażni taki widok. Nigdy nie skończyłabym szkoły bez niej.


Gdy doszło go egzaminów gimnazjalnych, z polskiego i angielskiego (który się wówczas nie liczył), dostałam po ponad 90%, natomiast z części ścisłej zaledwie 40%, do czego przyczynił się nie tylko oczywisty brak wiedzy, ale też mój idiotyczny pomysł zasabotowania własnych wyników, ale to historia na inny moment. Puentą, natomiast był fakt, że mimo zdania części humanistycznej - z historii, WOSu, polskiego i tak dalej, na te ponad 90%, z żadnego z tych przedmiotów nie miałam 5. Z angielskiego oczywiście też nie.

Liceum

Trzy lata w gimnazjum niezaprzeczalnie coś we mnie zabiły, ale, mimo wszystko, starałam się zacząć nowy rok i nową szkołę, z czystą kartą. Jeżeli chodzi o kontakty z klasą, ani ja nie byłam nimi zainteresowana, ani oni mną, co moja Socjopatyczna Była Przyjaciółka postanowiła obrócić tak bardzo przeciwko mnie, jak tylko się dało.
Czasem w amerykańskich filmach możecie zobaczyć te ciche, raczej zamknięte w sobie dziewczyny czy chłopców, których z jakiś niewytłumaczalnych powodów wszyscy, na czele z głównym, złym charakterem, nienawidzą. To byłam ja w liceum. Nie mogłoby mnie to obchodzić mniej, całe moje życie toczyło się poza szkołą, więc to czy jakaś grupa ludzi, z okolicznych wiosek, mnie akceptuje czy nie, było dla mnie równie odległym problemem jak temperatury na Saharze. Co prawdopodobnie było moim błędem, bo jednak w szkolnym życiu warto mieć jakiekolwiek poparcie we własnej klasie, ale nigdy nie myślę o tym z żalem, bo właśnie w tym czasie udało mi się nawiązać przyjaźnie, które trwają do teraz.

Szczególny rodzaj niekompetencji przejawiała moja wychowawczyni w tamtym czasie. Prócz godzin wychowawczych prowadziła z nami fizykę oraz matematykę. Nawet nie będąc orłem z tych przedmiotów, po spędzeniu z nią 25 minut na lekcji, można było z dużą dozą pewności założyć, że nie rozumie tak naprawdę 65% z tego o czym mówi. Przepisywanie zadań z zeszytu (w którym je wcześniej rozwiązała) było standardem, szczególnie z matematyki. To, że przy bardziej skomplikowanych zadaniach nie potrafiła ich ani wytłumaczyć, ani sama do końca rozwiązać (SIC!) nikogo nie dziwiło. Nie jestem do końca pewna, ale chyba już w pierwszej klasie została wystosowana oficjalna prośba do dyrektora by zmienić nam nauczyciela matematyki, bo wszyscy zaczęliśmy się poważnie zastanawiać jak mamy ją zdać. Ostatecznie wymienili ją dopiero w ostatniej klasie, po interwencji rodziców. Jej zdolności wychowawcze były dokładnie na tym samym poziomie.
Pewnego dnia, moja wyżej wspomniana Socjopatyczna Była Przyjaciółka, postanowiła ukraść z mojej torby (miałyśmy po 18 lat, podkreślam), mój dziennik, porobić mu zdjęcia i najchętniej coś w nim znaleźć. Chociaż przestałam pisać na konkursy już stosunkowo dawno, nigdy nie przestawałam pisać dla siebie. Między bardzo osobistymi, przykrymi, zabawnymi, zmyślonymi, intymnymi rzeczami, znalazła jakieś zapiski na temat fantazjowania o tym, że to wszystko jest na niby, tylko jednym z moich kłamstw, które mogłabym skończyć kiedy tylko bym chciała - o czym oczywiście, jako była przyjaciółka, wiedziała, że nie jest prawdą, ale postanowiła zrobić temu zdjęcia, wszystko tak przedstawić i szantażować mnie (!), że pokaże to nauczycielom... i wyrzucą mnie ze szkoły. Atmosfera w klasie zrobiła się bardzo gęsta. Nasza wychowawczyni ze swoim niezłomnym przekonaniem, że wie co robi, zrobiła całą godzinę wychowawczą na temat "nastrojów w klasie", która skończyła się tym, że wszyscy na siebie krzyczeli, a ona zapytała... czy chcemy żeby wyszła.

Początek liceum minął mi stosunkowo gładko, aż do pierwszej zimy, kiedy zachorowałam na grypę, która przeszła w zapalenie oskrzeli i ostatecznie 3 czy nawet 4 tygodnie nie byłam w szkole. Gdy wróciłam, wpadłam w szufladkę "tej co nie chodzi do szkoły". Gdy czytana była lista obecności i się zgłaszałam, po sali szedł śmiech, że w końcu przyszłam, połowa nauczycieli robiła złośliwe uwagi, moja klasa zachowywała się jak... moja klasa. Już w ciągu pierwszego semestru zrobiło się bardzo, bardzo nieprzyjemnie. Nauczyciele z którymi się spotkałam, mieli tendencję do uważania, że jeżeli nie jestem w ich klasie, na ich zajęciach, to znaczy, że robię to z premedytacją i złośliwością wycelowaną dokładnie w nich. I nie miało znaczenia, że to drugi tydzień z rzędu, nie miało znaczenia, że nie jestem też na wszystkich innych lekcjach. Ważne, że nie na ich.

Po wspomnianych tygodniach choroby narobiłam sobie sporo zaległości. Minęły święta Bożego Narodzenia i przyszedł czas je nadrabiać. Jedną z nich była informatyka. Ominęły mnie bodajże dwie prace, które umówiłam się, że przyjdę nadrobić w, powiedzmy, poniedziałek o 15.30. W ten sam poniedziałek o 12.00 zemdlałam na środku korytarza, wpadając na jednego z nauczycieli i zostałam odwieziona do szpitala.
Gdy kilka dni później wróciłam do szkoły, w tym na lekcję informatyki, dostałam serię pretensji, że nie przyszłam, że zmarnowałam czas, że nie uprzedziłam. Trochę w szoku, powiedziałam, że przepraszam, ale trafiłam do szpitala. Ale mogłam uprzedzić! Jak mogłam uprzedzić, że zemdleję i pojadę do szpitala? Jakoś mogłam! Nauczyciel bardzo ubolewał, że nie może mnie oblać już w tym semestrze, bo jednak miałam same dobre oceny oprócz tych luk, więc zapobiegawczo, na pierwszej lekcji nowego semestru, wpisał mi zagrożenie na koniec roku. Na koniec roku z ocen wychodziło mi mocne 4, a dostałam 2. 2 z informatyki na świadectwo maturalne. Bo zemdlałam w dzień, kiedy byliśmy umówieni.
Dwa lata później, kłóciłam się dokładnie z tym samym nauczycielem, o to, że nie chciał zorganizować Maćkowi matury z informatyki w szkole i generalnie bardzo mu ten kierunek odradzał. Gdy zaoponowałam, że szkoła nie ma prawa mu odmówić zorganizowania matury z jakiekolwiek przedmiotu, zignorował mnie i zapytał Maćka, czy naprawdę potrzebuje adwokata, z czego szybko go wybawiłam mówiąc "niestety, ale Maciek jest zbyt uprzejmy, by się z Panem dogadać", co było prawdą, bo ten człowiek był kawałem buca. Jedyne co na jego obronę mogę powiedzieć, to, że kilkanaście lat wcześniej był wychowawcą mojej przybranej siostry, i ponoć wtedy był lepszy. Ciężko mi w to uwierzyć, ale jeżeli to prawda, to wniosek jest jeszcze smutniejszy, że bycie nauczycielem naprawdę zabija w ludziach człowieczeństwo.

Moja cierpliwość do traktowania mnie jak geniusza zła, który za cel postanowił sobie niszczyć samopoczucie ludzi którzy mnie uczą, wyczerpała się już dawno temu, więc zrobiłam jedyną rzecz która jakkolwiek chroniła mnie przed nimi i ich przede mną - właściwie przestałam chodzić do szkoły. Wprawdzie moja frekwencja zawsze była na granicy zdawalności, ale przypominam, że granica ta wynosiła 50%, więc nie wyolbrzymiając, przez połowę czasu nie było mnie w szkole. Wszyscy mieli w głowie i tak wyrobioną opinię, że nigdy mnie nie ma, chociaż przez cały pierwszy rok naprawdę nie wagarowałam i jedyne momenty kiedy mnie nie było, to zwolnienia od lekarza - chociaż było ich wiele, to jednak... co ja mogłam z tym zrobić?

Nie chodzenie do szkoły, oczywiście w żaden sposób nie zwalniało mnie z zaliczenia wszystkich testów i kartkówek, nauczyciele wyciągali mnie wbrew regulaminowi, po dwu tygodniowej nieobecności do odpowiedzi. Jako, że uczyłam się głównie w domu, z książek i internetu, non stop byłam oskarżana o ściąganie, bo moje odpowiedzi nijak nie brzmiały jak notatki z zeszytów moich kolegów i koleżanek. Czytanie na głos moich sprawdzianów i pytanie ludzi z klasy, czy uważają, że brzmi jak ze ściągi nawet przestało mnie dziwić.
Zastanawiacie się pewnie, jak, przy takiej ilości usprawiedliwionych nieobecności, nie miałam nauczania indywidualnego? Nie było nawet takiego pomysłu, ani opcji. Miałam za to coroczny maraton śmiechu z nauczycielami wf'u grożącymi mi sierpniowymi poprawkami, jednocześnie podkreślającymi, że i tak ich nie zdam, bo sformułują ćwiczenia tak, że nie będę wiedziała co zrobić - na głos, w gabinecie dyrektora. Co widać było popularną taktyką w kuluarach...

Bezczelność i głupota nauczycieli w moim liceum była naprawdę okazała, ale na zdecydowane prowadzenie wybiła się nauczycielka jednego z przedmiotów, który chciałam zdawać komisyjnie. Cała afera zaczęła się o to, że spóźniłam się (bo nie było mnie w szkole) z jakąś pracą, której w późniejszym terminie przyjąć nie chciała, wpisała mi 1 i oznajmiła, że ta ocena będzie najważniejszą oceną w roku. Z przedmiotu czułam się pewnie, więc gdy przeczytała proponowane oceny, a zaproponowała mi bodajże 2, powiedziałam, że chcę zdawać egzamin komisyjny. Całą lekcję wpatrywała się we mnie i mojego przyjaciela, ewidentnie próbując przejrzeć nasze złe intencje i dowiedzieć się dlaczego mogę chcieć więcej niż 2. Lekcja się skończyła, krzyknęła, że ja i Maciek mamy zostać i z nią porozmawiać po czym... Wprost, przy świadku, powiedziała mi, że jeżeli będę probowała podejść do tego egzaminu, to zada mi takie pytania, że go nie zdam. Popatrzyłam na Maćka z niedowierzaniem. Wtedy ja zaczęłam czuć podstęp, czy ona żartuje, czy naprawdę jest taką idiotką żeby szantażować uczennicę przy świadkach?
Wróciłam do domu z dużym kłopotem, co mam z tym zrobić, w końcu powiedziałam o tym tacie. Nie mógł mi uwierzyć. Sądził, że musiałam coś przekręcić, albo źle zrozumieć, bo to niemożliwe żeby była tak ograniczona żeby nie rozumieć co zrobiła. Po upewnieniu się trzy razy, że Maciek wszystko potwierdzi, zadzwonił do mojej wychowawczyni (najlepszej przyjaciółki pani od tego przedmiotu) i zapytał co ma zamiar z tym zrobić. Wiła się jak węgorz, od tez, że kłamię, przez to, że Maciek kłamie, po to, że coś źle zrozumieliśmy. Takie mataczenie wprowadziło mojego tatę w wyjątkowo bojowy nastrój. Jak wspominałam wcześniej - kłamałam jako nastolatka okrutnie dużo, więc podejrzenie, że mogłabym to zrobić, było całkiem zasadne, ale w mojej racji utwierdziło tatę, to, że chociaż miałam o wiele, wiele gorsze konflikty z nauczycielami, to nigdy nie wciągałam w to rodziców.
Na następnej lekcji, nauczycielka weszła do klasy, położyła swoje rzeczy na biurku, zobaczyła moją twarz, rozpłakała się, zebrała rzeczy i uciekła. Przez kogoś przekazała mi listę rzeczy do nauczenia się na 4, chciałam 5, ale stwierdziłam, że nie będę już eskalować sytuacji, więc odpuściłam.
Moja klasa przeżywała aż do końca roku, że tata kupił mi ocenę.


Długie lata gimnazjum i burzliwa pierwsza klasa ostatecznie wypaliły we mnie chęć walczenia z kimkolwiek i o cokolwiek, więc w liceum, oprócz zatrważających nieobecności, nie było ze mną w szkole większych problemów wychowawczych. Moje czasy ekspresywnego wyrażania niezadowolenia, czy to słowem, czy czynem, bezpowrotnie minęły. Razem z nimi minęły czas wysyłania mnie do szkolnego pedagoga, oprócz jednego razu, który wprawił mnie w mieszankę niedowierzania, złości i żalu.

Pani pedagog poszła na jakiś rodzaj rocznego zwolnienia, więc żeby zapełnić wakat, a nie odbierać jej miejsca pracy zatrudniono... jej córkę. Bez żadnego wykształcenia czy doświadczenia w pełnieniu tej funkcji, czego nie dość, że się nie wstydziła, to jeszcze z uśmiechem na ustach podkreślała, że zasadniczo, nie umie pomóc, ale chętnie wysłucha.
Muszę przyznać, że zabawiałam się trochę jej kosztem, bo widząc jej naiwną pewność, że samo mówienie o czymś pomaga, powiedziałam jej bardzo dużo, z wewnętrzną satysfakcją sadząc słowa i patrząc, jak jej optymistyczny uśmiech schodzi z twarzy, a zastępuje go jakieś niezdrowe podniecenie. Ewidentnie niewiele w życiu widziała, a moja smutna historia chyba dawała jej jakąś nadzieję na to, że życie może być czymś więcej oprócz obezwładniającej nudy.
Gdy skończyłam, udzieliła mi kilku porad rodem z "nie poddawaj się" i "wszystko będzie dobrze", a gdy wychodziłam zatrzymała mnie w drzwiach, bardzo się zmieszała i wykrztusiła z siebie taką oto mądrość:
- Geniusze zawsze są samotni!
Jestem pewna, że do tej pory myśli o tamtej scenie jako wyjątkowym momencie, kiedy wykazała się kluczową błyskotliwością.
Nawet pisząc to teraz, mam ochotę zakryć twarz dłońmi, kręcić głową i pytać się losu dlaczego to mi stawia na drodze takie osoby.

W mniejszych lub większych bólach, dotrwałam do matury. Mimo, że nauczyciele z każdego przedmiotu, który pisałam nie przepowiadali mi żadnych sukcesów, w najlepszym przypadku, w najgorszym nawet zdania, zdałam wszystko. Zdałam dobrze, bardzo dobrze lub świetnie. Przeżyłam.

Nasza nauczycielka angielskiego na fakultecie, praktycznie przez całą trzecią klasę sugerowała mi, że nie zdam tej matury. Może zdam podstawową, ale na rozszerzoną nawet nie mam co iść i szkoda mojego czasu. Angielski zawsze był dla mnie tak naturalną rzeczą, z której jestem dobra, że aż do tamtego momentu nie przeszło mi przez myśl, że mogłabym mieć z nim jakiekolwiek problemy, a co dopiero nie zdać. Jednak lęk, jaki wykreowała w mojej głowie, był tak ogromny, że bałam, dosłownie, bałam się iść na próbną maturę, i ostatecznie na nią nie poszłam. Angielski zdałam na 100% z podstawy i 89% z rozszerzenia, ale do samego końca bałam się, że mogę nie uzbierać tych 30%.

Mogłabym tu opisać jeszcze 500 różnych historii i zdarzeń, ale każde z nich sprowadza się do tego samego finału - dostałam się na każdy kierunek Uniwersytetu Warszawskiego, na jaki aplikowałam. Dostałabym się nawet na te, na które bałam się aplikować, żeby nie musieć znosić kolejnego smaku porażki.




Chciałabym podsumować to czymś, co wyciska łzy i zmusza do przemyśleń, ale jakoś brakuje mi słów.
Myślę o tych wszystkich dzieciach z mniejszych miejscowości i wsi, które nie mogą po prostu zmienić szkoły, zacząć na nowo, ale też tych z dużych miast, których rodzice są zbyt obojętni, zapracowani, lub nietrzeźwi, by zobaczyć ich cierpienie. I mi chce się płakać. To największa niesprawiedliwość świata, jak zaniedbane przez system są dzieci, te same dzieci, które są jego przyszłością. Gdzieś wśród tych małych ludzi, których życie kaleczy, szkoła gnębi, rodzice ignorują, mogą być młode Skłodowskie, Thatcher, Chanel i Szymborskie, którym nikt nie daje szansy się rozwinąć.

Jedyny powód, dla którego aż tak oberwałam, to, że zawsze chodziłam do dobrych szkół, gdzie dostają się dzieci które się dobrze uczą i są "grzeczne", ergo nauczyły się radzić z warunkami, jakie mają lub mają je dobre, a cała reszta, której się to nie udało i była podobna do mnie, siedziała w technikach, ekonomikach i szkołach zawodowych. Gdzie poziom jest gorszy, oczekiwania niższe, a szansa na lepszą przyszłość zmniejsza się z każdym rokiem.
Ile jest tam zdolnych, wyjątkowych ludzi, którzy po prostu sobie nie poradzili z rzeczywistością?
Ile z nich się tam marnuje, bo jacyś nauczyciele w gimnazjum stwierdzili, że lepiej ich ukarać za to, że mają ciężkie życie niż wyciągnąć do nich rękę?
Ile z nich naprawdę cierpi, bo widzi jak ich życie obraca się w życie ich rodziców, którego zawsze chcieli uniknąć?

Ja wychowałam się w szczęśliwej, zdrowej, kochającej rodzinie, miałam silne fundamenty tego co w życiu ważne, rzadkie dla nastolatków poczucie, że przyszłość naprawdę się wydarzy i kiedyś to wszystko będzie za mną. Pewnie dlatego zamiast narkotyków wybierałam samookaleczenia, zamiast alkoholu książki i nadludzką siłową woli przymuszałam się przez te 6 lat, do wstawania, później lub wcześniej, ale nigdy po więcej niż 4h snu, do wyjścia z domu, przesiedzenia tego czasu w szkole i wrócenia do łóżka. A jednak, gdy straciłam grunt pod nogami, byłam w tej samej sytuacji, z którą niektórzy musieli się zmagać dosłownie od przedszkola. I przez zdecydowaną większość czasu przegrywałam. Przegrywałam, mając dach nad głową, przyjaciół, jedzenie, ładne ubrania i dwójkę rodziców. Przegrywałam co rok, przegrywałam na oczach ludzi, których szacunku pragnęłam, przegrywałam ze swoim ego, przez większość czasu czułam, że przegrywam wszystkie swoje marzenia. I każdy nauczyciel na mojej drodze dobitnie utwierdzał mnie w przekonaniu, że mam rację.

Kłótnie na temat tego czy szkoła ma takie same obowiązki do wychowywania dzieci, jak rodzice jest zawsze aktualna, ale moje spojrzenie na to jest takie - dla wielu dzieci szkoła jest jedyną szansą na wychowanie. Wzorce, które tam zbierają, zdanie na swój temat jakie tam wyrabiają, kształtuje je na długie lata. Cały etap obowiązkowej edukacji, jest obowiązkowy, bo dotyczy dzieci. Uczy się dzieci. To, że mogą głosować i kupić sobie piwo w ostatnim roku tej nauki, wcale nie czyni ich dorosłymi. Wciąż mieszkają z rodzicami, wciąż nie mogą zrobić zdecydowanej większości rzeczy bez pozwolenia, wciąż są zupełnie zależnie od rzeczy które dzieją się w ich życiu niezależnie od ich woli. Wciąż mogą być bite, poniżane, głodzone, biedne, chore, zaniedbane, nieszczęśliwe i nic nie mogą z tym zrobić, bo prawo zobowiązuje ich do mieszkania w rodzinnym domu. W pełni (!) rozumiem wszystkich nastolatków którzy ćpają, wagarują i piją. Nie popieram, oczywiście. Ale rozumiem. Życie potrafi być nieznośnie ciężkie i bolesne, gdy dorastasz, nawet bez większych problemów w życiu. Większość dorosłych o tym zapomina, ale burze hormonalne, wahania nastrojów, pierwsze miłości, złamane serca, rozczarowania, seks, odpowiedzialność, strach o przyszłość, oczekiwania, były naprawdę twardym orzechem do zgryzienia. Szczególnie w miejscu jak Podkarpacie, gdzie bezrobocie i frustracja są równie wysokie jak frekwencja w Kościele i ilość łez wylanych przez żony zbierające baty od swoich mężów.

Nie rozumiałam, nigdy nie zrozumiem i nawet nie spróbuję zrozumieć, co kieruje dorosłymi ludźmi, którzy reperują swoją samoocenę, dręcząc swoich podopiecznych, którzy z przyjemnością bawią się na Twoich oczach całą Twoją przyszłością i każą Ci o nią błagać, którzy mogliby wyciągnąć do Ciebie rękę, ale decydują wyciągnąć środkowy palec.

A ja, jak pisał klasyk, nie dałam edukacji stanąć na drodze mojego wykształcenia. Ale o tym następnym razem!


03.08.17
Ciąg dalszy: Studia óczą (http://www.eklerki.com/2017/08/studia-ocza.html)

chciałam załączyć to z 2 klasy, ale chyba je spaliłam...
fot. e-klerki

Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.